Pages

wtorek, września 29, 2020

Blogowe podsumowanie miesiąca - wrzesień

Wrzesień to przede wszystkim powrót do szkoły, na szczęście, pomimo obaw okazał się on nie taki straszny. Maseczki, płyny do dezynfekcji, milion procedur, ale uczymy się i pracujemy w miarę normalnie, co wszystkim nam służy. Moich osobistych dzieci nie ominęło jesienne przeziębienie, ale poza tym dajemy radę. Jeśli chodzi o moje sprawy blogowe, to we wrześniu udało mi się przeczytać 7 książek, w tym przesłuchać 2 audiobooki, obejrzałam też całkiem sporo filmów. Nadal nie udało nam się ze Śląskimi Blogerami Książkowymi spotkać na blogowej kawce. Może w październiku się uda.
 
Lista lektur:
 
1. "Dwanaście życzeń"  Karolina Głogowska, Katarzyna Troszczyńska - 5
2. "Pozłacana rybka" Barbara Kosmowska - 6
3. "Miasteczko Nonstead" Marcin Mortka - 5
4. "Kepler 62. Zaproszenie" Timo Parvela, Bjørn Sortland, Pasi Pitkänen - 5
5. "Opowieści z Narnii. Ostatnia bitwa" C.S. Lewis - 4
6. "Ja, diablica" Katarzyna Berenika Miszczuk - 4 
7. "Kepler 62. Ocalenie" Timo Parvela, Bjørn Sortland, Pasi Pitkänen - 5
 

Imprezy kulturalne:
 
W tym temacie znowu u mnie posucha. Tęsknię za wydarzeniami kulturalnymi w realu i mam nadzieję w końcu na jakieś się wybrać.
 Nowości:
 
 
 
"Ja, diablica" Katarzyna Berenika Miszczuk
"Ja, anielica" Katarzyna Berenika Miszczuk
"Ja potępiona" Katarzyna Berenika Miszczuk
 "Obsesja" Adrian Bednarek
"Hellwere" Marcin Mortka
"Taniec pszczół" antologia
"Wyjdź za mnie kochanie" Krystyna Mirek
"Przyjdzie pogoda na miłość" Wioletta Piasecka
"Kryjówka" Nora Roberts
"Lód i woda, woda i lód" Majgul Axelson
"Pamiętaj, że byłam" Beata Majewska
"Księga bezimiennej akuszerki" Meg Elison
"Smocza straż" Brendon Mull
"Baśniobór. Gwiazda wieczorna wschodzi" Brendon Mull
 
Serialowo:

We wrześniu nie obejrzałam żadnego serialu, skupiłam się tylko na filmach.
 
Filmowo:
 
We wrześniu obejrzałam 18 filmów, co daje mi wynik 161 książek (styczeń 14 + luty 17 + marzec 23 + kwiecień 22 + maj 14 + czerwiec 15 + lipiec 24 + sierpień 14+ wrzesień 18 ) 

 [zdjęcia okładek pochodzą ze strony Filmweb]
 
1. "Diabeł" reż. John Erick Dowdle - trochę psychodeliczny  film, utrzymany w klaustrofobicznej atmosferze, bardzo oszczędny w wyrazie. Grupa ludzi utyka w popsutej windzie na 23 piętrze. W zamkniętej przestrzeni zaczynają dziać się dziwne rzeczy, ludzie atakują się wzajemnie, a policjant, który obserwuje sprawę z kamer ochrony, nie umie zapobiec tragedii. Horror powiedziałabym, średniej klasy. Ma parę momentów, ale raczej bez szału. 
 
2. "Klątwa laleczki Chucky" reż. Don Mancini - Chucky to laleczka, która morduje wszystkich wokół. Nie zważa na nic, jest bezkompromisowa, bezczelna i brutalna. Tym razem atakuje dziewczynę poruszającą się na wózku i jej rodzinę. Nie wiem, może są jacyś miłośnicy tej serii, ale mnie ona nie przekonała. Taki rodzaj "grozy" mnie nie rusza. 
 
3. "The ring" reż. Gore Verbinski - stary horror, który pierwszy raz oglądałam na studiach. Wśród młodzieży krąży kaseta wideo, po obejrzeniu której dzwoni telefon, a tajemniczy głos oznajmia ofierze, że umrze w ciągu tygodnia. Dziennikarka ściga się z czasem, aby odkryć, kto stoi za tym przerażającym nagraniem oraz uratować siebie i swojego synka, który również obejrzał nagranie. Po latach film nie przeraża już tak bardzo, jak kiedyś, ale jeśli ktoś nie oglądał w ogóle, to zmora wychodząca wprost z telewizora może robić wrażenie.

4. "Circle" reż. Aaron Hann / Mario Miscione - niskobudżetowy film, który udało się nagrać w przeciągu paru dni, okazał się bardzo ciekawą produkcją. Nie zaskoczyła mnie oszczędność w jego produkcji, jest bowiem skromny jeśli chodzi o efekty i scenografię. Cała akcja rozgrywa się w jakiejś nieokreślonej, niewielkiej, zamkniętej przestrzeni, gdzie sto przypadkowych osób ustawionych w kręgu, zostaje wplątanych w makabryczną grę. Osoby nie wiedzą właściwie, jak w tym kręgu się znalazły, ale żeby przeżyć muszą bardzo szybko dostosować się do reguł gry. Szybko okazuje się, że uczestnicy mogą decydować o życiu lub śmierci swoich współtowarzyszy. Jednak grę może wygrać tylko jedna osoba. Historia trochę nietypowa, która pokazuje, jakie mechanizmy rządzą człowiekiem, i jakimi stereotypami może się on kierować. Choć końcówka trochę moralizatorska to i tak uważam, że jest to jeden z ciekawszych filmów, jakie ostatnio widziałam.
 
5. "Obecność" reż. James Wan - horror podobno oparty na autentycznych wydarzeniach. Rodzina z pięcioma córkami wprowadza się do starego domostwa, w którym zaczynają dziać się dziwne rzeczy. Matka zaniepokojona mroczną atmosferą prosi specjalistów zajmujących się duchami, aby oczyścili jej dom ze złych mocy. Sprawy przybierają jednak nieoczekiwany dla wszystkich obrót.

