Pages

piątek, kwietnia 29, 2016

# Nowości w mojej biblioteczce - kwiecień

Miesiąc temu, w pocie stosikowym, pisałam, że nie ogarniam, mam mało czasu na bloga, czytanie i w ogóle w moim życiu panuje chaos. Patrząc na kwiecień, mam wrażenie, że to co działo się w marcu było tylko dziecinną igraszką. Teraz to dopiero nie wiem, w co mam włożyć ręce. Jak się domyślacie, w nawale tych spraw, blog i blogosfera jest na ostatnim miejscu. Widać to w rzadziej pojawiających się wpisach, mojej małej aktywności na FB. Niestety, ale blog to tylko moje hobby, a prawdziwe życie toczy się swoim torem...

Z innych newsów: nie będę mogła pojawić się na TK w Warszawie, ale będę śledzić relacje znajomych blogerów, którzy na pewno się tam pojawią. Na szczęście, coś w ogóle jeszcze czytam, choć raczej wolno. Gorzej natomiast idzie mi opisywanie.

Nowości książkowe z kwietnia prezentują się dość okazale, ale na swoje usprawiedliwienie mam jednak fakt, że większość z nich dotarła pod koniec marca, kiedy to miałam już przygotowany post stosikowy. Także te książki się praktycznie nie liczą...


"Rewizja" Remigiusz mróz
"Nieszczęścia chodzą stadami" Agata Przybyłej
"Unik" Chelsea Cain
"Tymczasowa żona" Jennifer Klinec - od Czwartej Strony

 "Chciałbym mieć psa" Marcin Pałasz - zakup własny, na spotkaniu autorskim (o którym możecie przeczytać TU)


"Głos" Arnaldur Indriðason - odsłuchałam kiedyś w formie audiobooka, ale zbieram serię Lato z kryminałem, więc się zaopatrzyłam
"Miasto w zieleni i błękicie" Anna Kantoch - kupione na wyprzedaży
"Niebo nad pustynią" Anna Łacina - od Naszej Księgarni
"Najszczęśliwsza dziewczyna na świecie" Jessica Knoll - od Znaku


"Większy kawałek nieba" Krystyny Mirek, miałam okazję przeczytać przedpremierowo, niestety nie zdążyłam... Moja opinia pojawi się więc nieco później


Dwa tomy "Amelii i Kuby" oraz trzy części przygód "Felixa, Neta i Niki" od Powergraphu


Dwie książeczki z serii "Czytam sobie..." dla moich dzieci od Egmontu

oraz dwie najnowsze wisienki na torcie:
"Cześć, co słychać? " Magdy Witkiewicz
"Świerszczyk. Wielka księga" od Egmontu

Trzymajcie kciuki, żeby maj dał mi trochę wytchnienia. Najlepiej już w ten przedłużony weekend majowy!
Pozdrawiam i życzę Wam miłego wypoczynku!

Sardegna

wtorek, kwietnia 26, 2016

"Unik" Chelsea Cain


Wydawnictwo: Czwarta Strona
Liczba stron: 350
Moja ocena : 6/6


Parę weekendów temu (kiedy nie miałam jeszcze zastoju czytelniczego), przeczytałam genialną powieść. Książkę, po której miałam poważne problemy ze snem i nocne koszmary z fabułą w roli głównej. Nawet na FB zadałam pytanie, o to, kto zgadnie, jaka książka tak mnie przeraziła. Padło kilka tytułów, ale dopiero po podpowiedzi, że powieść dotyczy dzieci - niestety, wskazano prawidłową odpowiedź, że to "Unik" Chelsea Cain.

"Unik" to zeszłomiesięczna nowość Czwartej Strony. Jest to thriller utrzymujący czytelnika w napięciu, aż do ostatniej strony, i choć czytałam w recenzjach, że jest raczej "lekki" (w stylu, nie w tematyce), absolutnie się z tym nie zgodzę.  Fabuła powieści nawiązuje do spraw kryminalnych, z udziałem dzieci. Także dla mnie, taka książka zawsze będzie bardzo trudna do przyswojenia, i odbiorę ją bardzo emocjonalnie. Kiedy czytam o tych najgorszych przestępstwach, w które wplątane są dzieci, mam potem najgorsze wizje i koszmary nocne. Ale to moje osobiste zdanie, bo wiem, że takie lektury najbardziej działają na  czytelniczki - matki, więc może dla innych czytelników ten thriller jest średnio straszny. Dla mnie był mega straszny!

Bohaterką całej tej opowieści jest Kick Lannigan, szesnastolatka, która mimo młodego wieku przeżyła w swoim życiu prawdziwy koszmar (właściwie to do teraz nie mam pojęcia, jak udało jej się normalnie funkcjonować po tym, co się jej przydarzyło). Dziewczyna, w wieku sześciu lat, została porwana przez grupę pedofilów i wykorzystywana przez nich, przez kilka następnych lat, do produkcji pornograficznych. Pomimo całego koszmaru, jaki przeżywała codziennego, nauczyła się w miarę funkcjonować w tej brutalnej rzeczywistości, zapominając o swoim prawdziwym nazwisku i rodzinie. W "nowym" życiu, pod imieniem Beth, nawiązała nawet ze swoim porywaczem - opiekunem, chorą, ojcowską relację.

