Co będziemy czytać w kwietniowej Trójce e-pik?


posted by Sardegna on

2 comments

W tym miesiącu z małym opóźnieniem pojawia się tutaj post o wyborze trzeciej kategorii kwietniowej Trójki e-pik, ale musicie mi wybaczyć, w pracy mam taki młyn, że po prostu nie ogarniam niektórych tematów. Dobrze, że istnieje opcja planowania postów, bo w innym wypadku blog umarłby śmiercią naturalną. W każdym razie, tradycyjnie w komentarzach poniżej, a także w naszej grupie Trójkowej pod TYM linkiem możecie proponować trzecią kategorię wyzwania, którą chcecie czytać w kwietniu. Od razu przypomnę, że nie powtarzamy opcji, które już wcześniej był wykorzystane (dla pewności TUTAJ znajdziecie zestawienie wszystkich Trójkowych kategorii, jakie do tej pory się pojawiły). Biorę pod uwagę pierwszych 10 kategorii, a później w ankiecie na blogu i w grupie na Facebooku będziecie mogli wybrać swojego faworyta. Przypominam, że każdy uczestnik może oddać maksymalnie 3 głosy. Zapraszam do zabawy i proponowania swoich opcji.

***

AKTUALIZACJA. Poniżej znajduje się 10 propozycji na trzecią kategorię kwietniowej Trójki e-pik.  Można głosować w komentarzach poniżej, wpisując odpowiednie numery. Każdy może oddać 3 głosy. Jeśłi ktoś głosował już w naszej grupie na FB, nie musi tego robić tutaj i odwrotnie. Do dzieła! 

1. Książka, która w oryginale jest w mało popularnym języku (nie angielski, nie niemiecki, nie rosyjski i nie polski)
2.  Non fiction o zbrodni
3.  Biografia kobiety
4.  Książka o tytule składającym się z więcej niż trzech wyrazów
5.  Popularnonaukowa proza polska pisana przez panią 
6.  "Dom, mój dom", czyli książka z "domowym" hasłem w tytule (okno, dach, drzwi, pokój itd.)
7.  Ponad stuletnia książka
8.  Fauna i flora - książka, której treść w jakiś sposób nawiązuje do tematu
9.  Książka z kolorem w tytule
10. Książka z motywem miłości do... książek


  Sardegna

"Na pokładzie Titanica. Podróżująca w czasie" Bianca Turetsky


posted by Sardegna on , , , , , ,

4 comments


Wydawnictwo: Wilga
Liczba stron: 276
Moja ocena : 5/6

"Na pokładzie Titanica" to sympatyczna książka dla młodszej młodzieży (przeznaczona dla dzieci około 10 - 12 letnich), na którą trafiłam przypadkowo, udało mi się bowiem wymienić ją w styczniu, na ostatniej wymianie Śląskich Blogerów Książkowych w gliwickiej księgarni Tak Czytam. Wzięłam ją z zamiarem podsunięcia do czytania mojej Dziesięciolatce, ale kiedy zerknęłam na opis na okładce, motyw podróży w czasie i Titanica, to samej spodobał mi koncept. Pomyślałam więc, że zanim przeczyta moja Córka, sprawdzę książkę osobiście.

Autorka, pani Bianca Turetsky ma na swoim koncie całą serię "Podróżująca w czasie", w której główna bohaterka, podążając za modą, przenosi się w czasie w interesujące miejsca. "Na pokładzie Titanica" jest tomem pierwszym, dwa kolejne nie zostały chyba wydane w Polsce (choć mogę się mylić) i są to: "W pałacu Marii Antoniny" oraz "Kleopatra, królowa Nilu".

Główną bohaterką tej historii jest Louise Lambert, skromna 12 latka szykująca się na swój pierwszy poważny, szkolny bal. Szuka odpowiedniej dla siebie kreacji, a ponieważ jest dziewczyną trochę nietuzinkową, interesuje się"poważną" modą, a zwłaszcza strojami w stylu vintage, które są według niej o wiele ciekawsze, niż nowoczesne trendy, postanawia, że jej sukienka będzie utrzymana w takim właśnie klimacie. Pewnego dnia Louise dostaje zaproszenie na tajemniczą wyprzedaż ubrań w stylu vintage, kiedy jednak tam się udaje, po przymierzeniu jednej z sukienek, która wydaje się być idealną, nastolatka przenosi się w czasie wprost na pokład Titanica.

Louise początkowo w ogóle nie jest świadoma, gdzie się znajduje, czerpie więc radość z samego przebywania w tak niezwykłym miejscu, w eleganckiej atmosferze, wśród dam odzianych w cudowne stroje i nieskazitelnych dżentelmenów. Kiedy jednak orientuje się, na jakim statku się znajduje, postanawia zrobić wszystko, żeby zmienić bieg historii i nie doprowadzić do zderzenia transatlantyku z górą lodową. Czy jej się to uda?

