"Wszystkie ulice bogów" Miuosh w rozmowie z Arkadiuszem Gruszczyńskim


posted by Sardegna on , , , , , ,

No comments


Wydawnictwo: Znak
Liczba stron: 285
Moja ocena : 6/6


Może tego o mnie nie wiecie, ale jestem wielką fanką polskiego rapu. Często wzbudza to zdziwienie lub zaskoczenie w osobach, które dowiadują się, jaka muzyka jest mi najbliższa, bo jednak nie afiszuję się z tym specjalnie. Według mnie muzykę ma się w sercu i niepotrzebnym jest uzewnętrznianie się w tej kwestii. W każdym razie polski rap, rap mojego pokolenia, czyli dzisiejszych trzydziestoparolatków, zbliżających się do czterdziestki, jest mocno "mój".

Oczywiście, kiedy mówię o tej muzyce, mam na myśli Paktofonikę, Kaliber 44 oraz najbliższy mi od lat Pokahontaz. Lubię też okazjonalnie posłuchać kawałków składów, którym patronuje wytwórnia płytowa Max Flo Rec, albo archiwalnych utworów wykonywanych w przeróżnych składowych kombinacjach. I stąd właśnie od lat znam Miuosha, jego charakterystyczny, mocny głos i cięty język.

Jednak ten Miuosh, którego od lat słuchałam w wersji Projektora, albo w kawałkach z Rahimem jest zupełnie inny, od tego dzisiejszego. I choć to zupełnie logiczne, w końcu każdy z nas dorasta, dojrzewa, z wiekiem się zmienia, to jednak "Wszystkie ulice bogów" dały mi nową, tak zaskakującą perspektywę, że do teraz nie mogę wyjść ze zdziwienia. Miuosh wyłaniający się z zapisanych w książce rozmów stał się dla mnie zupełnie nową osobą. Dojrzały, wyważony, o jasno sprecyzowanych poglądach, mocno "dorosły" od czasu, kiedy słuchałam go po raz ostatni na bitach sprzed piętnastu lat. Podoba mi się to, co widzę i to, o czym czytam, i bardzo łatwo jest mi się z tym utożsamiać. 

Miłosz w bardzo szczerej rozmowie z dziennikarzem Arkadiuszem Gruszczyńskim, opowiada o swojej przeszłości, rapie, niełatwych początkach muzycznych, biedzie, sukcesie, Kobiecie, która od lat stoi u jego boku, bez względu na okoliczności, o córce, rodzicach, a nawet dziadkach, o tym, co go fascynuje, co kocha, co go boli i czego nienawidzi, ale przede wszystkim opowiada o Śląsku, o miejscu, które doskonale znam, szczerze kocham i nie wyobrażam sobie życia gdziekolwiek indziej. Nie dziwi więc, że obraz pojawiają mi się przed oczami w czasie lektury, osoba współczesnego trzydziestoparolatka, Ślązaka, człowieka z pasją, takiego trochę rozdartego pomiędzy tradycją ojców i dziadków, a nowoczesnością, jednak mocno związanego ze swoim korzeniami, jest mi niesamowicie bliski.

Miuosh pisze o swoim zakorzenieniu, o przywiązaniu do Śląska, a ja mocno mu kibicuję, jak zresztą chłopakom z Pokahontaz, którzy często podkreślają w swych utworach dumę ze swej lokalnej społeczności i wielkie przywiązanie do korzeni. Śląsk widziany oczyma Miuosha jest moim Śląskiem. Mieszanką współczesności i tradycji, chęcią prowadzenia takiego życia, jak ojcowie i dziadkowie, uporządkowanego, statecznego z etosem pracy, ale jednocześnie chęcią przeżywania czegoś nowego i wyjścia trochę poza ramy tej naszej śląskiej kultury. Doskonale to rozumiem, wychowana w typowo śląskiej rodzinie, ciągle jestem dwujęzyczna, a gwara ciągle mi towarzyszy, kiedy tylko wracam do rodzinnego domu. Niektóre śląskie tradycje i zwyczaje, poglądy i styl bycia są mi bardzo bliskie, mocno we mnie zakorzenione, i sama kultywuję je w swoim domu, jednak w innych kwestiach chciałabym już pójść naprzód. Stąd też, czytając teksty Miuosha i to nie tylko te, dotyczące Śląska, ale również rodziny, równowagi życiowej, czy pracy, odnajdywałam w nich samą siebie.