Kiedy po czterech latach zostaje odbita z rąk przestępców, uczy się żyć na nowo, a swoje nastoletnie życie opiera na sztukach walki, samoobronie, zdobywaniu sprawności i nowych umiejętności, w walce z różnymi rodzajami broni. W ten sposób czuję się bezpieczna i próbuję poradzić sobie z przeszłością.

Niestety koszmar Kik wraca, kiedy w jej okolicy zaczynają ginąć małe dzieci, a podejrzenie pada, na nieuchwytną od lat, szajkę pedofilów. Dziewczyna postanawia pomóc w odnalezieniu dzieci i angażuję się w śledztwo. W całej akcji bierze udział także tajemniczy agent Bishop, który nie wiadomo do końca, z jakimi służbami współpracuje. Najważniejsze jest jednak to, że dobrze dogaduje się z Kik i pomaga dziewczynie w całej tej trudnej sytuacji. Kik, bazując na wspomnieniach z przeszłości, na mikroskopijnych śladach i strzępkach informacji, wyrusza z Bishopem na poszukiwanie dzieci. Śledztwo doprowadzi ją do miejsc, o których pragnęłaby na zawsze zapomnieć.

I tak, jak napisałam na początku, powieść jest bardzo dobra, trzyma czytelnika w napięciu do ostatniej strony, i choć Autorka ograniczyła sceny brutalne z udziałem dzieci, do minimum (i dzięki jej za to!), to i tak opowieść robi swoje. Zresztą nie od dziś wiadomo, że jeżeli historia ma dobrą narrację, to niektóre fakty przekazywane są czytelnikom między wierszami, i nie trzeba tedy umieszczać w książce makabrycznych opisów, żeby czytelnik czuł się przerażony. Jeżeli więc nie boicie się zarwanej nocy, ani wstrząsającej lektury "Unik" będzie do tego odpowiednią lekturą.

Sardegna

sobota, kwietnia 23, 2016

Dwa spotkania autorskie na okoliczność Światowego Dnia Książki

Może trochę pokombinowałam z tytułem postu, bowiem oba spotkania odbyły się w czwartek 20.04.16, czyli nie do końca w Światowy Dzień Książki, ale na tę okazję zostały pewnie zorganizowane, więc w sumie tytuł się liczy. Zanim napiszę parę konkretów o samych spotkaniach, muszę się trochę usprawiedliwić. Sprawy zdrowotne znowu odciągnęły mnie od bloga i blogosfery. Nie miałam czasu ani tez ochoty, na uczestnictwo w żadnych imprezach, spotkaniach autorskich czy innych, ciekawych, kwietniowych wydarzeniach. ŚBKi organizują wymiany książkowe praktycznie co 2, 3 tygodnie w różnych miejscach Śląska (dzisiaj na przykład wymiana odbywa się w Sosnowcu), a ja niestety nie uczestniczyłam praktycznie w żadnej z nich. Sami wiecie, jak to jest, kiedy coś nie gra w życiu osobistym, nie ma się ochoty na pisanie i czytanie. Stąd też moja cisza blogowa.

W zeszłym tygodniu udało mi się jednak wziąć udział w dwóch spotkaniach autorskich, odbywających się tego samego dnia. Pierwsze spotkanie miało miejsce przed południem, w mojej pobliskiej MBP, więc dotarłam na nie przed pracą, i choć musiałam niestety wcześniej wyjść, udało mi się zakupić upatrzoną książkę i zdobyć podpis Autora. Drugie spotkanie, zorganizowane w Zabrzu, przez Księgarnię Victoria, miało miejsce wieczorem, i okazało się być jednym, z najciekawszych, w jakim przyszło mi brać udział.  

Pierwsze ze spotkań odbyło się w mikołowskiej MBP, a zaproszonym gościem był pan Marcin Pałasz. Autor, którego znam i bardzo lubię, za serię o Elfie ("Sposób na Elfa", "Elfie, gdzie jesteś?", "Elf Wszechmogący", "Elf i dom strachów", "Elf i pierwsza gwiazdka"), ale przede wszystkim za humor, dystans i świetny sposób komunikowania się z najmłodszymi czytelnikami. Spotkanie autorskie zaplanowano z dzieciakami z mojego miasta, ale spokojnie można było wejść poza grupą zorganizowaną. Jako że pan Marcin Pałasz jest świetnym gawędziarzem, anegdotami rozbawiał dziecięcą publiczność, która sama przyznała, że spodziewała się poważnego "pana pisarza", a nie takiego "normalnego" człowieka, który ciekawie i zabawnie opowiada. Spotkanie pełne było więc wybuchów śmiechu i pytań zachwyconych dzieciaków, a Autor doskonale pokazał, że spotkanie autorskie nie musi być nudnym czasem spędzonym w bibliotece, tylko ciekawą przygodą, pełną śmiesznych sytuacji i radosnych przekrzykiwań. Dzieci były zachwycone! Ja również, aczkolwiek żałuję, że nie dane mi było przywitać się osobiście z Autorem. Mam nadzieję że jeszcze kiedyś uda mi się dłużej porozmawiać z panem Marcinem i poprosić go o brakujące wpisy do książek.

Na spotkaniu zakupiłam brakującą do kolekcji książeczkę "Chciałbym mieć psa, czyli jak wychować człowieka" i przez koleżankę poprosić o wpis dla moich dzieci. Radość w domu była wielka, bo to już kolejna książka podpisana specjalnie dla nich, od kolejnego pana Autora. Sami więc rozumiecie!


