Archive for 2017

Jak uczciłam Światowy Dzień Książki?


posted by Sardegna on

1 comment

Tegoroczny Światowy Dzień Książki nadszedł zupełnie niespodziewanie. Przy wszystkich obowiązkach, które spadły na mnie w kwietniu, zupełnie zapomniałam o tym książkowym święcie. Nie przygotowałam wcześniej żadnego wpisu tematycznego. Nie zrobiłam jakiś spektakularnych zakupów w księgarni internetowej, z wielkim rabatem, ale dzięki ŚBKom choć częściowo udało mi się uczcić ten dzień i spędzić go w towarzystwie książek. 


W sobotę 22 kwietnia nasza grupa została zaproszona do WOMu, czyli ośrodka metodycznego dla nauczycieli w Katowicach do zorganizowania wymiany książkowej, przy okazji Festiwalu Edukacji, który odbywa się tam corocznie. Krążąc między stoiskami wydawców podręczników oraz wracając ze szkoleń tematycznych, można było na naszym stoisku zaopatrzyć się w nowe tytuły i wymienić je na swoje, przeczytane już książki.



Nasza wymiana cieszyła się sporym powodzeniem. Kilkanaście osób przybyło do WOMu specjalnie dla naszych książek. Bardzo nam z tego powodu miło! Dzięki wymianie udało mi się także poznać osobiście znajomą, do tej pory tylko wirtualnie, blogerkę matkę_wkurzającą. Uwielbiam takie momenty, kiedy dzięki blogowaniu mam możliwość poznawania ciekawych ludzi i to nie tylko przez Internet! 

W sumie wymieniliśmy 152 książki, z czego 94 to nowe egzemplarze, wydane po roku 2009, 49 książek z roczników 2000 -2008 oraz 9 książek młodzieżowych. Ja również wymieniłem sobie kilka pozycji, dzięki temu i dla mnie ten dzień okazał się wyjątkowo udany i obfity w nowe tytuły:

Poniższe stosy pokazują, co udało mi się zdobyć:


"Okularnik", "Pochłaniacz" i "Lampiony" Katarzyny Bondy


"Aleja samobójców" Marek Krajewski i Mariusz Czubaj
"Fartowny pech" Olga  Rudnicka
"Władca liczb" Marek Krajewski
"Siódme życie markiza de Sade"Jacques Ravenne


"Desperacja" Stephen King 
"I nie wódź nas na pokuszenie" Claus Cornelius Fischer
"Czytelniczka znakomita" Alan Bennett  
"Skazana" Hannah Kent

"Auto da " Elias Canetti

Na wymianie nie skończyło się jednak moje książkowe świętowanie. Tego samego dnia wieczorem, w mikołowskiej MBP odbywał się Rajzefiber, czyli festiwal wzbogacony prelekcjami znanych w całej Polsce podróżników. Swoje wystąpienie mieli: Andrzej Budnik, Mieczysław Bieniek (Hajer), Ryszard Pawłowski, Monika Witkowska oraz Tomek Michniewicz.

Dla mnie najbardziej interesującym spotkaniem było oczywiście to z Ryszardem Pawłowskim, himalaistą, zdobywcą 10 z 14 ośmiotysięczników. Jego prelekcja i prezentacja zdjęć oraz krótkich filmików zakończyła się pytaniami publiczności. Jako że miałam już okazję spotkać się osobiście z Ryszardem Pawłowskim przy wrześniowej promocji książki "Kukuczka" w Katowicach, i wtedy udało mi się zamienić z nim parę słów i poprosić o wpis do książki, nie czekałam na koniec spotkania. Niestety nie udało mi się też zrobić zdjęcia, które dobrze zobrazowałoby wydarzenie. Musi więc wystarczyć takie:



Tegoroczny Dzień Książki spędziłam pod znakiem książek i podróży. Może nieco skromniej, niż w roku ubiegłym, kiedy to byłam na dwóch spotkaniach autorskich. Co się jednak odwlecze ... w maju w Katowicach szykuje się Apostrof, czyli wielkie książkowe wydarzenie, na które się wybieram, i o którym napiszę w najbliższym czasie. Życzę wam udanej i zaczytanej majówki! Pozdrawiam serdecznie!

Sardegna

"Atak rozpaczy" Artur Hajzer


posted by Sardegna on , , , , , , , ,

No comments


 Wydawnictwo: Annapurna
Liczba stron:  256
Moja ocena : 4/6

Mam fazę na literaturę wysokogórską. Jako że sprawia mi ona wyjątkowa przyjemność, w ostatnim czasie przeczytałam aż trzy książki o tej tematyce. Pierwsza to "Spod zamarzniętych powiek" Adama Bieleckiego, druga to "Tęsknota i przeznaczenie" Diny Štěrbovej (o której napiszę w najbliższym czasie), a trzecią jest właśnie powyższy "Atak rozpaczy" Artura Hajzera. 

Jest to książka pochodząca z mojej własnej biblioteczki, dlatego zaliczam ją do tegorocznego, dobrze zapowiadającego się, wyzwania Z półki (9/?). Wymieniłam ją kiedyś przy okazji jednej z wymian książkowych ŚBKów i oczywiście odłożyłam na później, na lepsze czasy. Kiedy jednak przeczytałam dwie wyżej wymienione książki, postanowiłam, że idę za ciosem i nie wychodzę z tematu gór. Poza tym, ciekawiły mnie wydarzenia z perspektywy Artura Hajzera, człowieka, który stał się niejako łącznikiem między starszym pokoleniem himalaistów, a młodymi, lodowymi wojownikami.


Hajzer w młodości wspinał się z prawdziwymi legendami polskiego himalaizmu: z Jerzym Kukuczką (pierwsze zdobycie  Manaslu, pierwsze zimowe wejście na Annapurnę) z Wandą Rutkiewicz (zdobycie Sziszapangmy), z Krzysztofem Wielickim czy Wojciechem Kurtyką. Wspiął się także na Dhaulagiri, Nangę Parbat. Natomiast z Adamem Bieleckim w 2011 zdobył Makalu. Był więc bez dwóch zdań postacią łączącą oba światy: dawnego i współczesnego himalaizmu. Dla starszych kolegów był młokosem, wchodzącym dopiero w świat gór wysokich, dla młodych natomiast był już doświadczonym wspinaczem, mogli więc dla siebie czerpać z jego doświadczeń. To dla dzielenia się pasją i wiedzą, Artur Hajzer wskrzesił program Polskiego Himalaizmu Zimowego, który miał na celu zaangażowanie młodych wspinaczy w akcje na ośmiotysięcznikach.

Sporo informacji znalazłam o Hajzerze w książce "Kukuczka". Wzmianki na jego temat są także we wspomnianej przez mnie "Tęsknocie i przeznaczeniu" (w kontekście zimowego zdobywania ośmiotysięczników przez Wandę Rutkiewicz) oraz "Spod zamarzniętych powiek", chciałam więc skonfrontować, jak te historie wyglądały z jego perspektywy, i w jaki sposób "łącznik" pomiędzy starymi a młodymi himalaistami, opisał swoją historię.

Artur Hajzer był człowiekiem związanym ze Śląskiem. Choć urodził się Zielonej Górze, ostatnie lata swojego życia spędził w moim rodzinnym mieście. Odpadł od ściany Gaszerbrum w roku 2013, tuż po tragedii na Broad Peaku, którą przyjął bardzo osobiście, bowiem akcja zimowego wejścia na BP była pod szyldem PHZ.  

Pierwsze wydanie "Ataku rozpaczy" pojawiło się w latach 90-tych. Egzemplarz, który czytałam jest natomiast wydaniem drugim, pochodzącym z roku 2012, wzbogaconym o przedmowę Autora i jak sam on zaznaczył, nie ma w nim większych zmian treści. Hajzer opisuje swe początki we wspinaniu, współpracę ze "starą gwardią" himalaizmu, która miała swój rozkwit w latach 80 - tych XX wieku, swoje pierwsze sukcesy i porażki.

Powiem szczerze, że z wszystkich wysokogórskich historii, jakie czytałam, ta podobała mi się najmniej. Nie chodzi mi absolutnie o tematykę czy fakt, że dotyczy starego pokolenia himalaistów, bo o tamtej bogatej epoce, czytam z równie wielką chęcią, co o wydarzeniach współczesnych. Zarzuty mam raczej do samej formy książki i sposobu prowadzenia opowieści. Od razu widać, że Artur Hajzer nie miał wsparcia dziennikarskiego, w pisaniu tej książki, dlatego też niektóre fragmenty opowieści są chaotyczne, trochę toporne, nie mają takiej płynności i plastyczności, jak to miało miejsce w przypadku "Kukuczki" czy "Spod zamarzniętych powiek"

Drugim takim aspektem może być fakt, że książka nie ma konkretnych rozdziałów, tylko jest podzielona na fragmenty. Jednak ten podział jest bardzo chaotyczny, i w sumie tylko nagłówek, informacja na górze każdej strony, mówi, czego dotyczy dana część. Jedna historia wejścia na ośmiotysięcznik jest przeplatana różnymi innymi rzeczami. Przykład? Opowieść o zdobywaniu Lhotse w 1985 poprzecinana jest historią o Alpach, pochodząca z roku 1984, a także zimowym zdobywaniu Kangchenjunga na przełomie 85/86 roku. Podobnie sytuacja wygląda przy okazji opisywania Mansalu. Tutaj Autor wtrącił techniczne opisy wspinaczki i swoje osobiste dygresje. Ja to wszystko rozumiem. To "pomieszanie" miało zapewne spowodować, żeby czytelnik się nie znudził, a historie były urozmaicone, ale powiem szczerze wprowadziło to tylko niepotrzebny chaos i mętlik w głowie.

