Pages

środa, października 31, 2018

# Blogowe podsumowanie miesiąca - październik

Nie mogę uwierzyć, że minął już październik i do końca roku 2018 zostały tylko dwa miesiące. Jakoś ekspresowo przemija mi tegoroczna jesień, chyba dzięki temu, że przez tak wiele dni rozpieszczała nas ładną, słoneczną pogodą. Październik, choć długi, spędziłam bardzo pracowicie i praktycznie nie zauważyłam, kiedy dobiegł końca. Ostatnie tygodnie obfitowały też w największe książkowe wydarzenia, czyli Targi Książki w Katowicach i w Krakowie. Tym pierwszym poświęciłam wiele energii i uwagi ze względu na to, ze wraz ze Śląskimi Blogerami Książkowymi przygotowywaliśmy na nie wiele atrakcji (o ŚTK pisałam dokładnie w TYM poście), te drugie odwiedziłam w targowy czwartek, już bardziej na luzie.

Październik zaskoczył mnie też całkiem sporą ilością książek świątecznych, które miały premierę już w tym miesiącu. W prawdzie do świąt Bożego Narodzenia zostało jeszcze trochę czasu, jednak  wydawnictwa już teraz wprowadzają czytelników w tą niezwykłą atmosferę. I fajnie. W tym miesiącu i do mnie dotarły już pierwsze świąteczne powieści, abym mogła powoli wkręcać się w klimat. I nie zawaham się tego uczynić.

W tym miesiącu przeczytałam tylko 6 książek, ale na swoje usprawiedliwienie mam fakt, że były one dość opasłe.

Lista lektur:

1. "O czym myślą koty" Thomans McNamee - 3
2. "Wszystko za K2" Piotr Trybalski - 6
3. "Podejdź bliżej" Rachel Abbot - 5
4. "365 dni" Bianka Lipińska - ?
5. "Zabójczy pocisk" antologia - 6
6. "Testament" Remigiusz Mróz - 5


Imprezy kulturalne:

Październik był miesiącem Targów Książki. O tych katowickich pisałam TUTAJ, nie będę się więc powtarzać, o krakowskich, wpis jest na razie w fazie tworzenia. 

Nowości:




"Istota zła" Luca D"Andrea
"Obsesja" i"Paranoja" Katarzyna Berenika Miszczuk
"Fracht" Grzegorz Brudnik
"Kołysanka" Bartłomiej Piotrowski
"Skaza" Robert Małecki
"Kroniki portowe" Annie Proulx
"Córka gniewu" Maria Paszyńska
"Spadek" Katarzyna Bulicz - Kasprzak
"Jedwabne rękawiczki" Renata Kosin
"Kontratyp" Remigiusz Mróz
"Dobra - noc" Sabina Waszut
"Przez ciemność" Aleksandra Bracken
"Syreny" Joseph Knox 
"Straceńcy" i "Naśladowcy" Ingar Johnsrud


Filmowo:

Październik nie był w ogóle filmowy. Ech... życie...

Serialowo:

Jeśli chodzi o seriale, w tym miesiącu obejrzałam cały 1 sezon "Riverdale".  Jest to historia utrzymana trochę w konwencji "Pretty little liars". Mamy tu zagadkową śmierć nastolatka i grupę jego przyjaciół, licealistów, którzy próbują dociec prawdy. Oczywiście, jak można się domyślać, istota sprawy leży w zupełnie innym miejscu niż początkowo wszystkim się wydaje. Tak przyjemnie oglądało mi się "Riverdale", że od razu zabrałam się za sezon 2.

Na plus produkcji zasługuje jeszcze obecność Luka Perry'ego, czyli Dylana z kultowego serialu z lat 90 - tych "Beverly Hills 90210", który był dla mnie owego czasu ideałem chłopaka, a teraz wypada fantastycznie w roli czterdziestoletniego ojca nastolatka, którym kiedyś sam był. 

Muzycznie:

W październiku na słuchawkach grała mi głównie Paktofonika. I choć większość jej kawałków nie jest jakoś specjalnie nostalgiczna, to "Chwile ulotne" wzbudzają we mnie niesamowite emocje, wspomnienia i nastrajają mocno refleksyjnie.



Drugim kawałkiem października była energetyczna Brodka i jej "Granda". Artystkę odkryły ostatnio moje dzieci, stąd też często towarzyszyła ona nam w wolnym czasie:


A Wam, jak minął październik?

Sardegna

poniedziałek, października 29, 2018

"Ciasteczko z wróżbą" Agnieszka Jeż, Paulina Płatkowska


 Wydawnictwo: Edipresse
Liczba stron: 320
Moja ocena : 5/6


"Ciasteczko z wróżbą" to moja kolejna lektura urlopowa,  dokładnie 9 z 11 (został mi jeszcze do popisanie "Wampir z KO" oraz "Historia złych uczynków" i będę mogła powiedzieć, że rozliczyłam się z wakacjami). W każdym razie "Ciasteczko..." okazało się być super książką, i choć na pierwszy rzut oka nieco infantylna okładka sugeruje, że mamy do czynienia z jakimś babskim czytadłem, ewentualnie klasycznym romansidłem, to w rzeczywistości jest to bardzo krzywdzące, bo historia, choć typowo "kobieca" to jednak wychodzi z ram płaskiej i niewymagającej lektury.

Na temat tej książki będę miała do powiedzenia same pozytywy, jednak zaznaczę na początku, że nie jest to jakaś mega ambitna lektura, zmieniająca światopogląd. Bardziej nazwałabym ją historią "ku pokrzepieniu serc", tętniącą dobrymi emocjami, choć sporo się w tej opowieści dzieje i nie wszystko będzie przyjemne i fajne. Jak to w życiu, raz na wozie, raz pod wozem. Raz się człowiekowi układa, innym razem wszystko wali. I taka właśnie jest ta książka, bardzo życiowa. Nie jest to bajka dla dużych dziewczynek, gdzie dziwnym zbiegiem okoliczności wszystko idzie po myśli głównych bohaterów. Tutaj na swoje szczęście trzeba zapracować, potknąć się, kilka razy upaść, dostać nauczkę od życia, żeby ostatecznie poznać, czego się od losu chce i umieć o to zawalczyć.

"Ciasteczko z wróżbą" jest po prostu bardzo prawdziwe i realne, a przez to bardzo fajnie się je czyta. Nie jest standardowe, tendencyjne, ma kilka zabawnych momentów, ale też i takich, co wzruszą i zasmucą. Jak to w życiu, kiedy chwile szczęścia przeplatane są smutkiem.

Główną bohaterkę Renatę poznajemy w roku 1991, kiedy obchodzi ona swoje osiemnaste urodziny i będziemy jej towarzyszyć nieustannie, aż do 2018, gdy będzie już dojrzałą, ponad czterdziestoletnią kobietą. Co roku, w dzień urodzin, Renia dostaje od swej mamy, nieco ekscentrycznej kobiety, zafascynowanej tarotem, orientem i kulturą wschodu, nietypowy prezent - ciasteczko ze specjalną dla niej skomponowaną wróżbą. Dziewczyna podchodzi oczywiście do tych prezentów, jak do kolejnych "wybryków" swej rodzicielki, nie traktując ich poważnie. Uważa je za miły urodzinowy akcent i nieszkodliwe dziwactwa mamy, jednak kiedy przepowiednie zaczynają się niepokojąco spełniać, Renata zaczyna przyglądać się im z większą uwagą, szukając dla siebie, jakiś wskazówek na przyszłość. Kiedy kolejne lata przynoszą kolejne, spełnione wróżby, kobieta zaczyna się już poważnie niepokoić i zastanawiać, czy ma jeszcze jakiś realny wpływ na swoje życie, czy jej los stał się już zdeterminowany przez przepowiednie.

Jak to w życiu bywa, raz Renacie jest dobrze, innym razem bardzo źle. Wróżby nie zawsze są pozytywną zapowiedzią szczęśliwego i spokojnego roku. Czasami niosą ostrzeżenie, czasami zapowiedź pozytywnych zmian. Kobieta z wiekiem stara się patrzeć na nie z coraz większym przymrużeniem oka, jednak przepowiednie mamy ciągle są aktualne i dają jej pewne wyraźne sygnały. 