Drugie spotkanie natomiast, było jednym z najciekawszych, na jakich kiedykolwiek byłam. A mowa tutaj o spotkaniu zorganizowanym przez Księgarnię Victoria, z panem Marcinem Melonem. Pan Marcin jest Autorem genialnej serii lekkich kryminałów o Komisorzu Hanusiku, wydanej przez wydawnictwo Silesia Progress. Miałam wprawdzie okazję czytać tylko ostatni, z trzech dostępnych tomów, ale jeżeli tylko będę miała możliwość, na pewno przeczytam wszystkie.

"Komisorz Hanusik i Sznupok" jest dla mnie wyjątkową książką, głównie przez to, że jest napisany w gwarze śląskiej (dla osób, które nie potrafią czytać w gwarze, tekst jest przetłumaczony na język polski), ale nie tylko. Książka ta uświadomiła mi sporo, odnośnie znajomości i posługiwania się gwarą w moim domu.
Coś więcej na ten temat napiszę w osobnym poście, bo nie potrafię, jak na razie zebrać myśli w konkretną całość.  Na spotkanie autorskie wybrałam się ze swoim własnym egzemplarzem, w którym mam milion pozaznaczanych fragmentów: tych co ciekawszych, tych bardziej ulubionych, wyjątkowych, po prostu.



Pan Marcin Melon jest doskonałym rozmówcą. Świetnie odpowiadał na wszelkie pytania prowadzącej, naszej blogowej koleżanki Ilony Chylińskiej, dotyczących gwary śląskiej, naleciałości z języka niemieckiego i rosyjskiego, opowiadał o swoich wspomnieniach z dzieciństwa, związanych z gwarą, mówił o inspiracji, które wykorzystał w trzecim tomie Hanusika, planach na przyszłość i kolejnym projekcie, nad którym pracuje. Cierpliwie i wyczerpująco odpowiadał na pytania czytelników, w tym moje (pytań miałam więcej, ale może jeszcze będę miała okazję zadać je, przy kolejnej okazji), a spotkanie przebiegło w bardzo przyjaznej atmosferze. Widać od razu, że czytelnicy obecni na spotkaniu są w pewien sposób związani z gwarą śląską. Jest im ona bliska i żałuję, że ta wzajemna wymiana informacji i przemyśleń, na temat śląskij godki, była taka krótka.


Uwielbiam takie spotkania autorskie, w których dyskusja jest autentyczna i żywa. To zdecydowanie do takich należało. Pan Marcin podpisał się na moim egzemplarzu Komisorza Hanusika, a ja mam nadzieję, na kolejne spotkanie (może będę już po lekturze dwóch pierwszych części Komisorza)

Sardegna

niedziela, kwietnia 10, 2016

"Klątwa utopców" Iwona Banach

Wydawnictwo: Nasza Księgarnia
Liczba stron: 400
Moja ocena : 3/6


Dzisiejszy wpis nie będzie oryginalny, ponieważ nie tak dawno pisałam o serii Babie lato, Naszej Księgarni, i polecałam świetną książkę należącą do tej kolekcji.
"Klątwa utopców", z którą dziś przychodzę, jest kolejną powieścią z tej serii, ale niestety w jej ocenie będę trochę bardziej krytyczna. Już teraz jest mi przykro z tego powodu, ponieważ niemiłe słowa będę musiała skierować pod adresem książki autorstwa Iwony Banach. Autorki, którą bardzo lubię i cenię. Dlatego tym bardziej jest to dla mnie trudne.

Iwonę Banach poznałam osobiście, dawno temu, na Targach Książki w Katowicach, i poprosiłam wtedy o podpis na genialnej książce "Pocałunek fauna". Przypominam ten tytuł praktycznie przy każdej okazji, bowiem do dziś mam ciary na samo wspomnienie o tej historii (swoją drogą, muszę koniecznie przeczytać ją ponownie). 

Po dość długiej przerwie, Autorka wydała trzy kobiece książki (czwarta w drodze), właśnie w serii Babie lato. Są to powieści z założenia lekkie, łatwe, przyjemne i zabawne. Ja jednak nie wpasowałam się jakoś w zaprezentowane poczucie humoru, bo o ile "Szczęśliwy pech" autentycznie mnie rozbawił, był zabawną historią pełną gagów, śmiesznych scenek sytuacyjnych, z sympatyczną, pechową bohaterką, to już kolejny "Lokator do wynajęcia" nie podobał mi się zupełnie.

Kiedy na rynku pojawiła się "Klątwa utopców" postanowiłam dać sobie i książce szansę. Sprawdzić, czy tym razem historia do mnie trafi i mnie rozśmieszy, czy nadal nie jest to ten humor, który do mnie przemawia.

Niestety, moje wrażenia z lektury nie są pozytywne. Powiem szczerze, nie pamiętam kiedy ostatnio tak długo czytałam książkę, która z założenia ma być lekka, łatwa i przyjemna. To, co z zasady miało bawić i umilać lekturę, męczyło mnie strasznie. Nie potrafiłam przebić się przez ogrom gagów i żartów sytuacyjnych, którymi, tak, jak w przypadku "Lokatora do wynajęcia", książka została przeładowana. Każde wydarzenie, jakie przytrafiło się bohaterce, każdy dialog jest jednym wielkim "gagiem". Ogrom przejęzyczeń, niedomówień, brak "normalności". Rozumiem, że historia ta miała być zabawną opowieścią, ale ja osobiście nie znalazłam w niej ani jednego momentu, który jest tak po prostu zwyczajny. Wszystko jest szalone, zakręcone, a jeden żart sytuacyjny goni drugi...