Nie do końca mi się to podobało. Wydarzenia mieszały mi się, nie mogłam ułożyć ich w jakiś sposób chronologiczny i połączyć z tym, co już wiem. Wydawało mi się, że wydarzenia opisane z perspektywy Hajzera uzupełnią mi fakty, o których już czytałam, czułam się jednak tak, jakby poznawała zupełnie nowe historie.
 
"Atak rozpaczy" jest wzbogacony zdjęciami himalaisty z jego prywatnego archiwum. Książka jest ładnie wydana i myślę, że miłośnikom literatury wysokogórskiej, mimo pewnych mankamentów, i tak sprawi wielką radość.

Artur Hajzer był człowiekiem wyjątkowym, wielką postacią polskiego himalaizmu, człowiekiem, który wskrzesił PHZ, a dzięki jego programowi wielu współczesnymi wspinaczom udało się zaistnieć. Bardzo młodo odpadł od ściany Gasherbrum. Mógłby jeszcze przez wiele lat swoim doświadczeniem wspierać młode pokolenie lodowych wojowników i wziąć udział w niejednej wyprawie. Wiem, że na koncie Artura Hajzera jest jeszcze kilka książek o górach. Na pewno sięgnę po nie, jeśli tylko będę miała okazję.

Sardegna

Relacja ze spotkania promocyjnego książki "Spod zamarzniętych powiek" Adama Bieleckiego


posted by Sardegna on , , , , , , ,

2 comments


Wydawnictwo: Agora
Liczba stron: 384
Moja ocena : 6/6

Kto czyta Książki Sardegny, ten wie, że literatura wysokogórska jest jedną z moich ukochanych. Czytałam wiele relacji z udanych wypraw, a także tych, które skończyły się tragicznie. Sięgałam po książki, które były zupełnie pozbawione emocji i okazywały się bardziej spisaniem suchych faktów i dat, niż żywą opowieścią. Czytałam górskie historie pełne pasji, nasycone energią, pięknie opisujące poczucie zwycięstwa, czy też gorycz porażki i smutku po dramatycznej wyprawie. Sięgałam po książki o wybitnych himalaistach, i ich dokonaniach, zapoznawałam się z bezpośrednimi relacjami wydarzeń, a także z pracą dziennikarską na ten temat. Jednak żadna z tych książek (a większość z nich oceniłam na 6/6) nie podobała mi się tak bardzo, jak powyższa. 

Książka Adama Bieleckiego i dziennikarza Dominika Szczepańskiego "Spod zamarzniętych powiek" podobała mi się tak naturalnie i zwyczajnie, ale historia życia i dokonań śląskiego himalaisty, który wzbudza w ludziach tak skrajne emocje, nie mogła być po prost przeciętna.

Bielecki to wspinacz pochodzący z Tychów, który na swoim koncie ma wiele sukcesów, między innymi pierwsze zimowe zdobycie Broad Peak i Gasherbrum, ale także wejście na K2, Makalu oraz bardzo wiele innych, spektakularnych górskich osiągnięć. Jak sam mówi, wspina się od 20 lat, a swą przygodę z górami rozpoczął w wieku lat 13. 

Adam Bielecki swoją osobą wzbudza w ludziach skrajne emocje. Niektórzy zachwycają się jego osiągnięciami, a sam himalaista staje się dla nich inspiracją i postacią godną naśladowania. Inni natomiast strasznie krytykują jego postawę, uważając za nieuczciwego i skupionego tylko na sobie wspinacza, nie przestrzegającego zasad współpracy i nie biorącego odpowiedzialności za kolegów w górach. Te skrajne opinie mają oczywiście związek z tragicznymi wydarzeniami z 2013 roku, które rozegrały się podczas pierwszego zimowego zdobywania Broad Peaku. Z czterech himalaistów, dwóch zginęło w czasie zejścia, a jako że Adam Bielecki i Artur Małek szczęśliwie zakończyli wyprawę, to ich obarczono winą za śmierć kolegów. 

Powiem szczerze, że mnie również udzieliła się ta opinia mass mediów i miałam mieszane uczucia, w stosunku do osoby Adama Bieleckiego. Nie będę szczegółowo wyrażała tutaj swojej opinii na ten temat, trudno jest mi bowiem wysnuwać sądy pod adresem osób będących w sytuacji, w której ja nigdy nie miałam okazji się znaleźć. Na szczęście mogłam swoje zdanie zweryfikować bezpośrednio, na spotkaniu autorskim z himalaistą, które miało miejsce 4 marca w Tyskiej Galerii Sportu. 

Spotkanie miało wielki rozmach i miło mnie to zaskoczyło, bo wydawało się, że w Tychach takie książkowe wydarzenie będzie raczej miało charakter kameralny. Na miejscu przekonałam się jednak, że to błąd, bo cała sala konferencyjna wypełniona jest do ostatniego miejsca a ludzie siadają na podłodze. Być może miało to związek z faktem, że Adam Bielecki pochodzi z Tychów, więc i na spotkanie przybyła rodzina, wiele jego przyjaciół i bliskich. Nie da się jednak ukryć, że promocja "Spod zamarzniętych powiek" spotkała się z przeolbrzymim zainteresowaniem ludzi, którzy po prostu chcieli poznać i posłuchać na żywo Bieleckiego, a oprócz zajętych miejsc przejawiało się to choćby wykupionymi wszystkimi egzemplarzami książki.

Sama rozmowa z himalaistą, a także dziennikarzem, Dominikiem Szczepańskim, który współtworzył książkę, przeplatana anegdotami, projekcją filmów i pokazem zdjęć, przebiegała w bardzo miłej atmosferze. Z niej wyłonił mi się zupełnie inny obraz Adama Bieleckiego, człowieka naprawdę sympatycznego, konkretnego, znającego się na swojej pracy, który nie jest wcale zadufany w sobie, ani przesadnie pewny siebie. Zobaczyłam człowieka, który świetnie realizuje się w swojej pasji, ma wielkie wsparcie w rodzinie, nie boi się marzyć i stawiać sobie kolejnych celów. 


Jako że jesteśmy z Adamem Bieleckim niemal równolatkami, nie potrafię sobie wyobrazić siebie w wieku 13 - 16 lat, dokonującą czynów, i biorącą udział w wydarzeniach, w który brał udział himalaista. Dlatego Bielecki jawi mi się, jako człowiek niesamowicie odważny, zdeterminowany, pełen pasji, wiary we własne możliwości, ale też racjonalnie myślący, rozsądny i potrafiący trzeźwo ocenić sytuację.
I powiem Wam, że za to właśnie lubię spotkania autorskie. Pozwalają one spojrzeć na pisarzy i twórców książek z zupełnie nowej perspektywy. W tym przypadku spotkanie zmieniło mój obraz postrzegania Adama Bieleckiego i od tej pory jego sukcesy w górach będą miały dla mnie zupełnie inny wydźwięk. Będę też nieco krytyczniej odnosić się do wszelkich medialnych informacji, związanych z Bieleckim.
Tyskie spotkanie dało publiczności odpowiedź na wiele pytań: do jakiej kolejnej wyprawy szykuje się wspinacz, jak w praktyce wyglądała praca nad książką, od czego zaczęła się przygoda Bieleckiego z górami, jak wspomina on swoje największe osiągnięcia oraz co sądzi o nagonce na swoją osobę po Broad Peaku. Po wyczerpującej rozmowie obaj panowie cierpliwie odpowiadali na pytania publiczności, a później rozdawali autografy wszystkim zainteresowanym, czekającym w kilometrowej kolejce.




