"Ósmy cud świata" Magdalena Witkiewicz


posted by Sardegna on , , , ,

6 comments

 
Wydawnictwo: Filia
Liczba stron: 320
Moja ocena : 6/6

Magdalena Witkiewicz znowu zaskakuje! Jeszcze nie do końca ochłonęłam po lipcowej lekturze "Czereśni...", które zawsze muszą być dwie, a już Autorka daje czytelniczkom kolejną porcję emocji i niesamowicie apetycznej lektury. Tym razem Magda zabiera nas w podróż i dzięki temu "Ósmy cud świata" jest nieco inną książką, niż poprzednie. Pachnie orientalnymi przyprawami, aromatycznymi, azjatyckimi potrawami i gorącym, wilgotnym powietrzem. Autorka przenosi nas do Wietnamu, gdzie rozgrywa się spora część wydarzeń powieści, pokazując to, co sama zapamiętała z wizyty w tym pięknym i egzotycznym kraju.

Magda Witkiewicz w 2014 roku reprezentowała Polskę na Międzynarodowym Festiwalu Literatury Europejskiej w Hanoi, miała wtedy okazję zwiedzić Wietnam i zakochać się w tamtejszej kulturze. Wtedy też, podczas rejsu po zatoce Ha Long, w jej głowie zrodził się pomysł na nową powieść, której akcja miałaby się w tym fascynującym miejscu rozgrywać. Autorka nie byłaby sobą, gdyby w całą historię nie wplotła wątku miłosnego i kwestii jakiegoś problemu społecznego, który często jest pomijany lub bagatelizowany, ale dla kobiet jest bardzo istotny. Nie inaczej jest w przypadku "Ósmego cudu świata", gdzie Magda pokazała walkę samotnej kobiety o posiadanie dziecka.

Bohaterką powieści jest Anna, która zbliża się do czterdziestki, jest singielką, ale ta samotność nie pochodzi z wyboru, tylko prostu z faktu, że do tej pory nie znalazła w życiu odpowiedniego partnera. Jej dotychczasowe związki nie przynosiły jej szczęścia, a aktualny układ, w którym jest ze swoim szefem, bardziej jest na stopie przyjacielskiej niż uczuciowej. Wielkim marzeniem Anny jest posiadanie dziecka, zaczyna ona bowiem odczuwać upływający czas i ma świadomość, że za niedługo będzie już na potomstwo za późno. Poza tym, egoistycznie chciałaby mieć w przyszłości kogoś, kogo będzie mogła kochać bezgranicznie, a na starość nie zostanie zupełnie sama. 

Anna trochę w desperacji, postanawia być w ciąży za wszelką cenę, nawet jeśli miałaby nie utrzymywać dalszych kontaktów z ojcem dziecka i wychować je samotnie, bez niczyjej pomocy. Żeby jednak na spokojnie przemyśleć swoją decyzję, wyrusza na spontaniczny urlop do Wietnamu, by z odległej perspektywy, przy zmianie środowiska i otoczenia, jeszcze raz spojrzeć na swoje problemy z dystansem i wszystko przeanalizować. Jednakże życie lubi płatać figle. Anna na wycieczce poznaje pewnego mężczyznę, który początkowo wydaje się być ideałem, jednak ostatecznie okazuje się nie być tym, za kogo się podaje.

I jak tu nie czytać najnowszej powieści Magdy Witkiewicz? Czujecie się zachęceni? To dobrze, bo warto. Ta książka w pewnym sensie jest taka, "jak zwykle" u Magdy, czyli jest ciepłą, kobiecą historią ze szczęśliwym zakończeniem. Z drugiej jednak strony, jest w niej coś świeżego i nowego, a wszystko za sprawą wątku podróżniczego i orientalnego powiewu Azji.