A w życiu Renaty dzieje się naprawdę sporo. Począwszy od nieplanowanej ciąży, która przytrafia jej się na skutek wakacyjnej przygody z o wiele starszym mężczyzną, poprzez kolejne, mniej lub bardziej udane związki. Codzienność bohaterki nie jest usłana różami, często zdarza jej się być wyobcowaną, mimo towarzystwa bliskich, czuć nie najlepiej we własnej skórze, zmagać z problemami samotnej matki. Ot, jak to w prawdziwym życiu, czasem słońce, czasem deszcz.

"Ciasteczko z wróżbą" to powieść, o której trudno pisać bez zdradzania szczegółów, bo praktycznie w każdym roku życia bohaterki, toczącym się pod hasłem maminej przepowiedni, dzieje się coś istotnego, co wpływa na jej dalsze losy. A co jest jeszcze fajne w tej książce, oprócz historii Renaty, czytelnik może śledzić zmiany społeczne i kulturalne, toczące się w Polsce na przestrzeni ostatnich dwudziestu lat. Dlatego ta powieść, choć taka "zwyczajna" i swojska jest po prostu przefajną lekturą. Bawi, wzrusza i niesie naprawdę pozytywne przesłanie.

Praca w duecie nie jest łatwa, zwłaszcza jeśli jest nią napisanie jednej książki. Na szczęście paniom Agnieszce Jeż i Paulinie Płatkowskiej współpraca wyszła świetnie. Czytając historię Renaty nie ma się poczucia niespójności, czy rozbieżnego stylu, który widoczny jest czasami w książkach pisanych przez dwóch autorów. Jeśli więc nie czujecie się odstraszeni okładką i macie ochotę na życiową, kobiecą historię, zachęcam do sięgnięcia po "Ciasteczko...", z którym przyjdzie Wam spędzić naprawdę miły wieczór.

Sardegna

sobota, października 27, 2018

"Zabójczy pocisk" antologia


 Wydawnictwo: Skarpa Warszawska
Liczba stron: 376
Moja ocena : 6/6

Ależ ja się szykowałam na tą lekturę! Wiecie, jak to czasami jest. Książka nie daje o sobie zapomnieć i nie można przestać o niej myśleć. Taką sytuację miałam z "Zabójczym pociskiem", którego obserwowałam od tegorocznych Warszawskich Targów Książki. Wtedy to na Stadionie Narodowym po raz pierwszy "na żywo" zobaczyłam ów zbiór opowiadań kryminalnych, a jego promocji towarzyszyła Gala Zabójczego Pocisku, czyli Plebiscyt na Najlepszą Powieść Kryminalną roku 2017. O samym wydarzeniu pisałam przy okazji postu z WTK, dziś przypomnę tylko, że zwyciężczynią tegoż Plebiscytu została pani Marta Guzowska, z czego osobiście bardzo się cieszę, bowiem jest to jedna z moich ulubionych polskich pisarek.

 Wracając jednak do powyższego zbioru opowiadań, rzadko się zdarza w antologii, żeby wszystkie historie były utrzymane na jednakowym poziomie i podobały mi się równie mocno. Zazwyczaj wyróżniam kilka, część jest dla mnie bardzo średnia, w każdym zbiorze znajdą się też opowiadania zupełnie nie w moim guście. Jednak "Zabójczy pocisk" łamie tą zasadę. W tym przypadku wszystkie historie wydały mi się naprawdę świetne, a jeśli do tego dodam, że ich Autorami są najbardziej znani i lubiani polscy pisarze kryminałów, to oto przed sobą macie świetną książkę, którą czyta się doskonale w jeden wieczór.

Zastaw pisarskich nazwisk jest naprawdę imponujący, możemy bowiem poznać próbkę twórczości Łukasza Orbitowskiego, Remigiusza Mroza, Jakuba Małeckiego, Olgi Rudnickiej, Marty Guzowskiej, Wojciecha Chmielarza, Katarzyny Puzyńskiej, Marty Matyszczak, Bartosza Szczygielskiego, Ryszarda Ćwirleja, Magdaleny Knedler, Roberta Małeckiego, Małgorzaty Rogali, Joanny Opiat - Bojarskiej, czy Tomasza Sekielskiego. I choć dla mnie możliwości większości Autorów są bardzo dobrze znane, to już od samego patrzenia na zebrane w jednym miejscu tak znakomite nazwiska, kręci mi się w głowie.

Faktycznie, taki dobór pisarzy rodzi spore oczekiwania wobec książki, ale na szczęście są one spełnione w 100%. Opowiadania trzymają poziom, a do tego praktycznie każde z nich zawiera cechy charakterystyczne dla twórczości danego Autora, jeśli więc nie czytało się jeszcze żadnej powieści danego pisarza, można mniej więcej zorientować się, czy jego styl będzie nam odpowiadać, czy może niekoniecznie. 

Tematem spajającym historie z "Zabójczego pocisku" jest zbrodnia, która oczywiście przedstawiona jest na przeróżne sposoby. Czasami dokonywana jest w afekcie, innym razem bywa szczegółowo zaplanowana. Na 16 opowiadań, 12 jest mrocznych i mocno kryminalnych, 3 są ujęte w sposób bardziej łagodny, powiedziałabym nawet, że pełne są czarnego humoru ("Kto się boi czarnej wołgi?" Ryszarda Ćwirleja, "Trup, którego nie ma" Marty Matyszczak oraz "Byle do lata" Olgi Rudnickiej), 1 natomiast jest bardziej "przygodowe", typowe dla archeologicznej fabuły powieści Maty Guzowskiej ("Plan B").

Niektóre opowiadania inpsirowane są autentycznymi wydarzeniami, tak jak "Hakowy" Remigiusza Mroza. "Telefon" Wojciecha Chmielarza, "Wszędzie krew" Katarzyny Puzyńskiej czy "Kosa" Roberta Małeckiego. Inne długo kreują się w umysłach głównych bohaterów, zanim zbrodnia na kartach opowiadania dojdzie do skutku ("Stalowa. Baśń" Łukasza Orbitowskiego, "Puch" Jakuba Małeckiego, "Jadzia Markowska" Magdaleny Knedler, "Zero, zero osiem" i "Sprawiedliwość dla wszystkich" Bartosza Szczygielskiego, czy "Przeznaczenie" Joanny Opiat - Bojarskiej). Niektóre są mocno brutalne ("...Że cię nie opuszczę aż do śmierci" Tomasza Sekielskiego), inne nieco bardziej łagodne, jak na przykład "Córa Koryntu i prawiczek" Małgorzaty Rogali.

Gdybym miała wybrać z tego zbioru opowiadanie, które najbardziej mi się podobało, nie umiałabym podjąć jednoznacznej decyzji. Jednak w czołówce znalazły by się na pewno teksty Bartosza Szczygielskiego, Tomasza Sekielskiego i Wojciech Chmielarza. 

Mam wrażenie, że ta antologia znajdzie wielu zwolenników. Wytrawni czytelnicy polskich kryminałów na pewno znajdą w niej coś dla siebie, podobnie, jak osoby, które poszczególnych Autorów jeszcze nie znają. Będą oni mieli świetną okazję, aby nadrobić zaległości. Na koniec napiszę jeszcze tylko, że to naprawdę dobra książka i nie przesadzę stwierdzeniem, że jest to jedno z lepszych zbiorów opowiadań, jakie w życiu czytałam.

Na Targach Książki w Krakowie uświadomiłam sobie, że w ogóle nie podążam z duchem czasu, bowiem na rynku przedpremierowo dostępna jest już druga część tej antologii kryminalnej, a ja dopiero zapoznałam się z pierwszą. "Zabójczy pocisk. Polska krew" utrzymana w podobnej konwencji, gromadząca w jednym miejscu nazwiska znakomitych pisarzy, tym razem traktować będzie o sprawach mafijnych. I tym oto sposobem, wiem już, co chcę na Gwiazdkę!


