Pages

poniedziałek, września 29, 2014

"Dziewczyna #9 " Tami Hoag


Wydawnictwo: Harlequin/ Mira  
Liczba stron: 416
Moja ocena : 5/6

"Dziewczyna #9" to świetny kryminał, taki naprawdę trzymający w napięciu. Potwierdzić może to fakt, że dla owej książki weszłam na wyższy stopień wtajemniczenia i przeczytałam ją w samochodzie.
Kto mnie zna, ten wie, że cierpię na ogromną chorobę lokomocyjną i czytanie w aucie absolutnie nie wchodzi w grę. Jednakże w tym przypadku zrobiłam wyjątek.
"Dziewczyna #9" była moją urlopowa lekturą i nie mogłam nie doczytać jej do końca. W drodze powrotnej na Śląsk połknęłam ją w samochodzie. Musiałam, po prostu musiałam, dowiedzieć się, jak rozwinie się owa kryminalna historia i jakie będzie miała zakończenie. Czy to jest dla Was wystarczająca rekomendacja? Nie? To czytajcie dalej.

Akcja wydarzeń rozpoczyna się w Nowy Rok, kiedy to na skutek niewinnej, samochodowej stłuczki na zatłoczonej ulicy, z bagażnika jednego z aut, wypadają niesamowicie zmasakrowane zwłoki młodej kobiety. Z identyfikacją trudność ma nawet wykwalifikowany patolog, bowiem poza obrażeniami, twarz dziewczyny została oblana kwasem. Policja podejrzewa, że to sprawka seryjnego zabójcy, który krąży po kraju i wyrzuca z samochodów zwłoki swoich ofiar. W tym przypadku byłaby to jego 9 zbrodnia.
Para detektywów: Kovac i Liska (swoją drogą, okazuje się, że to czwarty tom z ich przygodami, o czym nie miałam pojęcia), przejmują sprawę.

W ferworze śledztwa, okazuje się, że zamordowana dziewczyna to uczennica pobliskiego liceum, mająca związek z nastoletnim synem Liski. Przez to sprawy przybiorą dla pani detektyw nieoczekiwany obrót. Zaangażowanie jej syna w sprawę nie ułatwi rozwiązania,  przysporzy tylko kłopotów. Całą akcję zaogniać będą też media, które nakręcą historię 9, mniemanej ofiary seryjnego, co w rezultacie doprowadzi do jego morderczej reakcji.

Obserwowanie rozwoju wydarzeń z perspektywy detektywów i mordercy, ochrzczonego przez media pseudonimem "Doc Holiday", będzie wyjątkowo interesujące. Do tego, poza akcją typowo kryminalną, czyli podążaniem tropem mordercy, analizą dowodów, rozumowaniem detektywów, będziemy mogli obserwować reakcję rówieśników na zaginięcie koleżanki. Nie wszystkie postawy nastolatków będą szczere, odkryte zostaną tez skrywane sekrety licealnej elity. Osobiste zaangażowanie syna Liski w sprawę zamordowanej dziewczyny, pokaże detektywom świat nastolatków od zupełnie innej strony, o której dorośli nie mają pojęcia.

Kto zamordował dziewczynę i dlaczego próbował ukryć jej tożsamość? Czy 9 ofiara jest dziełem seryjnego? Czy ktoś z jej szkolnych znajomych wie, co tak naprawdę się stało? Dlaczego to ukrywa?

Prawda okaże się być tak przerażająca, że aż trudna do przyswojenia. Sama musiałam ponownie przeczytać zakończenie, bo nie mogłam po prostu uwierzyć w to, co się stało. Zaskakujący, przemyślany finał wbija w fotel (nie tylko samochodowy). 

Mam nadzieję, że zachęciłam was wystarczająco do sięgnięcia po "Dziewczynę #9". Nie znałam wcześniej powieści Tami Hoag, i z tego co się zorientowałam, jestem w mniejszości, bowiem ma ona już spory dorobek, opisywany na blogach. Dobrze więc, że istnieją książkowe blogi, w innym wypadku o połowie świetnych książek nie miałabym pojęcia.
Sardegna

piątek, września 26, 2014

"Jeszcze jeden dzień" Mitch Albom

 
Wydawnictwo: Znak 
Liczba stron: 216
Moja ocena : 6/6 
 
Bardzo emocjonalnie podchodzę do książek, w których dzieci i mamy grają główne role. Nie mam na myśli oczywiści przewodników o wychowaniu, bo takowych unikam jak ognia. Myślę raczej o powieściach obyczajowych, gdzie właśnie ta wyjątkowa relacja matka - dziecko zostaje przedstawiona. Nie potrafię spokojnie podejść do takiej lektury. Odnoszę ją do swoich osobistych doświadczeń i relacji, a przez to łatwo się wzruszam i przeżywam książkę przez wiele kolejnych dni.