Nie wiem, jak tą historię odbiorą młodsi czytelnicy, ale mnie się podobało. Powiem więcej, jak dla mnie mogło książka mogłaby być nieco dłuższa, zwłaszcza jeśli chodzi o wątek samego Titanica, z drugiej jednak strony, rozumiem ten zabieg, bo jest to w końcu książka przeznaczona dla dzieciaków, a zbyt dużo informacji "technicznych" mogłoby je zniechęcić. Fajnie, że ta historia zawiera w sobie wątki historyczne i łączy je z modą. W tym akurat tomie przybliżone zostają lata 20- te XX wieku, kiedy to miała miejsce tragedia najpopularniejszego w dziejach, transatlantyku, ale w kolejnych częściach jest to epoka Marii Antoniny czy starożytny Egipt. I to jest na pewno bardzo pozytywne.

Ciekawą sprawą jest też motywy modowe są przedstawione w książce bardzo "profesjonalnie" (oczywiście wszystko dopasowane do wieku odbiorców), w fabułę wplecione są znane nazwiska projektantów, a do tego, fragmenty opisujące eleganckie kobiety, przechadzające się po pokładzie Titanica, opatrzone są miłymi dla oka rycinami, przedstawiającymi suknie, o których mowa. Dla dziewczynek, które interesują się modą będzie to na pewno nie lada gratka.

"Na pokładzie Titanica" to sympatyczna i trochę nietypowa historia, różniąca się od popularnych książek dla młodszej młodzieży. Z ciekawym wątkiem podróży w czasie, nawiązaniem do Titanica, próbą zmiany biegu historii. Zostawię ją cichaczem na biurku mojej Dziesięciolatki, z nadzieją, że się nią zainteresuje i spędzi w jej towarzystwie miłe chwile.
Sardegna

"ŚBK: Moje ulubione seriale"


posted by Sardegna on

6 comments

Marcowy post tematyczny ŚBKów będzie zupełnie niezwiązany z tematem książkowym, ale takie wpisy też są potrzebne na naszych blogach, stąd też dzisiaj przeczytacie o naszych ulubionych serialach. 

Ktoś uważny może powiedzieć, że taki temat był już kiedyś poruszany na blogu i faktycznie, post na temat ulubionych seriali pojawił się u mnie w 2012 roku. Wtedy mój wpis nie odnosił się jednak do postu tematycznego Śląskich Blogerów Książkowych, bo wtedy jeszcze nie działaliśmy w ten sposób, pisałam o serialach po prostu przy okazji jakiegoś łańcuszka blogowego, który owego czasu był bardzo popularny na blogach. 

Wracając jednak do dzisiejszego tematu, od roku jestem dumną użytkowniczką serwisu Netflix i nie wiem, jak mogłam tak długo wahać się z opcją założenia konta. Bałam się, że tak skupię się na serialach i filmach, że na nic innego nie starczy mi już czasu, na szczęście rzeczywistość tak nie wygląda. Natomiast świetna jest możliwość obejrzenia kolejnego odcinka serialu, albo jakiegoś fajnego filmu, praktycznie w dowolnym momencie dnia, i w różnych okolicznościach przyrody. Nie ukrywam, że z ochotą korzystam z takiego udogodnienia, i dzięki temu przez ten rok, obejrzałam wiele produkcji, których pewnie wcześniej nie miałabym możliwości poznać.

Lista moich ulubionych seriali składać się będzie z dwóch części. Pierwsza z nich, to moje seriale "wszechczasów", produkcje, które w większości widziałam już wcześniej, przed korzystaniem z Netflixa. Część z nich oglądałam przez dobrych parę lat temu, czekając na kolejne sezony. Bardzo pozytywnie je wspominam, i jak tylko nadarzy się okazja, obejrzę je chętnie od początku jeszcze raz:

1. "Lost" (6 sezonów 2004 - 2010)
2. "Prison Break" (5 sezonów 2005 - 2010) dzięki Netflixowi obejrzałam sobie całość ponownie, plus dostałam z bonusie całkiem nowy, 5 sezon z 2017 roku
3. "Desperate Housewives" (8 sezonów 2004 - 2012)
4. "The Vampire Diaries" (8 sezonów 2009 - 2017)
5. "Pretty Little Liars" (7 sezonów 2010 - 2017)
6. "Dexter"  (8 sezonów 2006 - 2013)
7. "Game of Thrones" (8 sezonów 2011 - 2019)
8. "Sherlock" (4 sezony + odcinki specjalne 2010 - 2017)


[zdjęcia okładek pochodzą ze strony Filmweb]


Druga lista to produkcje, które obejrzałam niedawno, głównie na Netflixie (wyjątkiem jest "Big Bang Theory"). Podobały mi się, chętnie obejrzę kolejne sezony, jeśli się takie pojawią, ale nie sądzę, żebym miała do kiedyś wrócić do całości:

1. "Stranger Things" (2 sezony 2016 - 2017)
2. "Santa Clarita Diet" (2 sezony 2017 - 2018)
3. "13 Reason Why" (2 sezony 2017 - 2018)
4. "Orange Is The New Black" (6 sezonów 2013 - 2017)
5. "Safe" (1 sezon 2018)
6. "Big Bang Theory" (12 sezonów 2007 - 2018)

[zdjęcia okładek pochodzą ze strony Filmweb]

A jak wygląda lista Waszych ulubionych seriali?