  Sardegna

czwartek, października 25, 2018

"Władca Lewawu" Dorota Terakowska

 
 Wydawnictwo: Wydawnictwo Literackie
Liczba stron: 110
Moja ocena : 5/6

"Władca Lewawu" to na pierwszy rzut oka bardzo niepozorna książka dla młodzieży, idealnie potwierdzająca stwierdzenia: "nie oceniaj książki po okładce". Sami powiedzcie, czy patrząc na powyższe zdjęcie czujecie się zachęceni do lektury? Zdecydowanie nie. Nie pomaga nawet fakt, że książka jest autorstwa Doroty Terakowskiej, znakomitej pisarki znanej z takich powieści, jak "Córka czarownic", "Ono", "Poczwarka" czy "Tam, gdzie spadają anioły" i nie ma zbyt wielu stron. Niestety, "Władca..." nie przyciąga oka, wewnątrz zawiera zdjęcia/ grafiki równie koszmarne, jak okładka, i do tego jest lekturą szkolną. Czy może być gorzej? Skoro książka nie zachęca dorosłych, to w jaki sposób ma przyciągnąć do siebie dzieciaki? Na szczęście jest treść! Wspaniała, mądra, emocjonująca i wciągająca. Wydaje mi się jednak, żeby w tym konkretnym wypadku zaiskrzyło, trzeba dzieciakom tę książkę po prostu przeczytać na głos, bo gwarantuję, że z własnej nieprzymuszonej woli po nią po prostu nie sięgną...

W każdym razie moje spotkanie z "Władcą Lewawu" było nad wyraz przyjemnym doświadczeniem. Teraz po fakcie żałuję, że przeleżał on bezczynnie na mojej półce kilkanaście lat i nie dałam mu szansy poznania, kierując się okładkowymi uprzedzeniami. Żałuję też, że jest historia ta jest taka krótka, bo chętnie poczytałabym więcej o tym, jak wygląda codzienność spędzana w alternatywnej rzeczywistości Krakowa, czyli Wokarku.
  
Dorota Terakowska, którą znam, jak do tej pory z dwóch powieści ( "Córka czarownic", "Tam, gdzie spadają anioły") ma genialne pomysły, które realizuje w swych książkach. Nie inaczej jest w przypadku "Władcy Lewawu". Historia napisana w 1982 roku, będąca alegorią ówczesnej polskiej rzeczywistości, nawet po ponad trzydziestu latach działa na czytelników. I choć ci młodsi, dla których najnowsza historia Polski jest bardzo trudnym i niezrozumiałym zagadnieniem, odbierają tę powieść bardziej dosłownie, to i tak robi to na nich wrażenie. Starsi odbiorcy, którzy kontekst historyczno społeczny odczytują prawidłowo, mogą się tylko zachwycać kunsztem Autorki, która w tak mądry i przemyślany sposób przekazuje istotne treści w pozornie banalnej, przygodowo - fantastycznej książce dla młodzieży.

Wokark, będący alternatywną wersją Krakowa to fantastyczna kraina, do której przenosi się Bartek, trzynastolatek, trochę zagubiony dzieciak, wychowywany w domu dziecka, od lat bezskutecznie poszukujący śladów swej rodziny. Chłopak przypadkowo trafia na tajemne przejście w Smoczej Jamie, które prowadzi go wprost do Wokarku, miasta bliźniaczo przypominającego Kraków, ale jednak zupełnie innego. W Wokarku wszystko jest na odwrót. W centrum miasta stoi niesamowity zamek Lewaw, rządzony przez złego Nienazwanego, który wraz z całą armią Pajęczaków terroryzuje mieszkańców zwanych Alienami. Ci, choć w pewien sposób podobni do mieszkańców Krakowa, różnią się od nich wyglądem, ale przede wszystkim sposobem zachowania. Ulegli, strachliwi, całe swoje życie podporządkowują Nienazwanemu, łącznie z oddaniem mu w symbolicznej ofierze nowo narodzonych dzieci, ale od najmłodszych lat wychowywani w otoczeniu Pajęczaków nie potrafią sobie wyobrazić innej rzeczywistości.

Do takiej krainy trafia Bartek, zwany w Wokarku Kerabem i postanawia szukać śladów swojej rodziny. Udaje się więc na ulicę Ałaks, czyli krakowską Skałeczną, w nadziei, że tam znajdzie jakiś trop swoich bliskich. Przy okazji doświadcza, jak wygląda codzienne życie Alian, toczące się w wśród strachu przed Pajęczakami i Nienazwanym. 

Bartek postanawia podjąć walkę z niezidentyfikowanym wrogiem i jako jedyny odważny chce stawić mu czoła na Lewawie. Odważna postawa chłopca mobilizuje w prawdzie Alian do działania, ale czy będą oni w stanie sprzeciwić się Nienazwanemu, który od lat kieruje ich życiem? Czy będą umieli poczuć się naprawdę wolnymi i odpowiedzialnymi za swój los?

O przygodach Bartka czyta się z wielkimi emocjami, żałując, że są one takie krótkie. Inne znaczenie oczywiście będą one miały dla dzieciaków, inne dla dorosłych czytelników, ale dla obu grup "Władca Lewawu" będzie na pewno historią, którą pamięta się na długi czas. Jeśli chodzi o mnie, chowam książkę na regał i podsunę ją moim dzieciom w odpowiednim czasie. Mam nadzieję, że po przedstawieniu kontekstu oraz tła historycznego i one odnajdą wszystko to, co wyjątkowe i ważne w tej historii.
Sardegna

wtorek, października 23, 2018

"Szczęście za horyzontem" Krystyna Mirek



Wydawnictwo: Edipresse
Liczba stron: 341
Moja ocena : 5/6


Książki pani Krystyny Mirek mają jedną wielką zaletę: są bardzo przyjemnymi bajkami dla dużych dziewczynek, stąd też są doskonałą lekturą na poprawę humoru, na jesienną chandrę, smutek czy też kryzys czytelniczy. Są to opowieści z natury pozytywne, pełne dobrych emocji, gdzie życie głównych bohaterów przechodzi spektakularną metamorfozę. Od chaosu, nieszczęścia i jakiej życiowej tragedii, udaje im się zacząć żyć na nowo, odbudować to, co los zniszczył i odbić się od dna. Zazwyczaj bohaterowie znajdują prawdziwą miłość, otrzymują wsparcie od dobrych, ale zupełnie obcych ludzi, otoczeni są samymi przyjaznymi osobami i na końcu stają się po prostu szczęśliwi w rzeczywistości, jaką sobie wymarzyli. Oczywiście wszystko to jest trochę banalne, naciągane i pełne fantastycznych zbiegów okoliczności, ale kurczę no! Świetnie się to czyta! 

Jednym słowem, powieści pani Krystyny Mirek służą ku pokrzepieniu serc i pozwalają oderwać się od codziennych problemów, ale trzeba pamiętać, że nie opisują one realnych problemów, dotykających prawdziwych ludzi. Wszystko to są raczej sympatyczne historie z obowiązkowym happy endem. Miłe, gładkie, a nawet jeśli dotykają jakiś poważniejszych tematów, to i tak wszystko kończy się dobrze, nie trzeba się więc stresować.

"Szczęście za horyzontem", podobnie, jak i "Obca w świecie singli", to historia dwóch skrzywdzonych przez los osób, które różnymi zbiegami okoliczności trafiają na siebie i stają dla siebie ratunkiem w trudnym momencie życia. Początkowo wspierają się, przyjaźnią, aby ostatecznie stać się sobie bliskimi i poczuć względem siebie prawdziwe uczucie. 

Trzydziestolatkowie Justyna i Jan żyją w dwóch zupełnie odrębnych światach. Ona jest typowym mieszczuchem, choć wychowania na wsi ucieka z domu rodzinnego, ma bowiem większe oczekiwania od życia, niż powielanie losu swej matki uwiązanej przy gospodarstwie. Przez lata tkwiąc w nieformalnym związku z wieloletnim chłopakiem Sławkiem, ostatecznie zachodzi z nim w bliźniaczą ciążę. Jednakże jeden nierozsądny czyn, chwilowe zamroczenie i nieuwaga niszczą jej spokojne i poukładane życie. W nieszczęśliwym wypadku samochodowym, spowodowanym z jej winy, traci swoje dzieci. Załamana, popada więc w wielką depresję, z której nie widzi wyjścia.

Janek jest wdowcem z trójką małych dzieci. Pracuje całe dnie, aby spłacić długi i zapewnić swej rodzinie choć minimalnie godne warunki życia. Jego pociechy, pozostawione w głównej mierze samym sobie, zaniedbane i nie zaopiekowane, opierają się głównie na tym, co zorganizuje dla nich starszy brat, jedenastoletni Wiktor. Rodzina jest o krok od interwencji opieki społecznej, a jej sytuacja jest naprawdę trudna i w tym właśnie momencie losy Justyny i Jana splatają się ze sobą. 