"Ósmy cud świata"  pokazuje, że nie ma w życiu przypadków i jeśli ktoś jest nam pisany, to dzięki przeznaczeniu znajdziemy się nawet na drugim końcu świata, a los będzie nam sprzyjał. I powiem Wam, że ta myśl jest mi bliska i zgadzam się z nią w 100%. Jeśli chodzi o mnie, to ta opowieść okazała się zdecydowanie za krótka, ale może to wynikać z faktu, że po grubaśnych "Czereśniach..." nabrałam apetytu na dłuższe opowieści Autorki. Wspaniale było przenieść się do gorącego Wietnamu i wraz z Anną przeżyć niesamowita przygodę życia, szkoda tylko, że taką krotką.

Muszę jeszcze wspomnieć, że Magda zawsze dba o swojej czytelniczki, umilając im przedpremierowe lektury swoich powieści. Spójrzcie na te cuda. To się nazywa akcja promocyjna!


Sardegna

"Świt, który nie nadejdzie" Remigiusz Mróz


posted by Sardegna on , , , ,

4 comments


Wydawnictwo: Czwarta Strona
Liczba stron: 528
Moja ocena : 4/6

Czytałam już wiele powieści Remigiusza Mroza: całą serię o Chyłce i Zordonie (tom 1, 2, 3, 4, 5), "W cieniu prawa", czyli odrębną powieść, będącą kryminałem retro, a także najnowszy horror religijny "Czarną Madonnę". Mam jeszcze w planach serię Parabellum, (ciągle próbuję ją skompletować), "Behawiorystę", "Wotum nieufności", czy pięć tomów przygód komisarza Forsta. Przede mną jawił się jeszcze "Świt, który nie nadejdzie", będący również powieścią odrębną, czekający na mojej półce bardzo długo na swoją kolej, ale jakoś nie miałam ostatnio ochoty na retro kryminalną historię, stąd te moje ociąganie się z przeczytaniem. Ale od czego jest urlop? Mój służył nadrabianiu zaległości, zabrałam więc "Świt..." ze sobą na wakacje i powiem Wam, że to było świetne rozwiązanie. 

W atmosferze ogólnego relaksu udało mi się przeczytać tę powieść w dwa dni. Mam wrażenie jednak, że w domu zajęło by mi to znacznie więcej czasu, a to za sprawą tego, że "Świt..." jest mocno przegadany. Przykro mi to mówić, ale niestety jest to chyba najsłabsza powieść Remigiusza Mroza, z tych, które do tej pory czytałam. Na wakacjach jednak nie zdążyłam się nią specjalnie znużyć, toteż ostateczną oceną książki jest czwórka. 

Porównując powyższą powieść do książki "W cieniu prawa", która także jest retro kryminałem, mogę stwierdzić, że ta druga była zdecydowanie bardziej dynamiczna i rozbudowana, a jej fabułą można było obdzielić spokojnie ze dwie inne książki. W przypadku "Świtu, który nie nadejdzie" sprawa ma się zupełnie inaczej. Akcja toczy się leniwie, skupiając się praktycznie cały czas na sprawach półświatka przedwojennej Warszawy, na relacjach panujących w grupach przestępczych i wzajemnych w nich powiązaniach.

Rozumiem zamysł Autora, ponieważ chciał on pewnie dokładnie oddać klimat Warszawy z tamtego okresu i pokazać świat przestępczej stolicy. To udało mu się bardzo dobrze i jest na pewno sporym plusem całej tej historii, podobnie, jak wykreowanie charyzmatycznej postaci głównego bohatera, Ernesta Wilmańskiego, natomiast sama sprawa kryminalna, jak dla mnie, była nieco przekombinowana i jakoś nie porywała. Ostatecznie wolałam śledzić inne wątki, obserwować to, co dzieje się na drugim planie, niż podążać za główną akcją, która w pewnym momencie wymknęła mi się z pod kontroli.