Zapisy rozmów, a także felietony Miuosha, przeplatane są niepublikowanymi dotąd tekstami piosenek i bardzo wymownymi czarno - białymi zdjęciami. Myślę, że na osobach, które niekoniecznie odnajdują się w stylistyce rapu, albo nie pochodzą ze Śląska, teksty "Wszystkich ulic bogów" również mogą robić wrażenie. Przede wszystkim swoją dojrzałością, tym, jak są przemyślane, a także, jak mogą stać się bliskie. Znalazłam w tej książce bardzo wiele dla siebie i utwierdziłam się w przekonaniu, że Śląsk to stan umysłu, "piąta strona świata" i najukochańsze miejsce do życia.

Jeśli znacie muzykę Miuoha, to wiecie o czym mówię. Jeśli nie kojarzycie, koniecznie ją sprawdźcie. Najlepiej zacznijcie od "Piątej strony świata" nagranej w 2011 z nieżyjącym już, śląskim bluesmanem, Janem "Kyksem" Skrzekiem. 



Sardegna

ŚBK: "Bloger kontra lektury szkolne"


posted by Sardegna on

5 comments

Nie wiem, jak wygląda u Was temat lektur szkolnych, ale jaki ja mam do nich stosunek, będziecie mogli przeczytać w poniższym poście. Lektury to jest dość drażliwy temat, zwłaszcza w dzisiejszych czasach, kiedy książki te nie do końca pasują dzieciom i młodzieży, i to właśnie ich mało atrakcyjnym doborem tłumaczy się fakt, że młodzi ludzie nie czytają. Mój dzisiejszy wpis nie będzie jednak dotyczył aktualnych lekturach szkolnych (choć może i o nich kiedyś powstanie osobny tekst), tylko o tych, które sama czytała te kilkanaście lat temu, w czasie własnej edukacji.


Jestem z tego pokolenia, które kończyło czteroletnie liceum i podstawówkę w ośmioklasowym systemie. Mój ówczesny stosunek do lektur był bardzo prosty: czytałam wszystko, co zadali, bo to mój zakichany obowiązek i nie ma, że boli. Tak, tak. Dobrze widzicie. Należałam do tych bardzo obowiązkowych uczniów, zwłaszcza jeśli chodzi o czytanie zadanych książek, co dzisiaj uważam nawet za nieco dziwne, bowiem język polski, ani w liceum, ani w szkole podstawowej, nie był jakimś moim ulubionym przedmiotem. Nigdy też nie czułam się humanistką, było mi zdecydowanie bliżej do bycia ścisłowcem. W każdym razie, lektury traktowałam bardzo poważnie i faktycznie wszystkie, bez względu na to, czy były to krótkie nowele, czy długie powieści, skrupulatnie czytałam.


Powiem więcej, często zdarzało mi się sięgać po lektury nadobowiązkowe, zwłaszcza w liceum, ale dzięki temu miałam całkiem niezły zasób wiedzy i cytatów, które wykorzystałam sobie na maturze pisemnej. Co jednak w tej sytuacji bardziej cenię to fakt, iż dzięki temu, że byłam taka nadgorliwa w tym swoim czytaniu i wychodziłam trochę poza ramy, dzisiaj mogę się pochwalić całkiem sporą kolekcją przeczytanej klasyki, po którą pewnie teraz bym już nie sięgnęła. Wiadomo, jak jest: czego nie przeczyta się w szkole, potem trudno jest nadrobić. Zawsze znajdzie się jakaś łatwiejsza lub przyjemniejsza lektura lub coś, nad czym nie trzeba zbyt długo się zastanawiać. Stąd też cieszę się z tamtej swojej obowiązkowości.

Jeżeli chodzi o szkołę podstawową, to lektury, które wyjątkowo zapadły mi w pamięć to: "Chłopcy z Placu Broni", "Akademia pana Kleksa", "Tajemniczy ogród", "W pustyni i w puszczy", "Przypadki Robinsona Cruzoe", "Ten obcy", "Ania z Zielonego Wzgórza", "Łysek z pokładu Idy", "Krzyżacy", "Szatan z siódmej klasy","Latarnik", "Stary człowiek i morze", "Zemsta", "Syzyfowe prace", "Mały książę", "Uczniowie Spartakusa", "Sposób na Alcybiadesa", "Medaliony", "Kamienie na szaniec", "Niemcy", "Rozdziobią nas kruki, wrony". Największe wrażenie zrobiła na mnie oczywiście literatura wojenna, natomiast powieści takie, jak "Szatan z siódmej klasy", "Sposób na Alcybiadesa", "Krzyżacy", czy "Przypadki Robinsona Cruzoe" rozbudziły miłość do przygodówek.