"Jeszcze jeden dzień" dostarczył mi właśnie takich wielkich emocji.  Nie może być jednak inaczej, jeżeli autor opisuje historię tak niesamowitą i zwyczajną zarazem, a w głównych rolach obsadza matkę i syna. Książka miała swoja premierę w maju, w okolicach Dnia Mamy. Rzeczywiście nie ma lepszego prezentu, jaki, można by sprawić własnej rodzicielce. Sama przeczytałam książkę właśnie wtedy, nie mogłam jednak przez długi czas zabrać się do napisania notki, bo temat wydawał mi się tak wyjątkowy, że nie mogłam go potraktować "na szybko".

Tytułowy, jeszcze jeden dzień, otrzymał w darze od losu Chick Benett, facet w średnim wieku, który nie jest zadowolony ze swojego życia. Ciągle zblazowany, z myślą o niespełnionym marzeniu zostania gwiazdą sportu, staje się zgorzkniały i trudny we współżyciu. Odsuwa się od rodziny i przestaje powoli kontrolować własne życie. Rozstaje się z żoną, praca nie sprawia mu żadnej radości, a smutki zaczyna topić w alkoholu. Czarę goryczy przelewa moment, kiedy ukochana córka nie zaprasza go na własny ślub.
Chick postanawia zakończyć swój marny żywot i popełnić samobójstwo.

Kiedy po upadku z dużej wysokości otwiera oczy, widzi nad sobą twarz matki. Tyle że, jego mama nie żyje ... od kilku lat. Chick nie może uwierzyć w otaczającą go rzeczywistość. Czuje ból, więc nie jest martwy, nie może jednak zrozumieć, jak to możliwe, ze może rozmawiać ze zmarłą mama, dotykać jej i poczuć jej uścisk.
Uświadamia sobie, że otrzymał niesamowity dar od losu, możliwość spędzenia jeszcze jednego dnia ze swoją rodzicielką. Będzie mógł nadrobić choć trochę stracony czas, powiedzieć wszystko to, czego nie zdążył powiedzieć za jej życia, pokazać swą miłość i podziękować za wszystko.
Będzie to niesamowity dzień, pełen refleksji i wyciągnięcia wniosków na przyszłość. Ten wspaniały dzień również wyjątkowo się skończy, ale to już osobna historia.

Możecie sobie zatem wyobrazić, jak wielkie emocje towarzyszyć będą czytelnikom podczas lektury. Któż bowiem z nas, nie chciałby przeżyć takiego jedynego dnia z kimś bliskim, którego już nie ma na świecie? Ileż słów by wtedy padło, ileż łez i uścisków?
Z drugiej jednak strony, dlaczego czekać z tym okazywaniem uczuć swoim najbliższym?

Refleksyjna to książka, skłaniająca do zastanowienia się, motywująca do zmian. "Jeszcze jeden dzień" zmienia postrzeganie siebie w stosunku do najbliższych osób. Uświadamia, że codziennie warto powtarzać im te najważniejsze słowa, żeby nigdy nie było na nie za późno. Gorąco polecam.

Sardegna

poniedziałek, września 22, 2014

"Lokator do wynajęcia" Iwona Banach


Wydawnictwo: Nasza Księgarnia
Liczba stron: 410
Moja ocena : 3/6

Jestem rozdarta i źle mi z tym... Zaraz Wam wytłumaczę dlaczego...

Uwielbiam Iwonę Banach! Pokochałam jej twórczość z dniem przeczytania ostatniej strony "Pocałunku fauna", z którym zapoznałam się zupełnie przypadkowo, jakieś pięć lat temu. Jednak od tamtej pory, wrażenie, jakie wywarła na mnie lektura, tkwi we mnie głęboko i daje o sobie czasem znać.
Oszalałam z emocji, kiedy dowiedziałam się, że Iwona Banach będzie gościem na TK w Katowicach i będę mogła poznać ją osobiście i poprosić o wpis do mojego sfatygowanego Fauna.
Równie mocno podekscytowałam się jej nową, owego czasu, powieścią "Szczęśliwy pech". Lektura dostarczyła mi jednak nietypowych wrażeń. Dostałam sympatyczną, zabawną powieść, zupełnie inną niż "Pocałunek fauna" i trochę niepasującą mi do autorki, którą "znałam". Ostatecznie jednak, książkę czytało mi się całkiem przyjemnie (o moich wrażeniach można przeczytać TU), więc jako fanka, przyjęłam nową powieść Iwony Banach, jako kolejną odsłonę jej twórczości.

Kiedy na rynku pojawił się "Lokator do wynajęcia" w serii Babie Lato, nie oczekiwałam już poważniejszej lektury, tylko właśnie coś zabawnego, w stylu "Szczęśliwego pecha". Sympatyczną, kobiecą powieść, która mnie rozśmieszy i mile spędzę przy niej czas. Niestety tak się nie stało i dlatego jestem rozdarta, między moją sympatią do autorki a wrażeniami z lektury "Lokatora ...". Jednak inaczej ocenić nie mogę ...