6. "Rzeka tajemnic" reż.  Clint Eastwood - film z 2003 roku w gwiazdorskiej obsadzie. Trójka przyjaciół z dzieciństwa spotyka się po latach, żeby wyjaśnić sprawę morderstwa córki jednego z nich. Połączeni tajemnicą z przeszłości zmagają się z traumą, która dla każdego z nich ma inne oblicze. Ciekawa historia, połączenie kryminału z dramatem. Lubię takie powroty do przeszłości.
 
7. "Operacja: Overlord" reż. Julius Avery - skusiłam się na ten film z myślą, że jest to paranormalny horror rozgrywający się w czasie II wojny światowej. I owszem, jest to bardzo straszny film, choć akurat z innych powodów. Grupa brytyjskich żołnierzy trafia do małego francuskiego miasteczka, a ich celem na być wysadzenie hitlerowskiej wieży nadawczej. Na miejscu jednak znajdują coś znacznie bardziej przerażającego i nieludzkiego. Mocny film, brutalny i ciężki, choć przerysowany, ma w sobie pierwiastek prawdy i to jest w nim najbardziej przerażające.
 
8. "Zombie Express" reż. Sang-ho Yeon - zombie zaczynają atakować we wszystkich dużych koreańskich miastach. Garstka podróżnych w ekspresowym pociągu wydaje się być ostatnimi ludzi na Ziemi, którzy są jeszcze zdrowi. Niestety do pociągu przedostaje się pasażer na gapę, który zaczyna wirusa przenosić. Do tego, nieubłaganie zbliża się moment przesiadki w jednym z najbardziej zainfekowanych miast w kraju. Bardzo fajna produkcja, jak na film o zombiakach, naprawdę daje radę.
 
9. "#Alive" reż. Il-hyeong Cho -  podobnie, jak powyżej, tajemniczy wirus zamienia ludzi w zombie. Największe ich skupisko jest w dużych miastach i na blokowiskach, gdzie jeden z głównych bohaterów zostaje uwięziony w swoim mieszkaniu. Przez to, że zaspał do pracy cudem unika zakażenia, okazuje się jednak, że na osiedlu jest zupełnie sam. Musi teraz wymyślić coś, żeby przetrwać. Na szczęście okazuje się, że po drugiej stronie osiedla próbuje przetrwać jeszcze jedna osoba.  We dwójkę może uda im się przetrać tą apokalipsę. 
 
 [zdjęcia okładek pochodzą ze strony Filmweb]

10. "Nocna przygoda" reż. Trish Sie - fajna komedia, która zapewni rozrywkę całej rodzinie. Dzieciaki uważają swoich rodziców za nudziarzy, do czasu, gdy okazuje się, że ich mama jest ukrywającą się pod przykrywką, wyspecjalizowaną złodziejką. Starzy znajomi odszukują jednak jej kryjówkę, stawiając pewne ultimatum. Dzieciaki ruszają więc mamie na pomoc, przy okazji wplątując w akcję swoich niezbyt odważnych przyjaciół. Dynamiczny, zabawny film.

11. "Mission Imposible I" reż. Brian De Palma - oczywiście oglądałam chyba wszystkie części serii, ale w przypadkowej kolejności, postanowiłam więc przypomnieć sobie całość. Toma Cruise w roli tajnego agenta, który wraz ze swoją ekipą  podejmuje się najtrudniejszych zadań (w każdej części bardziej niemożliwych),  ogląda się bardzo przyjemnie. Zwłaszcza w takiej młodzieńczej wersji. A jeśli do tego doda się wartką akcję i trzymająca w napięciu strzelankę, wychodzi z tego produkcja, którą ogląda się z z wielką przyjemnością.

12. "Miłość gwarantowana" reż. Mark Stephen Johnson - sympatyczna komedia romantyczna. Prawniczka, której firma właśnie ma ogłosić upadłość, otrzymuje intratne zlecenie oskarżenia portalu randkowego, o to, iż mimo reklamy, nie gwarantuje znalezienia miłości na 100%. Prawniczka zaczyna tak dogłębne śledztwo, analizuje wszystkie związki swojego klienta, aż w ferworze pracy się w nim zakochuje. Ale ponieważ to sprzeczność interesów, ich uczucie będzie wystawione na nie lada próbę.
 
13."Opiekunka" reż. McG - horror młodzieżowy, który ogląda się całkiem przyjemnie. Jedenastoletni Cole ciągle ma opiekunkę, ale ponieważ jest nią piękna Bee, z którą świetnie się dogaduje, nie przeszkadza mu to, że rodzice traktują go, jak malucha. Pewnej nocy Cole odkrywa jednak, że Bee nie jest tym, kim się wydaje. Chłopakowi zaczyna grozić śmiertelne niebezpieczeństwo, młody postawi jednak wszystko na jedną kartę, nawet jeśli trzeba będzie kogoś zabić.

14."Opiekunka: Demoniczna królowa" reż. McG - kontynuacja "Opiekunki". Cole jest już licealistą, który w szkole traktowany jest, jako największy dziwak, nikt bowiem nie wierzy w jego wersję o demonicznej opiekunce. Jedyną osobą, która jest mu przychylna i wierzy w każde jego słowo jest piękna sąsiadka, koleżanka z dzieciństwa. Sprawa z Bee nie jest jednak zakończona, a przeszłość upomni się o Cola w najmniej oczekiwanym momencie, sprawiając, że będzie on ponownie musiał zmierzyć się z niebezpieczeństwem.

15."Odzyskać dziecko" reż. Alan White - ciekawy film, choć końcówka trochę rozczarowująca, to jednak początek bardzo interesujący. Para Amerykanów postanawia adoptować jedną z sierot z Haiti, która straciła rodziców w trzęsieniu ziemi. Kiedy wszystkie formalności są już dopięte na ostatni guzik, a dziewczynka zostaje już parze oficjalnie przedstawiona, zaczynają się dziać dziwne rzeczy. Dziecko znika bez śladu, podobnie, jak agencja adopcyjna, świeżo upieczeni rodzice zrobią jednak wszystko, aby odzyskać córkę.

16. "Nostalgia anioła" reż. Peter Jackson - bardzo poruszający film, ekranizacja powieści o tym samym tytule, będący połączeniem dramatu z thrillerem. Czternastoletnia Susie zostaje zamordowana, ale jej dusza nie może zaznać spokoju, zanim nie pomoże swoim najbliższym wyjaśnić tajemnicy swojej śmierci. Wzruszający, trzymający w napięciu, pełen ciężkich emocji, naprawdę bardzo dobry film.