Jeśli chodzi o samą książkę, tak jak napisałam na początku, "Spod zamarzniętych powiek" znajduje się w mojej czołówce książek wysokogórskich. Poza całą historią osobistą Adama Bieleckiego, od wczesnej młodości i pierwszej fascynacji górami, do czasów współczesnych, czyli praktycznie do zimowej akcji pod Nanga Parbat (o której traktuje też inna książka Dominika Szczepańskiego "Nanga Parbat. Śnieg, kłamstwa i góra do wyzwolenia"), w książce można znaleźć szczegółową relację z największych sukcesów himalaisty, opis wejść na najgroźniejsze ośmiotysięczniki, a także wiele pięknych zdjęć, autorstwa samego Bieleckiego i jego towarzyszy. Dodatkowym atutem książki są kody QR, które po zeskanowaniu pozwalają na dostęp do filmów z wypraw, pochodzących z prywatnego archiwum wspinacza. Dzięki nim czytelnik może bezpośrednio przenieść się do świata gór wysokich i od razu poczuć mroźny klimat i zmierzyć się (choćby wirtualnie) z wyczerpującą wędrówką na szczyt. Filmy dotyczą konkretnych wydarzeń, o których mowa w danym fragmencie książki, więc to jest naprawdę super!
Książka jest cudownie wydana, a wydawnictwo Agora, jak zwykle stanęło na wysokości zadania. "Spod zamarzniętych powiek" pięknie prezentować się będzie obok książki "Kukuczka", jest bowiem utrzymana w podobnym klimacie i formie. Historia Adama Bieleckiego na pewno przypadnie do gustu nie tylko fanom himalaizmu i ludziom zainteresowanym literaturą wysokogórską, ale też osobom, których fascynują ciekawe osobowości. Bielecki na pewno do takich należy.

Sardegna

Jak ćwiczyć wadę wymowy u dzieci?


posted by Sardegna on , , , , , , , ,

1 comment

Nie wiem, jakie macie doświadczenie z wadami wymowy, ale jeśli jesteście ciekawi, jak ta kwestia wyglądała w przypadku moich osobistych dzieci, chętnie podzielę się z Wami tym doświadczeniem.

Moja dziewięcioletnia dziś Córka, nigdy nie miała problemów z wymową. Faktycznie do 4 - 5 roku życia nie wymawiała, jak większość dzieci, prawidłowo głoski "r", ale pewnego dnia, gdy odebrałam ją z przedszkola, zakomunikowała mi: "Mamo, a wiesz, że dzisiaj mówiliśmy o Grrrrrecji?" I tak już zostało. Bez ćwiczeń, bez utrwalania. Dziś mówi bardzo wyraźnie i ma bardzo dobrą dykcję. 

Inaczej sprawa miała się z Młodym. Mówił bardzo niewyraźnie, nie wymawiał prawidłowo większości głosek, seplenił, K zamieniał na T, o s, sz, cz dż, nie było nawet mowy. Kiedy miał 3 lata zorganizowałam mu zajęcia logopedyczne, ale jak wiadomo, bez regularnych ćwiczeń w domu taka praca nie miałaby sensu. Działaliśmy więc na wielu frontach: logopeda w przychodni, w przedszkolu, a oprócz tego codzienne ćwiczenia w domu i tak przez kolejne 3 lata. Nie powiem. Mieliśmy chwile przestoju, buntu, krzyku i nerwów, ale jakoś przetrwaliśmy. Dzisiaj Młody chodzi do logopedy sporadycznie. Ostatnio padło hasło, że terapia potrwa do września, a potem nie będzie już konieczna. Gdyby ktoś dzisiaj posłuchał, jak mówi mój Syn, w życiu nie powiedziałby, że początki jego mowy były takie trudne.

W codziennych ćwiczeniach logopedycznych wykorzystywałam różne pomoce: elementy gier obrazkowych, rysunki, książki czy zagadki CzuCzu. Dzisiaj chciałam pokazać Wam dwie propozycje książkowe, które można do takiej pracy wykorzystać, ale przyznam szczerze, że natrafiłam na nie niedawno, więc nie stanowiły już naszej bazy ćwiczeniowej. Były raczej ciekawostką dla moich dzieci, fajnymi książeczkami. Spokojnie jednak można wykorzystać w celu logopedycznym.



Wydawnictwo: Media Rodzina
Liczba stron: 30
Moja ocena : 5/6

"Gimnastyka dla języka" Małgorzaty Strzałkowskiej to propozycja do codziennej pracy z dzieckiem dla rodziców, nauczycieli i logopedów. Jest to niewielka, 30 stronicowa książeczka z dołączoną płytą CD, zawierająca 24 krótkie, rymowane wierszyki, mające na celu kształtowanie umiejętności prawidłowej wymowy. Na płycie znajdują się te same wierszyki, co w książce, które czytane są przez lektora, pana Piotra Fronczewskiego. Wierszyki są skierowane na staranną wymowa konkretnych głosek (s, c,dz, ż, s, cz), ale mogą pomóc także w kształtowaniu nauki samodzielnego czytania. 

Z książką można pracować według "wzoru", czyli najpierw czytać na głos tekst, a później odsłuchiwać lektora, albo robić to w odwrotnej kolejności. Można też pracować z nią po swojemu, w ogóle nie używając płyty i skupiać się tylko na tekście, zwracając uwagę na treści ortograficzne, na przykład.

Jako rodzic mogę polecić "Gimnastykę..." do pracy z dziećmi, które mają problemy z wymową, ale także z tymi, które po prostu uczą się czytać. Wierszyki są krótkie, sympatyczne spokojnie można je sobie czytać samemu, lub uczyć się ich na pamięć. Myślę, że książeczka może się także przydać w ćwiczeniach analizy i syntezy głoskowej, na przykład na zajęciach rewalidacyjnych bądź wyrównawczych.

Wydawnictwo: Nasza Księgarnia
Liczba stron: 60
 
Moja ocena : 6/6

Drugą propozycją do pracy z dziećmi z wadą wymowy jest "Zeszytowy trening mowy, czyli ćwiczenia logopedyczne" autorstwa Marty Galewskiej - Kustra, z ilustracjami Joanny Kłos. Jest on wydany przez Naszą Księgarnię i bardziej przypomina właśnie zeszyt ćwiczeń formatu A4, niż typową książkę. Spokojnie można do wykorzystać nie tylko na zajęciach logopedycznych, ale także w domu, ćwicząc z dzieckiem wymowę poszczególnych głosek.

Zeszyt jest fajny pod tym względem, że łączy przyjemne z pożytecznym. Przy każdym ćwiczeniu rodzice znajdą wskazówki i pełen opis, jak wykonać dane zadanie i na co zwrócić uwagę, kiedy dziecko je wykonuje. Do tego każda nowa strona dotyczy innej głoski i zawiera informacja o ćwiczeniach w jej wymowie. Rodzice mogą wspomagać dziecko i zaplanować, w jaki sposób dane zadanie będzie realizowane. Ćwiczenia są skonstruowane w taki sposób, że nie są nużące. Niektóre fragmenty można wycinać i przyklejać, w innych można coś podpisać, narysować, i pokolorować. Poza ćwiczeniami logopedycznymi, zeszytem można jeszcze doskonalić koncentrację uwagi dziecka, grafomotorykę małą, staranność wykonania zadania, a także doprowadzania pracy do końca.

Jeżeli znacie jakieś fajne propozycje książek lub gier do ćwiczeń logopedycznych, podajcie proszę tytuły w komentarzach. Zawsze warto wzbogacać swoją wiedzę w tym temacie. 

Na koniec mam jeszcze małą radę: jeżeli macie w domu słabo mówiącego 3 latka, nie dajcie się zwieść słowom rodziny i znajomych, a czasami też pediatrów, którzy uspokajają Was słowami: "Jeszcze ma czas, jeszcze się w życiu nagada". Wizyta u logopedy na pewno nie zaszkodzi, a im wcześniej zaczniecie ćwiczenia usprawniające mowę, tym krócej one Wam zajmą.  Wiem to z własnego doświadczenia.

Sardegna

"Ostatni pasażer" Manel Loureiro


posted by Sardegna on , , , , ,

4 comments


 Wydawnictwo: Muza
Liczba stron: 478
Moja ocena : 5/6

"Ostatniego pasażera" kupiłam sobie jakiś czas temu, przy okazji zakupów w Biedronce. Dobra, dobra. Wiem wszystko o zakupach książek w tym markecie, ale sami przyznacie, że ceny są strasznie zachęcające. W każdym razie bardzo zainteresował mnie opis na okładce, bo nie wiem czy wiecie, ale uwielbiam historie związane ze statkami widmo i upiornymi wydarzeniami, które rozgrywały się na morzu. Od razu więc kupiłam sobie tą powieść, z założeniem, że jak tylko przyjdę do domu, zaraz zabiorę się za jej lekturę.

Oczywiście skończyło się, jak zwykle i książka wylądowała na półce z napisem "na później". Na szczęście z okazji zbliżających się świąt, postanowiłam zrobić gruntowny porządek na regale i odkryłam "Ostatniego pasażera", o którym już zdążyłam zapomnieć. Wtedy przypomniało mi się, jak bardzo chciałam tą książkę przeczytać. Od razu wzięłam się za lekturę i powiem Wam, że bardzo dobrze zrobiłam, bo historia rzeczywiście okazała się tak rewelacyjna, jak oczekiwałam, a jej przeczytanie zajęło mi dosłownie jeden wieczór.

Powieść ta jest naprawdę emocjonującą lekturą, z pogranicza horroru i thrillera z motywem przerażającego statku widmo. Jeżeli lubicie film o takim tytule, albo jakieś niepokojące historie z duchami w tle, to ta książka na stówę przypadnie Wam do gustu. 