Sam pomysł na powieść jest bardzo trafiony i oryginalny. Michalina, pracująca w profesji lokatorki do wynajęcia, wraz z przyjacielem Noldim, tworzą przedziwną parę, która podejmuje się opieki nad nieco zapuszczoną posiadłością w Zakopanem. Miśka nie jest zbyt pozytywnie nastawiona do górali i góralskiej kultury, ale jak zlecenie, to zlecenie, więc dziarsko bierze się do swoich obowiązków. W całej akcji pomaga jej Noldi, poczciwy olbrzym, trochę fajtłapa, ale dusza człowiek, który za Miśką wskoczyłby w ogień. Pilnowanie posesji nie będzie jednak prostym zadaniem, bowiem okaże się, że w willi straszy, sąsiadkami są dwie szalone staruszki, a na strychu mieszka dziki lokator. Do tego, w pobliżu willi znaleziono zwłoki, ktoś przekopuje okolicę, robiąc olbrzymie doły w ziemi, a w wynajętym domu ktoś lub coś rzuca nożami. Konfrontacja z miejscową i zamiejscową policją też nie należy do najłatwiejszych, podobnie zresztą, jak dogadanie się góralami.

Ileż to niesamowitych sytuacji może się dziać się w pozornie spokojnym Zakopanem. A dzieje się, dzieje... momentami aż za dużo...No właśnie ...

I tu zaczyna się mój problem. Książka zdobywa na blogach bardzo pozytywne opinie, więc tym bardziej jest mi przykro, może coś z tym moim poczuciem humoru jest nie tak, w każdym razie powieść mnie nie rozbawiła, nie rozweseliła, a co gorsza, bardzo zmęczyła.
Nie potrafiłam wkręcić się w perypetie głównych bohaterów i nie poczułam do nich sympatii. Bardzo chciałam, starałam się jak mogłam, jednakże nawał dialogów, gry słów, przejęzyczeń, niedomówień, między bohaterami, tak odwracał moja uwagę od akcji, że nie nadążałam za sytuacją. Coś, co powinno mnie z zasady bawić (i rzeczywiście bawiło w "Szczęśliwym pechu"), tutaj nie zagrało. Irytowali mnie strasznie praktycznie wszyscy bohaterowie, którzy potrafili zwyczajne zapytanie zmienić w szaloną wymianę myśli i skojarzeń. O ile takie zabawne niedomówienie, w danym momencie jest wskazane, to w "Lokatorze ... " moim zdaniem, zaszło jakieś "przedawkowanie" gagów, żartów i przejęzyczeń.

Może nie potrafiłam na luzie popłynąć z falą tego dowcipu, nie wiem, co nie zagrało, ale skłamałabym, gdybym oświadczyła, że powieść mi się podobała. No i przykro mi trochę z tego powodu. Nie poddaję się jednak i czekam na kolejną powieść Iwony Banach. Mam nadzieję, że teraz się nie zawiodę.

Sardegna

sobota, września 20, 2014

Seria "Zaopiekuj się mną" Holly Webb


"Maksio szuka domu", "Na ratunek Rufiemu", "Samotne święta Oskara", 
"Wąsik niechciany kotek", "Fred się zgubił", "Figa szuka domu"

Wydawnictwo: Zielona Sowa
Moja ocena : 4/6

Książeczki, których okładki zdobią owe urocze zwierzaki, przewijały się przed moimi oczyma już dość długi czas. A to w księgarni, markecie, w końcu na blogach. Powiem szczerze, nie byłam nastawiona pozytywnie do tych historii. Wydały mi świetnym chwytem marketingowym, dopasowanym idealnie do najmłodszych czytelniczek (6-8 letnich), które przeżywają fascynację domowymi pupilami.
Starałam się więc ich unikać, żeby nie kusiły mojej Sześciolatki. Miałam wrażenie, że są pisane "na siłę" i poza okładką, nic pozytywnego w nich nie znajdę.
Jednak podczas wizyty w bibliotece, dzieciaki zażądały założenia własnego konta i możliwości samodzielnego wyboru książeczek, które będziemy czytać wieczorami. Na półkach zauważyły serię "Zaopiekuj się mną" i na nic się zdały moje zapewnienia, że przecież mamy w domu masę książeczek i na pewno nie zabraknie nam czegoś do czytania.

W końcu uległam ich namowom, tłumacząc sobie, że książki książkami, ale założenie własnej karty bibliotecznej, pilnowanie terminu i dbanie o cudze książki, też ma walory edukacyjne.
I tak, przy ogólnej radości, zabraliśmy całą zwierzęcą serię na wakacje, a te części, których nie zdążyliśmy przeczytać na urlopie, dokończyliśmy  w domu.