Sardegna

"Historia złych uczynków" Katarzyna Zyskowska


posted by Sardegna on , , , , ,

1 comment


 Wydawnictwo: Znak
Liczba stron: 512
Moja ocena : 6/6


Wielokrotnie mówiłam, że nie potrafię pisać o genialnych książkach. Kiedy na taką trafiam, po lekturze zazwyczaj nie mogę zebrać myśli ani sformułować żadnego konkretnego tekstu na jej temat. Czas mija, ja czytam kolejne książki i piszę kolejne teksty, ale wrażeń z tej wyjątkowej historii nadal nie umiem ubrać w słowa. Regułą już staje się fakt, iż takie problemy mam głównie po lekturze powieści Katarzyny Zyskowskiej. Książki tej Autorki są dla mnie wyjątkowe pod wieloma względami i kiedy wydaje mi się, że już lepiej być nie może, Autorka pisze coś nowego, i to robi na mnie jeszcze większe wrażenie, i jeszcze bardziej miesza mi w głowie. 

"Historię złych uczynków" przeczytałam w sierpniu ubiegłego roku, musiało więc minąć siedem miesięcy, abym zebrała się na odwagę i napisała, dlaczego uważam tę powieść za wyjątkową i obowiązkowo powinniście się z nią zapoznać. Dodam jeszcze, iż jeśli "Historii..." nie czytaliście, warto to nadrobić zanim na rynku wydawniczym pojawi się nowa powieść Kasi, "Sprawa Hoffmanowej", bo jestem więcej niż pewna, że nowa książka również będzie strzałem w dziesiątkę. Opowieść ta pewnie znowu pozostawi mnie z głową pełną emocji, a do tego ma rozgrywać się w moich ukochanych Tatrach i opisywać wydarzenia, którymi całkiem niedawno, nie mając pojęcia, o czym pisze Kasia, zaczęłam się interesować. Przypadek? Nie sądzę. 

Wracając jednak do "Historii złych uczynków", jest do wielowątkowa opowieść, w której to ludzkie namiętności grają główną rolę. Mamy tutaj zarówno bohaterów współczesnych, jak i tych z przeszłości, ich losy splatają się ze sobą praktycznie przez cały czas, choć czytelnik do samego końca nie jest pewny tego powiązania. Każda kolejna strona książki odsłania nieco więcej z życia bohaterów, a odbiorca, jak podczas układania puzzli, dopasowuje poszczególne fragmenty, żeby ostatecznie zbudować sobie obraz sytuacji. Nic nie będzie jednak w tej książce oczywiste i nawet na końcu, kiedy wydaje się, że wiemy już co tak naprawdę się stało, Autorka daje nam jeszcze coś, co zmieni nasz pogląd na sprawę. Ale takie już są książki Kasi Zyskowskiej: intrygujące, nieoczywiste, inteligentne, i kiedy wydaje mi się, że już nie może być lepiej, że szczyt został osiągnięty, przychodzi kolejna książka, po której nic nie jest już takie samo (mam świadomość tego, że "Sprawa Hoffmanowej" może przekroczyć kolejne granice, stąd też zmobilizowałam się do stworzenia tego wpisu, żeby nie umknęła mi wyjątkowości "Historii...").

Nina jest skromną studentką, która przyjeżdża do Warszawy w poszukiwaniu lepszej przyszłości. Zaczyna się tendencyjnie, dziewczyna zakochuje się w nieodpowiednim mężczyźnie. Miłosz jest wykładowcą, dojrzałym, charyzmatycznym i pewnym siebie mężczyzną, ale też dominującym i despotycznym w stosunku do swojej ukochanej. Związek tych dwojga, choć oparty na dziwnych niezdrowych relacjach, ma się naprawdę dobrze. Nina uzależniona od Miłosza zgadza się na wszystko, a ten wykorzystuje swoją pozycję do zaspokajania własnych namiętności i pragnień, których chyba sam do końca nie potrafi sprecyzować. Wszystko jednak zmienia się w momencie, kiedy Miłosz nagle znika. Z dnia na dzień przestaje się pojawiać w życiu Niny, a ta, szukając jakiś informacji o tym, gdzie jej ukochany mógłby być, uświadamia sobie, że tak naprawdę to niewiele wie o tym mężczyźnie i jego życiu prywatnym. 

Kiedy dziewczyna w akcie desperacji postanawia znaleźć bliskich Miłosza i u nich poszukać jakiegoś śladu, trafia do pewnego domostwa od pokoleń należącego do jego rodziny, miejsca które skrywa najmroczniejsze sekrety przeszłości i było świadkiem niejednej ludzkiej tragedii.

Wątek teraźniejszy przeplatany jest historią sprzed ponad siedemdziesięciu lat, w której to inni młodzi ludzie, targani namiętnościami, odgrywają główną rolę. Florentyna i Bronek, dzieciaki, którym na nieszczęście przyszło dorastać w latach 40 - tych, przeżywają wspólnie ostatnie, spokojne, przedwojenne lato. Rzeczywistość wojenna, która wkracza w ich życie w kolejnych miesiącach nie ma litości. Przyniesie ze sobą niewypowiedziane dramaty, w obliczu których ludzie zmieniają swe oblicze i zdolni są do najgorszych czynów, ale też i największych poświęceń. Florentyna i Bronek, chodź początkowo rozdzieleni, trafią na siebie w pewnym momencie życia. Los ich połączy na zawsze, ale nie w taki "klasyczny" sposób, jak mogłoby się wydawać. To, co się wtedy stanie, zapoczątkuje całą lawinę wydarzeń, która swe ujście znajdzie dwa pokolenia później...  