W 1939 roku pewien stary, angielski węglowiec, pływając po wodach Atlantyku, gubi się we mgle i o mało nie zderza z olbrzymim statkiem wycieczkowym "Valkiria", który na swojej banderze i burcie ma niemieckie swastyki. Statek wygląda na zupełnie opuszczony, więc załoga węglowca postanawia wejść na pokład, a w razie gdyby statek okazałby się pusty, postanawia ubiegać się o coś w rodzaju znaleźnego. Po wejściu na pokład okazuje się, że jest to niesamowicie straszne miejsce, w którym rozgrywają się przedziwne rzeczy, dlatego oszaleli ze strachu marynarze, jak najszybciej opuszczają pokład, po drodze jednak natykają się na niemowlę, ubrane w żydowski tałes i Gwiazdę Dawida na szyi, leżące jakby nigdy nic na pokładzie. Zabierają więc dziecko ze sobą i postanawiają już nigdy więcej nie wejść na pokład "Valkirii".

Po 70 latach, kiedy to statek stoi zardzewiały w jednym z londyńskich portów, zaczynają interesować się nim tajemniczy nabywcy. Całą akcję śledzi dziennikarka, Kate Kilroy, która po niedawnej stracie męża, postanawia zająć czymś umysł. Kate postanawia rozwikłać tajemnicę "Valkirii" i dowiedzieć się, co tak naprawdę wydarzyło się na jej pokładzie, w czasie wojny. Dlaczego opustoszały statek został odnaleziony na pełnym morzu i co stało się z malutkim, żydowskim dzieckiem?

Kate udaje się wkręcić na ponowny, dziewiczy rejs odnowionej "Valkirii", ale nie przypuszcza nawet, że podróż transatlantykiem okaże się tak przerażającym i niebezpiecznym doświadczeniem. Na pokładzie statku dzieją się bowiem rzeczy z pogranicza snu i jawy, a nie wszystko da się wytłumaczyć racjonalnie. Niektóre sytuacje będą ściśle związane z tajemnicą z 1939 roku, inne natomiast będą zupełnie współczesne.

"Ostatni pasażer" wciąga i straszy. Kto czytał "Statek śmierci" Yrsa Sigurðerdóttir będzie wiedział, o czym mówię, podobnie sprawa ma się z filmem "Statek widmo" z 2002 roku. Powyższa powieść jest utrzymana w bardzo podobnym, niepokojącym klimacie. 

Podczas czytania miałam momenty autentycznego lęku i udzielał mi się dreszczyk emocji, a że w sumie rzadko mi się taka sytuacja zdarza przy lekturze horrorów czy thrillerów, uważam to za wielki plus książki Manela Loureiro.

Zakończenie powieści jest satysfakcjonujące, bo niestety często początek takiej historii jest rewelacyjny, a im bliżej końca, tym opowieść staje się coraz bardziej bezsensowna. W przypadku "Ostatniego pasażera" Autorowi udało się zachować równowagę pomiędzy logiką, fantazją a zjawiskami nadprzyrodzonymi. Jesteście ciekawi "Valkirii"? Zapraszam więc do emocjonującego rejsu po Atlantyku na jej pokładzie.

  Sardegna

Co powiecie na taki świąteczny prezent? Ja nie odmówię!


posted by Sardegna on

6 comments

Nie wiem, jak to wygląda u Was w domach, ale w moje rodzinie tradycją jest, że w święta wielkanocne obdarowujemy się tylko drobnymi upominkami. Słodycze, niewielkie gadżety dla dzieci, kwiaty. A wiecie, jaki prezent może okazać się idealny dla takiego miłośnika książek, jak ja?


Uwielbiam gadżety książkowe oraz takie, związane z literaturą i sztuką w ogóle. Desa Modern Gallery & Art Boutique sprawiła mi prawdziwą przyjemność i obdarowała mnie uroczym prezentem przedświątecznym. Sami spójrzcie tylko na tą magnetyczną zakładkę "Porwanie Europy" autorstwa Jerzego Nowosielskiego, twórcy ikon i autora charakterystycznych aktów. To cudo będzie prawdziwą ozdobą mojej zakładkowej kolekcji.


Parę słów o Desa Modern Gallery. Proponuje ona świetne, magnetyczne zakładki, które pięknie prezentują się zarówno w książce, jak i poza nią. Zakładki te zostały stworzone na bazie prac polskich artystów, których obrazy i działa można podziwiać już nie tylko w galeriach. Wybrane obrazy przeniesiono na zakładki, ale nie tylko, bo oprócz nich stworzono także inną, wyjątkową kolekcję ekskluzywnych akcesoriów (kubki, chusty, etui, notesy, spinki do mankietów, zawieszki do torebek), które można obejrzeć na stronie desamodern.pl. Poza tym galeria oferuje także inkografie, z których każda posiada odręczny podpis autora, hologram i certyfikat.

W Desa Modern Gallery znajdziemy dzieła takich twórców, jak: Edward Dwurnik, Jerzy Nowosielski, Jarosław Modzelewski, Rafał Olbiński, Waldemar Świerzy, Tadeusz Dominik, Alfred Lenica, Jan Dobkowski, Adam Bakalarz, Aleksandra Kowalczyk czy Tomasz Poznysz.

Zerknijcie na stronę galerii. Znajdziecie tam kilka naprawdę niezłych pomysłów nie tylko na świąteczne prezenty.

Jeżeli jednak taka opcja upominku dla książkoholika do Was nie trafia, mam jeszcze jedną propozycję. Spersonalizowana koszulka. Mam dwa takie t-shirty. Jedna z nadrukiem logo Książek Sardegny (prezent od męża), druga z logo Śląskich Blogerów Książkowych - wykonana przez firmę Promocjone.art.  Koszulki nadają się idealnie na wszelkiego rodzaju książkowe imprezy, wymiany i targi książki. Poza tym, łatwo po nich zidentyfikować blogera. Wiem coś o tym!


Promocjone wykonało także kilkanaście projektów na koszulki, kubki, torby i poduszki. Wśród nich również można znaleźć fajne propozycje na upominki.

Kochani, prezenty prezentami, ale przecież wiadomo, że to nie o nie w święta chodzi. Życzę Wam zatem spokojnych, zdrowych i radosnych świąt, spędzonych w sposób, jaki najbardziej lubicie. Pogody ducha i rodzinnej atmosfery, i to nie tylko w ciągu najbliższych dwóch dni. Pozdrawiam serdecznie!


Sardegna

"Najczarniejszy strach" i "Obiecaj mi" Harlan Coben


posted by Sardegna on , , , , ,

2 comments

Kontynuując postanowienie ponownego przeczytania serii Cobena, z Myronem Bolitarem w roli głównej, dotarłam już do tomu 7 "Najczarniejszy strach" oraz 8 "Obiecaj mi". Z 10 powieści przeczytałam 6 pierwszych (moje wrażenia po lekturze znajdziecie TU i TU) i po niewielkiej przerwie postanowiłam wziąć się za kolejne części, żeby wykonać założenie do końca. 

I powiem Wam, że lektura tych konkretnych dwóch tytułów była genialna! Nie wiem do końca, czy było to spowodowane chwilową przerwą od Cobena, czy może tym, że zupełnie zapomniałam już o czym te dwie książki są (obie już kiedyś czytałam), w każdym razie, faktem jest, że  "Najczarniejszy strach" i "Obiecaj mi" okazują się najlepszymi częściami całej serii, i przedstawione w nich historie podobały mi się, jak do tej pory, najbardziej. 

Wiadomo, że akcja w powieściach Cobena galopuje, sporo się dzieje, a czytelnik marzy tylko o tym, żeby jak najszybciej dowiedzieć się, jaki finał przygotował swoim bohaterom Autor. W tym konkretnym wypadku, dodatkowo jeszcze, obie fabuły są wyjątkowo zagmatwane, mroczne (zwłaszcza pierwsza z nich) i zaskakujące. 


Wydawnictwo: Albatros
Liczba stron: 320
Moja ocena : 6/6

Wydarzenia opisane w "Najczarniejszym strachu" rozgrywają się tuż po zakończeniu akcji "Ostatniego szczegółu". Myron jeszcze nie zdążył okrzepnąć po poprzedniej sprawie, a już kolejna zwala mu się na głowę.

Dowiaduje się mianowicie, że ma nieślubnego syna Jeremy'go, a jego matką jest Emily, jego dawna, studencka miłość. Historia tego romansu Myrona jest skomplikowana i ma ścisły związek z wydarzeniami opisanym w tomie "Bez śladu" oraz przeszłością sportową bohatera, nie będę jej więc szczegółowo tutaj wyjaśniać. 