Za dużo tego wszystkiego. Taki nadmiar mnie zdecydowanie nie bawi. Ale to chyba z moim poczuciem humoru jest coś nie tak, bo w sumie niewiele jest książek, przy których śmieję się szczerze, tak do łez. Mam jednak wrażenie, że w przypadku "Klątwy utopców" hasło "mniej, znaczy lepiej" doskonale by się sprawdziło.

Szkoda, że pomysł na książkę, który wydaje się być trafiony, nie uratował mojego odbioru książki. Wysłanie bohaterki Dagmary, typowego mieszczucha, na wieś na Roztocze, w celu opiekowania się dziadkiem, jest tylko początkiem szalonej jazdy bez trzymanki. Dziewczyna niezbyt chętnie podejmuje temat, ale w towarzystwie przyjaciółki i chłopaka postanawia wywiązać się z zadania. Problem w tym, że kiedy docierają na miejsce, okazuje się, że dziadek gdzieś zniknął, a mieszkańcy wioski są naprawdę oryginalni! W otoczeniu dziewczyny zaczynają ginąć ludzie, a wszystko wydaje się być jakoś powiązane z nią samą. O co chodzi z klątwą utopców i kto tak naprawdę zabił?

Wszystko brzmi ładnie, pięknie i interesująco, tylko tak po prawdzie, na skutek tego przeładowania żartami sytuacyjnymi, zupełnie nie nadążałam za akcją, aż w końcu gdzieś zgubiłam wątek i niestety nie odnalazłam go do końca książki...

Przykro mi, bo nie lubię pisać negatywnych opinii, ale w innym wypadku nie byłabym szczera. "Klątwa  utopców" mi się nie podobała, ale jeżeli macie ochotę sprawdzić, czy zaprezentowane poczucie humoru do Was trafia, sięgajcie śmiało. Tylko na własną odpowiedzialność!

Sardegna

piątek, kwietnia 08, 2016

"Pina, zrób coś!" Maciejka Mazan


Wydawnictwo: Nasza Księgarnia
Liczba stron: 270
Moja ocena : 6/6

Dopadł mnie ostatnio jakiś kryzys czytelniczy. Niby czytam, niby idę do przodu, jednakże mam wrażenie, że jakoś słabo mi to wychodzi. Chyba dopadło mnie coś na kształt przesilenia wiosennego. Na szczęście trafiłam na książkę, którą pochłonęłam w jeden weekendowy dzień, spędzając z nią przemiłe chwile, i odzyskując wiarę w to, że mam jednak siłę na czytanie i potrafię to zrobić jednak na zupełnym luzie. Uff...

Seria "Babie lato" Naszej Księgarni stanowi dla mnie gwarancją dobrej lektury. Mam w swej kolekcji około 16 tomów, i większość z nich to powieści naprawdę dobre. Nowością w serii, mającą premierę dosłownie w zeszłym miesiącu, jest książka "Pina, zrób coś!", autorstwa Maciejki Mazan.  Autorka jest osobą bardzo twórczą, związaną z teatrem, literaturą, zajmuje się tłumaczeniami, reżyseruje, pisze teksty piosenek i zajmuje się ich przekładem. Po prostu wszechstronna osoba, a po lekturze jej powieści, mogę też stwierdzić, że i świetna pisarka, która potrafi doskonale zebrać zabawne scenki sytuacyjne, w słodko - gorzką historię.

"Pina, zrób coś!" to przede wszystkim opowieść o przyjaźni. Owszem, jest to zabawna historia, podczas czytania której nie raz zaśmiałam się szczerze (co dość rzadko mi się zdarza), zaznaczyłam nawet cztery kultowe, według mnie,  momenty, które dosłownie rozwalają system. Pomimo to jednak uważam, że jest to książka przede wszystkim o sile przyjaźni, i o tym, do jakich poświęceń skłonni są ludzie dla bliskiej osoby.

Pina wraz z przyjaciółmi: Waltrudą, Weroniką, Adrianem, Helą, Moniką i Jacusiem, zakładają amatorski teatr. Postanawiają opóźnić nieco moment podjęcia "dorosłej" i poważnej pracy, licząc na to, że może uda im się zrobić ze swojej artystycznej działalności sposób na życie. Jednak na ich artystyczne poczynania nadciągają czarne chmury, w postaci niespodziewanej choroby młodszej siostry Moniki. Dziewczyna potrzebuje zebrać zawrotną sumę pieniędzy na operację siostry, dlatego przyjaciele stawiają wszystko na jedną kartę i postanawiają za wszelką cenę pomóc przyjaciółce.
Rozszerzają swą działalność o wszelkie możliwe występy i castingi, aby zebrać, jak największą ilość funduszy. I tak zaczyna się szalony wyścig przyjaciół, z czasem, o zawrotną kwotę. Maraton artystyczny odbywać się będzie w przedszkolach (teatrzyki dla najmłodszych), na konkursie talentów, festiwalu piosenki, a kiedy trzeba będzie, to nawet na ... koncercie disco polo.
Pina i przyjaciele nie boję się żadnych wyzwań i każdemu zleceniu stawią dzielnie czoła. I choć niektóre prace zupełnie rozmijają się z ich zainteresowaniami czy umiejętnościami, w myśl zasady, że nie mogę zawieść swojej przyjaciółki, dążą uparcie do celu.  