Katarzyna Zyskowska przyzwyczaiła już swoich czytelników do tego, że jej powieści nie są banalne i zazwyczaj mają jakieś drugie dno. Nie inaczej jest w przypadku "Historii złych uczynków", która porusza wiele ważnych tematów, łączy w sobie wiele wątków, ale nie można  jej zaszufladkować i przyporządkować do danej kategorii. Czytanie książek Kasi dostarcza po prostu niesamowitych wrażeń, i to zarówno tych związanych z możliwością obcowania z pięknym, poetyckim językiem, jakim pisze Autorka, ale też z całym bogactwem emocji, które przeżywają bohaterowie. Wspaniale jest obserwować, jak Autorka rozwija swój talent, i w jaką pisarską stronę podąża. Ja ze swej strony biorę każdą jej powieść w ciemno, mam bowiem pełne zaufanie, że cokolwiek napisze, to będzie dobre.


Sardegna

"Kłamstwo minionego lata" Sue Wallman


posted by Sardegna on , , , ,

No comments


Wydawnictwo: Zielona Sowa
Liczba stron: 292
Moja ocena : 4/6


Lubię powieści młodzieżowe, choć już dawno do tej grupy docelowej nie należę. Najbardziej jednak lubię te, które są zaangażowane społecznie, i oprócz tego, że ich lektura sprawia przyjemność, to jeszcze niosą ze sobą jakieś pozytywne przesłanie. Prym w takim sposobie przedstawiania fabuły wiedzie Nasza Księgarnia, wydając wiele tytułów, poruszających ważne dla współczesnych nastolatków kwestie. Jednak i Wydawnictwo Zielona Sowa specjalizuje się w książkach młodzieżowych, stąd też dzięki portalowi Granice.pl zainteresowałam się powyższą powieścią, która na pierwszy rzut oka również wydaje się nawiązywać do problemów współczesnej młodzieży, a swoją premierę miała w czerwcu 2018 roku.

Sky niedawno straciła swoją starszą siostrę Louis, która uległa nieszczęśliwemu wypadkowi na basenie. Zginęła praktycznie na oczach siostry, ta jednak sparaliżowana strachem nie udzieliła jej pomocy. Nie dość, że dziewczyna obwinia się za śmierć Louis, to jeszcze całkowicie odcina się od swojej największej pasji - pływania. Po wypadku bowiem, woda napawa ją strasznym lękiem i powoduje ogromną panikę. Żeby uporać się z żałobą, Sky zostaje wysłana przez rodziców na tygodniowy obóz dla osób, które w ostatnim czasie straciły kogoś bliskiego. Oprócz zajęć z psychologami, na obozie mają też odbywać się zajęcia rekreacyjne, odwracające choć na moment uwagę nastolatków od osobistej tragedii, dodające pewności siebie i kierujące ich uwagę na inne życiowe aktywności. 

Sky, choć początkowo bardzo niechętnie podchodzi do pomysłu wyjazdu na obóz, ostatecznie postanawia potraktować go z zupełną obojętnością, zakładając, że tydzień jakoś wytrzyma. Już na początku jego trwania poznaje całą gamę osób z podobnymi problemami, jednak nie przywiązuje się do nikogo i nie zwraca na towarzystwo większej uwagi. Wszystko zmienia się jednak w momencie, gdy dziewczyna poznaje Simona, chłopaka, który niedawno stracił brata. Z nim nawiązuje bliższą relację i tylko do niego ma na tyle zaufania, by opowiedzieć o swojej traumie. 

W czasie trwania obozu, Sky przytrafia się jednak coś, co spowoduje, że emocje, które towarzyszyły jej po śmierci siostry, na nowo odżyją. Dziewczyna zaczyna bowiem otrzymywać dziwne wiadomości w komunikatorze internetowym, które mogłyby sugerować, że jej siostra żyje! Nastolatka postanawia za wszelką cenę zmierzyć się z traumatycznymi wydarzeniami i jeszcze raz wrócić wspomnieniami do śmierci Luise, ale przede wszystkim odkryć, kto stoi za wysłaniem tych niepokojących wiadomości.

Fabuła "Kłamstwa minionego lata" brzmi naprawdę intrygująco i w sumie wszystko byłoby z tą powieścią w porządku, gdyby nie fakt, iż wszelkie wątki w niej zawarte są potraktowane powierzchownie. Po pierwsze, nie jest to książka o żałobie, bowiem ten temat omówiony jest bardzo, bardzo ogólnie. Choć Sky jest załamana po śmierci siostry i gdzieś tam te jej emocje są odczuwalne dla czytelnika, to nie ma tutaj ani głębszej analizy psychologicznej postaci, ani tego, jak dziewczyna poradziła sobie ze stratą w początkowym okresie żałoby. Nie wyciągniemy też żadnych wniosków z lektury, jak można sobie poradzić w tak trudnej sytuacji, gdy umiera ktoś bliski. 

Po drugie, w historii tej poruszony został jeszcze przy okazji, inny poważny temat: depresja po stracie bliskich, prowadząca do samobójstwa. Jednak i ten trudny, ale istotny wątek został przedstawiony bardzo skrótowo i powierzchownie, właściwie nic czytelnikowi nie dając. Rozumiem, że może zamysłem Autorki nie było stworzenie zaangażowanej społecznie historii, która ma nieść młodzieży jakąś informację i czegoś ich nauczyć, jednak wtedy fabuła powinna skupić się bardziej na zagadce tajemniczych wiadomości otrzymywanych z zaświatów. Wtedy całość mogłyby okazać się intrygującą książką z wątkiem detektywistycznym, a nawet kryminalnym. 