W każdym razie, Bolitar na początku nieufny, w końcu przyjmuje do wiadomości, że ma nastoletniego syna. Jednak cała sprawa jest bardziej skomplikowana, niż mogłoby się na początku wydawać. Emily nie przekazuje informacji o ojcostwie bezinteresownie, chce aby Myron znalazł dawcę szpiku dla ich syna, chorującego na rzadką odmianę białaczki. Sprawa dawcy jest wyjątkowo dziwna. Znika on w tajemniczych okolicznościach, a jego poszukiwania prowadzą do człowieka, który przed laty również zaginął w akcji. Do tego Myron zaczyna odbierać telefony od jakiegoś dziwnego człowieka, który każe "siać ziarno". Bolitar musi nie tylko skupić się na sprawie swojego syna, ale też na odnalezieniu dawcy i groźnego "siewcy ziarna", o którym krąży makabryczna opowieść.

Powiem Wam, że "Najczarniejszy strach" to, jak do tej pory, najmroczniejsza opowieść Cobena, najbardziej brutalna i jednocześnie najbardziej osobista dla Myrona Bolitara. Musi on poukładać sobie życie osobiste po przyjęciu do świadomości posiadania nastoletniego syna. 

 Wydawnictwo: Albatros
Liczba stron: 413
Moja ocena : 6/6
 
"Obiecaj mi" to historia, rozgrywająca się sześć lat po zakończeniu "Najczarniejszego strachu". Bolitar prowadzi ustabilizowane życie, ma nową dziewczynę, dochodzi też do siebie po informacji, że Jessica, jego dawna miłość, wychodzi za mąż. Jedna obietnica pomocy, którą przypadkowo składa dwóm nastolatkom: córce swojej dziewczyny oraz Amy - córce dawnej przyjaciółki Clare,  powoduje, że spokojne życie Bolitara na nowo nabiera tempa. Amy pakuje się w kłopoty i postanawia skorzystać z obiecanej pomocy Myrona. Na drugi dzień jednak rozpływa się w powietrzu, a numer telefonu agenta jest ostatnim na jej liście połączeń.

Bolitarowi przyjdzie więc składać drugą obietnicę, tym razem swojej przyjaciółce Clare, że bez względu na wszystko odnajdzie nastolatkę. Jak to u Cobena bywa, nic nie będzie w tej sprawie oczywiste. Tropy prowadzą do szkoły Amy i dawnego zaginięcia innej dziewczyny. Co tak naprawdę stało się z nastolatką, i czy Myron zdąży ją ocalić? 

W tym tomie widać zmiany, jakie zaszły w bohaterze na przestrzeni sześciu lat. Myron zbliża się do 40tki, próbuje się ustatkować, zmienia się też jego postrzeganie świata. Dojrzewa także jego przyjaciółka i wspólniczka Esperanza Diaz, która została matką i szykuje się do zamążpójścia. Jedynie Win pozostaje niezmienny, choć i w jego wypadku można dostrzec subtelne różnice zachowania, w porównaniu z poprzednimi częściami.
  
Czytając powieści Cobena przed laty, kiedy sięgałam po nie w przypadkowej kolejności, nie do końca widziałam przemianę i dojrzewanie bohaterów. Teraz czytając książki po kolei, wszystko się klaruje i staje logiczne. Ta ósma cześć serii o Myronie Bolitarze podoba mi się chyba najbardziej. Na drugim miejscu plasuje się mroczny "Najczarniejszy strach", a na trzecim miejscu umieściłabym "Bez skrupułów", czyli tom pierwszy.  

Do końca serii zostały mi jeszcze dwa tytuły "Niewinny" i "Wszyscy mamy tajemnice", a potem będę mogła się zabrać za trzytomową kontynuację, ale już z Mickey'em Bolitarem, bratankiem Myrona, w roli głównej.

Sardegna

"Niesamowite przygody dziesięciu skarpetek" Justyna Bednarek


posted by Sardegna on , , , ,

1 comment


Wydawnictwo: Poradnia K
Liczba stron: 160
Moja ocena : 6/6

Genialnych lektur dla dzieci ciąg dalszy. Pamiętacie "Strasznowiłkę w Groźnym Gąszczu"? Albo "Koty"? Dzisiaj przyszedł czas na "Niesamowite przygody dziesięciu skarpetek", autorstwa pani Justyny Bednarek, z ilustracjami Daniela de Latour.

Ta książka o zabawnym tytule, to naprawdę świetna i oryginalna historia, a właściwie zbiór opowiadań, których bohaterami są skarpetki. I nie, to nie jest żart. Chodzi o prawdziwe części ubrania, właśnie takie, które wkładamy na stopy. Jak można napisać książkę dla dzieci o skarpetkach, powiecie? A więc można. I gwarantuję, że będzie ona świetna, a przygody dziesięciu skarpet, tak wyjątkowe, że Wy i Wasze dzieci nie będziecie mogli się oderwać od lektury.

Skarpety, jak to mają w zwyczaju, lubią się gubić, zwłaszcza podczas prania, dlatego w domu Mamy i Basi, często po wyjęciu z pralki, odnajdują się tylko pojedyncze sztuki. Wszyscy dziwią się, jak to możliwe, że skarpety zaginęły w akcji! Jak się to dzieje, że wkłada się do pralki dwie, a potem nagle jedna z nich w tajemniczych okolicznościach ginie. Wyjaśnienie tej sprawy okazało się banalne: pod pralką znajduje się mały otwór kanalizacyjny, którym pojedyncze skarpety po prostu uciekają! Są one po prostu wyjątkowo sprytnym istotami, których życiowym celem nie jest oczekiwanie na pranie i leżenie w koszu z brudną bielizną. Skarpety ruszają w świat w poszukiwaniu lepszego życia.

I tak właśnie powstało dziesięć opowiadań o skarpetkach, które ruszyły w poszukiwaniu  przygód. Co im się przytrafiło? Kogo spotkały po drodze? Otóż pierwsza skarpetka wygrała casting na rolę w popularnym serialu i została gwiazdą filmową. Druga uratowała małe myszki i została mysią mamą. Trzecia została politykiem i postanowiła zmienić świat na lepsze. Czwarta otuliła stopy bezdomnego, piąta uratowała małego kotka, a później stała się zaczynem wyjątkowego swetra, natomiast szósta udawała kwiat różany, co skończyło się dla niej w wyjątkowy sposób. Siódma skarpeta została marynarzem, ósma zbudowała wronie gniazdo, dziewiąta została prywatnym detektywem, a dziesiąta dostała ważną pracę w szpitalu i pomagała dzieciom odzyskać zdrowie. 

Powiem Wam, że chociaż zabrzmi to dziwnie i trochę irracjonalnie, to te opowieści o skarpetkach wzbudzają w  dzieciach niesamowite emocje! Moim dzieciom spodobał się już wstęp, w którym to Autorka opisuje, jak doszło do tego, że skarpety wyruszył w świat. Wyobraźcie sobie, co działo się później, kiedy już zaczęłam czytać poszczególne opowieści!

Książka pani Justyny Bednarek jest z gatunku takich, które "zmuszają" dzieci do samodzielnego czytania. Przeczytałam na głos bodajże dwa rozdziały, a później moja Córka przejęła książkę i resztę doczytała już sama, nie mogąc się doczekać dalszego ciągu skarpetkowej historii.

"Niesamowite przygody dziesięciu skarpetek" nie niosą może takich wartości edukacyjnych, jak  "Strasznowiłka w Groźnym Gąszczu" lub "Koty", ale są naprawdę przyjemnymi opowiastkami, które mogą autentycznie skłonić dzieciaki do samodzielnego sięgnięcia po lekturę. Poza tym, są historyjkami z dużym poczuciem humoru, a tak między wierszami, pokazują, że warto być dobrym i dążyć do realizacji swoich marzeń.

Sympatyczną walorem książki są ilustracje Daniela de Latour, które rzeczywiście fajnie obrazują charakter poszczególnych skarpetek oraz przygody, jakie im się przydarzyły po ucieczce z bębna pralki. 

Ciekawostką jest fakt, że od 29 marca można zaopatrzyć się w "Nowe przygody skarpetek (jeszcze bardziej niesamowite)", Wydawnictwa Poradnia K, które zawierają 13 opowiadań. Na pewno się na nie skuszę, jeśli tylko będzie do tego sprzyjająca okazja. Do czego Was też zachęcam.


Sardegna

"Odważona" Danuta Awolusi


posted by Sardegna on , , , , ,

4 comments


 Wydawnictwo: Pascal
Liczba stron: 304
Moja ocena : 5/6

Danusię Awolusi znałam od dawna. Oczywiście mam na myśl znajomość wirtualną, bo praktycznie odkąd założyłam bloga, czyli od stycznia 2011 roku, Książki Zbójeckie, czyli Jej strona poświęcona literaturze, towarzyszyła mi w blogosferze. Danusia prężnie działa w książkach, dostała wyróżnienie w konkursie na Blog Roku, napisała nawet powieść "Na wysokim niebie", bardzo dobrze przyjętą przez recenzentów, jakież więc było moje zdziwienie, kiedy pewnego dnia oświadczyła na blogu, że zaczyna nowy projekt i książkowemu miejscu będzie poświęcała już nieco mniej czasu. 