17. "W samym sercu morza" reż.Ron Howard - film oparty na faktach. XIX wiek, statek wielorybniczy zostaje staranowany przez olbrzymiego kaszalota i zatopiony, a grupa rozbitków w trzech szalupach próbuje przetrwać za wszelką cenę. Jeden z ocalałych, chłopak pokładowy, po kilkudziesięciu latach od tragedii postanawia opowiedzieć, co tak naprawdę wydarzyło się na Essex, a jego historia stanie się podstawą powieści "Moby Dick". Świetny film, piękne ujęcia wielorybów, dramatyczna opowieść. Bardzo polecam.

18. "Obsesja" reż. Steve Shill oglądałam kilka filmów w podobnym klimacie, ten wyróżnia Beyonce w roli głównej. Derek i jego piękna żona przeprowadzają się z małym sykiem do nowego domu. Sielankę zakłóca nowo zatrudniona asystentka Dereka, która wyraźnie zaczyna z nim flirtować, licząc na gorący romans. Facet jest jednak nieugięty i wierny swojej żonie. Stąd też odtrącona kobieta ze złości, zazdrości i upokorzenia postanawia zrobić wszystko, aby zniszczyć Dereka i jego rodzinę. 
 
 Muzycznie:
 
Wrzesień brzmiał nostalgicznie. Głównie starą płytą Edyty Bartosiewicz, z której moją ukochaną piosenką jest "Koziorożec". Wiecie, że w teledysku do tego kawałka zagrała młoda Kasia Kowalska?


Drugim utworem jest słuchany ostatnio bardzo często przez moją Córkę "Before You Go" Lewisa Capaldi.


A jak Wam minął wrzesień?

 
Sardegna

sobota, września 26, 2020

"Miasteczko Nonstead" Marcin Mortka

Wydawnictwo: Videograf
Liczba stron:  336
Moja ocena : 5/6
 
Choć Marcin Mortka znany jest szerszemu gronu czytelników z serii powieści fantastycznych skierowanych zarówno dla dorosłych, jak i dla nieco młodszych czytelników, tym razem serwuje nam coś zupełnie innego. Autor postanowił bowiem zaskoczyć swoimch czytelników powieścią grozy, historią trzymającą w napięciu, o której sam mówi, że od jakiegoś czasu czaiła się w jego podświadomości. Jeśli chodzi o moje doświadczenia, to czytałam dzieciakom serię o Tappim, natomiast tych dorosłych powieści jeszcze nie znam. "Miasteczno Nonstead" jest więc moim debiutem czytelniczym, jeśli chodzi o twórczość Autora.
 
Nonstead to małe miasteczko leżące gdzieś pośrodku niczego. To tam trafia Nathaniel McCarnish, młody brytyjski pisarz, który swoimi realistycznymi opowiadaniami grozy, osiągnął międzynarodowy sukces, porównywalny do popularności Dana Browna i Stephena Kinga.
 
Pisarz szuka oddechu od niespodziewanej popularności, jaka na niego spadła, próbuje też dojść do równowagi psychicznej po utracie ukochanej dziewczyny Fiony. Zakochani przeżyli razem naprawdę wiele szczęśliwych chwil, a część z nich miała miejsce właśnie w Nonstead, gdzie to spędzili romantyczny urlop. Po zakończeniu wakacji i wyjeździe z miasteczka dziewczyna znika bez słowa i ślad po niej ginie.
 
Nathaniel nie może pogodzić się z utratą Fiony, a jedyne czego aktualnie chce to święty spokój. To właśnie tego upatruje w powrocie do Nonstead, niestety owej wartości w tym miejscu nie uświadczy. Ledwo co bowiem przekracza granice miasta, zwraca się do niego o pomoc pewna kobieta. Anna Craig rozpoznaje w nim znanego pisarza horrorów, postanawia poprosić go o wsparcie w sprawie córki i jej nocnych koszmarów. Dziewczynka wyraźnie z kimś rozmawia przez sen, a jej matka, przerażona sytuacją, parę razy natknęła się na tajemniczy cień w pokoju swego dziecka. Nathaniel postanawia przyjrzeć się sprawie bliżej, nie wiedząc, że to zaledwie początek dziwnych wydarzeń, które rozegrają się w jego otoczeniu.
 
Dalej będzie tylko ciekawiej i mroczniej. Do pisarza docierają pewne plotki o mieszkańcach Nonstead i wydarzeniach, których byli świadkami. Na przykład o tym, że w lesie na obrzeżach miasta znajduje się tajemnicza chata, zwana "Samotnią", która mimo zniszczeń, a nawet podpalenia, stoi nienaruszona od wielu lat, a kiedy ktoś znajdzie się w jej pobliżu zaczyna wariować, o tym, że w mieście od lat zdarzają się dziwne samobójstwa i zniknięcia, o mężczyźnie, który z ogłoszeń drobnych w lokalnej gazecie odczytywał przyszłość, a także legenda o czarnym psie krążącym po okolicy i zwiastującym śmierć każdemu, kto go zobaczy.
 
Nathaniela przytłaczają wszystkie otaczające go nowiny i nadprzyrodzone sytuacje. Na szczęście może liczyć na wsparcie nowego znajomego, młodego strażaka Skinnera, który jest dla niego łącznikiem pomiędzy teraźniejszością a historią miasta, świetnie bowiem orientuje się w przeszłości Nonstead. Zainteresowanie Skinnera dziwnymi wydarzeniami w miasteczku ma podłoże osobiste, przed laty bowiem jego ojciec zainteresowany "Samotnią", zginął tragicznie, a chłopak ciągle szuka wytłumaczenia tamtej śmierci.
 
W przedziwny sposób Nathaniel i Skinner zawsze pojawiają się w centrum niepokojących wydarzeń, groza opanowuje miasto, a mieszkańcy zaczyna żyć w rytm nieznanej siły, która zaczyna determinować ich losy. Co tak naprawdę dzieje się w Nonstead? Jaka to siła rządzi miasteczkiem? I co wspólnego z tym wszystkim ma pewne forum internetowe?
 
"Miasteczko Nonstead" to klimatyczna opowieść, której istota tkwi w dusznej, klaustrofobicznej atmosferze małego miasta, opanowanego przez nieznaną siłę. Trochę przypomina klimatem "Stranger Things", trochę horrory w stylu Netlixowskiego "Rytuału" czy "W wysokiej trawie". Interesujące zakończenie sprawia, że człowiek od razu ma chęć czytać dalej (co mi się uda, bo tom drugi, czyli "Hellware" mam już na półce). Podsumowując, jest to ciekawa lektura, ale przyznam szczerze, że nie wzbudziła we mnie aż taki grozy, jakiej się spodziewałam. Zobaczymy, jak wypadnie na jej tle "Hellware".
 