Opowieść pełna jest śmiesznych scenek sytuacyjnych, ale nie jest nimi przeładowana. Są one raczej elementem fabuły, taką wisienką na torcie, sprawiającą, że tą historię naprawdę chce się czytać, i robi się to z autentyczną przyjemnością! Uwielbiam taki moment, kiedy sięgam po powieść nieznanej mi Autorki, a książka okazuje się genialna. Mogłabym potem o niej dyskutować, wymieniać się "smaczkami", polecać innym. "Pina, zrób coś!" to świetna historia. Przemyślana, dobrze skonstruowana, zabawna, potrafiącą przeciągnąć sceptycznego czytelnika na swoją stronę. 
Dlatego bardzo serdecznie ją polecam i wyczekuję dalszych powieści pani Maciejki Mazan.


Sardegna

poniedziałek, kwietnia 04, 2016

"Kuba i Amelia. Godzina duchów" oraz ... "Amelia i Kuba. Godzina duchów" Rafał Kosik

W zeszłe wakacje przeczytałam świetną książkę dla dzieci i młodzieży. "Amelia i Kuba. Kuba i Amelia. Nowa szkoła", autorstwa pana Rafała Kosik okazała się propozycją nieco inną niż te, do których przyzwyczaił nas Autor. Nie jest to seria "Felix Net i Nika" (z której miałam okazję czytać na razie jeden tom), ani fantastyka dla dorosłych, tylko historia przeznaczona raczej dla młodszej młodzieży, czyli dzieciaków będących uczniami starszych klas szkoły podstawowej. "Nowa szkoła" była to właściwie druga część przygód Amelii i Kuby, oraz ich nieco ekscentrycznego rodzeństwa.
 
  Wydawnictwo: Powergraph
Liczba stron: 280
Moja ocena : 6/6

To było rok temu, za to teraz miałam okazję zapoznać się z poprzednią częścią tej opowieści, czyli pierwszym, a właściwie pierwszym i drugim tomem historii, z "Godziną duchów" w tytule.
Rozpoczynając swoją opowieść o szalonych jedenastolatkach, Autor rozpisał ją na dwa oddzielne tomy. W pierwszym z nich wydarzenia opisane są z perspektywy chłopaka, natomiast w drugim tomie, pokazano punkt widzenia Amelii. 

We wspomnianej przeze mnie "Nowej szkole" punkty widzenia obu dzieciaków zostały zawarte w jednej książce. I to jest moim zdaniem, rozwiązanie idealne. Jakkolwiek podobały mi się oba powyższe tomy, większość historii została w nich powtórzona. Zdecydowanie lepszym rozwiązaniem jest połączyć oba punkty widzenia w jeden, grubszy zbiór. Tyle marudzenia, bo wracając do "Godziny duchów", cieszę się bardzo, że miałam okazję zapoznać się z początkiem historii Amelii i Kuby i dowiedzieć się, jak wyglądały początki ich znajomości, i sprawdzić, co właściwie się wydarzyło, kiedy rodzina Kuby wprowadziła się na nowe osiedle.

Kuba wraz z rodzicami i szaloną, sześcioletnią siostrą Mi, przeprowadza się do nowego apartamentowca, nazywanego Zamkiem, w którym mieszkają już: jedenastoletnia Amelia, jej dziewięcioletni brat Albert, chłopak o ekscentrycznych zainteresowaniach i nieco "dziwnym" zachowaniu, a także Klementyna, przyjaciółka Amelii.  Dzieciaki początkowo nieufne, bardzo szybko się dogadują, a elementem, który ostatecznie spoi ich przyjaźń, będzie tajemniczy "Dziwny dom", w którym przeżyją niesamowitą przygodę.

Ale wszystko zaczynie się od tego, że ktoś śledzi dzieciaki dronem, a ci idąc za "prześladowcą" trafią do opuszczonego domu. W jednym z jego mrocznych pomieszczeń odkryją wielki zbiornik, z ulatniającym się niebieskawym dymem. Kuba Amelia i Albert zaobserwują także pojawiające się o określonej godzinie, w apartamentowcu, zjawiska nadprzyrodzone. Dojdą do wniosku, że ich obecność, może mieć związek z tym, co odkryli w Dziwnym domu.

Nadprzyrodzone historie będą toczyć się własnym rytmem, ale oprócz tego ważne będą także "sprawy osobiste" Amelii i Kuby. Chłopakowi bardzo podoba się nowa koleżanka, próbuje więc się z nią zaprzyjaźnić. Jednakże sprawy przybierają nieoczekiwany, nie do końca dobry, obrót. Również Amelia wydaje się być zainteresowana Kubą, jednak nie potrafi tego okazać. Wydarzenia opisane z perspektywy obu dzieciaków, dadzą czytelnikom ostateczny obraz tej zagmatwanej sytuacji. 

Poza tym, że "Kuba i Amelia", "Amelia i Kuba" to świetne, przygodowe książki dla młodszej młodzieży, niosą ze sobą pozytywne wartości. Przede wszystkim pokazują, że dzieciaki też mogą mieć swoje problemy, które dla nich są w danej chwili bardzo ważne i nie można ich ignorować. Uświadamiają, że podobna sytuacja może zupełnie inaczej wyglądać, z perspektywy chłopca, a inaczej z punktu widzenia dziewczyny. Nieco zakamuflowanym przekazem (który bardzo rozwinie się w "Nowej szkole"), będzie też wątek dziecka z Zespołem Aspergera, któremu trudno ogarnąć powszechnie znane i stosowane zasady społeczne, czy wkręcić się w środowisko rówieśnicze. Ale czy to znaczy, że taki ktoś jest gorszy? Postać Alberta może bardzo wiele wnieść w świadomość współczesnych dzieciaków.