Moje zdziwienie nie zmalało, kiedy okazało się, że ten nowy projekt to strona związana ze zdrowym trybem życia, odżywianiem i o ... bieganiu. Danusia zaczęła dzielić się swoimi prywatnymi sprawami na fb i nowym blogu, a wszystko to miało związek z jej odchudzaniem i niesamowitą metamorfozą. Jak się później miałam przekonać, moment, w którym Danusia zaczęła dzielić się w sieci swoją przemianą i prywatnością, był już kolejnym etapem w jej wyboistej drodze do wymarzonej wagi. Tego jednak miałam się dowiedzieć znacznie później, i powiem szczerze, kiedy poznałam całą historię Jej przemiany, byłam w wielkim szoku.

Gdy na Facebooku dotarła do mnie informacja, że Danusia będzie w Katowicach, i będzie to miało związek z promocją Jej drugiej książki o znamiennym tytule "Odważona", postanowiłam wybrać się na spotkanie autorskie, poznać w końcu osobiście i pogratulować niesamowitego sukcesu ostatecznej utraty wagi 70 kg. Chciałam też podpytać, jak w praktyce przebiegała ta metamorfoza, i jak przede wszystkim zmieniło się Jej życie, już po. 

23 lutego, w sympatycznej kawiarni "Smak Książki" w Katowicach, miejscu interesującym ale nieznanym jeszcze szerszej publiczności, odbyło się bardzo kameralne spotkanie z Danutą Awolusi. Związane oczywiście z promocją książki, ale przede wszystkim miało na celu pokazanie, w jaki sposób Danusia osiągnął swój sukces, i że taka zmiana całego życia nie jest zarezerwowana dla wybranych, ale jest możliwa w przypadku każdego człowieka.

  
Danusia na swoje spotkanie zaprosiła wyjątkowego gościa, Fatimę Orlińską dziewczynę, która również zgubiła kilkadziesiąt kilogramów i obecnie cieszy się piękną, kobiecą figurą. Zresztą sami możecie się przekonać, zerkając na poniższe zdjęcie: 

 od lewej - Danuta Awolusi, Fatima Orlińska

Patrząc na obie dziewczyny w życiu nie powiedziałabym, że jeszcze parę lat temu zmagały się z wagą o kilkadziesiąt kilogramów większą. To niesamowite! Strasznie je podziwiam i im gratuluję. Zresztą mogłam zamienić z nimi parę słów na spotkaniu i przekazać im to osobiście. W rozmowie dziewczyny opowiedziały nie tylko o efektach swej przemiany, ale głównie o drodze, jaka przeszły. O momentach zawahania, chwilowej porażki, zmaganiach z samym sobą. Mówiły o sporcie, wsparciu bliskich i aspektach psychologicznych, bowiem nie tak łatwo pozbyć się mentalności osoby grubej. Nawet kiedy jest się już szczupłym.

Na spotkaniu zakupiłam egzemplarz "Odważonej" i poprosiłam o autograf. Jak widać, lektura skłoniła mnie do przemyślenia tego i owego, o czym świadczyć mogą żółte zakładki. W niektórych fragmentach znalazłam samą siebie, inne były jakby żywcem wyjęte z mojej głowy.


Danusia inspiruje do wielu zmian. I tych związanych z odżywianiem, sportem, ale też do zmian dokonywanych w głowie, w swojej świadomości, w poczuciu własnej wartości czy kobiecości. Przeczytajcie "Odważoną", i to nie tylko w sytuacji, gdy zmagacie się z nadwagą. Poznajcie historię niesamowicie wytrwałej osoby, od której codziennie można uczyć się odwagi.  

Sardegna

# Nowości w mojej biblioteczce - marzec


posted by Sardegna on

8 comments

W marcu, podobnie jak w lutym, moje życie kręciło się głównie wokół spraw dziecięco zawodowych, dlatego miałam trochę mnie czasu i na czytanie, i na blogowanie. Nie udało mi się jakoś szczególnie zabłysnąć w planowaniu notek, więc w tym miesiącu opublikowałam tylko 10 wpisów. Udało mi się za to wziąć udział w genialnym spotkaniu autorskim z himalaistą Adamem Bieleckim i dziennikarzem Dominikiem Szczepańskim, przy okazji promocji książki "Spod zamarzniętych powiek" (relacja jeszcze na blogu się nie pojawiła, ale pracuję nad tym). W marcu przeczytałam 8 książek: 5 nowości, 2 książki zaliczone do wyzwania Z póki oraz przesłuchałam 1 audiobook. Co do nowości w mojej biblioteczce, tym razem nie było ich zbyt wiele, sytuacja może jednak ulec zmianie w kwietniu, kiedy to szykuję się na wymianę ŚBKów oraz obchody Światowego Dnia Książki.


"Koszmar Morfeusza" K.N. Haner - od Editiored
"Odważona" Danuta Awolusi - zakup własny
"Kiedy będziemy deszczem" Dominika van Eijkelenborg - od Wydawnictwa Kobiecego


"Inwigilacja" Remigiusz Mróz - od Czwartej Strony
"Laura" i "Noora" J.K. Johansson - zakup własny


"Wiśniowy Dworek" Katarzyna Michalak - z wymiany
"Połów" Ove Logmansbo - prezent od Agnieszki
"Tajny agent" Joseph Conrad - prezent od Męża - numer 36 do kompletu serii GW XX

A jak wyglądał Wasz marzec? Jesteście zadowoleni z przeczytanych lektur i dokonanych zakupów?

Sardegna

"Właśnie dziś właśnie teraz" Karolina Wilczyńska


posted by Sardegna on , , , ,

5 comments


Wydawnictwo: Czwarta Strona
 Liczba stron: 328
Moja ocena : 5/6


W ubiegłym tygodniu przeczytałam rewelacyjną książkę. Była nią kolejna już powieść w dorobku pani Karoliny Wilczyńskiej, historia, która na pierwszy rzut oka, wydaje się trochę niepozorna, babska i tendencyjna (cóż bowiem nowego można napisać o przyjaźni trzech kobiet). Nic jednak bardziej mylnego! "Właśnie dziś, właśnie teraz" to obyczajowa, dramatyczna, pełna emocji opowieść, która chwyta za serce i wbrew pozorom, nie jest o przyjaźni. Pokazuje za to niełatwe relacje rodzinne, nie tylko pomiędzy małżonkami, ale także pomiędzy rodzicami i ich dorosłymi dziećmi. 

Opowieść zaczyna się od dramatycznego wydarzenia - nieszczęśliwego wypadku w ogromnym hipermarkecie, żeby później potoczyć się bardziej leniwie. Mam tutaj jednak na myśli tempo wydarzeń, bo emocje, które towarzyszą bohaterkom, zmagającym się z konsekwencjami wypadku, nie będą maleć. Wręcz przeciwnie. Kobiety uświadomią sobie, że zdarzenie, które zburzyło ich cały spokój i dotychczasowe życie, ma wpływ nie tylko na teraźniejszość, ale i przyszłość. Pokaże też, że życie, w którym do tej pory tkwiły, nie jest takie, jak powinno być. 


Losy trzech rożnych kobiet: Sabiny, Soni i Bronisławy, splatają się w chwili wypadku w nieszczęsnym hipermarkecie. Każda z bohaterek prowadzi swoje życie i właściwie gdyby nie to wydarzenie, nigdy nie miałyby szansy się spotkać. Bronisława jest leciwą staruszką, żyjącą skromnie od lat w swoim małym mieszkaniu, z dorosłym synem, alkoholikiem. Sabina nieprzerwanie od lat, samotnie opiekuje się zniedołężniałym, dziewięćdziesięcioletnim ojcem. Sonia natomiast, jest dobrze sytuowaną kobietą w średnim wieku, matką nastolatki, żoną swojego męża, kobietą niemalże luksusową, nie pracuje zawodowo, a jej głównym zadaniem jest dbanie o dom.

Kiedy w wyniku nieszczęśliwego wypadku, kobiety lądują na tej samej szpitalnej sali, mogą lepiej się poznać. Choć początkowo nie są do siebie pozytywnie nastawione, w końcu pochodzą z różnych światów, mają odmienne punkty widzenia na życiowe sprawy i swoje problemy, z czasem ich znajomość przeradza się w głębszą relację. 

Ale nie poddajcie się pierwszemu wrażeniu. Nie będzie to opowieść o sile kobiecej przyjaźni. Z każdą kolejną stroną dowiadujemy się czegoś nowego o bohaterkach i ich życiu, a ta opowieść z przyjaźnią nie ma zbyt wiele wspólnego. Relacja Sabiny ze swoim chorym ojcem jest niezmiernie trudna, oparta na pretensjach i wiecznych oskarżeniach. Podobnie zresztą wygląda sytuacja u Bronisławy, której dorosły syn jest alkoholikiem i codziennie wykorzystuje matkę, żerując na jej dobroci i słabości do syna. Szczęśliwe życie Soni też jest bardzo pozorne. Odrzucona przez męża, ignorowana przez nastoletnią córkę, żyje w przeświadczeniu, że jej życie jest przegrane. Do tych wszystkich problemów dochodzą jeszcze konsekwencje wypadku, a wraz z nimi trudna, codzienność.