Ernest Wilmański to człowiek bez przeszłości, który przyjeżdża do stolicy znikąd, i praktycznie od razu wpada w tarapaty. Staje w obronie nastoletniej dziewczyny, której oprawca okazuje się być członkiem warszawskiego gangu Banników. Grupa ta nigdy nie daruje zniewagi, a tym bardziej obcemu mężczyźnie, który jest nikim i w stolicy nic nie znaczy, dlatego Ernest od razu zostaje wzięty na banniczy celownik.

Kiedy ma już zostać wykonana na nim egzekucja, Wilmański wkręca się w łaski oprawców, wykorzystując swoje dawne znajomości i umiejętności, zostaje więc trochę przymusowo wciągnięty w świat grupy przestępczej. Współpraca z Bannikami okazuje się być niebezpieczną profesją, gdzie granica między wrogiem a przyjacielem, sprzymierzeńcem a zdrajcą, jest bardzo cienka. Ernestowi pomaga pewna kobieta, ale czy na pewno stoi po tej samej stronie barykady?

Tak, jak pisałam na początku, lektura "Świtu, który nie nadejdzie" mnie nie porwała, a o ostatecznej ocenie czwórkowej zaważył fakt postaci głównego bohatera oraz Any, dziewczyny, którą wziął pod opiekę (swoją drogą, szkoda, że jej wątek nie został jakoś bardziej rozbudowany, a jej postać nie miała większego wpływu na całą akcję). Bardzo podobało mi się, i w ogóle to jest chyba największy plus tej książki (oprócz tła przedwojennej Warszawy), zakończenie. Specyficzne, ale dzięki temu właśnie, najbardziej odpowiednie dla tej historii. 

Czytając tę historię, miałam też chwilowe skojarzenia ze "Złym" Leopolda Tyrmanda. Mam tutaj na myśli głównie klimat miasta, bo niestety "złej" intrygi kryminalnej nic nie jest w stanie przebić. "Świt ..." na szczęście również ma swoje "momenty", dlatego nie żałuję czasu mu poświęconego, poza tym, książka ta pokazuje kolejną, nową twarz Autora. Więc choćby dlatego warto po nią sięgnąć.
Sardegna

"Chłopiec z Aleppo, który namalował wojnę" Sumia Sukkar


posted by Sardegna on , , , , , ,

2 comments


Wydawnictwo: Jaguar
Liczba stron: 240
Moja ocena : ?/6

Literatura wojenna to już w ogóle nie jest moja działka, bo tak jak pisałam przy okazji "Końca samotności"  Benedicta Wellsa, staram się unikać książek o tak trudnej i dramatycznej tematyce. Jednak powyższa, już tytułem nawiązująca do wojny w Syrii i ostrzelania cywilów w miasteczku Aleppo, skłoniła mnie do przełamania pewnych barier, które sobie narzuciłam. Choć nie powiem, odchorowałam swoje, przy tej książce.

Nie wiem, czy zwróciliście uwagę, ale nie jestem w stanie ocenić punktowo tej powieści. Jest to tak wyjątkowa i specyficzna historia, tak prawdziwa, trudna, i tak wstrząsająca, że nie służy ona "podobaniu się". Nie ma więc opcji, że będę klasyfikować ją, jako powieść na 4, 5, czy 6.

Historia "Chłopca z Aleppo" napisana jest z perspektywy dwóch osób: jedną z nich jest nastoletni Adam, który choruje na autyzm, otaczający świat odbiera za pomocą barw, i tak się też głównie komunikuje, drugim narratorem jest jego starsza siostra Yasmin, która po śmierci matki opiekuje się Adamem, ale też ojcem i trzema starszymi braćmi. 
Adam piętnastolatek, wyraźnie różni się od swoich rówieśników, ale chodzi do szkoły, bawi się na podwórku, a swoje emocje wyraża za pomocą malarstwa. Jest niesamowicie uzdolniony i potrafi w wyjątkowo trafny sposób komentować nastroje bliskich za pomocą kolorów, a także ilustrować to, co dzieje się w mieście. Yasmin dla swoich czterech braci stała się zastępczą matką, trochę nadopiekuńcza, utrzymuje rodzinę w całości, porzucając na jej rzecz swoje pragnienia i pierwszą miłość. Trzej starsi bracia: Isa, Tariq, Khalid, choć są podobnymi, jak krople wody, trojaczkami, każdy z nich ma swoje pasje i zainteresowania. Ich wiekowy ojciec, nie może pogodzić się ze śmiercią żony, i nie do końca ogarnia to, co dzieje się aktualnie w kraju.