Moje wrażenia po lekturze generalnie nie uległy zmianie. Mimo że psie i kocie historie, przedstawione w książeczkach, niosą ze sobą pozytywne przesłanie i dają wskazówki, co do opieki nad zwierzętami domowymi, nie wycofuję się ze stwierdzenia, że są pisane jakby na siłę.  Jednakże moja opinia różni się zdecydowanie od opinii małych czytelników, którzy są zachwyceni opowieściami z pupilami w roli głównej. Musiałam więc przeczytać wszystkie sześć historyjek (o zgrozo!) pod rząd, ale jeżeli moje dzieci wyniosły z nich jakieś edukacyjne treści, zniosłam to dzielnie.

Dlaczego zatem tak marudzę? Przede wszystkim, wszystkie książeczki napisane są na tą samą modłę, tym samym językiem. Przy czytaniu kolejnej opowiastki, straciłam już rachubę, o jakim zwierzaku aktualnie mowa. Autorka używa niemal identycznego schematu historyjek, rozpoczynając od domowej sielanki, czyli pełnej harmonii w życiu dziecka i zwierzęcia, potem przechodzi do dramatycznej sytuacji, aby całość zakończyć happy endem.
Wszystko to zobrazowane przy użyciu niemal identycznych zdań i dialogów. Przez tą jednorodność czytanie staje się bardzo męczące, ale jak widać, tylko dla dorosłego czytelnika, bo mali nie mieli żadnych zastrzeżeń.

Żeby nie było tak tragicznie, każda z historyjek niesie ze sobą mądrą, edukacyjną treść, związaną z opieką i podjęciem odpowiedzialności nad domowym zwierzakiem. Jak wiadomo, w dzisiejszych czasach, z tą rozwagą przy podejmowaniu decyzji o wzięciu do domu pupila, jest różnie. Tym bardziej warto edukować w tej kwestii już najmłodszych czytelników.

Mali fani literatury mogą więc poczytać o Fredzie, który urywa się ze smyczy i gubi w lesie, Fidze, która przemierza bardzo sporą odległość, żeby odszukać swą małą właścicielkę, Maksia, który również opuszcza bezpieczny dom i gubi się w nowej okolicy, Rufiego, który spada z nadmorskiego klifu oraz Oskarka, szukającego uwagi najbliższych. Jedynym kocim bohaterem, w tym całym zestawieniu, jest Wąsik, maluszek, który próbuje zyskać uwagę smutnej dziewczynki. I ta książeczka chyba najbardziej przypadła mi do gustu, pewnie ze względu na to, że większa ze mnie miłośniczka kotów, niż psów. Ale tak poważnie, chyba tylko ta historia wymknęła się autorce ze schematu i zwróciła równą uwagę na zwierzaka i dziewczynkę, wraz z jej problemami.

Nie sądzę, żebym miała taką siłę przebicia, żeby na dobre, odwieść moje dzieci od sięgnięcia po kolejne książeczki serii "Zaopiekuj się mną". Mam jednak nadzieję, że będą mieć litość nade mną i teraz zrobimy przerywnik innymi, dziecięcymi tytułami.

Sardegna

poniedziałek, września 08, 2014

"Wojna w Jangblizji. W domu" cz.2 Agnieszka Steur

Wydawnictwo: Poligraf
Liczba stron:  480
Moja ocena : 5/6

"Wojna w Jangblizji" to trylogia fantastyczna, przeznaczona dla młodzieży, autorstwa Agnieszki Steur. Pierwszy tom "W Tamtym Świecie" premierę miał w styczniu 2013 roku, natomiast na drugą część, czytelnicy musieli dość długo poczekać, bowiem książka ukazała się dopiero w sierpniu 2014. Nie ukrywam, że długi czas oczekiwania utrudnił trochę mój start z "wkręceniem się" w treść drugiej części. Nadzwyczajnie w świecie zapomniałam o niektórych wydarzeniach i wątkach, więc początek był dla mnie dość trudny. Musiałam na nowo wdrożyć się w historię, poprzypominać bohaterów, relacje między nimi, sięgnąć nawet po tom pierwszy, żeby doczytać zakończenie. 

Na szczęście kiedy już wróciłam  myślami do Jangblizji i Tamtego Świata, przypomniałam sobie znajome obrazy i świat przedstawiony, lektura ruszyła do przodu.

Cechą charakterystyczną obu powieści Agnieszki Steur jest tak wielkie bogactwo wydarzeń, postaci, szczegółów Jangblizji, że książek nie da się czytać szybko. O ile przeczytanie ponad dwustu stronicowej części pierwszej nie zajmuje wiele czasu, to zapoznanie się z prawie pięćsetną częścią drugą, wymaga już większego zaangażowania czasowego. Czy to jest wada książki? Na pewno nie. Natomiast trzeba być świadomym, że zabierając się za lekturę "Wojny w Jangblizji" trzeba będzie na spokojnie wgryźć się w treść. W innym wypadku lektura nie będzie sprawiać przyjemności, a i wiele szczegółów, przemyśleń autorki, zakamuflowanych gdzieś między dialogami bohaterów, może umknąć bezpowrotnie.