Wszystko oczywiście dzieje się pod wpływem niesamowitego zbiegu okoliczności i sytuacji, która z normalnym życiu w ogóle nie miałaby prawa dojść do skutku, ale w książce może zdarzyć się wszystko, więc choć styl życia Justyny i Jana zupełnie do siebie nie pasuje, mają oni też o sobie nie najlepsze zdanie, łączą ich pewne życiowe cele, z którym największym i najważniejszym jest dobro dzieci. 

Bohaterowie będą musieli pokonać wiele przeszkód, żeby poukładać swoje życie i nie od razu też zapałają do siebie gorących uczuciem. Dwie osoby pochodzące z dwóch tak różnych światów będą musiały starać się przede wszystkim dogadać i stworzyć coś na kształt rodziny. 

I muszę przyznać, że fajnie się o tym wszystkim czyta. Całość jest bardzo bajkowa, niemalże filmowa, stąd też moja dość wysoka ocena tej książki. Trzeba jednak od razu zaznaczyć, że na tę opowieść obowiązkowo należy spojrzeć ze sporym przymrużeniem oka. Mimo wprowadzenia dość poważnego tematu zaniedbania wobec dzieci, potrzebujących opieki, wsparcia i miłości, straty ciąży, depresji, to tematy te potraktowane są bardzo "łagodnie", powierzchownie, w sposób bardzo "ugładzony". Tak nie wygląda prawdziwe życie, jeżeli więc oczekujecie od tej książki czegoś poważnego, to nie tędy droga.
 
"Szczęście na horyzoncie" to miła historyjka na jeden wieczór. Daje rozrywkę i na chwilę odrywa od rzeczywistości. I tak należy do niej podchodzić, bo w innym przypadku może bardzo rozczarować.

Sardegna

niedziela, października 21, 2018

Śląskie Targi Książki w wielkim skrócie

Miniony weekend był bardzo pracowity. W dniach 12 - 14 października w katowickim MCKu tuż obok Spodka, odbywały się Śląskie Targi Książki, wydarzenie zawsze dla mnie ważne, w które staram się angażować na maksa, czy to prywatnie, czy to z ramienia naszego Stowarzyszenia ŚBKów. W tym roku pracy było co nie miara, czas targowy spędziłam więc głównie na intensywnym dyżurowaniu na stoisku Śląskich Blogerów Książkowych, gdzie odbywała się wielka wymiana książkowa, a także na pilnowaniu miliona drobnych spraw, które były niezbędne, aby udały się wszystkie wydarzenia zaplanowane przez nasze Stowarzyszenie. Mniej czasu poświęciłam w tym roku na spotkania z Autorami, czy zdobywanie podpisów. Całkiem sporo mam ich już w swojej kolekcji, nie było to więc dla mnie priorytetem. Wybrałam się więc tylko na trzy spotkania na stoiskach: ze Stefanem Dardą, Leszkiem K. Talko oraz Mariuszem Czubajem. Zupełnie prywatnie udało mi się zdobyć podpisy Ewy Bauer oraz Roberta Małeckiego.



Jeśli chodzi o wydarzenia przygotowane przez ŚBKów, wszystkie wypadły według planu. W piątek odbyło się spotkanie dla młodzieży, poruszające kwestię ekranizacji i adaptacji książkowych, prowadzone przez naszego kolegę Patryka, które zgromadziło tak wielką publiczność, że organizatorzy w jego trakcie musieli dostawiać krzesła widzom. Sobota obfitowała w atrakcje dla blogerów, czyli przygotowaną przez nas debatę "Zarabiać, czy nie zarabiać na blogu", wzbudzającą w widzach wielkie emocje, a w całości można obejrzeć ją TUTAJ. Na event ten przygotowaliśmy wraz z portalem Granice.pl oraz całą gamą sponsorów (Granice.pl, Tak Czytam, Gryfnie, Zysk i S-ka, Wydawnictwo Poznańskie, Vesper, Rebis, Publicat S.A., Goplana, Solidarność, Śliwka Nałęczowska, Ideus, Nad wyraz) pakiety pełne niespodzianek, więc żaden bloger nie wyszedł od nas z pustymi rękoma. W niedzielę odbył się panel dyskusyjny "Blogerze, pogadaj z wydawcą", na który nasze zaproszenie przyjęli przedstawiciele wydawnictw Kinga Maszota z SQN oraz Karol Górski z Wydawnictwa Poznańskiego. Zapis z tego spotkania również można obejrzeć, klikając w TEN link.

Nasza wymiana książkowa cieszyła się ogromnym zainteresowaniem, czego dowodem jest poniższa infografika przedstawiająca zestawienie ilości książek, które znalazły na targach nowy dom.

 


To był bardzo dobry, choć mocno pracowity weekend, a jego skutki odczuwam jeszcze do dziś. Zwłaszcza mam na myśli tutaj zmęczenie psychiczne, które nieodzowne jest w sytuacji przygotowania tak dużego przedsięwzięcia i ogromu spraw, których trzeba dopilnować. Stąd też wpis ten jest naprawdę skrótową relacją z trzech dni targowych, bo w weekend ten działo się oczywiście znacznie więcej. Nie da się ukryć, że takie książkowe imprezy ładują mnie bardzo pozytywną energią i wielką mobilizacją do blogowania i nie inaczej było i tym razem. Nie zrażam się zmęczeniem i bardzo się cieszę, że nasza praca, jaką wkładamy w działalność ŚBKów przynosi tak pozytywne efekty i miły odbiór wśród osób odwiedzających targi.

W ciągu trzech dni targowych sama również dokonałam kilku wymian, zwłaszcza książek dla dzieci i młodzieży, bowiem moja Córka wygrzebała z regału bardzo wiele tytułów, z których wyrosła. Poniżej możecie więc zobaczyć, jakie zdobycze przyniosłam z targowej wymiany:



"Laboratorium" D.Preston, L.Child
"Behawiorysta" Remigiusz Mróz
"Magiczny wieczór" Agnieszka Krawczyk
"Before. Chroń mnie przed tym, czego pragnę" Anna Todd
"Dom węży" Mateusz Lemberg
"Zdążyć z miłością" Beata Majewska
"W nadziei na lepsze jutro" Ewa Bauer
"Smak gór" Ryszard Pawłowski

Jeśli chodzi o zakupy własne, w promocyjnej cenie 10 zł kupiłam sobie brakującą do kolekcji powieść Harlana Cobena "Już mnie nie oszukasz" oraz zbiór opowiadań "Zabójczy pocisk", na który czaiłam się już na WTK, ale ostatecznie nie udało im się przywieźć go z Warszawy.
  

Z ŚTK wróciłam obładowana książkami i świadomością dobrze wykonanej roboty, czyli tak, jak lubię! Byliście w ubiegły weekend w Katowicach? A może wymieniliście coś na naszym stoisku? Podzielcie się wrażeniami!

  Sardegna

piątek, października 19, 2018

Zaproszenie do dyskusji - "Podejdź bliżej" Rachel Abbott


Wydawnictwo: Filia
Liczba stron: 380
Moja ocena : 5/6

Przyznam szczerze, że po raz pierwszy miałam okazję przyjrzeć się bliżej twórczości Rachel Abbott, znanej brytyjskiej Autorki serii thrillerów psychologicznych, bardzo dobrze przyjętych przez czytelników. Może i Wam rzuciły się w oczy takie tytuły jak: "Droga ucieczki", "Śpij spokojnie", "Obce dziecko", "Szóste okno", "Dziecko znikąd", bo ja na przykład kilkakrotnie zauważyłam je na zaprzyjaźnionych blogach, gdzie za każdym razem zbierały pozytywne opinie. Kiedy więc na rynku pojawiła się nowa powieść Autorki "Podejdź bliżej" postanowiłam sprawdzić, czy rzeczywiście te historie, dotykające najmroczniejszych zakamarków ludzkiej psychiki i mnie przypadną do gustu. 