Na początku tragicznych wydarzeń, kiedy to przez miasto przechodzi tylko fala niepokoju, media zaczynają przekazywać pierwsze niepokojące sygnały, trochę zresztą bagatelizowane, a ludzie nie chcą wierzyć w fakt, że wojna naprawdę dociera do Aleppo, obserwujemy codzienne życie bohaterów. Poznajemy bliżej ich osobowości, zwyczaje, zainteresowania, wszystko do momentu, kiedy wojna wkracza na ulice miasta. Rodzina Adama będzie musiała zmierzyć się z najgorszym złem tego świata, ludzkim okrucieństwem, strachem i wolą przetrwania. Ojciec przyjmie pozycję obronną, bracia w różnym stopniu zaangażują się w działania zbrojne, Yasmin przeżyje coś niebywale okrutnego, a Adam najbardziej chroniony przez bliskich, będzie mógł tylko ze swoją dziecięca naiwnością, komentować barwami, brutalną rzeczywistość. 

Każdy kolejny dzień przynosi nową tragedię. Brak żywności, prądu i wody, zabici sąsiedzi, korowód z zamordowanymi, przechodzący ulicami miasta, uzbrojenie żołnierze strzelający do cywilów, wszyscy obawiają się najgorszego. Yasmin, na tyle, ile może, próbuję utrzymać rodzinę w całości, nie jest jednak w stanie zapewnić wszystkim bezpieczeństwa. Wojna zbierze zatem swoje żniwo.

Całą tą dramatyczną historię poznajemy głównie z perspektywy oszołomionego i wystraszonego Adama. Yasmin jest takim "drugim głosem", rzeczowym i bardzo przejmującym, wypowiadającym się w dwóch, trzech, niebywale okrutnych momentach. Nastolatek komentuje, to co dzieje się w Aleppo. Większości sytuacji nie rozumie, nie potrafi też opisać bestialstwa, jakiego jest świadkiem, dlatego próbuje wyrazić się po swojemu, za pomocą barw i tworzenia obrazów. I to jest przerażające.

Uwierzcie mi, przeczytanie tej książki było bardzo trudnym doświadczeniem. Niby człowiek jest niejako przyzwyczajony do relacji z obszarów ogarniętych wojną, więc teoretycznie nie powinny one robić na nim wrażenia, jednak lektura "Chłopca z Aleppo", gdzie o wojnie opowiada niewinny dzieciak, który tak naprawdę nie rozumie, co się wokół niego dzieje, chwyta za serce i powoduje, że ma się ochotę wyć z bezsilności. Przeczytałam tą książkę w jeden wieczór, natomiast odchorowanie emocji, z nią związanych zajęło mi znacznie dłużej. 

Sardegna

"Zula i porwanie Kropka" Natasza Socha


posted by Sardegna on , , , ,

6 comments


Wydawnictwo: Nasza Księgarnia
Liczba stron: 192
Moja ocena : 5/6

Pani Natasza Socha kojarzy mi się, jako Autorka powieści obyczajowych dla dorosłych. Znam jej twórczość wprawdzie tylko z jednej książki "Awarii małżeńskiej" napisanej w parze z Magdaleną Witkiewicz, gdzie pani Natasza pokazuje się od humorystycznej strony, ale kojarzę także jej opowiadania, wydane w różnych antologiach i wiem, że tematyka, jaką porusza, oscyluje wokół wielu życiowych tematów.