No właśnie. Kolejna "perełka" zawarta w powieściach Agnieszki Steur to misja naprawiania świata. Jednak nie tego wymyślonego (choć po części również), tylko naszego, jak najbardziej realnego i współczesnego. Autorka w genialny sposób wplata w swoją opowieści problemy współczesnego świata i próbuje zainteresować nimi czytelnika. 

Fabuła drugiej części powieści rozgrywa się dwutorowo. Bohaterowie, którzy przenieśli się już do Jangblizji, czyli Nana, Ewa, Dawid i Fitels, muszą odnaleźć się w trudnej rzeczywistości wojny. Nana, jako królewska córka staje na czele ruchu oporu i przygotowuje się, wraz z sojusznikami do przejęcia na nowo władzy. Nie należy jednak zapominać, że nadal jest tylko nastoletnią dziewczyną, nie do końca świadomą, co będzie dobre, a co złe dla jej kraju. Z pomocą Nanie przychodzi dziwny osobnik. Lumachel - oryginalna postać, mieszaniec, o wyjątkowych umiejętnościach. Wspierać będzie księżniczkę nie tylko w sprawach wagi państwowej, ale i w kwestiach prywatnych.
Młodzi ludzie będą musieli podejmować trudne decyzje, nierzadko śmiertelnie niebezpieczne, aby zbliżyć się o krok do zwycięstwa nad Szmaragdowa Panią.

W Tamtym Świecie sprawy mają równie dramatyczny obrót. Brat Nany, Roan poszukuje zaginionego ojca i próbuje zebrać przebywających tam Jangblizjan, w armię, która wróci z nim z powrotem do domu. Nie będzie to zadanie łatwe, bowiem wygnańcy nie mają ochoty stać się sprzymierzeńcami króla, który skazał ich na banicję.
Kiedy w końcu dojdzie do ponownego spotkania rodzeństwa Nany i Roana, bitwa ze Szmaragdowa Panią przybierze ostateczny obrót. Trzeba też będzie stawić czoła wewnętrznym, państwowym problemom i spróbować przywrócić pokój na wszystkich frontach.

Druga część powieści o Jangblizji  jest bardzo dynamiczna. Sporo się dzieje, pojawia się wiele nowych postaci, nowych wątków, nowych przemyśleń. Główni bohaterowie powieści, zarówno Ci z Jangblizji, jak i z Tamtego Świata, są bardzo pozytywnymi postaciami. Oczywiście mają swoje wady, popełniają złe decyzje, mimo to jednak można stawiać ich za przykład bohaterów inteligentnych, sprytnych, przyjacielskich, oddanych sprawie i tolerancyjnych. Młode pokolenie bohaterów jest bardzo dojrzałe i wnosi do nowego porządku świata swoje prawa, które mają szansę na powodzenie. Nana i Roan w pewien sposób naprawiają to, co zostało zepsute przez ich rodziców. Liczę na to, że wątek ten zostanie bardziej rozbudowany w części ostatniej.

Tak jak wspomniałam powyżej, poza wydarzeniami rozgrywającymi się na ziemiach Jangblizji, autorka ukazuje czytelnikom coś więcej. Sporo uwagi poświęca uniwersalnym wartościom: prawdzie, szczerości, przyjaźni, wierności, odwadze, poświęceniu, ale porusza także temat tolerancji, akceptacji innych, potrzebie ochrony środowiska, wspomina  nawet o szkodliwości palenia. Oczywiście bez moralizowania. Po prostu do przemyślenia.

Co do samego wydania drugiej części trylogii o Jangblizji, żałuję, że tak mało jest tutaj ilustracji pani Ewy Kieńko - Gawlik. W części pierwszej było ich zdecydowanie więcej. Świetnie oddają charakter postaci i uzupełniają treść. Więc jeżeli mogę, to proszę w części trzeciej o ilustracje w ilości znacznej!

Polecam  opowieść o Jangblizji nie tylko młodym czytelnikom. Po wartościowe książki można sięgać przecież w każdym wieku.

  Sardegna

piątek, września 05, 2014

"Czarne słońce" Patrick Redmond


Wydawnictwo: Amber
Liczba stron: 334  
Moja ocena : 6/6


Z twórczością Patricka Redmonda zapoznałam się przy okazji "Gry w życzenia", książki pożyczonej i bardzo polecanej przez znajomą.
Tak się złożyło, że "Czarne słońce" też jest pożyczką, przedostatnią już na stosie książek "niewłasnych". Już w zeszłym roku ograniczyłam pożyczanie książek praktycznie do zera. Musiałam ukrócić proceder, przynoszenia do domu książek, które "koniecznie muszę przeczytać", ze spotkań biblionetkowych, spotkań blogerów czy wizyt u znajomych. Kończyło się to bowiem tym, że czytałam pożyczki, nie mając czasu na przejrzenie własnej biblioteczki.