 
Sardegna

środa, września 23, 2020

"Opowieści z Narnii. Siostrzeniec czarodzieja" C.S.Lewis


Wydawnictwo: Media Rodzina
Liczba stron:  201
Moja ocena : 6/6
  
Nasza przygoda z "Opowieściami z Narnii" powoli dobiega końca. Właściwie to wieczorami kończymy już czytać siódmy tom serii, czyli "Ostatnią bitwę" i będziemy mogli pożegnać się z bohaterami, którzy towarzyszyli nam od dobrych paru miesięcy. Zanim jednak do tego dotrze, zapraszam do zapoznania się z notką na temat tomu przedostatniego, którego w ferworze ostatnich obowiązków nie miałam jeszcze okazji opisać. "Siostrzeniec czarodzieja" to opowieść wyjątkowa pod wieloma względami, jednak to, co ją najbardziej wyróżnia na tle poprzednich, to przedstawienie historii w postaci retrospekcji i cofnięcie się do wydarzeń, które właściwie zapoczątkowały wszystkie kolejne.
 
Ta część przenosi czytelnika w przeszłości, kiedy to magiczna kraina zwana Narnią jeszcze nie istniała, i mam tutaj na myśli dosłowność tego faktu, a nie to, że nie było jej w świadomości bohaterów. Wtedy to para dzieciaków, Digory i Pola wplątują się w niebezpieczną przygodę zainicjowaną przez krewnego chłopaka, wujka Andrzeja, a w konsekwencji będą świadkami stworzenia niesamowitego miejsca - serca całej tej fantastycznej serii.
 
Wuj Digory'ego, Andrzej, para się magią i uważa się za znakomitego czarodzieja. Pracuje on nad metodą przemieszczania się w czasie i przestrzeni, ale ponieważ sam jest zbyt tchórzliwy, aby sprawdzić skuteczność swego eksperymentu, wysyła w nieznane dzieciaki. Pola i Digory wyposażeni w magiczne pierścienie pozwalające im na ewentualny powrót, rzucone w wir niesamowitych wydarzeń i miejsc, tak wyjątkowych i magicznych, że nawet im się o nich nie śniło, stają się świadkami powstania Narnii. Jednak zanim do tego dojdzie będą mogli odwiedzić inne wymiary i zmierzyć się z nieznanym dotąd światu, niebezpieczeństwem.
 
Nie chciałabym zdradzać, jakie przygody przydarzą się dzieciom po przekroczeniu granicy pomiędzy światami, ani tego, jak doszło do samego powstania Narnii, bo to, że stworzył ją lew Aslan wydaje się być oczywiste. Podpowiem tylko, że ta część okaże się być kluczowa dla zrozumienia całej istoty serii, wyjaśni czytelnikom, skąd się wzięła na przykład latarnia, tak dobrze znana z części pierwszej, jak doszło do tego, że Piotr, Zuzanna, Łucja i Edmund trafili do Narnii za pomocą magicznej szafy i skąd się wzięły mówiące zwierzęta. Dowiemy się też, w jaki sposób Aslan stworzył tą krainę, i kto był jej pierwszym królem (i podpowiem, że nie był to Digory). 
 
"Siostrzeniec czarodzieja" to po prostu taki zapis historyczny tego, co działo się w Narnii od początku jej stworzenia, aż do czasu, kiedy trafiło do niej rodzeństwo Pevensie. Ta część będzie niesamowicie ważna, przede wszystkim dla miłośników serii. Pomoże usystematyzować pewne wiadomości i poukłada wątki, które do tej pory nie miały konkretnego początku. 
 
Nie mogę się nadziwić, jak tom, który według chronologii powinien być przeczytany na samym początku, został zaprezentowany dopiero, jako szósty. Jak daleko perspektywicznie musiał sięgnąć Autor, że zaplanował taką niespodziankę dla swoich czytelników. Jaką wyobraźnią dysponował, aby w taki sposób zaplanować fabułę, pogmatwać ciąg przyczynowo-skutkowy, albo na bieżąco go modyfikować. Początkowo te zmiany mogą nieco pomieszać w głowach czytelników, ostatecznie jednak wymuszają na niech przeanalizowanie sytuacji, poukładanie wątków, przemyślenie fabuły, stanowią więc nie lada rozrywkę i wielki czytelniczy bonus. Mistrzostwo, po prostu!
 
Moje dzieci były pod niesamowitym wrażeniem tego tomu, zwłaszcza Młody, który jest wielkim fanem serii. A ja, choć w dzieciństwie nigdy nie czytałam "Opowieści z Narnii", teraz nadrabiam zaległości i bawię się świetnie! Bardzo się cieszę, że moje dzieci złapały bakcyla Narnii, bo dzięki temu mogę się emocjonować się lekturą na równi z nimi. A nawet trochę więcej!
 
Sardegna

poniedziałek, września 21, 2020

"Każdemu jego Everest" Mirosław "Falco" Dąsal


Wydawnictwo: Bezdroża
Liczba stron: 416
Moja ocena : 4/6
 
Kolejną książką przeczytaną w czasie urlopu były dzienniki Mirosława "Falco" Dąsala, o wspólnym tytule "Każdemu jego Everest". Pozycja ta to właściwie wznowienie pierwszego wydania z 1994 roku i skupienie się na 3 wyprawach wysokogórskich: na Lhotse w 1985 oraz 1987, na K2 w sezonie 87'/88' oraz na Mont Everest w 1989, o a wszystko to z okazji trzydziestej rocznicy śmierci wspinacza, do której doszło na przełęczy Lho La w drodze na Everest. 37 letni wówczas himalaista, wraz ze swoimi kolegami, Andrzejem Heinrichem, Eugeniuszem Chrobakiem, Mirosławem Gardzielewskim i Wacławem Otrębą zginął w lawinie, która zeszła w rejonie obozu na 7300 metrów. Jak do tej pory, tragedia ta jest określana mianem największej, w historii polskiego himalaizmu.
Ponieważ jestem wielką miłośniczką literatury wysokogórskiej, z chęcią rzuciłam się na lekturę "Everestu" (jak go w skrócie nazywam). Chciałam się nieco podszkolić w zakresie tych konkretnych wypraw, bo jeśli chodzi o Falco, poza kojarzeniem charakterystycznego przydomka i nazwiska niewiele umiałabym o tym wspinaczu powiedzieć.
 