W liceum pochłaniałam obowiązkowe i nadobowiązkowe lektury, a co więcej, wszystkie one bardzo mi się podobały. Moja ukochana trójka to: "Mistrz i Małgorzata" Bułhakowa, wszystkie 4 tomy "Chłopów" Reymmonta oraz "Lord Jim" Josepha Conrada. Bardzo dobrze wspominam również "Lalkę", "Nad Niemnem" i Trylogię Sienkiewicza, choć "Pana Wołodyjowskiego" nie zdążyłam przeczytać przed maturą i dopiero niedawno wysłuchałam sobie w formie audiobooka. Inne lektury, takie jak "Pan Tadeusz", "Granica", "Przedwiośnie", "Wierna rzeka", "Dziady", "Kordian", "Moralność Pani Dulskiej", "Zbrodnia i kara", "Nie - boska komedia", "Wesele", "Ojciec Goriot", "Dzika kaczka", "Cierpienia młodego Wertera", "Zdążyć przed Panem Bogiem", "Rozmowy z katem", "Sklepy cynamonowe", "Inny świat", "Szewcy", "Proces", czy "Dżumę", również wspominam bardzo dobrze.

Jedyna książka, jaka mnie pokonała, i choć doczytałam ją do końca, to do dziś uważam za najgorszą szkolną lekturę ever. Byli to "Ludzie bezdomni" Żeromskiego, którzy na mój pech, trafili mi się na maturze. Przez to miałam poczucie, że nie za dobrze mi poszło w części pisemnej, na szczęście moje obawy okazały się zupełnie bezpodstawne. Wypracowanie o nadziei w literaturze napisałam tak dobrze, że byłam zwolniona z egzaminów ustnych z polskiego.

Bardzo miło wspominam ten szkolny czas, kiedy czytałam zdecydowanie mniej książek dla przyjemności, a bardziej skupiałam się na obowiązkach, ale myślę, że to był dobry okres w moim życiu i bardzo potrzebny do tego, żebym dzisiaj mogła być w takim miejscu czytelniczym, w jakim jestem. 

A jak Wy wspominacie swoje szkolne lektury?

Sardegna

"Ring girl" K.N.Haner


posted by Sardegna on , , , , ,

9 comments


Wydawnictwo: Wydawnictwo Kobiece
Liczba stron: 274
Moja ocena : 4/6


Od czasu przeczytania trylogii o Morfeuszu, która wyszła spod pióra K.N. Haner, byłam trochę sceptycznie nastawiona do twórczości Autorki, a wszystko to za sprawą faktu, iż świetnie zapowiadająca się, pikantna historia, mająca być polską odpowiedzią na Grey'a okazała się być mocno infantylną opowieścią z irytującą i zachowującą się irracjonalnie, główną bohaterką. Wprawdzie wyżej przeze mnie wspomniana trylogia jest erotykiem, i to dość pikantnym (i tego nie można jej odebrać), jednak poza scenami seksu niewiele się w tej historii dzieje.

W każdym razie, po tamtej wpadce, na dość długi czas dałam sobie spokój z nowymi powieściami Autorki, pojawiającymi się na rynku wydawniczym dość regularnie. Jednak kiedy na horyzoncie ukazała się "Ring girl" postanowiłam jej dać szansę, na chwilę zapomnieć o pechowym Morfeuszu i skusić się na opowieść rozgrywającą się w bokserskim środowisku. Poza tym, podskórnie chciałam chyba sprawdzić, jak po kilku latach i kilkunastu powieściach prezentuje się aktualnie twórczość Autorki. 

Bądąc już po lekturze "Ring girl" mogę stwierdzić, że w porównaniu z trylogią o Morfeuszu, K.N.Haner zdecydowanie należy się plus. Na pierwszy plan wysuwa się lepszy warsztat językowy, pomysł na fabułę, czy sensowna kreacja głównych bohaterów. Nie ma tutaj pourywanych wątków, wszystko toczy się od początku do końca i to na pewno jest pozytywna strona tej książki. Jeśli mowa o negatywach, choć w sumie to tylko moje wrażenia, uważam, iż potencjał tej historii nie został odpowiednio wykorzystany. Fajne pomysły, czyli ulokowanie wydarzeń i akcji w świecie brutalnego sportu, jakim jest boks, ukazanie zakazanego z różnych przyczyn, związku dwóch młodych ludzi, do tego wplecenie machlojek i kombinacji przy okazji organizowania zawodów, nie zostały w pełni rozwinięte. 

W wersji ostatecznej wygląda to tak, iż o większości wyżej wspomnianych rzeczy nie dowiemy się z książki zbyt wiele. No bo tak: poza faktem, iż Logan, główny bohater, jest znanym bokserem, a Eden, jego ukochana parę razy wystąpiła, jako ring girl, zamyka właściwie temat świata boksu. Nie przeczytamy nic więcej na temat tego sportu, treningów, czy walk. W całej książce jest bodajże jedna scena w ringu, w której bohater nieco ucierpiał, ale na szczegóły nie liczcie. Ze światem boksu jest związany jeszcze ojciec Eden, który przez lata był światowej sławy trenerem młodzików i wplątał się w aferę z jednym ze swoich zawodników, ale na tym naprawdę już koniec. Szkoda wielka, bo ulokowanie historii miłosnej w takim otoczeniu jest bardzo chwytliwym tematem i jestem pewna, że świetnie by się o tym czytało.