Dodatkowym impulsem do przeczytania tej powieści była Paulina z bloga Krakowskie Czytanie, z którą ustaliliśmy, że lektura "Podejdź bliżej" będzie doskonałą okazją do zainicjowania kolejnej dyskusji blogowej na temat treści konkretnej książki. Niestety rzadko zdarzają się już takie wpisy na blogach, które zapoczątkowują realną rozmowę o literaturze. Bardzo mi tego brakuje, ale wiem też, że nie jestem osamotniona w swoich rozważaniach na ten temat, stąd też jakiś czas temu postanowiłam to zmienić i stworzyłam wpis o "Złodziejce książek", w którym można było podyskutować, odpowiedzieć na pytania związane oczywiście z treścią powieści, czy podzielić się swoimi przemyśleniami na jej temat.

Aby więc podtrzymać tę pozytywną tendencję i zachęcić czytelników do rozmowy pod wpisem, na drugą lekturę proponuję najnowszą powieść Rachel Abbott, zanim jednak przejdę do konkretnych zagadnień, napiszę tylko, że wpis ten, jak i komentarze mogą zawierać SPOJLERY. Jeśli więc nie czytaliście tej książki, a macie ją w planach wstrzymajcie się proszę z czytaniem tej notki.

Najpierw parę słów o fabule: w parku miejskim, w wieżyczce do obserwacji ptaków zostają znalezione zwłoki młodej kobiety. Ubrana w zupełnie nie pasujące do siebie ciuchy, w pozie wyrażającej pełną akceptację i rezygnację, zamordowana została w jakiś trudny do określenia sposób. Przypadkowym świadkiem morderstwa jest inna młoda kobieta, która w parku znalazła się po prostu w nieodpowiednim miejscu i czasie. Ponieważ jej samej zależy na dyskrecji, początkowo nikomu nie przyznaje się do tego, co widziała, a co może być bardzo pomocne w ewentualnym śledztwie i dotarciu do winnego. Sprawą Penny (jak nazywają denatkę na komisariacie) prowadzi Tom Douglas, znany pewnie doskonale czytelnikom powieści Abbott z poprzednich części serii. Osobiście nie mogę powiedzieć na jego temat zbyt wiele, poza tym, że jego życie osobiste i uczuciowe jest mocno pokręcone. Mam świadomość, że dla osób które czytały poprzednie części bohater ten ma jakąś konkretną osobowość i przeszłość, dla mnie jednak był on tylko policjantem prowadzącym sprawę dziwnego zabójstwa i nie poświęciłam teh postaci zbyt wiele uwagi.

Do Toma zgłasza się dobry przyjaciel jego brata, który bezskutecznie od jakiegoś czasu szuka swojej młodszej siostry Hannah. Dziewczyna zaginęła parę miesięcy temu, a jedyny ślad, jaki do niej prowadzi i może sugerować co się z nią stało, prowadzi do luksusowego rejsu. Policja próbuję połączyć fakt zaginięcia Hannah z zabójstwem Penny, a także zniknięciem innych młodych kobiet w ostatnim czasie. Wspólny mianownik tych spraw odnajduje się jednak w pewnej grupie wsparcia dla osób w żałobie. Kto i w jakim celu porywa dziewczyny doprowadzając je do śmierci?

Historia "Podejdź bliżej" toczy się z dwóch perspektyw. Jedną z nich jest śledztwo i praca nad odkryciem prawdy o tym, co stało się z zaginionymi, drugą jest punkt widzenia kobiety, która trafia w sam środek piekła, mając bezpośrednio do czynienia z porywaczami. I teraz moje wrażenia: ogólnie uważam, że powieść ta jest ciekawą historią z mocno rozbudowanym wątkiem psychologicznym, jednak mój zachwyt nad nią jest mocno umiarkowany. Może kolejny raz padłam ofiarą zbyt wysokich oczekiwań, a może po prostu wolę historie bardziej dynamiczne, które nie rozgrywają się głównie w umyśle głównych bohaterów. Na pewno podobało mi się zakończenie, które choć w pewien sposób przewidywalne, daje czytelnikowi furtkę do rozważań na temat tego, co mogło się stać z bohaterką później. Na uwagę zasługują też pokazane w książce wszelkie mechanizmy manipulacji, najistotniejsze zresztą w tej opowieści. 

***

Poniżej zanotowałem kilka zagadnień, które nasunęły mi się w trakcie lektury. Będzie mi bardzo miło jeśli zechcecie się wypowiedzieć, podyskutować na ten temat i podzielić się swoimi przemyśleniami. 

1. Czy czytaliście poprzednie powieści Autorki, a jeśli tak, to jak oceniacie powyższą na ich? Czy inne książki równie mocno opierają się aspektach ludzkiej psychiki?
2. Czy uważacie, że sytuacja takiej manipulacji mogłaby mieć miejsce w prawdziwym życiu?
3. Co tak naprawdę chcieli osiągnąć porywacze? Jaki był cel ich działań?
4. Co działo się w umysłach bohaterek, że nie potrafiły przeciwstawić się oprawcom, nawet w sytuacji, kiedy mogły to zrobić?
5. Kim dla Doktora była Thea? 
6. Dlaczego Judith była tak ważna dla porywaczy?

Mam nadzieję, że podejmiecie temat i uda nam się stworzyć tutaj fajną rozmowę! Zapraszam!

  Sardegna

środa, października 17, 2018

Planszówkowo #8 "Żubr Pompik"

Październik sprzyja mi nadrabianiu zaległości planszówkowych, dzisiaj więc, idąc za ciosem, po wpisie na temat gry "Babciu, Dziadku, jak to kiedyś było?", prezentuję kolejną planszówkę, tym razem przeznaczoną raczej dla dzieci, choć doskonale nadającą się do rozgrzewki przed większą rozgrywką rodzinną.



"Żubr Pompik" wydaje się banalną grą dla dzieci, opierającą się na zasadach memo, co może sugerować, że dorośli bardzo szybko się nią znudzą, a nawet dzieci, po paru grach będą miały jej dość, bo ileż można szukać par zwierzątek. Nie dajcie się jednak zwieść pozorom, bo ta gra wcale nie jest taka prosta, jak na pierwszy rzut oka się wydaje. Zasady owszem są banalne, ale w trakcie rozgrywki kartoniki tak szybko przemieszczają się po planszy, że nic nie jest już oczywiste i naprawdę trudno dopasować parę. Stąd też memo nadal pozostaje memem, ale przez to, że występuje w nieco innej, utrudnionej formie, sprawia graczom nie lada problemy. Pierwsze przetestowanie "Żubra" zajęło naszej czwórce dobre 30 minut, bo w praktyce zdobycie punktów i zakończenie rundy nie było wcale takie łatwe. 

 Gra składa się z:
  • planszy
  • drewnianej figurki żubra Pompika
  • kartoników z parami zwierzątek - rysie, wiewiórki, dziki, nietoperze, sowy, jeże
  • jednego kartonika z burzą
  • dwóch nietypowych kostek do gry, składających się z dwóch pól z wizerunkiem żubra i czterech pól z "tradycyjnymi" oczkami od 1 do 4
  • drewnianego słoneczka  
  • kółeczek tekturowych z symbolami kolorowych kwiatków (białych, różowych, błękitnych)



Przed rozpoczęciem rozgrywki, na pustych polach układamy kartoniki ze zwierzątkami, w przypadkowej kolejności, odsłonięte, obrazkami do góry. Gracze przypatrują się im przez chwilę, starając się zapamiętać kolejność, jak w tradycyjnym memo, po czym kartoniki są zasłaniane. Pierwszy uczestnik gry rzuca kostkami, przesuwając żubra z pola czerwonego o odpowiednią ilość pól, jednak w myśl zasady, że jeżeli na kostce wypadają dwie wartości oczek, to gracz wybiera jedną cyfrę i o tyle pól przesuwa figurkę. Jeśli na kostkach wypada konkretna wartość oczek i żubr, gracz nie ma wyboru i przesuwa się o tyle pól, ile wypadło. Jeśli na kostkach wypadają dwa żubry, wszyscy gracze muszą, jak najszybciej złapać drewnianego żubra, a kto zrobi to najszybciej otrzymuje punkt w postaci żetonu z kolorowym kwiatkiem.


To jednak nie łapanie żubra jest istotą tej gry. Przesuwając figurkę po planszy o określoną liczbę pól, odsłaniamy kartonik ze zwierzątkiem, następnie podmieniamy żubra miejscami z odkrytym obrazkiem i szukamy do niego pary, jak w memo. Kiedy się to udaje, zdobywamy punkt. I tutaj zaczynają się schody, bowiem kiedy zamieniamy żubra z kartonikami, zwierzątka zaczynają wędrować po planszy i na nic fakt, że na początku rozgrywki zapamiętaliśmy ułożenie obrazków...