Niestety, jak szybko sięgnęłam po tą książkę, tak prawie natychmiast ją odłożyłam. Musiało minąć trochę czasu, abym na urlopie przedarła się przez jej treść. Dlaczego tak się stało? Otóż, "Każdemu jego Everest" składa się z bardzo skrupulatnych, niesamowicie szczegółowych zapisków wspinacza, które tworzył na przestrzeni lat, będąc właśnie w górach, zarówno w trasie, w bazie, jak i w obozach, w drodze na szczyt. To nie jest tak, że ja nie lubię czytać takich dzienników. Lubię i to bardzo, zresztą lektura kilku już za mną, ale takie relacje z wyprawy muszą (jak dla mnie) mieć odpowiedni dynamizm i różnorodność. 
 
Mam wrażenie, że himalaista miał po prostu taki styl. W bardzo dokładny, aż do przesady, sposób, kwieciście i plastycznie opisywał najbardziej prozaiczne czynności, związane z wyprawą. Do tego poruszał wiele wątków pobocznych, wtrącał informacje o postaciach polskiego i światowego himalaizmu, z którymi akurat się wspinał, opisywał relacje panujące w ekipie, strategie, plany i ich wykonanie, a wszystko to łączył z filozoficznymi rozważaniami na temat sensu wspinania się i gór. Ja to wszystko rozumiem i doceniam. Wspinaczka wysokogórska to nie tylko wykonane, bądź niezrealizowane zadanie, ale także doświadczenie niemalże metafizyczne, w którym to człowiek przekracza własne granice i najlepiej poznaje samego siebie. Jednakże w kontekście książki, po prostu nie uniosłam tematu. 
 
Uwielbiam czytać o górach, ale w związku z tym, że jestem osobą energiczną i lubię, kiedy się coś dzieje wokół mnie, nie potrafiłam przebrnąć przez leniwe, powolne wspinanie się Dąsala i jego współtowarzyszy. Jakby tego było mało, książka ma bardzo mały druk, wąskie marginesy, stąd też duża ilość tekstu zlepia się w jedno i sprawia, że czytanie staje się jeszcze bardziej nużące i męczące. 
 
Książka jest bardzo osobista, specyficzna, więc na pewno nie trafi do każdego czytelnika. Ale czy to ważne? Istotne jest to, że dotrze do najbardziej zainteresowanych. Co ważne, to fakt, iż z dzienników tych wyłania się z obraz wrażliwego, skromnego człowieka, pełnego pokory, który swoją miłością do gór postanowił dzielić się ze wszystkimi, którzy zechcieli go posłuchać. W swym dzienniku pokazał też jasno i wyraźnie mocne stanowisko, co do zdobywania szczytów za wszelką cenę. Sądzę, że dla czytelnika bogatszego o wiedzę o tym, co wydarzyło się na scenie polskiego i światowego himalaizmu w ciągu ostatnich trzydziestu lat, taka świadomość jest niezwykle cenna.


Sardegna

sobota, września 19, 2020

Co będziemy czytać w październikowej Trójce e-pik?

Dzień dobry! Dacie wiarę, że już prawie październik? Powrót do szkoły mimo obaw nie okazuje się aż tak zły, choć przeziębienia nie ominęły moich dzieci, to jednak wychodzimy na prostą. Mam nadzieję, że udało się Wam coś poczytać we wrześniu, bo musimy pomału planować nową Trójkę. Tradycyjnie  zapraszam do składania swoich propozycji, można to zrobić tutaj, albo na FB pod TYM linkiem. Przypominam, że nie powtarzamy opcji, które już wcześniej był wykorzystane (dla pewności TUTAJ znajdziecie zestawienie wszystkich Trójkowych kategorii, jakie do tej pory się pojawiły). Biorę pod uwagę pierwszych 10 kategorii, a później w ankiecie na blogu i w grupie na Facebooku będziecie mogli wybrać swojego faworyta. Przypominam, że każdy uczestnik może oddać maksymalnie 3 głosy. Zapraszam do zabawy!

Dla osób, które nie wiedzą, o co chodzi w wyzwaniu Trójka e-pik, zapraszam do zerknięcia do tego postu.
***
AKTUALIZACJA
 
Poniżej znajdziecie 10 kategorii. Głosujemy na 3 według Was, najciekawsze. Jeśli ktoś oddał głos na FB, nie musi tego robić już tutaj. Przypominam, że do zabawy można przyłączyć się w dowolny momencie. W razie pytań, piszcie śmiało w komentarzach, chętnie na wszystkie odpowiem.
 
Ortografia (tytuł z ó/u, ż/rz, ch/h)
Książka wydana w 2019 roku, czyli przeterminowana nowość
Trójka w tytule. Trzy, troje, trio, tercet itp.
Książka poniżej 100 stron 
Tytuł z materiałem, surowcem... szkło/drewno/metal/tkanina/plastik (może być epitet, np. drewniany)
Non fiction która nas czegoś nauczy
 Książka z różowym elementem na okładce 
książka z figurą geometryczną w tytule 
tytuł "muzyczny"
kończmy już ten 2020, czyli książka o schyłku
  
Sardegna

czwartek, września 17, 2020

"Światło między oceanami" M.L.Stedman

Wydawnictwo: Albatros
Liczba stron: 432
Moja ocena : 6/6
 
 
Jakiś czas temu na językach czytelników i widzów na całym świecie było "Światło między oceanami", czyli bestseller M.L.Stedman, zekranizowany w 2016 roku. Ja również trochę uległam magii tego tytułu i przy okazji jednej z wymian Śląskich Blogerów Książkowych zaopatrzyłam się w tę książkę o cudownej, filmowej okładce. Oczywiście odłożyłam powieść na bliżej nieokreślony później, które to nieoczekiwanie trafiło mi się przy okazji kompletowania lektur na tegoroczny urlop. W tym roku  postanowiłam bowiem zabrać na wakacje nie tylko książki recenzenckie, ale też takie, które leżały w mojej biblioteczce już dłuższy czas. Okazało się to super sprawą, bo w innych okolicznościach przez najbliższe miesiące, pewnie bym nie przeczytała ani "Światła między oceanami", ani "Gwiazdki z nieba".
 
A tak miałam okazję zagłębić się we wspaniałą, wzruszającą historię, która przeniosła mnie na malowniczą wysepkę Janus Rock, leżącą u wybrzeży południowo zachodniej Australii, dokładnie pośrodku umownej granicy między oceanami, Spokojnym i Indyjskim.
 