W każdym razie cała ta sportowa "otoczka" wytworzona wokół "Ring girl" narzuca czytelnikowi pewne oczekiwania, a w momencie, kiedy nie zostają one spełnione, mogą generować rozczarowanie, i to jest w sumie przykre, bowiem historia jest całkiem przyjemnym romansem (nie erotykiem) i gdyby spojrzeć na nią zupełnie obiektywnie, naprawdę daje radę.

Dwudziestoparoletnia Eden Turner ma dość skomplikowaną sytuację rodzinną, musi bowiem zmagać się z łatką córki znanego, emerytowanego boksera. Jej ojciec, choć mocno ceniony w środowisku, to jednak w rodzinnym gronie nie jest już takim autorytetem. Nie potrafi okazywać uczuć, nie radzi sobie z agresją i nie umie porozumieć się z własną córką. Do tego ma obsesje na punkcie kontroli Eden, która jest od niego zależna finansowo. Dziewczyna musi nawet studiować kierunek, który wybrał jej ojciec, nie mówiąc już o tym, iż ten każe trzymać jej się z dala od boksu i wszystkiego, co z nim związane, uważając, że to środowisko nie jest dla jego córki odpowiednie. 

Eden jednak nie daje sobie w kaszę dmuchać i na przekór ojcu zaczyna interesować się tym sportem, i choć początkowo robi to tylko hobbystycznie, kiedy poznaje Dantego Logana Johnsona, boksera, który pretenduje do miana mistrza świata, jej zaangażowanie w ten sport zmienia się diametralnie. Związek tych dwojga nie będzie jednak mile widziany w środowisku. Eden rozpoznaje bowiem w chłopaku dawnego wychowanka jej ojca, z którym ten miał kiedyś poważny zatarg, Logan natomiast w pięknej kobiecie zupełnie nie zauważa córki swojego dawnego trenera, małej dziewczynki, którą poznał dziesięć lat temu. A poza tym, Logan ... oficjalnie ma już dziewczynę.


Znajomość bohaterów początkowo zupełnie niewinna, przeradza się we flirt i gorący romans, ale tajemnice, pewne niejasności i przeszłość staje młodym na drodze do szczęścia. Jak w takich trudnych okolicznościach budować trwałą relację? Czy uczucie Eden i Logana przezwycięży dawne niesnaski? No i jak na życie swoich dorosłych dzieci wpływa dość radykalna postawa ich ojców? Na te wszystkie pytania odpowie Wam "Ring girl".

Powieść K.N.Haner (i to wcale nie najnowsza, bo z tego, co się zorientowałam pojawiły się już kolejne dwie), jest przyjemnym czytadłem na wieczór. Nie jest to zbyt wymagająca i rozbudowana lektura, stąd też oceniłam ją na 4/6. Myślę, że fankom Autorki książka sprawi wielką przyjemność, podobnie, jak czytelniczkom nastawionym na lekturę lekkiego romansu.


Sardegna

Wymiana książkowa ŚBKów na Festiwalu Organizacji Pozarządowych


posted by Sardegna on

1 comment

Wymiany książkowe to stały punkt działalności Śląskich Blogerów Książkowych. Organizujemy takie akcje od dobrych kilku lat, a ja staram się oczywiście dyżurować, jak najczęściej i w miarę możliwości. Nasze wymiany cieszą się niesłabnącym zainteresowaniem, przychodzi na nie cała gama świetnych ludzi, niektórzy z nich są stałymi wymieniaczami, inni przychodzą po raz pierwszy i zostają na dłużej. Mnie samej zawsze coś fajnego uda się wymienić, a i nasi uczestnicy nie wychodzą z pustymi rękami. Są jednak takie wymiany, które mocno zapadają w pamięć, i to właśnie taka impreza miała miejsce w ostatnią sobotę w samym sercu Katowic, na Rynku Placu nad Rawą.


14 września w centrum Śląska odbyła się olbrzymia impreza pod wspólną nazwą Festiwalu Organizacji Pozarządowych. Jako że nasze Stowarzyszenie Śląscy Blogerzy Książkowi należy do wspólnoty katowickich organizacji, my również mieliśmy możliwość zaprezentowania się na tej imprezie. Świetna miejscówka, przestronny, narożny namiot, umożliwiły sprawną wymianę, która cieszyła się naprawdę rekordową frekwencją. Wymieniliśmy w sumie 711 książek, z czego 415 nowych, pochodzących z roczników 2011-2019, 250 książek starych (2005 - 2010) oraz 46 młodzieżówek.