Zwierzęta się mieszają, gracze próbują je połączyć w pary, zdobywając żetony punktowe, a w tym czasie drewniane słoneczko wędruje po kółku symbolizujący dzień (jedno pełne okrążenie żubra, jedno przesunięcie słoneczka). Kiedy żółty pionek poinformuje nas o zakończonym dniu, gra dobiega końca i można podliczać zdobyte żetony. Oczywiście w trakcie rozgrywki możemy natrafić na burzę. Wtedy w ramach kary, musimy oddać jedne ze zdobytych wcześniej żetonów.

Uwaga:

W instrukcji jest informacja, że za uzbierane 4 żetony i to jeszcze w jednakowych kolorach, gracz otrzymuje jeden punkt. Moim zdaniem jest to jednak zbyt wielkie utrudnienie. Ja na przykład podczas jednej rozgrywki zdobyłam tylko 2, nie miałabym więc czegoś wymieniać. Lepiej więc przydzielać punkty po prostu za ilość żetonów. 

Tak, jak pisałam, wbrew pozorom "Żubr Pompik" nie jest prostą grą. Rozgrywka jest bardzo emocjonująca, zwłaszcza, kiedy człowiek jest przekonany o miejscu, w którym znajduje się pasujący do pary kartonik, a w praktyce okazuje się, że owszem, był tam, ale dwie rundy temu. Polecam "Żubra" do wspólnych rozgrywek rodzinnych, można nieźle się przy nim nakombinować.
 
Sardegna

niedziela, października 14, 2018

"Opowieści z Narnii. Książę Kaspian" C.S. Lewis


Wydawnictwo: Media Rodzina
Liczba stron: 221
Moja ocena : 4/6

Pamiętacie, kiedy jakiś czas temu pisałam Wam, że moje dzieci są pod wielkim wrażeniem pierwszego tomu "Opowieści z Narnii", czyli "Lwa, Czarownicy i starej szafy"? Ja sama też byłam bardzo zdziwiona faktem, iż ta historia tak bardzo im się podobała i wywołała w nich aż tak wielkie emocje. Jeszcze podczas czytania dzieciaki pytały mnie, czy ta opowieść ma dalszy ciąg i czy będziemy ją czytać. 

Z jednej strony sama chętnie dowiedziałabym się, jak dalej potoczyły się losy Piotra, Zuzanny, Łucji i Edmunda, ale z drugiej miałam poważne obawy, bo gdzieś wcześniej widziałam fragmenty filmu "Księcia Kaspiana" i sama kontynuacja wydawała mi się mocno przekombinowana i średnio fajna. Dzieciaki były jednak niezmordowane i wygrzebały z czeluści dziecięcej biblioteczki tom drugi. Co było więc robić. Trzeba przeczytać.

Nie powiem, lektura dalszych losów bohaterów "Opowieści z Narnii" była dość ciekawym doświadczeniem, choćby tylko dlatego, że miałam możliwość dowiedzenia się, że wejście dzieci przez szafę do magicznej krainy zwanej Narnią, to tylko skromny początek, doskonale wszystkim znany. Natomiast to, co dzieje się później jest znacznie bardziej skomplikowane i rozbudowane i na pewno nie kończy się na drugim tomie.

W pewnym sensie jednak, potwierdziły się niestety moje obawy, że trudno będzie Kaspianowi dorównać do części pierwszej, zwłaszcza jeśli chodzi o emocje moich dzieci. Jego historia jest ciekawa i niepokojąca, ale nie ma w niej już takiego elementu zaskoczenia, przez co nie robi na małych czytelnikach takiego oszałamiającego wrażenia, jak początek. Poza tym, Książę Kaspian w roli władcy Narnii to już nie to samo, co czwórka synów i córek Adama i Ewy na tronie Ker - Paravellu. No niestety. To jest już zupełnie inna opowieść...

Od czasu powrotu Piotra, Zuzanny, Łucji i Edmunda z Narnii minął rok. Dzieci zakończyły kolejne wakacje i szykują się do powrotu do szkoły. W nieco refleksyjnych humorach czekają na stacji kolejowej na swój pociąg, a wtedy jakaś tajemnicza siła przenosi ich w nieznane, choć w pewien sposób znajome, miejsce. Po początkowym zdziwieniu i przeanalizowaniu, gdzie właściwie się znajdują, w nieznanym krajobrazie zauważają znajome im szczegóły. Okazuje się, że trafili z powrotem do Narnii, jednak obecnie wygląda ona już zupełnie inaczej, niż ta, którą zapamiętali. Wydaje im się, że w tej krainie musiało minąć naprawdę sporo czasu od momentu, kiedy ją opuścili. 
Faktycznie, dzieci odnajdują kolejne ślady, mówiące o tym, jak wspaniałym królestwem była kiedyś Narnia, stwierdzają też, że obecnie nie wiedzie się w niej najlepiej. Kraj rządzony jest przez króla Miraza, władcę ludu Telmarków, którzy zamieszkują kraj po tym, jak starodawni królowie opuścili go w tajemniczy sposób. Nowy władca rządzi Narnią twardą ręką, absolutnie nie toleruje żadnych magicznych stworzeń, mówiących zwierząt ani leśnych istot. Zabronił też swoim podwładnym wierzyć w Aslana i synów i córek Adama i Ewy, którzy kiedyś uratowali Narnię przez Białą Czarownicą. 

Na szczęście dla kraju jest nadzieja, bowiem podły Miraz ma bratanka Kaspiana, który jak najbardziej wierzy w Starą Narnię i pragnie, aby było tak, jak dawniej. Wspierany przez przychylne mu istoty postanawia obalić istniejący porządek. Ale czy młody chłopak, sam stojący na czele Starych Narnijczyków pokona złego wuja? W sam środek tego konfliktu wpadają Piotr, Zuzanna, Łucja i Edmund, nieświadomi tego, jak poważną rolę odegrają kolejny raz w historii Narnii.

Jak widać, w tomie drugiem też sporo się dzieje, wydawać więc by się mogło, że kontynuacja trzyma poziom i jest doskonałym uzupełnieniem tomu pierwszego. Nie do końca jednak tak jest. "Książę Kaspian" jest zdecydowanie mniej dynamiczny, bardziej opisowy i faktycznie czytając tę książkę na głos, ma się wrażenie "dłużyzny". Bardzo dużo miejsca poświęcono tutaj opisom magicznych stworzeń, Starych Narnijczyków, przedstawienia ich zwyczajów, historii, tego, co się z nimi działo, kiedy kraj opanowali Telmarowie. Z jednej strony doskonale to rozumiem. Ten zabieg jest uzasadnionym pomysłem na to, aby przedstawić czytelnikom losy Narnii, kiedy nie było w niej Piotra, Zuzanny, Edmunda i Łucji, z drugiej jednak strony wydaje mi się, że ta kontynuacja przygód dzieci jest przeznaczona raczej dla hermetycznej grupy odbiorców, którzy czerpać będą przyjemność z samego wyszukiwania szczegółów i nawiązań. Dla przeciętego odbiorcy natomiast, nie będzie to miało większego znaczenia.

Na koniec napiszę jeszcze tylko tyle, że po przeczytaniu tomu drugiego jestem już w pełni świadoma, dlaczego tylko pierwsza część jest lekturą szkolną. W innym przypadku, dzieci średnio zainteresowane książkami, prawdopodobnie w ogóle nie przebrnęłyby przez kontynuację. A tak mogły przeczytać przynajmniej początek, który jest wspaniałą opowieścią i na szczęście można uznać ją za odrębną i zamkniętą historię. 

Cała serii "Opowieści z Narnii" liczy sobie pięć tomów. Jeśli moje dzieci zechcą sięgnąć po część trzecią, to na pewno im tej lektury nie odmówię, z nadzieją, że w kolejnych książkach historia potoczy się już bardziej dynamicznie i znowu wciągnie ich na maksa.