Dobrze, że życie pełne jest niespodzianek, bo przynosi każdej z kobiet nieoczekiwaną zmianę. Nie spodziewajcie się jednak typowego happy endu, będącego lukrowaną historią o zmaganiach z przeciwnościami losu. To będzie twarda, niekoniecznie pozytywna opowieść o prawdziwym życiu.

Mam nadzieję, że udało mi się choć trochę zwrócić Waszą uwagę na fakt, że powieść "Właśnie dziś, właśnie teraz" nie jest zwyczajną, babską książką o przyjaźni, sile miłości czy wszechobecnym szczęściu. Ta historia jest o czymś innym. Niełatwym, ale bardzo bliskim. Któż z nas bowiem nigdy nie tkwił w toksycznych relacjach rodzinnych? Po lekturze przyjdą refleksje. Wiem, jak to banalnie brzmi, ale w tym konkretnym przypadku, tak właśnie jest.

Sardegna

Już czytam sam! # 9 "Co w trawie piszczy" oraz kolejne przygody Cecylki Knedelek


posted by Sardegna on , , , , , ,

1 comment

Zapraszam na kolejną odsłonę postu z serii "Już czytam sam!", w którym to chciałam zaprezentować Wam dwie książeczki, ostatnimi czasy przeczytane przez moją Córkę. Książki są zupełnie od siebie różne, jedna jest idealna dla dzieci, które rozpoczynają naukę czytania, drugą polecam tym, które już sobie bardzo dobrze radzą w temacie.  


Wydawnictwo:  Jedność
 Liczba stron: 70
Moja ocena : 5/6 

Pierwsza propozycja to kolejne przygody Cecylki Knedelek i jej przyjaciółki, zabawnej gąski Walerki, autorstwa pani Joanny Krzyżanek. Kiedyś już, a dokładnie w #1 poście z serii "Już czytam sam!", pisałam o dwóch tomach z Cecylką w roli głównej i powiem szczerze, że seria ta jest naprawdę uniwersalna i rośnie razem z dziećmi.


Jeśli chodzi o umiejętności samodzielnego czytania dziecka, to książka jest raczej na podstawowym poziomie. Litery są spore, tekstu niewiele, czyta się szybko, polecam ją więc dzieciakom, które stawiają dopiero pierwsze kroki w samodzielnej lekturze. Jeśli jednak chodzi o treść (mimo że w tytule pada hasło "przedszkolaki"), mogę polecić Cecylkę młodym czytelnikom w różnym wieku. W historyjkach świetnie odnajdą się przedszkolaki, ale i uczniowie klas I - III. Powiem więcej, fragment Cecylki, związany z kulinariami jest w podręczniku do klasy IV. Jak sami więc widzicie, są to bardzo uniwersalne opowieści.

Powyższy tom związany jest z niebezpiecznymi sytuacjami, które mogą się wydarzyć w domu, w szkole, w sklepie, na ulicy, na wycieczce, placu zabaw, a także opowiastkami, związanymi z pierwszą pomocą. Każdy rozdział podzielony jest na dwie części: pierwsza opisuje daną przygodę gąski Walerki i Cecylki, a druga przeznaczona jest na ciekawostki, związane z tym tematem. Są to zazwyczaj dobre rady, takie złote myśli, przedstawione w humorystyczny sposób, aby łatwiej wpadały dzieciom w ucho i utrwalały się praktycznie "przy okazji". Właśnie ta żartobliwa część spotkała się z największym zainteresowaniem mojej Córki.

"Zasady bezpieczeństwa" według Cecylki Knedelek to taki dziecięcy poradnik, przedstawiony w miłej dla ucha i oka, formie. Jak wiadomo, temat bezpieczeństwa jest zawsze aktualny i warto nawiązywać do niego przy każdej okazji, zwłaszcza, że na ostatniej stronie książki znajdują się numery alarmowe, które każdemu dziecku warto przypominać. Jest to po prostu fajna lektura, którą można przeczytać w domu, ale mogą z niej skorzystać także nauczycielki przedszkola czy edukacji wczesnoszkolnej. 


Wydawnictwo: Literatura
 Liczba stron: 160
Moja ocena : 5/6

Jeśli chodzi o drugą książkę, to jest nią może mało znany, ale bardzo interesujący tytuł, "Co w trawie piszczy", autorstwa Pawła Wakuła. Jest to książka już bardziej poważna, pełnowymiarowa, została też wyróżniona przez Fundację ABCXXI Cała Polska Czyta Dzieciom. Jest to taka fajna opowieść o przyjaźni skrzata Maurycego i szczurka Ogryzka, dwójki przyjaciół zamieszkujących stary dąb w Dolinie Bagiennej Trawy, ale nie tylko. Dwójka bohaterów jest domorosłymi detektywami, którzy rozwiązują sprawy trudne i niewyjaśnione, przydarzające się mieszkańcom Doliny.

Książka podzielona jest na rozdziały, z których każdy jest osobną, detektywistyczną historyjką i dotyczy pomocy innemu lokatorowi Doliny. W lesie i w okolicach rzeki dzieją się różne, czasami dziwne rzeczy. Niektóre są całkiem groźne, inne zupełnie zwyczajne. Większość z nich wymaga pomocy dwóch małych detektywów, którzy niemal, jak Sherlock Holmes śledzą poszlaki i dochodzą do prawdy. Do ich siedziby ustawiają sie w kolejce kolejni mieszkańcy Doliny, po to by uzyskać pomoc bądź dobrą radę.

I powiem Wam szczerze, że bardzo miło mnie ta książeczka zaskoczyła. Rewelacyjny jest ten wątek detektywistyczny. To taka powieść akcji dla dzieci. Fajna! Kupiłam ja na jednym z kiermaszów taniej książki i w sumie gdyby nie to, że kosztowała grosze, w życiu bym się  w nią nie zaopatrzyła. Sami przyznajcie, grafika nie zachęca, ale opowieść jest tak sympatyczna, że aż odczuwam wyrzuty sumienia z powodu tego, że jej początkowo nie doceniłam. 

Jeśli szukacie jakiś niebanalnych historii dla dzieci, albo nowych tytułów, które Was zainspirują do wieczornego czytania, myślę że ta propozycja może się Wam spodobać.
Sardegna

"Przygody Kota Filemona" Marek Nejman, Sławomir Grabowski


posted by Sardegna on , , , , ,

5 comments


 Wydawnictwo: Nasza Księgarnia
Liczba stron: 288
Moja ocena : 5/6

"Przygody Kota Filemona" to wielka, grubaśna, wydana w twardej oprawie, księga, składająca się z trzech części ("Przygody Kota Filemona", "Filemon i Bonifacy" oraz "Filemon, Bonifacy i Szczeniak), opowiadająca o perypetiach najbardziej chyba znanych kociaków w Polsce. Filemon i Bonifacy towarzyszą nam od dzieciństwa, i mówiąc nam, mam na myśli dorosłych, bowiem któż z nas nie oglądał tej dobranocki? Czy nie szykowaliście się do spania w takt piosenki z czołówki: "Szare, bure i pstrokate, wszystkie koty za pan brat. Mają domy swe i płoty, po prostu koci świat"? No właśnie, też tak miałam. 

Postanowiłam przybliżyć moim dzieciom postacie tych kocich bohaterów. Niby kojarzyli Filemona (nie na darmo zresztą nasz osobisty zwierz został tak nazwany), ale jednak samej kreskówki nie znali, a i książki też im jeszcze nie przeczytałam, choć mamy na półce bardzo stary egzemplarz "Przygód...", pochodzący z mojego dzieciństwa.

Wydawnictwo Nasza Księgarnia wyszła z genialną propozycją wznowienia tego tytułu, w praktyce jednak, stworzyła go na nowo, bo tak, jak powiedziałam, o ile część pierwszą przygód kota Filemona właściwie każdy zna, to pozostałe dwie już niekoniecznie. 

Kot Filemon trafia do wiejskiej chaty Babci i Dziadka, jako malutki, niesforny kociak. Od razu opiekę nad nim przejmuje dorosły i stateczny kot Bonifacy, który jako stary wyjadacz, może nieco leniwy i zbyt pewny siebie, wie wszystko o kocim życiu. Bonifacy uczy Filemona, jak polować, jak pilnować porządku w chacie, jak dbać o kocią higienę, Filon natomiast uczy starego kocura, jak cieszyć się życiem, psocić i dobrze bawić.