Dlaczego jednak ta impreza aż tak mocno zapadła mi w pamięć? Czym wyróżniała się na tle innych wymian? Otóż tym, że naszemu Stowarzyszeniu udało się dotrzeć do bardzo wielu osób, które wcześniej nic na nasz temat nie słyszały. Wokół naszego namiotu zgromadziła się całkiem spora grupa ludzi pytających, o co chodzi z tą wymianą, oraz gdzie, i kiedy będzie można spotkać nas ponownie. Mam nadzieję, że dzięki Festiwalowi jeszcze bardziej wzrośnie liczba naszych wymieniaczy, a co za tym idzie, pula książkowa będzie jeszcze bardziej urozmaicona. Poza tym, przyjemnie było obserwować innych katowickich ngowców, choć związanych z zupełnie inną działalnością. Uwielbiam otaczać się ludźmi z pasją, a na Festiwalu Organizacji Pozarządowych takich osób nie brakowało!


Choć nasze ŚBKowe akcje, czy całodniowe wymiany są mocno absorbujące, wyczerpujące fizycznie i psychicznie, to wbrew pozorom czuję się po nich naładowana pozytywną energią i mam większą chęć do dalszego działania. I w ramach naszego Stowarzyszenia, ale również w zakresie własnego bloga. Także jeśli macie problem ze spadkiem energii, polecam dodatkowe obowiązki. W moim wypadku sprawdza się to całkowicie!


Sardegna

"Uciekinier" Ele Fountain


posted by Sardegna on , , , , , ,

4 comments


 Wydawnictwo: Akapit Press
Liczba stron: 216
Moja ocena : 5/6


"Uciekinier" to kolejna książka o tematyce wojennej, przeznaczona dla młodzieży, którą przeczytałam na urlopie. Powiem szczerze, wszystkie te książki wojenne to dla mnie trudny temat. Mocno je przeżywam, często odchorowuję fabułę i przez długi czas nie umiem pozbyć się niemiłej świadomości, co by było gdyby to ja i moja rodzina, znaleźlibyśmy się w podobnej sytuacji. Wszystko to mocno i nie zawsze korzystnie, działa na moją wyobraźnię. No cóż, tak się akurat mocno tematycznie złożyło to moje tegoroczne, wakacyjne czytanie, ale wierzcie mi, nie było to zaplanowane. Do tego, "Uciekinier" jest książką, której patronują Śląscy Blogerzy Książkowi, stąd też polecam Wam ją wyjątkowo mocno, choć lektura nie będzie łatwą.

Historia z założenia przeznaczona jest dla młodszych czytelników, stąd też temat wojny czy uchodźców przedstawiony jest w sposób ugładzony i pozbawiony większych brutalności, nie dajcie się jednak zwieść pozorom. Całość robi wrażenie nawet na dorosłych czytelnikach, a wszystko za sprawą faktu, iż podobnie, jak w "Żywicielu",  czytanie o doastaniu w cieniu rzeczywistości wojennej, widzianej z perspektywy dziecka, czy nastolatka, jest bardzo przejmującym doświadczeniem. O ile jednak w "Żywicielu" czytaliśmy o perypetiach jedenastoletniej dziewczynki i wojny w Afganistanie, tutaj mamy do czynienia z konfliktem afrykańskim i rzuconym w jego sidła, etiopskim nastolatkiem, Shifem. 

Chłopak mieszka w małym miasteczku ze swoją młodszą siostrą i mamą, która pracuje jako krawcowa i praktycznie całą swoją energię poświęca na to, żeby utrzymać rodzinę i zapewnić jej bezpieczeństwo, natomiast jego ojciec zniknął dawno temu i właściwie bohater nie wie nic na jego temat. Shif jest bardzo inteligentnym młodzieńcem, świetnie radzi sobie z matematyką, planuje zesztą pójść na studia, ma też to szczęście, że wraz ze swoim najlepszym przyjacielem Binim chodzą do szkoły. Ich życie w targanej konfliktami politycznymi Etiopii, toczy się w miarę spokojnie, aż do czasu, kiedy miasteczko opanowuje wieść, iż wojskowi wcielają do armii wszystkich dostępnych nastolatków.

Matki Shifa i Biniego postanawiają zrobić wszystko, aby nie dopuścić do tego, by wojsko zabrało ich synów. Przygotowują sprytny plan, w którym chłopcy mają zostać przetransportowani przez przemytników ludźmi do granicy, a później wsadzeni na łódź i przetransportowani w stronę Europy. Plan jednak nie dochodzi do skutku, a chłopaki w noc poprzedzającą ucieczkę zostają aresztowani i trafiają do bardzo ciężkiego więzienia w samym środku pustyni.