Bardzo polecam serię o przygodach Kuby i Amelii. Przede wszystkim dzieciakom i ich rodzicom, nauczycielom i paniom bibliotekarkom. Cudownie byłoby mieć w każdej szkolnej bibliotece przynajmniej po jednym egzemplarzu przygód bohaterów Pana Rafała Kosik. 

Książki wędrują do naszej dziecięcej biblioteczki i tam spokojnie poczekają, aż moje dzieciaki postanowią dowiedzieć się o nich czegoś więcej. 

Sardegna

niedziela, kwietnia 03, 2016

Już czytam sam! # 3 "Elementarz" Beata Ostrowicka


 Wydawnictwo: Nasza Księgarnia
Liczba stron: 160
Moja ocena : 6/6

W trzecim cyklu wpisów "Już czytam sam!" chciałabym zaprezentować klasyczny "Elementarz". Choć może nie do końca taki klasyczny, różni się on bowiem nieco od tych książek, które pamiętamy z dzieciństwa, z których uczyliśmy się literek i dzięki nim stawialiśmy pierwsze kroki w czytaniu. 

Oczywiście nie znaczy to, że ten elementarz jest w jakiś sposób gorszy. Na pewno jest bardziej nowoczesny, przystosowany do dzisiejszych dzieciaków i spraw, które je interesują i dotyczą. Książka jest bardzo ładnie wydana, w twardej oprawie, ma dość sztywne strony, wypełniona jest ciekawymi ilustracjami Pani Katarzyny Kołodziej. Wszystko jest oczywiście po to, aby przyciągać wzrok małego czytelnika i zachęcać do jak najczęstszego sięgania po elementarz.

Książeczka podzielona jest na 3 etapy czytelnicze, które łączy wspólny motyw występujących w nich bohaterów. W etapie pierwszym przeważają ilustracje, i są one podpisane pojedynczymi wyrazami. Dzięki temu młodsze dzieci mogą opowiadać rodzicom, co widzą na danym obrazku, a przy okazji oswajać się z prostymi wyrazami, opisującymi to, co dana ilustracja zawiera. 
W etapie drugim znajdują się teksty tworzone zgodnie z zasadą: "Tak się czyta, jak się pisze". Wprowadzono podstawowe litery, później proste zmiękczenia, kolejno formy troszkę trudniejsze. Dziecko może czytać już nie tylko pojedyncze wyrazy, ale także proste zdania, a nawet króciutkie teksty. Niektóre wyrazy obrazujące ilustrację, są podzielone na sylaby. Oczywiście w tej części także przeważają ilustracje, a samego tekstu jest niewiele.
Etap trzeci zawiera już zwarte teksty, w myśl zasady: "Tak się czyta, tak się pisze". W tekstach tych znajdują się dwuznaki oraz wyrazy podobne pod względem dźwięczności lub wymowy. Czyli wyrazy, które inaczej się czyta, a inaczej się pisze. Etap trzeci zawiera już dość tekstu, czytanki zbudowane są z wielu zdań, a każda z nich opowiada jakąś ciekawą historię, dotyczącą bohaterów "Elementarza".

Książka Beaty Ostrowickiej wydana przez Naszą Księgarnię jest częścią serii "Poczytam ci Mamo", czyli przeciwstawną propozycją dla kultowej serii "Poczytaj mi Mamo". Książeczek,  na których sama się wychowałam, a które rządziły w dziecięcych biblioteczkach w latach 80tych i 90tych.

Jeśli chodzi o moje dzieci,, Siedmiolatka przeczytała ten "Elementarz" w mig. Pierwszy i drugi etap nie sprawił jej żadnego problemu. Choć faktem jest, że zabrała się za niego właśnie teraz, w momencie, kiedy już potrafi dobrze czytać. Możliwe, że sprawa wyglądałaby inaczej, kiedy dopiero uczyłaby się czytać. Wtedy te teksty byłyby dla niej bardziej przydatne i mogłyby w jaki sposób kształtować jej umiejętności. Na chwilę obecną, najbardziej wskazane dla niej były teksty z etapu trzeciego, z którymi też sobie świetnie poradziła, z zajęło jej to kilka wieczorów.

Jednak, tak, jak zaznaczyłam, teksty elementarza nie sprawiły jej większego problemu, dlatego wnioskuję, że "Elementarz" ten będzie bardziej przydatny dla dzieciaków, które dopiero uczą się czytać i zaczynają składać litery. To poświadczyć może na przykład mój Pięciolatek, który spokojnie radzi sobie z etapem pierwszym, a także z etapem drugim. Powoli czyta sobie poszczególne teksty, składające się z prostych zdań. Na razie robi to wybiórczo, bardziej przeglądając książeczkę, ponieważ nie skończył jeszcze czytać swojej PIERWSZEJ, samodzielnej książki "Litery", której to poświęcę osobny wpis. 

"Elementarz" to bardzo fajna propozycja dla dzieci pięcio - sześcioletnich, które dopiero uczą się czytać, poznają litery i zaczynają swoją przygodę z czytaniem. Dla dzieciaków, które już tą umiejętność posiadają, książka może okazać się zbyt łatwa. 