Historia rozgrywa się w 1920 roku, kiedy to Australia ledwo co dochodzi do siebie po Wielkiej Wojnie. Do miasteczka Point Partageuse dociera jeden z weteranów wojennych, trzydziestoparoletni Tom Sherbourne, który zmaga się z traumatycznymi wspomnieniami z pola bitwy. Mężczyzna upatruje ukojenia w spokojnej, nieco monotonnej pracy, zgłasza więc swoją kandydaturę na posadę latarnika na wyspie Janus Rock, oddalonej 100 mil od stałego lądu. Choć praca wydaje się śmiertelnie nudna i bez perspektyw, Tomowi bardzo odpowiada, bo to właśnie w usystematyzowanej codzienności i w rutynie odnajduje wymarzony spokój. 
 
Przy okazji jednego z krótkich urlopów na lądzie, Tom poznaje uroczą, młodszą od niego o ponad dziesięć lat, sympatyczną dziewczynę Isabel. Ich uczucie wzmacnia się z czasem, za nic mając dzielącą ich odległość. Kiedy przychodzi czas, kobieta nie waha się też ani chwili z decyzją przeniesienia się na wyspę do ukochanego. Para żyje sobie spokojnie, jednak sen z powiek spędza im fakt, iż Isabel nie potrafi donosić kolejnych ciąż, a marzenia o dziecku stają się coraz bardziej dominujące i przesłaniają im codzienność.
 
Pewnego dnia na wyspę trafia łódka z martwym rozbitkiem trzymającym w ramionach żywe niemowlę. Isabel od razu postanawia zająć się dzieckiem, a ponieważ tęskniąc za własnym, którego nie może mieć, zaczyna zastanawiać się, czy wraz z Tomem mogliby przygarnąć sierotę.
 
Małżonkowie podejmują decyzję, aby nikomu nie przyznawać się, iż dziecko nie jest ich własne, i w jaki sposób trafiło na wyspę. Malutka Lucy rozwija się wzorcowo, Isabel realizuje w macierzyństwie, a rodzina i znajomymi szaleją ze szczęścia, iż Sherbourne'om w końcu urodziło się upragnione dziecko. 
 
Radość nie trwa jednak długo, bo zatrzymanie nieswojego dziecka zaczyna przybierać nieoczekiwane konsekwencje. Pewnych słów i czynów nie da się już cofnąć. Podjęte pod wpływem emocji i niespełnionych pragnień działanie, zaczyna ważyć na spokojnym życiu małżonków, ale też innych ludzi. Decyzja ciąży coraz bardziej, ale nie ma już od niej odwrotu.
 
"Światło między oceanami" to wzruszająca, pełna emocji powieść, którą wyjątkowo intensywnie poczują rodzice. Bardzo mocno zidentyfikują się oni z Isabel i Tomem, będą się zastanawiać, jak postąpiliby w podobnej sytuacji i czy dokonaliby zbliżonego wyboru. Ciężko będzie czytać o rozpaczy, bezsilności, strachu, poczuciu winy bohaterów, próbując pogodzić te emocje z jednoczesną pewnością trafnie dokonanego wyboru. 
 
"Światło..." to opowieść o bezwarunkowej miłości, więzi rodzicielskiej, lojalności, ale też trudnych wyborach, pragnieniu zaspokojenia własnych potrzeb, kierowaniu się dobrem innych, ale też o takiej zwyczajnej, ludzkiej przyzwoitości. Powieść jest naprawdę wyjątkową lekturą, powiedziałabym, że to taka obyczajówka "z górnej półki". Wzruszające zakończenie może złamać serce niejednego czytelnika, ale dla innych może okazać się idealnym zwieńczeniem tej opowieści. Problemy bohaterów i ich decyzje nie są przedstawione pobieżnie, ciekawie obserwować studium psychologiczne postaci (mnie wyjątkowo poruszyła kreacja Toma, kochającego ojca i męża, człowieka zmagającego się z własnymi demonami, który dla swoich bliskich jest w stanie poświęcić wszystko), a do tego piękne okoliczności przyrody, malownicza Australia, cudne nadmorskie klimaty, bezludna wyspa i bezkresne oceany. 

Bardzo polecam! Gwarantuję, że powieść przeczołga Was emocjonalnie! Ale czy nie tego oczekujemy od dobrych książek?
 
Sardegna

wtorek, września 15, 2020

"Prosty układ" K.A.Figaro


Wydawnictwo: Biblioteka Akustyczna
audiobook: czas trwania 11 godzin 59 minut
Moja ocena : 3/6
lektor: Iwona Milerska
 
Dzisiejszy wpis dotyczyć będzie kolejnego audiobooka z Empik Go, a ponieważ przedłużyłam sobie abonament na cały rok, jest szansa, że podobne notki będą się tutaj pojawiały z wielką regularnością.
 
Po "Prosty układ" sięgnęłam, poszukując jakieś łatwej i niezobowiązującej lektury, byłam bowiem po przesłuchaniu kilku thrillerów i kryminałów pod rząd i potrzebowałam umysłowego resetu. Skusiłam się więc na ten erotyk, pamiętając pozytywne opinie z blogów, ale niestety nie zaiskrzyło. Bo choć historia dała mi w pewnym stopniu to, to, czego potrzebowałam, czyli odmóżdżenia i chwilowego odprężenia, to jednak nie zaoferowała niczego więcej, a ja nawet od takiej lekkiej literatury oczekuję przynajmniej interesującej fabuły..
 
W ogóle na początku nie byłam świadoma tego, że jest to pierwszy tom pięciotomowego cyklu. Niemniej jednak, teraz wiedząc już, że to tylko część całości i świadoma faktu, iż "Prosty układ" nie przynosi w sumie czytelnikowi żadnego konkretnego rozwiązania, i tak nie mam ochoty zagłębiać się w dalsze losy bohaterów (chyba że ponownie poczuję wielka słabość i chęć zresetowania mózgu).
 