Nastolatkowie postawieni przed faktem dokonanym, wrzuceni w koszmarną, obcą rzeczywistość, której zupełnie nie rozumieją i śmiertelnie się jej boją, muszą za wszelką cenę przetrwać. Stają się też jedyną nadzieją uwięzionych na sprawiedliwość. Starzy więźniowie mają bowiem wobec chłopaków ambitne plany...

Shif będzie musiał dokonać rzeczy niemożliwych. Otoczony przez ludzi, którzy tylko czyhają na jego potknięcie, aby go ponownie aresztować, albo co gorsze, uwięzić i sprzedać jako niewolnika, pozostawiony sam sobie, bez przyjaciół, bliskich, wsparcia, w wiecznym niepokoju, szuka bezpiecznego miejsca. Czy uda mu się odzyskać upragnioną wolność?

"Uciekinier" to naprawdę wstrząsająca historia. Nie zdradzę, jak ona się zakończy, powiem jedynie, że praktycznie do ostatniej strony trzyma w napięciu, nie dając odpowiedzi na to, jak się to wszystko skończy. Czytelnik podświadomie stara się szybko przeczytać opowieść Shifa do końca, chce niemalże przyspieszyć bieg wydarzeń, żeby upewnić się, czy bohater jest bezpieczny, czy może jednak nie dane mu będzie zaznać spokoju. 

Lektura mocno działa na wyobraźnię i praktycznie nie da się nie tworzyć analogii do tej sytuacji, i nie myśleć o tym, jak człowiek zachowałby się w danym momencie i czy podołałby po prostu takiej wojennej rzeczywistości. Choć "Uciekinier" jest przeznaczony dla młodego czytelnika, nie polecałabym tej książki co wrażliwszym dzieciom. Nie dałam jej także do czytania mojej 11 letniej Córce, choć mocno mnie do tego namawiała. Myślę, że dam jej jeszcze trochę czasu, pozwolę do pewnych sytuacji dojrzeć i podsunę jej ową opowieść za jakieś 2-3 lata. 

  Sardegna

"Banda Czarnej Frotté" Justyna Bednarek


posted by Sardegna on , , , ,

4 comments


Wydawnictwo: Poradnia K
Liczba stron:168
Moja ocena : 4/6

"Banda Czarnej Frotté" to trzeci tom najbardziej nietypowej książki dla dzieci, z jaką miałam do czynienia, bohaterami tej opowieści są bowiem najprawdziwsze skarpetki (tak, tak, dobrze czytacie).  Moje dzieci są z ich perypetiami na bieżąco, gdyż czytaliśmy już tom pierwszy, który okazał się mega hitem, później tom drugi, on również zrobił niezłą furorę, natomiast tom trzeci kupiła sobie moja Córka na zakończenie roku szkolnego za otrzymany bon prezentowy i to właśnie o nim będzie dzisiejszy wpis. 

Zanim przejdę do fabuły, bo "Banda Czarnej Frotté" różni się w tym względzie od dwóch swoich poprzedniczek, muszę niestety Wam się przyznać do faktu, iż mam z tą książką wielki problem. Byłam świadkiem entuzjazmu dzieci podczas lektury "Niesamowitych przygód dziesięciu skarpetek" a także ich niesłabnącego zainteresowania podczas czytania "Nowych przygód skarpetek". Natomiast przy "Bandzie" emocje były znacznie mniejsze. 

Trzeci tom serii niestety nie zrobił na nich już tak pozytywnego wrażenia, ani nie okazał się tak interesujący, jak dwa poprzednie. Nie wiem, może wynika to z faktu, iż przygody Czarnej Frotté są jedną historią, a nie opowiadaniami, jak to miało miejsce wcześniej, a jednak siła przyzwyczajenia robi swoje i w tym wypadku dzieci oczekują urozmaiconych opowiadań o różnych skarpetkach, a nie czytania jednej przygody przez całą książkę. Może ten ich brak entuzjazmu wynika z faktu, że choć "Banda" z założenia jest jedną historią, to dzieje się tam naprawdę wiele i nie zawsze ma to związek przyczynowo - skutkowy. Jest to po prostu chaos kontrolowany, ale jednak nie do końca przemawiający do dzieci. Tak sobie myślę, że może po prostu moje dzieci są na przygody skarpetek już za duże i to, co bawiło ich dwa lata temu, teraz już do nich nie trafia...