Cieszę się bardzo, że Nasza Księgarnia wraca do wydawania literatury dziecięcej, proponując dzieciakom bardzo wiele ciekawych książek. Jedną z nich może być choćby kontynuacja "Elementarza" - "Elementarz matematyczny", w którym znajdować się będą pierwsze próby dokonania obliczeń matematycznych. W niego także muszę się zaopatrzyć.

Sardegna

sobota, kwietnia 02, 2016

Planszówkowo #1 "Zwierzaki na tratwie"

Żeby nie było, że cały wolny czas poświęcam książkom, dzisiaj będzie o grze planszowej. W prawdzie dziecięcej, ale nie da się ukryć, że i w taką najlepiej gra się całą rodziną, więc często organizujemy sobie wesołe, rodzinne rozgrywki. To fajny sposób spędzania wolnego czasu, no i świetna alternatywa dla elektroniki, bowiem tablet, komórka i tv coraz częściej absorbują moje dzieci, choć staram się naprawdę ograniczać im te atrakcje. 

Planszówki od zawsze były dla mnie fajnym sposobem na spędzanie czasu, głownie z przyjaciółmi, czy "dorosłą" częścią rodziny. Choć nie mogę pochwalić się jakimiś spektakularnymi umiejętnościami gracza, czy posiadanymi planszówkami, rozegrałam sporo partyjek "Cluedo", "Dixit" i "Carcassone". Mąż podziela te moje zainteresowania, więc jeśli ktoś ze znajomych proponuje nam partyjkę, zawsze chętnie podejmujemy wyzwanie. 

Dopóki dzieciaki były maluszkami, graliśmy z nimi w proste gierki, polegające raczej na rzucaniu kostką, niż obmyślaniu jakiejś większej strategii gry. Kiedy jednak skończyli 4 i 6 lat, postanowiliśmy wprowadzić w ich "poważniejsze" życie gry planszowe. Mamy ich w zanadrzu całkiem sporo, choć większość jest dziecięca i już "obgrana" na wszystkie strony. Cyklem #Planszówkowo, chciałam je Wam trochę przybliżyć.

Dzisiaj parę słów o grze "Zwierzaki na tratwie", autorstwa Carlo A. Rossi. Jest to gra łącząca w sobie historię i elementy zaskoczenia, przeznaczona dla 2-4 osób, choć nie ukrywam, że najlepiej gra się nią w komplecie. Próg wiekowy to 5 lat, ale spokojnie poleciłabym ją także rozgarniętemu 4- latkowi. Zasady nie są trudne, ale najlepiej na początek zagrać z kimś dorosłym, kto w razie czego wyjaśni wątpliwości.


Gra składa się z:

  • 6 "plansz", a bardziej "tratw", które powstały z wycięcia w kartonie planszy odpowiedniego otworu. Każdy wycięty kształt różnie się od poprzedniego, dzięki temu gracze nie bardzo mogą zorientować się w pojemności owej tratwy
  • 30 drewnianych figurek zwierząt, po 3 z każdego gatunku (słoń, wielbłąd, lew, kura, wąż, świnia, owca, hipopotam, zając, lis) i 30 kart z wizerunkami zwierząt:
  • 18 żetonów, do oznaczania punktów zwycięstwa, 4 znaczków do glosowania na TAK, 4 znaczków do głosowania na NIE oraz klepsydry:

Zadaniem graczy jest ustalenie, czy wszystkie zwierzątka rozmieszczone wokół tratwy, zmieszczą się na niej. Zwierzątka muszą "leżeć" w otworze tratwy, nie mogą stać. Gracze zastanawiają się w ciszy, czy uda się ulokować zwierzynę, czy też nie i głosują, kładąc odpowiedni znaczek obrazkiem do dołu na środku stołu. Kiedy wszyscy się już określą, sprawdzamy znaczki, po kolei, je odkrywając.


Jeżeli na stole leżą znaczki:
  • TAK i NIE - gracze, którzy głosowali na TAK wspólnie umieszczają zwierzątka na tratwie. Muszą tego dokonać w czasie, aż przesypie się piasek w klepsydrze. Jeśli im się to uda, otrzymują punkty. Jeśli nie, otrzymują je gracze, którzy głosowali na NIE
  • wszystkie na TAK - do kart leżących wokół tratwy dodaje się kolejną, wraz ze zwierzątkiem i głosuje się ponownie
  • wszystkie na NIE - zastępuje się dowolną kartę ze zwierzątkiem, inną, i głosuje ponownie

Teoretycznie rozgrywka ma 6 rund, czyli tyle, ile jest plansz - tratw. Ale tak po prawdzie, można grać tą samą planszą nawet po kilka razy. Warunkiem jest tylko zmienianie zestawu zwierzątek.

Uwaga: 

Jeżeli gramy tylko 10, nawet 12 kartami, gra staje się nieco przewidywalna, dlatego polecam (wypróbowałam i świetnie się sprawdza) zaczynać od razu 13-15 kartami wokół tratwy. Wtedy można nawet kilkakrotnie grać ta samą nawet planszą, a wynik nigdy nie będzie oczywisty.


Jak ta gra sprawdza się w praktyce? Gramy nią spokojnie całą rodzinką. Zaczynamy już przezornie od 13-15 kart (w zależności, jaka zwierzyna nam się trafia). Największe emocje towarzyszą oczywiście układaniu figurek na tratwie w odpowiednio szybkim czasie. Kto wygrywa? Zazwyczaj Młody. Siedmiolatka i Tata plasują się gdzieś na miejscu drugim, a ja jakoś nie mam szczęścia i zawsze oszacuję nie tak, jak powinno być ... 