Sardegna

piątek, października 12, 2018

"Making faces" Amy Harmon


 Wydawnictwo: Editiored
Liczba stron: 342
Moja ocena : 5/6

"Making faces" to kolejna książka amerykańskiej Autorki Amy Harmon, znanej już czytelnikom z takich powieści, jak "Prawo Mojżesza" i "Pieśń Dawida". Do tej pory miałam z tą książką spory problem, przede wszystkim z powodu jej małego druku i wąskich marginesów. Niby taka drobnostka, ale skutecznie zniechęcała, przez to powieść leżała sobie na stosie, a ja zawsze znajdowałam coś innego do czytania. 

Z pomocą przyszły wakacje i mój wymarzony urlop, na który zawsze zabieram książki, do których w ciągu roku szkolnego podchodzę z dystansem, albo mam co do nich nieuzasadniony opór. Stwierdziłam zatem, że to jest ten moment i pakuję "Making faces" na wczasy. I faktycznie, to była bardzo dobra decyzja z mojej strony. W sprzyjających okolicznościach przyrody udało mi się przeczytać tę powieść w dosłownie jeden dzień, a sama historia okazała się naprawdę fajna. Myślę też, że odkładając ją w nieskończoność, sama sobie odmówiłam wielu chwil spędzonych na przyjemnej lekturze. Mądry Polak po szkodzie...

W każdym razie, gdybym miała jednym słowem streścić, jaka jest ta książka, powiedziałabym, że uduchowiona. Nie zrozumcie mnie źle, ta duchowość nie jest w żaden sposób nachalna, nie jest też jedyną definicją tej historii. Po prostu  "Making faces", podobnie, jak "Prawo Mojżesza" i "Pieśń Dawida" zawiera pewne wątki religijne, które wydają się znakiem rozpoznawczym Autorki, mocno związanej z chrześcijańskim nurtem wiary. Tak, jak powiedziałam, te wątki nie są jakieś dominujące, nie przysłaniają też innych wydarzeń, rozgrywających się w tej opowieści. Bardziej objawiają się jako tematy rozważań głównej bohaterki, córki pastora, w domu rodzinnym której religia od zawsze była bardzo ważnym elementem życia. Dziewczyna często powierza swój los opiece boskiej, zastanawia się nad istotą cierpienia, szuka opieki Najwyższego w najtrudniejszych dla niej momentach. Jest po prostu osobą wierzącą i często daje świadectwo swej wiary.

Fern Taylor od dzieciństwa była brzydkim kaczątkiem. Niezbyt urodziwa, nie za wysoka, bardzo szczupła, wyglądem przypomina małe dziecko i tak od zawsze jest traktowana. Do tego, zawsze stanowi wyraźny kontrast swojej najlepszej przyjaciółki, szkolnej gwiazdy, Rity. Wraz z kuzynem Baileyem, cierpiącym na postępujące porażenie mięśniowe, wspólnie spędzają czas, są też dla siebie najlepszym wsparciem w trudnych momentach zwątpienia w sens swojego życia. Jakby tego było mało, Fern zakochuje się w największym przystojniaku w szkole, gwieździe drużyny zapaśniczej, Ambrose Young'u. 

Ulokowanie pierwszych młodzieńczych uczuć szarej myszki, w najpopularniejszym chłopaku w szkole powoduje oczywiście, że dziewczyna staje się pośmiewiskiem kolegów Ambrose, a sam zainteresowany również nie czuje się z tą całą sytuacją komfortowo. Poza tym, myśli chłopaka nie skupiają się raczej na dziewczynach, tylko krążą wokół zupełnie innej sprawy. 

Zbliża się zakończenie liceum, a Ambrose postanawia zaciągnąć się do wojska. Jego decyzja ściśle wiąże się z wydarzeniami z 11 września, kiedy to w wieżowcach World Trade Center o mało co nie zginęła jego mama. Chłopak postanawia zostać żołnierzem i jechać na Bliski Wschód, ale ponieważ nie chcę iść na wojnę sam i przeżywać tej strasznej rzeczywistości samotnie, namawia na pobór do wojska swoich czterech najlepszych przyjaciół. Jak się można domyślać, z tej wojny nie wszyscy wrócą żywi, a nasz bohater, mimo że ocalał, przez rany fizyczne i psychiczne, które go naznaczyły, będzie odczuwał coś znacznie gorszego, od świadomości zbliżającej się śmierci.

Ambrose, kiedyś tak lubiany, teraz czuje się intruzem w rodzinnym miasteczku. Blizny na ciele i duszy bolą go każdego dnia, a jedynym jasnym punktem w jego depresyjnej codzienności staje się Fern, która wyciąga do niego rękę i próbuje pomóc mu zaaklimatyzować się na nowo wśród znajomych miejsc. Poza tym, dziewczyna ciągle kocha go swoją pierwszą, szczerą miłością, i mimo wszelkich zewnętrznych niedoskonałości, widzi w nim tylko piękne wnętrze. Czy dwojgu ludziom o złamanych sercach, skomplikowanej przeszłości i tak niskiej samoocenie, uda się zbudować coś trwałego?  Czy dadzą radę przeciwstawić się nieprzychylnym opiniom i pokonać problemy związane z postrzeganiem własnego ciała?
  
Wydawało by się, że powieść ta jest typowym romansem, mającym jedynie "poważniejsze" tło dla rozwijającej się relacji między dwoma głównymi bohaterami. To nie jest jednak prawda, bowiem mimo że relacja pomiędzy Fern i Ambrose wydaje się być wątkiem kluczowym tej historii, to tak naprawdę jest tylko jednym z wielu elementów tej opowieści. Oprócz niego w "Making faces" pojawia się motyw przemocy w rodzinie, radzenia sobie ze stratą, w sytuacji śmierci najbliższych, próby powrotu do normalności po trudnych przejściach, śmiertelnej choroby, odrzucenia przez społeczeństwo z powodu odmiennego wyglądu, a także wyżej przez mnie wspomniany wątek religijny, który w przypadku powyższych problemów ma swoje poważne uzasadnienie.

Powiem tak, ta książka jest poważniejsza, niż się na pierwszy rzut oka wydaje. Czyta się ją bardzo dobrze i mimo iż ma pewne "moralizatorskie" i pseudofilozoficzne momenty, to całość odbiera się raczej pozytywnie. Zdaję sobie oczywiście sprawę, że taka forma przekazu nie każdemu czytelnikowi może odpowiadać, stąd też książka nie do wszystkich przemówi. Jeśli chodzi o mnie, podobał mi się  trochę nieszablonowy pomysł na oklepany w książkach motyw, czyli splecenie losów "brzydkiego kaczątka" z szkolną gwiazdą sportu. Ciekawe były też wszystkie wątki dodatkowe, choć poruszające trudną tematykę, przez to okazały się być mocno wzruszające. 

Na pewno nie uznam czasu poświęconego "Making faces" za stracony. Stąd też zostawiam Was z moją opinią i zachęcam zainteresowanych do lektury.

Sardegna

środa, października 10, 2018

Śląskie Targi Książki już w ten weekend!

Czy wiecie, co będzie się działo w nadchodzący weekend? Tak, tak, dobrze kojarzycie, nadszedł w końcu czas Śląskich Targów Książki w Katowicach. Kolejny już raz na terenie MCKu, w sąsiedztwie Spodka odbędzie się to wielkie książkowe święto wszystkich miłośników literatury. I choć w tym roku październik jest miesiącem, w którym poza ŚTK odbywać się będą jeszcze targi w Krakowie, to mam nadzieję, że i nasze miasto przyciągnie wiele osób zakochanych w książkach, które będą mogły na żywo poznać swoich ulubionych autorów. Śląscy Blogerzy Książkowi, jak co roku pojawią się na targach, jako wystawcy. Na najbliższy weekend zaplanowaliśmy trzydniową wymianę książkową, event dla blogerów, oraz panel dyskusyjny z wydawcami. Szczegółowy plan działań ŚBKów znajdziecie poniżej:
Wymiana książkowa - tradycyjnie przez wszystkie dni targowe odbywać się będzie nasza wymiana. W skrócie - książka za książkę, byle mieściła się w odpowiednim roczniku 2005 - 2018. Szczegółowy regulamin znajdziecie klikając w link wydarzenia.