Nie zdziwiłam się więc ani trochę, kiedy w zapowiedziach Naszej Księgarni zobaczyłam, nazwisko Autorki w książce dla dzieci. Jako że moja dziewięcioletnia Córka jest zawsze otwarta i chętna na poznanie nowych historii, zaopatrzyłam ją w "Zulę i porwanie Kropka", a kiedy szybciutko przeczytała ją w dwa wieczory, zwinęłam książkę z jej półki i sama z ciekawości się za nią zabrałam.
Powyższa historia jest pierwszym tomem przygód szalonej dziewczynki o imieniu Zula, natomiast część druga "Zula w szkole czarownic" będzie miała premierę już we wrześniu. Ja już dziś mówię, że obowiązkowo muszę mieć tom drugi, bo ta historia jest świetna! Przyjemna, zabawna, a do tego super mobilizuje dzieciaki do samodzielnego czytania.
Kim zatem jest Zula? Dziewięcioletnią dziewczynką, która została oddelegowana trochę przymusowo do domu dwóch szalonych ciotek. Jej rodzice wyruszają na lekarską misję do Afryki, a że córki nie mogą zabrać ze sobą, lokują ją w domu cioteczek Meli i Heli, w posiadłości przypominającej niewielki zamek z wieżyczkami. Zula ma tam spędzić nie tylko część wakacji, ale także rozpocząć nadchodzący rok szkolny w nowej szkole. 

Dziewczynka jest bardzo  rezolutna i inteligentna, więc już w pierwszych dniach pobytu u ciotek zauważa, że kobiety są nieco ekscentryczne, a w domu z niebieskimi wieżyczkami dzieją się dziwne rzeczy. A to ciotki czytają w myślach Zuli i przygotowują wymarzoną kolację, a to pokój dziecięcy zostaje urządzony według jej najskrytszych marzeń, a to kotek, skrzętnie ukrywany, zostaje zdemaskowany. Dziewczynka przekonuje się, że w domu ciotek wszechobecna jest magia, a i ona ma coś z nią wspólnego.

I rzeczywiście Mela i Hela są czarownicami, ale, co lepsze, Zula także ma magiczne moce! Nowa rzeczywistość w domu ciotek nabiera więc dla niej nowego znaczenia. Zula zjednuje sobie nowych przyjaciół z sąsiedztwa: szalonego Kajtka oraz spokojnego i zrównoważonego Maksa, i wraz z nimi , a także kameleonem Filipem i kotem Pazurem, przeżywać będzie różne szalone przygody. Największą z nich może okazać się poszukiwanie psa Kropka, należącego do nowej wychowawczyni Zuli, który zaginął w tajemniczych okolicznościach.

Historia małej czarodziejki wciąga nie tylko najmłodszych czytelników. Sama z przyjemnością pochłonęłam tą książeczkę, a teraz czekam na więcej! Myślę, że moja opinia wystarczająco zachęciła Was do rozejrzenia się z przygodami Zuli dla Waszych dzieciaków, sądzę też, że może to być fajna alternatywa do wszystkich komiksowych "Dzienników Cwaniaczka", czy "Tomków Łebskich", w których obrazków jest więcej, niż litego tekstu. Oczywiście w "Zuli i porwaniu Kropka" także sporo jest ilustracji, wykonanych przez panią Agnieszkę Antoniewicz, ale są one jednak uzupełnieniem treści, a nie główną wartością książki. 