Gra uczy logicznego myślenia, współpracy (kiedy trzeba wspólnie ulokować zwierzątka na tratwie) i zapewnia sporo dobrej zabawy. Wbrew pozorom, nawet dorosłym!

Sardegna

piątek, kwietnia 01, 2016

"Poza cywilizacją" Ed Stafford


 Wydawnictwo: Vesper
Liczba stron: 360
Moja ocena : 5/6


Czy są na sali czytelnicy, którzy oglądali owego czasu reality - show "Survivor"? Jeżeli tak, to ten wpis jest specjalnie dla Was! Popularny od 2000 roku program, wyprodukowany przez amerykańską stację CBS, stał się telewizyjnym hitem, skupiającym przed TV miliony widzów. Ja też z zapartym tchem śledziłam losy "rozbitków", którzy pozostawieni sami sobie i swoim umiejętnościom przetrwania, mieli spędzić w określonym miejscu na świecie, kilkadziesiąt dni. Tłem ich rozgrywki stawała się tropikalna wyspa Borneo, Wyspy Cook'a, Vanuatu, Fiji, Samoa, Markizy, Palau, Wyspy Perłowe, Mikronezja, Tajlandia, Australia, a także Tocantis, Amazonia, Panama, Nikaragua czy afrykański Gabon.

Interesująco było śledzić ich losy w dziewiczych zakamarkach świata. Próby zbudowania schronienia, poszukiwanie pożywienia, wody, rozpalanie ognia. Wiadomo jednak, że ważniejsza od przetrwania w "Survivor", była gra o milion dolarów, i to głównie na jej aspektach skupiali się uczestnicy tego reality show.

Zupełnie inaczej przedstawia survival w wykonaniu Eda Stafforda, który podjął się wyzwania przeżycia 60 dni, na tropikalnej wyspie Olorua. Stafford, zaprawiony w boju żołnierz i podróżnik, postanawia zrealizować dla kanału Dicovery program o tym, jak można przetrwać na bezludnej wyspie, będąc zdanym tylko na siebie i swoje umiejętności. Wylądował zatem na Olorua zupełnie nagi, bez narzędzi, jedzenia i zapasów wody i rozpoczął swą przygodę na wyspie od zera. Wyposażony w prosty sprzęt nagrywający, dokumentował dzień po dniu, swoje zmagania z naturą. 

Książka stanowi zapis działań i przemyśleń Stafforda w czasie 60 dni na wyspie. Relacja rozpoczyna się etapem przygotowania bohatera jeszcze na stałym lądzie, kończy natomiast epizodem, rozgrywającym się po zakończeniu całej akcji. Ed Stafford dość szczegółowo (aczkolwiek bez przesady, bowiem nie katuje czytelnika skrupulatnym opisem każdego ze swoich 60 dni) przedstawia swoje dwumiesięczne życie na wyspie. Rozdziela czas tam spędzony na pewne etapy, w których skupiał się na zdobyciu niezbędnych mu produktów, bądź udoskonaleniu tego, co udało mu się już na wyspie stworzyć. 

Swoje "nowe" życie zaczyna od najważniejszego, czyli od poszukiwania i zgromadzenia wody, następnie pożywienia  oraz znalezienia schronienia. Później przechodzi, jak sam mówi, do "luksusu", czyli próby rozpalenia ognia, udoskonalenia "szałasu", a nawet polowania na zwierzynę. W ostateczności, po dwóch miesiącach udaje mu się żyć na całkiem niezłym poziomie, odżywiając się pożywnym i urozmaiconym pokarmem roślinnym i zwierzęcym, chodzić w zwierzęcej skórze, jako odzieniu, mając zupełnie wygodne "łóżko" w swoim własnoręcznie zbudowanym szałasie.

Oczywiście osiągnięcie tego poziomu "luksusu" na bezludnej wyspie zostało okupione olbrzymią determinacją, siłą woli, pokonaniem słabości własnego organizmu i psychiki. Stafford udowadnia jednak, że można spokojnie przetrwać, jako rozbitek, poza cywilizacją, w całkiem dobrej formie i zdrowiu, zachowując podstawowe zasady survivalu i zdrowy rozsądek.

Jednak zmagania bohatera z naturą i własnym organizmem, są niczym, w porównaniu ze zmaganiami ze słabościami własnej psychiki. Największym problemem Stafforda na wyspie nie była natura, brak pożywienia, ognia, czy schronienia. Najgorsza ze wszystkiego była samotność, brak możliwości rozmowy z kimkolwiek i poczucie, że w razie zagrożenia nie można zwrócić się do kogoś o pomoc. Stafford sam przyznaje, że jego strona psychiczna najbardziej ucierpiała w tym projekcie.

"Poza cywilizacją" to interesująca przygoda, o której świetnie czyta się w zaciszu domu. Nie wiem, czy chciałabym zmierzyć się w wyzwaniem, jakiego podjął się Stafford. Pewnie nie. Jeśli chodzi o survival, to wolę przyjmować go w formie telewizyjnej bądź książkowej. Ale jeśli kogoś ten temat interesuje, powyższa lektura o tym, jak przetrwać i nie zwariować, będzie w sam raz.

Sardegna