Cóż mogę rzec, fabuła tej książki jest banalna i tendencyjna, nawet, jak na erotyk. Dwudziestoparoletnia Łucja wraca po studiach do rodzinnego miasta i wraz z najlepszą przyjaciółką wybiera się na imprezę do lokalnej knajpy. Tam poznaje Dymitrija, pewnego siebie, aroganckiego, ale zabójczo przystojnego (jakżeby inaczej), biznesmena. Pomiędzy nimi od razu zaczyna iskrzyć, choć niekoniecznie pozytywnie. Łucja na początku chce natychmiast zerwać znajomość, natomiast Dymitrij robi wszystko, aby przywiązać emocjonalnie dziewczynę do siebie. Faktycznie, z czasem Łucja coraz bardziej zakochuje się w swym nieprzewidywalnym adoratorze, żeby nie powiedzieć, stalkerze, i kiedy wszystko jest już na dobrej drodze, a miłość wydaje się być w zasięgu ręki, Dymitrij stawia dziewczynie pewne ultimatum i jasno określa warunki układu, jaki go interesuje. 
 
Łucji oczywiście nie odpowiada sytuacja, w której jest tylko zachcianką Dymitrija, postanawia jednak zgodzić się na wszystko, byleby być bliżej ukochanego.
 
I właściwie to tyle, jeśli chodzi o fabułę. Bohaterowie kłócą się i godzą, zazwyczaj w łóżku. Kiedy jedno z nich chcę kontynuować relację na poważnie, drugie natychmiast ją niszczy. Jak dla mnie, cała ta opowieść opiera się na toksycznej, uzależniającej relacji, w której seks gra główną rolę. Ja to wszystko rozumiem, w końcu to tylko, albo aż erotyk, ale żeby uznać taką powieść za dobrą, wymagam od niej czegoś więcej, niż tylko scen łóżkowych, a fabuła, spójność i logika "Prostego układu" pozostawiają niestety wiele do życzenia.
 
Co gorsze jednak, bohaterowie tej powieści nie dają się lubić. I to nie jest tak, że wszystkie postacie schematycznych erotyków, czy mało oryginalnych romansów mnie denerwują. Czasami mimo absurdalnych zachowań są sympatycznymi postaciami, a o ich perypetiach czytam z wielką przyjemnością, choć nie bez przymrużenia oka. W tym przypadku ani Łucja, ani Dymitr nie wzbudzają we mnie ciepłych uczuć. Łucja jest infantylna, niekonsekwentna, a jej przemyślenia bardziej podobne są do rozważań naiwnej nastolatki, niż dorosłej, świadomej kobiety. Dymitrij to po prostu samolubny i arogancki cham. Ja wiem, że czytelniczki kochają brutali, a taki stereotyp mężczyzny w erotykach jest mocno pożądany, ale co za dużo, to niezdrowo. Do mnie zupełnie to nie przemawia. Po prostu oczekuję od takich historii czegoś więcej, niż scen erotycznych, które swoją drogą nie były wcale takie złe. 
 
Właściwie nie mam nic więcej do powiedzenia na temat tej książki. Można przeczytać, ale zbyt wiele sobie po lekturze nie obiecujcie. Zakończenie jest tak skonstruowane, aby koniecznie sięgnąć po następny tom, jednak w moim przypadku to na pewno nie nastąpi. Szkoda mi czasu na tak słabe historie. 

Sardegna

niedziela, września 13, 2020

"Prażeńka" Anna M. Brengos

 
Wydawnictwo: Lucky
Liczba stron: 288
Moja ocena : 6/6
 
Uwielbiam ten moment, kiedy trafiam na super historię, skrywającą się pod skromną, trochę niepozorną, okładką. Taka oszczędność może na początku zmylić nieco czytelnika, sprawić, że w natłoku nowości wydawniczych, albo bardziej przyciągających wzrok okładek, niejedna perełka książkowa umyka. Dlatego tak ważne jest, aby nie poddawać się bezmyślnie trendom, tylko iść własną, czytelnicza drogą i kierować się książkową intuicją. 
 
"Prażeńka" przemówiła do mnie już dawno temu. A kiedy zaczęłam przyglądać się jej bliżej, okazało się, że twórczynią okładki jest pani Ilona Gostyńska - Rymkiewicz (ilustratorka cudnej serii "Kryminału pod psem" Marty Matyszczak). Wtedy wiedziałam już, dlaczego właśnie ta książka do mnie przemówiła, i że nie ma czytelniczych przypadków. 
 
I faktycznie, powieść o mieszkańcach warszawskiej Pragi, trafiła do mnie z całą mocą, zaciekawiła perypetiami bohaterów, ale przede wszystkim urzekła historią samej dzielnicy, związanymi z nią wspomnieniami i bogatą przeszłością. Warszawska Praga, przedstawiana często, jako zamknięta i hermetyczna społeczność, która nie toleruje obcych, taka właśnie jest, ale jednocześnie jest do bólu wobec siebie lojalna, uczciwa i kiedy trzeba, niesamowicie pomocna. Do tego, jest to miejsce pełna cudownych zakątków, w którym na każdym kroku obserwować można połączenie teraźniejszości z przeszłością, miejsce własnego folkloru, starych, klimatycznych kamienic i bogatej tradycji. 
 
To właśnie taką Pragę poznajemy w "Prażeńce" (swoją drogą, tytuł to nie imię, tylko pieszczotliwe określenie dzielnicy). Bo to właśnie ona jest główną bohaterką powieści, a jej mieszkańcy, wraz ze swoimi codziennymi radościami i problemami są po prostu jej uzupełnieniem.  
 
W jednej z praskich kamienic mieszka dwudziestoparoletni Filip, który pracuje w świetlicy środowiskowej i właśnie dostał szansę zostania kierownikiem placówki. Jednak warunkiem tego awansu jest to, aby chłopak w najbliższym czasie znalazł sobie dziewczynę na stałe, a najlepiej narzeczoną, bowiem samotny mężczyzna nie ma szans otrzymać tej posady. Filip już od jakiegoś czasu szuka kobiety swoich marzeń, jest bowiem dobrodusznym, prostolinijnym człowiekiem, który chce po prostu mieć obok siebie bratnią duszę. Wbrew pozorom jej znalezienie  nie jest wcale takie proste. Wszystkie kobiety, z jakimi się spotyka oczekują czegoś zupełnie innego od życia, albo po prostu mają zupełnie inne priorytety. Na szczęście chłopak może więc zawsze liczyć na pomoc swoich sąsiadów, którzy może na pierwszy rzut oka nie powalają fizjonomią, ale tak naprawdę, są mili przyjaźni, po prostu do rany przyłóż. 
 
Filip szuka miłości w całej Warszawie, nieświadomy faktu, że za ścianą, do mieszkania po wiekowej sąsiadce wprowadzają się dwie młode kobiety, a starsza z nich jest właściwie ucieleśnieniem jego pragnień. 
 