W częściach kolejnych, do kociego duetu dochodzi jeszcze Szczeniak, malutki piesek przygarnięty przez Babcię i Dziadka. Zwierzęce trio nieźle daje staruszkom do wiwatu! No ale w końcu, co trzy głowy, to nie dwie! Historyjki pełne są niesfornych dialogów, niesamowitych przygód, choć niektóre z nich okazywały się niebezpieczne (jak na przykład samotna wędrówka Filemona do miasta, czy zgubienie się w ciemnym lesie), wspominek i zabaw.

Oprócz kotów i Szczeniaka, bohaterami tej opowieści są też myszy, które harcują w spiżarni i niezbyt przejmują się obecnością Filemona i Bonifacego. Kocie historyjki wzbogacone są miłymi piosenkami, zazwyczaj wyśpiewanymi przez gryzonie i sympatyczną grafiką, z charakterystycznymi wizerunkami kotów, które znamy z dobranocki.
Moje dzieci chętnie przyjęły propozycję wieczornego czytania tej książki, choć nie obyło się bez małych spięć, a wszystko za sprawą tego, że rozdziały "Przygód Kota Filemona" są za krótkie. Jest to zdecydowanie za mało, aby czytać je pojedynczo, co wieczór, ale też zbyt monotonne, żeby czytać kilka pod rząd. Na szczęście znaleźliśmy na to złoty środek: czytanie jednego rozdziału o Filemonie i jednego rozdziału innej książki. W związku z tym, że "Przygody..." są dość sporą księgą, całkowite jej przeczytanie zajęło nam sporo czasu, a przy okazji skończyliśmy ze cztery inne tytuły. 

Wyrażenia moich dzieci z lektury są trochę mieszane. Z jednej strony lubili słuchać o przygodach Filona, zwłaszcza kiedy był malutkim kociątkiem,  jawił im się wtedy, jako uroczy głuptasek, mały kiciuś, nieznający życia. Z drugiej jednak strony, opowieść ta była dla nich taką bajką z poprzedniej epoki. Wiecie, co mam na myśli, opisana wieś zupełnie nie przypomina tej dzisiejszej, język też trochę niedzisiejszy, stąd też niektóre wyrażenia stosowane w książce musiałam dzieciom wyjaśniać. Choćby, co to jest zapiecek, kapota i czemu w izbie są mysie dziury. 

Jednak podsumowując wszystkie plusy i minusy, więcej było pozytywów, a kiedy dzieciaki wkręcili się w tą opowieść, sami już przypominali o czytaniu kolejnych rozdziałów. "Przygody kota Filemona' są pięknie wydane, więc idealnie nadają się na prezent. Będą też odpowiednie, jeżeli macie ochotę na sentymentalną podróż w przeszłość. Filemon i Bonifacy nigdy nie wychodzą z mody.

Sardegna

"Sprawa Niny Frank" Katarzyna Bonda


posted by Sardegna on , , , , ,

11 comments


Wydawnictwo: Muza
audiobook: czas trwania 14 godzin 32 minuty
Moja ocena : 6/6
lektor: Marek Bukowski

Nie ma chyba takiej osoby, która nie kojarzyłaby Katarzyny Bondy, szeroko nagradzanej pisarki, dziennikarki i scenarzystki, nazywanej Królową Kryminałów. Popularność pani Bondy, popularnością, nadawane tytuły, tytułami, ja jednak, do tej pory, podchodziłam do jej powieści nieco sceptycznie. Zawsze mam opory przed sięganiem po książki tak szeroko chwalone. Co bowiem jeśli nie poczuję tego ich "fenomenu"? Nie miałam w biblioteczce żadnej powieści Autorki, na szczęście z pomocą przyszedł audiobook. 

"Sprawa Niny Frank" to pierwsza część trylogii kryminalnej, z charyzmatycznym bohaterem w roli głównej, będąca jednocześnie pisarskim debiutem Katarzyny Bondy. 

Hubert Meyer, psycholog śledczy, zajmujący się tworzeniem profili zabójców, na co dzień pracujący w Komendzie Głównej w Katowicach, przechodzi aktualnie trudny okres, związany z problemami w życiu osobistym. W związku z tym, trochę przymusowo zostaje oddelegowany na Podlasie, do wioski Mielnik nad Bugiem, aby pomóc w śledztwie dotyczącym zabójstwa znanej w całej Polsce, aktorki serialowej, Niny Frank.

Nina, która dzięki serialowej roli zakonnicy Joanny, zdobyła sławę, pieniądze i popularność, zostaje brutalnie zamordowana we własnym domu. Posiadłość leżąca na obrzeżach Mielnika, miała za zadanie zapewniać aktorce prywatność, oddzielać od lokalnej społeczności, pozwalać na spokojne życie na uboczu, ale jednocześnie umożliwiać prowadzenie zamkniętych imprez z wpływowymi ludźmi z branży. Pewnego dnia, zmasakrowane ciało aktorki znajduje listonosz, a podejrzenia od razu padają na męża Niny, Mariusza Króla, znanego w całym kraju, telewizyjnego prezentera, z którym kobieta była w trakcie głośnego rozwodu.

Sprawa zabójstwa tak znanej osoby przerasta trochę lokalnych stróżów prawa, stąd na pomoc władzom przychodzi profiler ze Śląska, Hubert Meyer, człowiek, który ma na swoim koncie wiele spektakularnych sukcesów. Meyer od razu przechodzi do rzeczy. Na miejscu zbrodni znajduje znacznie więcej poszlak, niż policjanci prowadzący sprawę, a współpracując z komendantem Policji w Mielnika, Eugeniuszem Kulą, szybko konstruuje profil zabójcy aktorki, przy okazji odkrywając wiele ciekawych faktów z życia Niny.
 
Okazuje się, że kobieta, pod przykrywką uwielbianej przez całą Polskę, gwiazdy telewizji, skrywała drugą naturę. Miała swoje sekrety, niebezpieczne tajemnice i coś na sumieniu skazę,  która pojawiła się w młodości i zaważyła na jej całym dorosłym życiu. Czy to grzechy z przed lat stały się jej gwoździem do trumny? Co znaczy tajemniczy tatuaż, znaleziony pod jej włosami? Dlaczego w całą sprawę zamieszany jest znany w całym kraju polityk? No i najważniejsze, czy na podstawie profilu Meyera będzie można znaleźć zabójcę? 

Powieść naprawdę trzyma poziom. Należy pamiętać, że jest to debiut Katarzyny Bondy, więc tym bardziej książce należy się pochwała. Akcja toczy się wartko. Praktycznie każdy rozdział jest ważny i kluczowy dla sprawy. Historia jest kryminałem, ale ma bardzo rozbudowaną warstwę obyczajową, dzięki temu czytelnik ma ochotę nie tylko rozwiązać wątek zabójstwa, ale także (a może przede wszystkim), chce dowiedzieć się, co tak naprawdę wydarzyło się przed laty w życiu aktorki. 
 
Dzięki temu, że akcja rozgrywa się dwutorowo, czytelnik stopniowo odkrywa wszystkie tajemnice Niny. Śledzi współczesne wydarzenia, rozgrywające się w Mielniku, poczynania Meyera (również te, związane z jego życiem osobistym), a jednocześnie, czerpie informacje z dziennika Niny, dowiadując się, co działo się w jej przeszłości. Każda kolejna strona książki jest ważna. Przybliża do rozwiązania zagadki, i to nie tylko tej kryminalnej, ale tej, związanej z prawdziwym obliczem aktorki. 
 
W całej historii Niny Frank ważne są jeszcze postacie drugoplanowe, których obecność jest istotna dla sprawy. Bibliotekarka Lidia Daniluk, jej syn Borys, matka aktorki, polityk Jakub Czerny, mąż Mariusz Król. Do tego cała gama osób, związanych z mediami, a także lokalna społeczność Mielnika. Sporo barwnych osób, z których każda dołoży małą cegiełkę do ukazania prawdy o Ninie. Ciekawe w tej powieści okazuje się zakończenie, które jest podwójne i daje czytelnikowi opcję alternatywną. Druga wersja zdarzeń może do końca mi się nie podobała, jakkolwiek daje ciekawy efekt i kończy historię z przytupem.
 
Uważam że "Sprawa Niny Frank" jest to naprawdę świetną historią, jedyną uwagę miałabym do zbyt często "filozofowania" i dumania nad ludzką naturą momentami było to nużące. Co do audiobooka, słuchało mi się go bardzo dobrze i podobała mi się nienachalna interpretacja pana Marka Bukowskiego (pierwszy raz słuchałam historii w jego wykonaniu). Opowieść bardzo mnie wciągała, mimo tego, że rozdziały były dość długie, a ich odsłuchiwanie w praktyce było trochę kłopotliwe, wartkie tempo akcji rekompensowało mi wszelkie niedogodności. 

Czy po pierwszym spotkaniu z panią Katarzyną Bondą mogę użyć już tytułu Królowej Kryminału? Na razie nie. Wstrzymam się z opinią do czasu, kiedy zapoznam się z drugą i trzecią częścią trylogii ("Tylko martwi nie kłamią" oraz "Florystka") oraz serią "Cztery żywioły Saszy Załuskiej".

Sardegna