Tak niestety się nie stało. Mam wrażenie, że Autorka chciała złapać kilka srok za ogon, stąd też porozpoczynała wiele wątków, i choć wszystkie wprawdzie dokończyła, to zrobiła to w sposób bardzo pobieżny i niewiele wnoszący do świadomości czytelnika, zwłaszcza młodego. 

"Kłamstwo minionego lata" wypada bardzo przeciętnie na tle innych młodzieżówek, z którymi miałam do czynienia. Książka nie ma też nic wspólnego z cyklem filmów kojarzącym się automatycznie na skutek podobnie brzmiącego tytułu ("Koszmar minionego lata" z Jennifer Love Hewitt w roli głównej). Można się na nią skusić, przeczytać, ale gwarantuję, że historia raczej nie zapadnie czytelnikowi na dłużej w pamięć.


Sardegna

"Stasiu, co ty robisz?" Grażyna Bąkiewicz


posted by Sardegna on , , , , , ,

2 comments


 Wydawnictwo: Nasza Księgarnia
Liczba stron: 224
Moja ocena : 5/6

Grażyna Bąkiewicz to pisarka ze naprawdę sporym dorobkiem książek przeznaczonych nie tylko dla dzieci i młodzieży. Seria historyczna "Zdarzyło się w Polsce", komiksowa "Ale historia...", powieści wydane w serii Plus Minus 16, "To lubię" czy "Klubie Łowcy Przygód", to tylko wycinek twórczości Pisarki. Oprócz tego, z pod jej pióra wyszło wiele opowiadań w antologiach dla dorosłych, powieści indywidualne, trylogie. Nawet nie jestem w stanie wymienić tutaj wszystkich tytułów, bo wielu nie kojarzę, ale dorobek jest naprawdę imponujący.

W moje ręce wpadła ostatnio seria "Ale historia..." licząca sobie 6 części, kolekcja ("Mieszko, ty wikingu", "Kazimierzu, skąd ta forsa?", "Zygmuncie, i kto tu rządzi?", "Stasiu, co ty robisz?", "Mamy niepodległość!") opisująca różne dzieje naszego kraju, ale w sposób tak zabawny, przyjemny i przystępny, że każde dziecko, bez względu na zdolności, czy sposób uczenia się, wiele z tej historii zapamięta. 

Lubię, kiedy książki uczą czegoś przy okazji i nie są "nachalne" w tym przekazywaniu wiedzy. W przeciwnym wypadku kojarzą się dzieciom ze szkolnymi podręcznikami, a wtedy wiadomo, jak jest. Podchodzi się do takich lektur bardzo opornie i nie można się przekonać, że dana książka jest wartościowa. Do młodych czytelników trzeba podejść sposobem. Zachęcić czymś znajomym, fajnym, kojarzącym się z dobrą zabawą, a przy okazji przemycić to i owo. 

Seria "Ale historia..." taka właśnie jest. Łączy to, co dzieci lubią najbardziej, czyli formy obrazkowe z krótkim słowem pisanym. Podoba mi się wykorzystanie na naszym rodzimym podwórku wydawniczym schematu,który świetnie sprawdza się przy okazji książek typu "Domek na drzewie", czy "Dziennik Cwaniaczka".  Tylko że tamte książki tylko bawią, natomiast te, również uczą. 

"Stasiu, co ty robisz?" w humorystyczny sposób przedstawia losy XVIII wiecznej Polski, kiedy na jej czele stał król Stanisław August Poniatowski. Jego panowanie nie było może złotym okresem w dziejach naszej ojczyzny, jednak nie można zarzucić mu zasług w dziedzinie promocji sztuki i dbania o rozkwit kultury. 

Poznawanie tej części historii Polski rozgrywa się z perspektywy dwunastolatka o przezwisku "Słoniu", muskularnego osiłka, który nie przejmuje się nikim i niczym, a to głównie za sprawą, że ma tatę dyrektora. Słoniu ma problem z kolegami z klasy (choć to może oni mają problem z nim), nie chcą się bowiem podporządkowywać jego zasadom i rządom, które próbuje wprowadzać na co dzień w życie. Kumple z klasy Słonia to jednak sprytne dzieciaki, które potrafią się świetnie zgrać i bawić w swoim towarzystwie, ten jednak (choć nigdy by się do tego nie przyznał), chce wkręcić się w ich ekipę. 

Dzieciaki najbardziej lubią lekcje historii prowadzone przez szalonego nauczyciela, pana Cebulę, na których uczniowie za pomocą "ławki do podróży w przeszłość" przenoszą się w dowolny okres czasowy, aby bliżej przyjrzeć się ciekawym, historycznym faktom. Kiedy więc tematem lekcji jest upadek XVIII wiecznej Rzeczypospolitej, Słoniu od razu wkręca się w grupę uczniów mających taką podróż odbyć. Upatruje w tym szansę dla siebie na zdobycie akceptacji grupy, trafiając jednak w sam środek wydarzeń, kiedy Polską panuje Stanisław August Poniatowski, nie może realizować swoich własnych planów, bowiem czasy są niebezpieczne, wrogowie czujni i czekają tylko na najmniejsze potknięcia króla. Dzieciom nie wolno mieszać się w bieg historii, a niebezpieczeństwo depcze im po piętach. Jak skończy się ta przygoda?