Sardegna

PRZEDPREMIEROWO "Zbrodnia nad urwiskiem" Marta Matyszczak


posted by Sardegna on , , , , , ,

4 comments



Wydawnictwo: Wydawnictwo Dolnośląskie
Liczba stron: 296
Moja ocena : 6/6

Zaledwie parę dni temu opublikowałam moją opinię o "Tajemniczej śmierci Marianny Biel" Marty Matyszczak, czyli książce, która zrobiła na mnie olbrzymie wrażenie i bardzo mi się podobała. Debiut pisarski Autorki, pochodzącej ze Śląska, prowadzącej portal literacki Kawiarenka Kryminalna, tak mnie wciągnął, że praktycznie od razu po skończonej lekturze zabrałam  się za drugi tom przygód Szymona Solańskiego, byłego policjanta, aktualnie prywatnego detektywa, człowieka który w błyskotliwy sposób, z pomocą przyjaciółki Róży Kwiatkowskiej i psa Gucia,  rozwiązał śmierć swojej sąsiadki, Marianny. 

"Zbrodnia nas urwiskiem" nie przypomina klimatem części pierwszej, nie rozgrywa się bowiem już na Śląsku. Tym razem Autorka przenosi nas na irlandzką wyspę Inishmore, na której to będzie się toczyć kolejna intryga kryminalna z Szymonem i Guciem w rolach głównych.

Po spektakularnym sukcesie, jakim było rozwiązanie zagadkowej śmierci Marianny Biel, Szymon zdobywa coraz więcej zleceń, jako prywatny detektyw. Skłania się jednak tylko ku nielicznym, między innymi podejmując się sprawy Czesława Koszyckiego. Bogaty, emerytowany żołnierz, zamieszkujący jedną z chorzowskich willi, zleca Solańskiemu odnalezienie jego zaginionej wnuczki. Kasia Walasek wyjechała bowiem jakiś czas temu do pracy w Irlandii i od paru dni nie daje znaku życia. 

Szymon wyrusza wraz z Guciem na małą wyspę Inishmore, która wita go deszczową pogodą, sztormem, a także całą gamą barwnych postaci, które (Marta Matyszczak do tego przyzwyczaiła, już swoich czytelników), pod pozorem normalności, skrywają cały wachlarz mrocznych tajemnic. Swe poszukiwania detektyw rozpoczyna od hostelu Kelly's Bed and Breakfast, bo to w nim, jako pokojówka, pracowała zaginiona Kasia. 

Na miejscu okazuje się jednak, że Szymon przybył za późno, bo dziewczyna od paru dni nie żyje. Solański z pomocą Gucia, musi więc dojść do prawdy i odkryć, kto stoi za sprawą zepchnięcia jej z klifu. Żeby było ciekawiej, na Inishmore swoją bezpieczną przystań znalazła też Róża Kwiatkowska, która po burzliwym zakończeniu poprzedniego tomu, podejmuje nagłą decyzję opuszczenia Szymona i Śląska, na rzecz pracy zagranicą. Kiedy więc drogi całej trójki bohaterów zejdą się na wyspie, czytelnicy będą mogli poczuć się tak, jakby ci się nigdy nie rozstawali.

Podobnie, jak to miało miejsce w "Tajemniczej śmierci Marianny Biel", gdzie podejrzanymi byli mieszkańcy kamienicy, tak i w przypadku "Zbrodni nad urwiskiem" na pierwszy ogień podejrzeń pójdą pracownicy i goście hostelu  Kelly's Bed and Breakfast. Oni również będą ciekawymi osobistościami, począwszy od właścicieli lokalu, ich nieco obscenicznej córki, miejscowego policjanta, kierowcy wożącego turystów po wyspie, Francuza goszczącego na Inishmore w celach naukowych, na polskim majstrze, pracującym w B&B, kończąc.