Tak, jak wspomniałam na początku powyższa książka różni się od swoich poprzedniczek faktem, że jest jedną opowieścią. Jej główną bohaterką jest czarna skarpeta frotté, która, tak jak inne skarpetki Małej Be postanawia uciec z kosza z brudną bielizną i trafia do dziury pod pralką. Czarna frotte marzy o przeżyciu niesamowitych przygód, pragnie też odnaleźć swoją zaginiona przed laty siostrę. Przechodząc przez ciąg korytarzy pod podłogą, trochę przypadkowo podąża za pysznym zapachem i trafia na statek zacumowany w porcie. Na nieszczęście (albo szczęście) dla skarpetki okazuje się, że statek właśnie wyrusza w rejs, i tym oto sposobem, Czarna Frotté trafia na pełne morze. 

I choć zapowiada się całkiem niezły początek świetnej przygody, to jednak rzeczywistość nie jest aż tak różowa, jak mogłoby się wydawać. Statek okazuje się być pirackim, a ponieważ skarpetka ma bardzo pozytywny charakter i boi się wrzucenia na pożarcie rekinom, ewakuuje się, jak najszybciej z łajby przy pomocy nieoczekiwanego przyjaciela z pod pokładu. 

W tej sposób Czarna Frotté zaczyna swoją własną morską wędrówkę, a po drodze spotyka ją wiele przygód. Nie przyjdzie jej oczywiście przeżywać ich samotnie, bo na łajbę zrobionej z łupiny kokosa trafi grupa przyjaciół: Blady Niko, wyblakła skarpeta po przejściach, Pinkerton, sławny detektyw, który ma niezwykłe zdolności, Malinowa z Truskawką, uratowana w niezwykłych okolicznościach, tęczowy poeta Kubarat oraz bracia Gromisław i Cierpisław. Oczywiście cała grupa na czele z frottową przywódczynią, będzie musi ała stawić czoła różnym przeciwnościom losu, niebezpieczeństwom, z których jedną jest atak białych rękawiczek, a drugą groźny jednooki olbrzym.

No i właśnie! Niby wszystko wydaje się być w porządku. Zapowiada się ciekawie, historyjka wydaje się być sensowna, ale w trakcie czytania całość jakby nie gra. Dla mnie przygody Czarnej Frotté to wrzucenie do jednego garnka wielu wątków i pomysłów, potrząśnięcie nimi, wymieszanie i oczekiwanie, że da to fajne efekty. W rezultacie dzieciom ciężko rozeznać co i jak, a nawet podążać za tą opowieścią. Za dużo jest tutaj tego chaosu, w chaosie. To, co w części pierwszej i drugiej było zabawne, świeże i śmieszne, w części trzeciej jest takim trochę odgrzewanym kotletem. Chociaż mogę się mylić i młodszym czytelnikom się ten misz masz spodoba. U moich dzieci niestety nie zaiskrzyło, a i mnie bardziej podobały się skarpetki w poprzedniej, opowiadaniowej wersji.

Przeczytaj także:

Sardegna

PRZEDPREIMIEROWO "Best Seler i tajemnica rodu Kokosów" Mikołaj Marcela


posted by Sardegna on , , , , ,

2 comments

 
Wydawnictwo: Wydawnictwo Literackie
Liczba stron: 192
Moja ocena : 5/6

"Best Seler i tajemnica rodu Kokosów" to jedna z bardziej wyczekiwanych przeze mnie, jesiennych premier. Na kontynuację vege historii i kryminalnych przygód szeryfa Best Selera, czekałam z wielką niecierpliwością i emocjonowałam się nią chyba bardziej, niż moje dzieci. A wszystko to za sprawą genialnej opowieści, w której to główną rolę odgrywają, nie kto inny, tylko warzywa i owoce we własnej osobie. 

Pierwszy tom vege kryminału dla dzieci i nie tylko, autorstwa Mikołaja Marcela, czyli "Best Seler i tajemnica znikających warzyw" bardzo nam się podobał, o czym zresztą pisałam w TYM wpisie. Moje dzieci emocjonowały się nieziemsko, a ja nie wiedziałam właściwie, czy bardziej są zaaferowane i czekają na rozwiązanie zagadki kryminalnej, boją się, bo jednak historia "Best Selera" ma typową formułę kryminału, więc trzyma w napięciu i ma momenty grozy, czy może bardziej ich to wszystko bawi i śmieszy. Stąd też, kiedy tylko dostaliśmy możliwość przeczytania przedpremierowo "Tajemnicy rodu Kokosów" od razu odłożyliśmy czytaną wieczorem powieść i zajęliśmy się właśnie tą książką.