Mogę na własnym przykładzie potwierdzić, że uczenie się historii w taki sposób jest prawdziwą przyjemnością. Połączenie humoru, komiksu i zabawy, bardzo współgra z przyswajaniem faktów, które odbywa się praktycznie przy okazji. Taka forma edukacji jest zawsze mile widziana. Nie podsunęłam wprawdzie jeszcze "Stasia..." moim dzieciom, bo to nie ten etap nauki historii, ale jak będzie już tak daleko, na pewno to zrobię.

  Sardegna

Spektakl "Mała Syrena" w Teatrze Miejskim w Gliwicach


posted by Sardegna on ,

No comments

Miesiąc temu pisałam o niesamowitym spektaklu "Dzieci z Bullerbyn" obejrzanym w towarzystwie 10 letniej Córki w Teatrze Miejskim w Gliwicach na Małej Scenie, natomiast dzisiaj będziecie mogli przeczytać o kolejnym przedstawieniu, która miałam okazję oglądać, tym razem z 8 letnim Synem, ponownie bowiem mogliśmy gościć w tak niesamowitym miejscu, jakim jest gliwicki Teatr Miejski. 

Ależ to było cudowne przeżycie! Znacie to uczucie, kiedy doświadczacie czegoś za pierwszym razem i martwicie się, że kolejne nie będą już takie wyjątkowe? Takie miałam właśnie poczucie po obejrzenie "Dzieci z Bullerbyn". Przedstawienie zrobiło na mnie tak bardzo pozytywne wrażenie, iż wydawało mi się, że nic mu nie dorówna. A potem poszliśmy na "Małą Syrenę"

Pierwotnie planowaliśmy z Ośmiolatkiem pójść na "Niezwykły lot pilota Pirxa", jednak pokrzyżowały nam to zawirowania zdrowotne (mam nadzieję, że uda nam obejrzeć Pirxa w przyszłości). Wybraliśmy się więc na przedstawieniu pod tytułem "Mała Syrena". Na początku było trochę niepewności, bo Młody sto razy się upewniał, czy to aby nie jest "klasyczna", znana mu z kreskówek, historia o Małej Syrence, i czy na widowni nie będzie przypadkiem samych dziewczyn. Uspokoił się dopiero w momencie, kiedy zobaczył, że w foyer na spektakl czeka równie wielu chłopców, co dziewczynek.


"Mała Syrena" okazała się cudowną historią, wzbudzającą w widzach całą gamę uczuć, od radości, wesołości, poprzez strach, do wzruszenia. Nie można porównywać tego spektaklu do "Dzieci z Bullerbyn", bowiem różni je praktycznie wszystko, poza tym, iż oba są przeznaczone dla młodych widzów, i w obu grają trzej ci sami aktorzy, cała reszta jest zupełnie odmienna. "Mała Syrena" jest bardziej poważna, bardziej dramatyczna i zdecydowanie bardziej emocjonalna. Jest też z założenia przeznaczona dla starszych widzów 8 +, co jest jak najbardziej zasadne, bowiem niektóre momenty, mocne efekty dźwiękowe, chwilowy mroczny klimat, czy nagły zwrot akcji, mogą przestraszyć młodsze dzieci. "Mała Syrena" jest też bardziej wymagająca od "Dzieci z Bullerbyn", które jednak były bardziej wesołą, humorystyczną opowieścią i mają za zadanie przede wszystkim bawić. "Syrena" porusza, ale na przykładzie mojego ośmioletniego Syna mogę potwierdzić, iż jej przekaz trafia do małego widza, wzbudza w nim prawdziwe refleksje, emocje i skłania do dyskusji (rozmawialiśmy z Młodym całą drogę powrotną z Gliwic na temat tego, czego właśnie razem doświadczyliśmy).
Poza tym, cytując mojego Syna: "Historia nie zawsze musi być wesoła i mieć dobre zakończenie, żeby się komuś podobać. Ta była trochę poważna i trochę straszna, ale mi się to podobało". Wiecie co, tak sobie pomyślałam, że ten mój ledwo co Ośmiolatek, to jest jednak bardzo dojrzałym dzieckiem i świetnie zrozumiał przekaz tego spektaklu. Ależ jestem z niego dumna!


"Mała Syrena" to historia inspirowana klasyczną bajką o Małej Syrence, ale nie do końca odwzorowuje ją w pełni. Może główny wątek jest podobny, ale szczegóły i przebieg, a także tło wydarzeń jest już nieco inne. Mamy tutaj Babcię Syrenę i jej siedmioro wnucząt, z których najbardziej niesforna jest najmłodsza, 15-letnia Mała Syrenka. Wnuki upraszają Babcię, aby ta pozwoliła im wypłynąć na powierzchnię, żeby mogli poznać świat zewnętrzny, na co staruszka oczywiście się nie zgadza, ale w końcu ulega. Nie pozwala tylko najmłodszej na tę podróż. Mała Syrenka, zafascynowana ludźmi, buntuje się jednak i postanawia zrobić wszystko, aby zostać człowiekiem i sprawdzić na własnej skórze, jak to jest mieć nogi i mieszkać na lądzie.