"Czarne słońce" poleciła mi Agnieszka. Przywiozła mi nawet książkę specjalnie na TK w Krakowie. W tym roku będę mogła zatem oddać jej własność, po równo dwoch latach... Widzicie, jak to jest z tymi pożyczkami?

Patrick Redmond ma swój charakterystyczny styl. Udaje mu się stworzyć powieści, które są prawdziwie wybuchową mieszanką. Rozpoczynając lekturę mamy do czynienia z powieścią obyczajową, poruszającą jakiś trudny, bądź drażliwy temat. O ile w poprzedniej książce była mowa o szkolnych relacjach, konfliktach między rówieśnikami, psychicznym znęcaniu się nad słabszymi, to w "Czarnym słońcu" autor poruszył raczej temat dramatów rodzinnych i skrzętnie ukrywanych sekretów. 

Kiedy już przeczytamy 3/4 powieści, zagłębimy się w opisywaną historię, poznamy bohaterów, i zamierzamy spokojnie zakończyć całą opowieść, znienacka otrzymujemy czytelniczy cios. Obyczajówka nagle zmienia się w thriller psychologiczny, który wysysa całą energię, burzy całą przeczytaną do tej pory historię i zostawia czytelnika z niedowierzaniem w oczach i umyśle. Ale jak to? Przecież to nie tak miało się skończyć? ... i tak dalej...
 
W powieści "Gra w życzenia" autor wykorzystał wątek paranormalny. W powyższej książce nie ma takiego zabiegu, Wszystko jest wyjątkowo rzeczywiste i brutalnie realne. Przez to wydźwięk książki staje się jeszcze bardziej dramatyczny i w jakiś sposób smutny.

Powieść ma dwóch głównych bohaterów. Ronnie'go poznajemy jako uroczego i mądrego chłopca. Samotnie wychowywany przez matkę, porzuconą przez ukochanego mężczyznę, jest dla niej oczkiem w głowie i całym światem. Ronnie i Anna mieszkają pod dachem marudnej ciotki, która nieustannie wypomina matce Ronnie'go cudzołóstwo, przez to życie tej małej, dwuosobowej rodzinki nie jest usłane różami. Ronnie jednak stara się ze wszystkich sił zadowolić mamę i sprawić by była szczęśliwa.

Druga bohaterką jest Susan. Dziewczynka, której dzieciństwo było bardzo szczęśliwe, jednak niespodziewana śmierć ojca zniszczyła wszystko. Na barki Susan spada odpowiedzialność za rozchwianą emocjonalnie matkę, dlatego z ulgą przyjmuje ona pojawienie się w życiu ojczyma, który pragnie na nowa, odbudować jej rodzinę. Niestety zamiary ojczyma odbiegają znacznie od wyobrażeń Susan o szczęśliwym domu. Dramat, jaki przeżyje dziewczynka będzie nie do opisania.

Trudny czas dorastania, okaże się dla Susan i Ronnie'go wyjątkowo brutalną szkołą życia. Nietrudno się więc domyślić, że kiedy dojdzie do ich przypadkowego spotykania, od razu nawiąże się między nimi nić porozumienia. Znajomość tej pary pociągnie jednak za sobą kolejną tragedię. Co będzie konsekwencją ich bliskiej relacji? Czy ktoś będzie w stanie zatrzymać machinę zniszczeń, jaką ze sobą poniosą?

Gwarantuję, że lektura dostarczy Wam prawdziwych emocji. Oczywiście nie mówię tylko o trzymającym w napięciu zakończeniu. Cała życiowa historia obu bohaterów będzie przerażająco prawdziwa, a momentami trudna do zniesienia. 

Ale taki właśnie jest styl Redmonda. Wprowadza czytelnika w pozornie zwyczajną historię ludzi z problemami, by potem rzucić wyzwanie i zmienić dotychczasowy pogląd na opisywaną historię. Nic nie jest wtedy pewne na sto procent, i nic nie jest tak, jak powinno być.

O kolejnej powieści Particka Redmonda jeszcze kiedyś u mnie przeczytacie, bowiem ostatnia książka na moim pożyczonym stosie to "Marionetka" właśnie tegoż autora.
Za pożyczkę bardzo dziękuję Agnieszce.
Sardegna

środa, września 03, 2014

"Bezmyślna" S.C. Stephens


Wydawnictwo: Akurat
Liczba stron: 670
Moja ocena : 3/6


"Bezmyślna" to moja kolejna, wakacyjna lektura. Szósta z dziewięciu, przeczytanych w czasie urlopu, książek. Powiem szczerze, bardzo się cieszę, że postanowiłam zapoznać się z ową powieścią właśnie w tym czasie, bowiem w innych okolicznościach nie byłabym chyba w stanie jej dokończyć. Natomiast w czasie wakacji, sącząc leniwie kawę na tarasie naszego domku letniskowego, treść książki przyswajała mi się samoistnie, żeby nie powiedzieć trochę bezmyślnie...