Tym razem opowieść przenosi czytelnika do Owocowic, czyli drugiej obok Jarzynowa krainy, w której, jak można się domyślać mieszkańcami są owoce przeróżnych gatunków. Spokojne zazwyczaj miasteczko zostaje sparaliżowane tajemniczym zniknięciem kolejnych owoców. Pierwsza ginie Wiórka Kokos, ale jej zniknięcie nie wzbudza jeszcze paniki w mieszkańcach, ot, mogła po prostu wyjechać z miasta. Natomiast w momencie, kiedy  kolejne owoce: Bono Winogrono, Delgado Awokado i Liwka Oliwka, znikają bez wieści, sytuacja staje się już naprawdę nieciekawa. 

Jako że sława szeryfa Best Selera w odnajdywaniu zaginionych warzyw (o czym opowiada tom pierwszy) dociera nawet do Owocowic, do Jarzynowa przybywa przedstawicielka bogatej rodziny Kokosów, prawniczka Apolonia Aronia, która zwraca się do Besta z propozycją, aby zajął się sprawą zaginionej Wiórki Kokos. Szeryf, choć początkowo oporny, decyduje się na podjęcie wyzwania i za namową trzech sióstr Brukselek, postanawia pomóc odnaleźć zaginione owoce. Analizując dokładnie dokumentację zebraną przez Gustawę Morelę, próbuje dojść do prawdy i wyjaśnić, kto stoi za porwaniem Wiórki. 

Podejrzani się mnożą, bo zarówno bogata rodzina Kokosów ma swoje za uszami, próbując ukryć przed światem pewne niecne sprawki, jak i podejrzane towarzystwo owoców zamieszkujących Buszowo, nieciekawą dzielnicę Owocowic, cieszącą się złą opinią, wie co nieco na temat zniknięcia poszczególnych owoców. Do tego, po okolicy krąży plotka, że w mieście grasuje przetwór. Kilka owoców poświadcza, że go widziało, ale właściwie nie potrafią nic konkretnego na jego temat powiedzieć.

Best będzie mógł liczyć na wsparcie Melki, Kornelki i Rachelki, a także Giorgio Ananasa, który przybywa do Owocowic, aby po porwaniu, o którym czytaliśmy w tomie pierwszym, spotkać się w końcu ze swoją dawno nie widzianą rodziną. Melka i Giorgio, po wydarzeniach, które wspólnie przeszli trzymają się razem, jednak w ich przyjaźni pojawi się wyraźny rozłam. Jakby tego było mało, Rachelka jest świadkiem dziwnego zdarzenia, jednak nikt nie wierzy malutkiej brukselce i nie chce wysłuchać tego, co ma do powiedzenia. W sprawie pojawia się więcej pytań, niż odpowiedzi. Przetwór grasuje po Owocowicach, a nowe postacie dramatu pojawiają się, jak grzyby po deszczu. Jak skończy się ta historia?

"Tajemnica rodu Kokosów" jest świetną kontynuacją "Zagadki znikających warzyw". W pewnym stopniu jest do niej bardzo podobna, również ma typową konstrukcję kryminału, stopniuje napięcie, pokazuje sprawę z różnych perspektyw, prezentuje całą gamę bohaterów, z których każdy wydaje się być podejrzanym. Z drugiej jednak strony mocno się od tej pierwszej części różni, przede wszystkim tym, iż jest bardziej "dorosła". W drugim tomie znajdziemy wiele nawiązań do współczesnej kultury, znanych w popkulturze osób czy wydarzeń. Rodziców będzie to zachwycać, śmieszyć i bawić, dla dzieci, zwłaszcza tych młodszych okaże się kompletnie niezrozumiałe. Również sama fabuła "Tajemnicy rodu Kokosów" jest bardziej poważna. Zawirowania w Owocowicach, skomplikowane relacje rodzinne czy towarzyskie mogą przytłoczyć dzieciaki, natomiast dorośli będą czuli się, jak ryby w wodzie, mając wrażenie, że śledzą najlepszą aferę na miarę plotkarskich tabloidów.

Nie zmienia to akurat faktu, że Autor wpadł na świetny pomysł, o czym zresztą już pisałam, a ulokowanie warzyw i owoców w głównych rolach kryminalno - obyczajowej opowieści jest strzałem w dziesiątkę. Te wszystkie nawiązania, mądry humor, stopniowanie napięcia, przebudowanie historii, aby była przeznaczona dla dzieci, petarda po prostu! Wielkie brawa za pomysłowość! Bardzo polecam, zarówno "Best Selera i zagadkę zaginionych warzyw", jak i "Tajemnicę rodu Kokosów". Historia spodoba się nie tylko najmłodszym czytelnikom, ale również dorosłym, zwłaszcza tym, którzy lubią niebanalne opowieści napisane z przymrużeniem oka.

Przeczytaj także:
Sardegna