Na uwagę zasługuje świetna scenografia, która choć oszczędna w swym wyrazie, doskonale przypomina dno morskie, a kolejno, tylko dzięki drobnym zmianom, zamienia się w środowisko lądowe. W tym spektaklu mniej jest piosenek, ale taka jest też forma tej historii. Fajnym elementem wzbogacającym są natomiast wstawki audiowizualne, które widzowie mogą obserwować na pięciu niewielkich ekranach usytuowanych u sufitu sceny.
Widownia dopisała w stu procentach, z czego faktycznie przeważały dzieci nieco starsze. Podobnie, jak przy okazji "Dzieci z Bullerbyn", przy samej scenie usytuowane są niewielkie pufki, z których skorzystał mój Młody, obserwując akcję rozgrywającą się na scenie dosłownie z pierwszego rzędu. Przedstawienie jest też nieco dłuższe, trwa bowiem 75 minut, jednak ten czas w ferworze emocji mija błyskawicznie, a dzieci zapominają nawet o oddychaniu.

"Mała Syrena" przynosi refleksję, ale co najważniejsze, przynosi ją najmłodszym. Czyż to nie jest cudowne, kiedy Ośmiolatek snuje rozważania na temat alternatywnych zakończeń tej historii, rozmyśla, jak bohaterka mogła postąpić i czy to, co zrobiła, było aby dobre? To chyba jest najlepsza rekomendacja dla przedstawienia skierowanego dla dzieci. 

W TYM linku znajdziecie aktualny repertuar Teatru Miejskiego. "Małej Syreny" nie ma na razie na afiszu, ale spokojnie, na pewno pojawi się tam za jakiś czas. Jeśli chcecie pokazać swoim dzieciom taką formę kultury, albo macie w domu humanistów, którym teatr dostarczy nowych inspiracji i pomysłów do działania, to spektakle Teatru Miejskiego w Gliwicach mogę polecić z czystym sumieniem, jako miejsce przyjazne dzieciom i dostarczające wielu niesamowitych wrażeń.

 "Mała Syrena" wg Hansa Christiana Andersena
  • Scenariusz i reżyseria: Martyna Majewska
  • Scenografia i kostiumy: Anna Haudek
  • Projekcje: Jakub Lech
  • Muzyka: Dawid Majewski
  • Inspicjentka: Katarzyna Wysłucha
  • Produkcja: Beata Sokołowska
  • Konsultant ds. teatru dzieci i młodzieży: Zbigniew Prażmowski
  • Obsada: Iga Bancewicz (KRÓLEWNA), Wiktoria Czubaszek (MAŁA SYRENA), Alina Czyżewska (BALLADYNA), Justyna Kokot (WIEDŹMA), Cezary Jabłoński (BABCIA), Kornel Sadowski (KSIĄŻĘ)
  • Aktorzy w projekcjach wideo: Karolina Burek, Joanna Kowalska, Jakub Kowalczyk, Dominika Majewska, Katarzyna Wysłucha

  Sardegna

PRZEDPREMIEROWO "Inkub" Artur Urbanowicz


posted by Sardegna on , , , , , ,

6 comments


Wydawnictwo: Vesper
Liczba stron: 729
Moja ocena : 6/6


Powiem Wam, że rzadko zdarza mi się taka sytuacja, iż książka, która ma ponad 700 stron wciąga mnie na tyle, że jestem w stanie porzucić wszystko i przeczytać ją w ciągu dwóch wieczorów. Ostatnio taka rzecz przytrafiła mi się przy okazji "Terroru" Dana Simmonsa, niesamowitej książki również pochodzącej z Wydawnictwa Vesper. Muszę jednak nadmienić, iż jej czytanie wypadło w wakacje, nie mogę więc porównywać czasu wolnego podczas urlopu z weekendem po tygodniu pracy. Czy rozumiecie zatem, jak wciągający musiał być "Inkub"?

Powieść jest straszną, ale tak niesamowitą opowieścią, że nie można jej ot tak sobie, bezkarnie odłożyć na później. Skupia na sobie całą uwagę czytelnika, który nie może myśleć o niczym innym, tylko o poznaniu dalszego ciągu tej historii (tak było w każdym razie w moim wypadku). Jest to taki typ literatury grozy, jaką lubię najbardziej, czyli bardzo rzeczywista opowieść, która praktycznie mogłaby się wydarzyć tuż obok nas, w sąsiedniej wiosce. To poczucie realności wzmaga tylko niepokojące posłowie Autora, które zamiast ostudzić wrażenia z lektury, tylko je podkręca, sugerując, jakoby część opisanych sytuacji była oparta na autentycznych wydarzeniach.

No naprawdę! Wielki szacunek dla Autora, bo to jest świetna lektura, aczkolwiek klimatyczna, mroczna i przerażająca, nie jestem więc pewna, czy każdemu przypadłaby do gustu. "Inkub" to nie jest to horror z gatunku krwawych, bardziej opiera się na emocjach, niedopowiedzeniach i atmosferze grozy. Pisałam już kiedyś o książce, która praktycznie od pierwszych stron trzymała mnie w napięciu i to głównie niepokojem i mrocznym klimatem wzmagała strach. Był to "Dom na Wyrębach" Stefana Dardy. Z "Inkubem" jest podobnie, tylko mocniej.