Magda i jej młodsza siostra Michalina, trafiają na Pragę na skutek pewnych problemów z konkubentem matki. Szukając nowego lokum, korzystają z nieoczekiwanej propozycji wynajmu, trafiając w sam środek bardzo zamkniętej społeczności. I o ile Michalina od razu nawiązuje nić porozumienia z sąsiadami, Magda jest nieco bardziej ostrożna i sceptycznie nastawiona do mieszkańców kamienicy. 

I to właściwie wokół ich codziennych perypetii toczy się akcja. Czytelnik ma okazje poznać nieco lepiej Filipa, Michalinę i jej szkolne życie, a także życie prywatne Magdy. Do tego dochodzą sąsiedzi z kamienicy, ich sprawy i codzienne problemy, a tłem do tego wszystkiego jest Praga, jej historia opowiedziana wspomnieniami starszych mieszkańców, a także opisy codziennego życia w tym wyjątkowym miejscu.
 
"Prażeńka" jest tak bogata w fabułę, że właściwie mogłaby obdzielić pomysłami kilka kolejnych książek. Może Autorka pokusi się kiedyś o kontynuację tej opowieści, dając szansę rozwinąć się pozostałym mieszkańcom kamiennicy. Z chęcią bym o tym poczytała. W ogóle myślę, iż jest to jedna z fajniejszych książek, jakie miałam okazję poznać w tym roku. Bardzo polecam!

Sardegna

czwartek, września 03, 2020

"Pisklak" Zuzanna Orlińska

 
 
Wydawnictwo: Nasza Księgarnia
Liczba stron:  213
Moja ocena : 4/6
 
 
"Pisklak" idealnie wpasowuje się w stylistykę serii powieści młodzieżowych, wydawanych przez Naszą Księgarnię. W twardej oprawie, z ciekawą grafiką, napisany przez polską autorkę, porusza zagadnienia ważne dla współczesnej młodzieży. Nawet wizualnie "Pisklak" pasuje do "Domu nie z tej ziemi", czy "Lilany". Po lekturze  muszę jednak stwierdzić, iż książka ta bardziej przemówi do dorosłych, niż młodszych czytelników. 
 
I właściwie jestem rozdarta, bo fabuła, przypominająca mi trochę klimatem "Tego obcego", bardzo pasuje do książki młodzieżowej. Nie da się też ukryć, że pod przykrywką wydarzeń, w których bierze udział główna bohaterka, nastoletnia Klara, skrywają się ważne dla młodego człowieka prawdy, tak istotne w czasie jego dojrzewania, zwłaszcza emocjonalnego. Jednak z drugiej strony, forma, język, który choć bardzo poetycki, trudny jest do przyswojenia, sprawiają, że dzieciakom ciężko jest przez tą książkę przebrnąć (w każdym razie, moim dzieciom się to nie udało).
 
Jeśli jednak spojrzymy na nią z perspektywy książki dla dorosłych, poruszającej wątek dojrzewania nastolatków, historia nabiera nieco innego znaczenia. Staje się opowieścią trafiającą do osób o bardzo dużej wrażliwości, doceniających piękno poetyckiego języka, którzy będą się nią delektować i dosłownie spijać każde słowo.
 
Klara znalazła się w dość trudnej sytuacji rodzinnej. Właśnie  urodził się jej malutki braciszek, wcześniak, którego życie jest zagrożone. Cała rodzina żyje tylko malutkim Piotrusiem i drży o jego zdrowie. Mama ciągle przesiaduje w szpitalu, ojciec myślami cały czas pozostaje przy niej, stąd też dziewczyna zostaje postawiona sama sobie, w tym trudnym i niezrozumiałym, dla niej również, momencie. 
 
Dziewczyna szuka wytchnienia we wspólnie spędzanym czasie ze swoją przyjaciółką Hanką. Nastolatki kręcą się po okolicy, najwięcej przesiadują jednak w ruinach starego dworku leżącego na wzgórzu, nazywanego Domem Wariatki.  Pewnego dnia okazuje się, że w domu nocleg znalazło sobie dwóch chłopaków na gigancie. Starszy Cyryl opiekuje się, jak najlepiej umie, swoim młodszym bratem Nikodemem, nie potrafi jednak nic poradzić na fakt, że braciszek nie umie dojść do pełni sił, po trwającej od wielu dni, infekcji.
 
Klara i Hanka niejako zafascynowane braćmi, a najbardziej Cyrylem, jego wrażliwością, opiekuńczością i mądrością, postanawiają pomóc braciom, przynosząc jedzenie, ubrania, koce, a także lekarstwa dla małego. Jednak mimo szczerych chęci ukrywania zbiegów przed mieszkańcami wioski, ich podekscytowanie wzbudza podejrzenia miejscowych nastolatków, którzy postanawiają sprawdzić, gdzie to ich koleżanki spędzają tak dużo czasu, i co tak ostatnio ich emocjonuje.
 
Ponieważ miejscowi nie chcą na swoim terenie żadnych przybłędów, ani chłopaka, który mógłby skraść serce którejś z "ich" dziewczyn, zrobią wszystko, aby usunąć braci z pola widzenia i Domu Wariatki. Nie mają jednak pojęcia, że swoich zachowaniem mogą przynieść wszystkim śmiertelne zagrożenie...
 
"Pisklaka" nie czyta się łatwo, a sprawy nie ułatwiają fragmenty "powieści" napisanej przez główną bohaterkę. Mają one jeszcze większy rozmach, i są jeszcze bardziej (o ile to możliwe) poetyckie. Oczywiście nie chce generalizować, zdaję sobie sprawę, że jest grupa młodych odbiorców, która będzie się delektować tą ulotnością, delikatnością i wysublimowanym słowem. Dorosłym będzie jednak w tej kwesti łatwiej.   
 
Co do tytułowego pisklaka, będzie on musiał zawalczyć o siebie na wielu polach, stąd też tak sobie myślę, że gdybym miała w jednym zdaniu określić, o czym opowiada, to powiedziałabym, że o dojrzewaniu, które jak wiadomo nie jest łatwe, a często młody człowiek musi poradzić sobie z tym sam. Mam nadzieję, że nie zniechęciłam Was do lektury, a wręcz przeciwnie, czujecie się zaintrygowani. "Pisklak" to wymagająca lektura, ale czasami warto poświęcić czas takiej właśnie książce.
 
Sardegna