Nie wiem, do kogo docelowo skierowana jest ta powieść. Na początku wydawało mi się, że jest to typowe, babskie czytadło, w którym autorka wykorzystała, poważny, jednak mimo wszystko, motyw zdrady. Kiedy dotarłam gdzieś do jednej trzeciej części książki, stwierdziłam, ze to raczej powieść dla starszej młodzieży. Jednak im dalej brnęłam w historię "Bezmyślnej", tym mniej wiedziałam o jej przeznaczeniu. Nie mam pojęcia, jakiej grupie docelowej owa historia mogłaby przypaść do gustu.

Nie odmawiam praktycznie żadnej kobiecej literaturze. Bardzo rzadko ją krytykuję, bo nawet od tej mniej ambitnej nie oczekuję wiele, poza miłym spędzeniem czasu i odstresowaniem. Jednakże w tym wypadku o odpoczynku w czasie czytania nie mogło być mowy. Ponad sześćset stron identycznej treści, wydumanych dialogów, wysoce "głębokich" przemyśleń, opisów poranków, na które składają się głównie: picie kawy, opieranie bohaterów o blat kuchenny i późniejsza drzemka na kanapie. Może jestem za ostra w ocenie, ale wycinając z książki powyższe "momenty", z sześciuset stron zrobiłoby się dwieście, i może wtedy historia nadawałaby się do przyswojenia.

Motyw przewodni "Bezmyślnej" jest zupełnie prosty, ale to nie jest wada książki, bo wiadomo, że czasami najprostsze rozwiązania są najlepsze i dobrze rozwinięty wątek, choćby najbardziej banalny, mógłby przekształcić się w interesujący romans.  W tym przypadku jednak, nie spodziewajcie się cudów...

Tak więc mamy sympatyczną dwudziestokilkulatkę, Kierę, która zakochana jest od lat w Dennym. Chłopak wydaje się być ideałem. Przystojny Australijczyk, inteligentny, dobrze wykształcony, uchyliłby swej dziewczynie nieba. Kiera w pełni odwzajemnia jego uczucia, więc kiedy tylko Denny'emu nadarza się okazja objęcia wymarzonej posady w odległym Seattle,  dziewczyna porzuca wszystkie swoje plany i rusza za ukochanym. Przenosi się nawet na inną uczelnię, żeby tylko być bliżej swego wybranka. Na miejscu okazuje się jednak, że sielankę zakochanych burzy niesforny współlokator, Kellan. Przyjaciel Denny'ego prowadzi nieco swawolny tryb życia, ale w końcu jest gwiazda zespołu rockowego, więc mu wolno. Jego styl nie do końca pasuje Kierze, jednak z czasem bariera niechęci mija, a między współlokatorami zaczyna rodzić się wzajemna fascynacja.

Dalszy ciąg historii nie będzie dla nikogo zaskoczeniem. Romans rozgrywający się niemalże pod nosem Denny'ego będzie przechodził przez rozmaite fazy, aby w końcu doprowadzić do tragicznego finału.

Wszystko fajnie. Pomysł jest, bohaterowie są (zwłaszcza Kellan jest godny uwagi), ale wykonanie już niekoniecznie. Kiera ma cechy malutkiej dziewczynki, która sama nie wie czego chce, podejmuje jakieś irracjonalne decyzje, pije kawę, drzemie na kanapie i generalnie bardzo się nudzi. O przepraszam. Jeszcze uprawia seks. Raz z jednym, raz z drugim chłopakiem.
Denny błąka się bez celu. Niby ambitny, wie czego chce, a jak przychodzi co do czego błądzi, jak małe dziecko we mgle. Najbardziej konkretny z tego towarzystwa jest Kellan. Nie ukrywa swoich zamiarów, jest szczery i bezpośredni. Chociaż w finale zwątpiłam i w jego postać, więc praktycznie na jedno wychodzi.
Nie da się ukryć, że w całej tej historii sporo jest emocji, które  mogą się czytelniczkom "podobać". Można też się z nimi w jakiś sposób utożsamiać. W nadmiarze jednak wszystko jest szkodliwe, więc po kolejnych akapitach, opisujących identycznymi niemalże, słowami, to samo uczucie, przesyt przeradza się w niesmak. A to już nie jest fajne.

Tak, jak pisałam na początku, książkę dokończyłam tylko dlatego, że niezobowiązująco czytałam ją w czasie urlopu. W innych okolicznościach by się to nie udało. "Bezmyślna" (jakże trafiony tytuł!) jest pierwszą częścią trylogii. Nie mam pojęcia, co jeszcze na temat relacji Kiera-Denny-Kellan można by napisać. Dlatego nie sięgnę po kolejne tomy. Sześćset stron zdecydowanie mi wystarczy.

Sardegna

poniedziałek, września 01, 2014

"Córka Czarownic" Dorota Terakowska


Wydawnictwo:Wydawnictwo Literackie
Liczba stron: 376
Moja ocena : 6/6

Muszę to na początku napisać: "Córka czarownic" to cudowna książka, którą każdy powinien przeczytać!