Głównym bohaterem tej historii jest trzydziestoletni Vytautas  Česnauski, policjant suwalskiej Komendy Miejskiej. Pół Polak, pół Litwin, facet niemalże idealny, o wyjątkowo mocnych zasadach moralnych, nie ma jednak szczęścia w miłości. Mimo tego, że dobrze mu się powodzi w pracy, jest doceniany przez szefostwo i ma świetnego przyjaciela, a jednocześnie partnera w pracy, Mateusza, to ciągle do szczęścia brakuje mu wymarzonej kobiety. Witek lubi poużalać się nad sobą, ale w pewnym momencie musi odłożyć na bok prywatne rozważania, zostaje bowiem przydzielony z Mateuszem do trochę nietypowej sprawy: ewakuacji pewnej wioski, znajdującej się na terenie Suwalskiego Parku Krajobrazowego. 

Wieś Jodoziory, osada składająca się z jednej ulicy i paru domostw znajduje się podobno na jakimś skażonym terenie, co powoduje u mieszkańców dziwne choroby i przynosi śmierć. Kiedy w jednej z chałup zostają znalezione spopielone zwłoki małżonków, wioską zaczyna interesować się suwalska policja, kierując w tamtą stronę swoich ludzi. Jako że Witek i Mateusz trafiają tam niejako za "karę", nie są specjalnie zainteresowani podłożem tajemniczej atmosfery panującej w Jodoziorach. Zmieniają jednak zdanie, kiedy w tajemniczych okolicznościach ginie młody dzielnicowy, badający tą sprawę przed nimi, zostawiając po sobie dziwne notatki.

Policjanci obierają sobie za cel odkrycie prawdy o tej zapomnianej przez Boga i ludzi, wiosce. Najbardziej ambicjonalnie podchodzi do tego oczywiście Witek, którego zadziorny charakter nie pozwala odpuścić. Na jaw zaczynają wychodzić coraz to ciekawsze newsy o osadzie, natomiast przysłowiowa "zła aura" to tylko szczyt góry lodowej, kryjący fakt, iż w latach siedemdziesiątych, jedną z chałup prawdopodobnie zamieszkiwała najprawdziwsza czarownica. Obecnie chata zamknięta na cztery spusty, już samym wyglądem odstrasza potencjalnych odwiedzających.
Witek próbuję bliżej przyjrzeć się sprawie, stąd też rozmawia z paroma mieszkańcami wioski, którzy jako ostatni z nielicznych zostali jeszcze w osadzie. Tylko oni są mu w stanie powiedzieć coś więcej o historii Jodozior. Najbardziej interesuje go oczywiście chata numer 8, czyli ta, należąca do czarownicy, ale równie niezwykłe jest inne domostwo, ogrodzone murem, kolczastym płotem, praktycznie nie do ruszenia. Wraz z wgłębianiem się w temat, policjanci natykają się na coraz dziwniejsze tropy, a niektóre z nich ocierają się już prawie o zjawiska nadprzyrodzone. Co zrobić w momencie, kiedy zmysły i wyobraźnia szaleją, a rozum podpowiada, żeby nie dać się zwariować?

Współczesne wydarzenia poprzedzielane są retrospekcjami z lat siedemdziesiątych, pokazującymi, jak ówcześnie wyglądała codzienność w Jodoziorach, kto w nich mieszkał i czy faktycznie pani Oś, lokatorka chaty numer 8, była sławetną czarownicą. Czytelnik będzie mógł jednocześnie śledzić losy mieszkańców wsi sprzed lat, a także porównywać to, co miało wtedy miejsce, z śledztwem Witka. Gwarantuję, że dziać się będzie tak wiele, i w przeszłości, i w teraźniejszości, że trudno będzie się zdecydować, co jest bardziej przerażające.

W tej historii jest tak wiele wątków, powiązań, odnośników i podpowiedzi, że po zakończeniu lektury człowiek ma ochotę przeczytać "Inkuba" jeszcze raz, żeby zwrócić uwagę na rzeczy, które gdzieś umknęły za pierwszym razem i wyszukać wszystkie "smaczki" ujawnione w finale. Wydarzenia łączą się w całość, wyjaśniają niedomówienia, ale pozostawiają czytelnikowi spore pole do popisu. Dołóżcie jeszcze do tego przerażający klimat, mroczne i odcięte od świata Jodoziory, próby rozwiązania zagadki z przed lat, a otrzymacie historię, od której nie można się oderwać!  Aż nie chce się kończyć tej książki, mimo że właśnie przeczytało się 700 stron!

Jest to moje pierwsze spotkanie z twórczością pana Artura Urbanowicza, ale jak na pierwszy raz jest więcej, niż dobrze! Fabuła powieści jest przemyślana i mocno rozbudowana, klimat grozy naprawdę robi wrażenie i choć spotkałam się z opinią, że dialogi nie są najlepsze, a opisy relacji damsko - męskich - infantylne, mnie to nie przeszkadzało. Skupiłam się głównie na tym, żeby odkryć prawdę o Jodoziorach i nie spanikować, kiedy w mieszkaniu coś szurało.
Sardegna