Z papieru na ekran - o ekranizacjach i adaptacjach słów parę..., czyli spotkanie skierowane dla młodzieży ze szkół podstawowych, które prowadzi nasz kolega Patryk Obarski. Spotkanie dotyczyć będzie adaptacji i ekranizacji filmowych. Czy w XXI wieku warto jeszcze czytać książki, czy może lepiej zobaczyć ekranizację na Netflixie? Jak wygląda proces przekładu z kartek na ekran? Czy można stworzyć w 100% wierną powieści ekranizację? [opis pochodzi z wydarzenia na FB]
Być czy mieć? Czy na blogu można się wzbogacić? Debata, która poruszać ma tematy ważne dla książkowych twórców internetowych. Śląscy Blogerzy Książkowi i Granice.pl przygotowali niespodzianki dla wszystkich zarejestrowanych blogerów.
"Pogadaj z wydawcą!"- Śląscy Blogerzy Książkowi zapraszają na spotkanie z pracownikami wydawnictw książkowych. Blogerze: jesteś początkujący i chcesz się dowiedzieć, jak nawiązać współpracę recenzencką z wydawcą? Zastanawiasz się, kto powinien napisać pierwszy: ty czy wydawnictwo? A może masz już pewne doświadczenie w tym temacie i chętnie posłuchasz, jakie są cienie i blaski takiej współpracy? Dowiesz się, co na ten temat myślą pracownicy działów PR-u? Trzy osoby z trzech różnych znanych wydawnictw opowiedzą o swoich doświadczeniach w tym temacie: m.in. czego oczekują od blogera w ramach współpracy i jak ją w ogóle nawiązać oraz czego bloger powinien unikać, pisząc do wydawcy. Blogerze, masz jakieś pytanie do wydawcy, związane z tym tematem? Nasi goście postarają się na nie odpowiedzieć [opis pochodzi ze strony wydarzenia].

 ***

Oczywiście oprócz naszych wydarzeń, program targów oferuje wiele innych atrakcji. Po szczegóły zapraszam na stronę wydarzenia TUTAJ .
Jeśli natomiast chodzi o moje plany na sobotę i niedzielę, spotkacie mnie przede wszystkim na stoisku z wymianą, gdzie będę dyżurować oraz na poniższych spotkaniach:

Sobota:
12.00–13.00 spotkanie z Sylwią Winnik MUZA SA, stoisko 63
14.00–15.00 Leszek Talko podpisuje zbiór felietonów Wydawnictwo SONIA DRAGA, stoisko 67
16.00–17.00 Mariusz Czubaj podpisuje swoje kryminały Grupa Wydawnicza Foksal, stoisko 22

Niedziela:
11.00–12.00 Spotkanie autorskie ze Stefanem Dardą VIDEOGRAF, stoisko 33
11.00–12.00 Spotkanie i dyżur autografowy - Robert Małecki Śląski Klub Fantastyki, stoisko 101
14.00–15.00 Sabina Waszut podpisuje swoje książki MUZA SA, stoisko 63


W związku z powyższą listą Autorów, do których chciałabym zajrzeć, przygotowałam książki do podpisu:


"Dobra - Noc" Sabina Waszut
"Skaza" Robert Małecki
"Dziecko dla odważnych" Leszek K. Talko
"Talki w wielkim mieście" Monika Piątkowska, Leszek K. Talko
"Dziewczynka z zapalniczką" Mariusz Czubaj
"Dom na Wyrębach" Stefan Darda
"Kurhanek Maryli" Ewa Bauer

Książki Sylwii Winnik nie mam, ale może uda mi się ją zakupić jeszcze przed TK.

Kto planuje być w Katowicach?  Zachęcam do podejścia do stosika ŚBKów, na pewno znajdzie się chwila na zapoznanie się i rozmowę.

Sardegna

poniedziałek, października 08, 2018

"O czym myślą koty" Thomas McNamee


Wydawnictwo: Nasza Księgarnia
Liczba stron: 352
Moja ocena : 3/6

Kocham koty całym sercem, to w końcu moje ulubione zwierzęta domowe. Kiedyś, gdy moje dzieci były małe, stawiałam bardzo wyraźny opór co do posiadania własnego zwierzaka w mieszkaniu, ale kiedy moje pociechy trochę dorosły, w końcu dałam się im namówić, ale z zastrzeżeniem, że w naszym domu może zamieszkać tylko i wyłącznie kot. 

I faktycznie, od trzech lat jesteśmy właścicielami Filona, kota brytyjskiego niebieskiego, chociaż bardziej właściwe byłoby stwierdzenie, że to raczej on jest naszym właścicielem. Rządzi wszystkimi, ma bardzo mocny charakter, przytula się i daje pogłaskać tylko na własnych zasadach, a ja czasami mam wrażenie, że on jest mądrzejszy od nas wszystkich razem wziętych., co zapewne jest prawdą.

W moim domu rodzinnym też od zawsze były koty, a mój najmilszy przyjaciel z dzieciństwa był ze mną dokładnie 22 lata, dlatego różne zachowania tych zwierząt i pewne sytuacje z nimi związane, nie były mi obce. Jednak kiedy zobaczyłam w ofercie Naszej Księgarni powyższy poradnik, a raczej kompendium wiedzy o kotach, stwierdziłam, że to może być super książka, która pomoże mi usystematyzować posiadane wiadomości, zrozumieć zachowanie charakternego czworonoga a także pozwoli po prostu dowiedzieć się czegoś nowego na jego temat.

No i tutaj pojawia się problem, bowiem tak bardzo chciałam, aby ta książka okazała się fajna i pomocna, dla takiego zwykłego miłośnika kotów, jakim jestem. Niestety, jeżeli ktoś spodziewa się poradnika, książki behawiorystycznej, która coś podpowie, wytłumaczy, jak można sobie wyjaśnić niektóre zachowania pupila, to tutaj tego raczej nie znajdzie. 

"O czym myślą koty" nie jest w prawdzie książką popularnonaukową, ale opiera się na naukowych opracowaniach, a punkt widzenia Autora, przedstawiony jest w postaci poważnych esejów. Zresztą Thomas McNamee na co dzień jest cenionym eseistą i autorem publikacji o tematyce przyrodniczej, stąd też widać, że nie jest on w swoim pisaniu amatorem, tylko profesjonalistą. Ilość bibliografii w tej książce również jest imponująca, co świadczy o tym, że materiał został przygotowany przez Autora rzetelnie i w sposób przemyślany. McNamee włożył na pewno olbrzymią ilość pracy w stworzenie tej książki, niestety, jego rozważania na temat zachowań kotów, opierające się głównie na przykładzie jego kotki Augusty są napisane bardzo trudnym, naukowym językiem, brzmią bardzo mądrze, ale przez to 3/4 tekstu jest po prostu nieprzyswajalne dla czytelnika, który choćby był największym miłośnikiem kotów, nie znajdzie w tej książce przydatnych wskazówek lub ciekawostek.

Informacje z kociego życia przekazywane są w sposób bardzo sztywny, "na sucho" i choć początkowo się na to nie zapowiadało, bowiem Autor sporo czasu poświęcił na wytłumaczenie, dlaczego to zwyczaje i zachowania jego kotki stały się inspiracją do napisania tej książki, to ostatecznie całość wyszła mu bardzo nieżyciowo. Fakty o kocim żywocie są raczej encyklopedyczne, które owszem przydałyby się do jakiejś pracy naukowej, ale statystycznemu właścicielowi kota nie przyniosą żadnego pożytku.  

Żeby nie było tak zupełnie źle, powiem, że znalazłam w tej książce parę ciekawych informacji, które faktycznie mnie zaskoczyły, albo utwierdziły w jakimś przekonaniu, że właśnie to, co wydawało mi się słuszne w przypadku wychowania kota, albo czego się na temat mojego zwierzaka domyślałam, jest prawdą. Jednak tych informacji jest o wiele, wiele mniej, niż suchych faktów, podpartych fachową literaturą, które zwykłemu kociarzowi niczego nie wyjaśnią.

Szkoda wielka, bo ta książka ma olbrzymi potencjał. Wydawało mi się, że będzie to taka moja "kocia biblia", do której będę sięgać w momencie, kiedy będę chciała coś sobie przypomnieć, poczytać o zwyczajach mojego pieszczoszka, albo wesprzeć się jakąś konkretną wiedzą. Wyszło, jak wyszło, dlatego żałuję, że nie będę mogła Wam polecić tej książki w takim stopniu, jak bym chciała.

Sardegna