Staram się nie rzucać takimi kwestiami na prawo i lewo, co kto powinien, a czego nie powinien czytać. Podobne zdanie mam na temat lektur szkolnych. Nie biorę udziału w dyskusji, jakie to lektury muszą być obowiązkowe w szkole podstawowej, gimnazjum czy liceum, co młodzież ma czytać, a czego nie raczej nie. Tym razem jednak zrobię wyjątek. Według mnie "Córka czarownic" byłaby wspaniałą, szkolną lekturą.  Może i nawet obowiązkową, a jeżeli nie, to chociaż omawianą fragmentami, bo możliwe, że w taki właśnie sposób skłoniłaby młodych czytelników do indywidualnego sięgnięcia po książkę.

Nie miałam dotąd okazji czytać żadnej książki Doroty Terakowskiej. Nie czułam się z tym najlepiej, znacie to uczucie, wszyscy czytali, dyskutują, a ja nie... Po rozmowie na fb okazało się jednak, że jestem w mniejszości, bowiem całkiem sporo moich blogowych znajomych autorkę bardzo dobrze zna i jej książkę uwielbia. Trochę mi więc ulżyło. Lepiej późno przeczytać, niż wcale...

Ale tak poważnie mówiąc, "Córka czarownic" to przewspaniała książka. Docelowo przeznaczona dla młodzieży, i z tego co doczytałam, została wpisana na Listę Honorową Hansa Christiana Andersena, jednak i dla dorosłych będzie miała olbrzymią wartość.

Z dala od ludzi, w gęstym lesie, żyje Dziecko, które wraz ze Starą Kobietą ukrywa się przed mieszkańcami okolicznych wiosek czy domostw. Ta niecodzienna para żyje w nieustannym strachu, raz na jakiś czas, przemieszczając się z miejsca na miejsce, przed nieznanym Dziecku niebezpieczeństwem. Pewnego dnia Stara Kobieta dostaje od wieśniaka ostrzeżenie przed zbliżającymi się Najeźdźcami, zabiera podopieczną i umykają w pośpiechu. Chowając się przed wrogiem Kobieta ukazuje swoje magiczne umiejętności, uświadamiając dziecku, że jest Czarownicą.

Celowo piszę Dziecko, bowiem na początku powieści nie znamy ani imienia, ani pochodzenia małej bohaterki. Wszystko w jej życiu jest jedna wielką niewiadomą. Łącznie z opiekunką, która okazuje się być właśnie Czarownicą. Stopniowo przed czytelnikiem odkrywana jest historia dziewczynki. Śledzimy jej edukację, wyuczanie na pamięć magicznych ksiąg, poznawanie mocy natury i odkrywanie prawdziwego pochodzenia. Na swej życiowej ścieżce, tajemnicza dziewczynka pozna jeszcze kilka Czarownic - opiekunek. Każda z nich ma za zadanie wyposażyć ją w potrzebne umiejętności.
Wszystko zatem, co doświadczy i spotyka na swej drodze bohaterka, ma swój cel i przygotowuje ją do najważniejszej roli, jaką ma spełnić w życiu.
 
Nie zdradzę, jakie przeznaczenie czeka Dziewczynę, nie chcę pozbawić Was samodzielnego przeżywania jej historii. Powiem tylko, że będzie to fantastyczna opowieść, pełna legend, magii, starych wierzeń i zupełnie współczesnych uczuć i emocji.
Będziecie trzymać kciuki za powodzenie misji i obsesyjnie myśleć: "żeby się tylko udało!"

Historia "Córki czarownic" ma tak wiele walorów, że nie jestem w stanie ich opisać. Ukazuje to, o czym wszyscy powinni pamiętać, a często zapominają. Takie uniwersalne prawdy, które umykają w codziennym życiu. Poza tym postać Dziewczyny świetnie obrazuje psychiczne dojrzewanie młodego człowieka. Takie spojrzenie na siebie z dystansu, po lekturze książki, może skłonić nastoletniego (ale nie tylko) czytelnika, do przemyślenia niektórych swoich zachowań, czy nawet próby ich zmian.

W każdym razie, jeżeli książka wzbudza w czytelnikach aż tyle emocji, to nie można przejść obok niej obojętnie. We mnie lektura wzbudziła jakąś nieokreśloną tęsknotę za przeszłością i wyrzuty sumienia, że dopiero teraz ją przeczytałam. Powinnam zrobić to piętnaście lat temu i dyskutować o niej z przyjaciółką bądź zaproponować temat na lekcji języka polskiego.

Nie wiem, czy wystarczająco przekonałam Was do tej książki. Nie potrafię ubrać w słowa jej niezwykłości i  piękna, jakie przekazuje czytelnikom. Jeszcze chyba nigdy nie miałam takiego problemu z blogową notką. Wybaczcie więc ten cały chaos. Za mała jestem, żeby opisywać fenomen "Córki Czarownic".

Sardegna