Fabuła tej historii jest równie interesująca i misternie spleciona, jak to miało miejsce w "Tajemniczej  śmierci Marianny Biel". Może przez to, że akcja powieści nie rozgrywa się na Śląsku i klimat opowieści jest nieco inny, całość podobała mi się minimalnie mniej. Co nie zmienia faktu, że książce i tak wystawiłam maksymalną ocenę. Na wyróżnienie zasługuje fajnie skonstruowany wątek kryminalny, plastyczne opisy Inishmore i przekazanie czytelnikowi takiego surowego, "wyspiarskiego" klimatu. Całość przeplatana jest wątkiem wspomnieniowym, związanym z emigracją ludzi w okresie powojennym, który sprawnie się zazębia z wydarzeniami aktualnymi. Róża, Szymon i Gucio nadal są sobą, jeśli wiecie, co mam na myśli, a ich osobowość i wyrazistość nie ulega zmianie. Dzięki temu śledzenie ich burzliwej relacji i komentarzy Gucia na temat otaczającej go rzeczywistości, jest prawdziwą przyjemnością.

"Zbrodnię nad urwiskiem" czytało mi się równie fajnie, co "Tajemniczą śmierć Marianny Biel". Na pewno będę nazwisko Autorki polecała w jakichkolwiek rozmowach i zestawieniach czytelniczych, bo tak fajnie napisane książki trzeba promować! Na koniec już pozwolę sobie na małą prywatę i zaapelowanie do Marty Matyszczak, aby dała Szymonowi, Guciowi i Róży możliwość powrotu na Śląsk i tam osadziła kolejne sprawy kryminalne. W Chorzowie, Bytomiu, Katowicach, czy innym śląskim mieście, na pewno znajdzie się ktoś lub coś, czym bohaterowie mogliby się zająć.

Sardegna

"Załatw pogodę, ja zajmę się resztą" Renata Frydrych


posted by Sardegna on , , , ,

4 comments

 
Wydawnictwo: Wydawnictwo Literackie
Liczba stron: 520
Moja ocena : 5/6

"Załatw pogodę, ja zajmę się resztą" to kolejny przykład potwierdzający regułę, że to nie ja szukam konkretnych książek, tylko one mnie w pewien sposób znajdują, namawiają do przeczytania, nic nie robiąc sobie z tego, że mam akurat inne plany. Kuszą i już! Tak było właśnie w tym przypadku, choć ze względu na dość sporą objętość powieści, będącej debiutem pisarskim pani Renaty Frydrych, zabrałam się za nią dopiero na urlopie. Okazało się to świetną decyzją, bo mogłam przeczytać ją błyskawicznie, poświęcając jej całą, należytą uwagę.

Tak, jak zaznaczyłam powyżej, powieść ta jest w prawdzie debiutem Autorki, ale nie jest to jej pierwsze pisarskie "dziecko", od lat bowiem pani Renata Frydrych zajmuje się tworzeniem scenariuszy filmowych, czy seriali telewizyjnych. I naprawdę to jej doświadczenie jest widoczne w trakcie lektury. Opowieść jest wielowątkowa, pełna szczegółów i rozbudowana  (momentami aż za bardzo), z całą gamą postaci drugoplanowych, ich spraw i problemów. Całość czyta się płynnie, niemalże tak, jakby oglądało się opowieść na ekranie telewizora.

Książka jest reklamowana, jako zabawna obyczajówka, która rozśmieszy i spowoduje, że na moment sama będę chciała być Polą Kukułką, czyli główną bohaterką. Po lekturze mogę jednak stwierdzić, że w tym haśle reklamowym jest sporo przesady. Owszem, jak ja to mówię, książka ma śmieszne "momenty", w ostatecznym wydźwięku nie jest jednak lekką, zabawną historyjką. Uwierzcie mi, nie chcielibyście być Polą Kukułką nawet przez jeden dzień! Dziewczyna może i jest barwną postacią, ale życia nie ma łatwego. Dlatego dla mnie ta książka nie jest przyjemną historyjką, tylko słodko - gorzką historią o problemach samotnej matki, poszukiwaniu miłości i szczęścia dla siebie i dzieci.

Pola Kukułka jest dwudziestosiedmioletnią, nieco ekscentryczną samotną matką trójki dzieci. Swoim stylem bycia i ubierania się jest takim barwnym ptakiem wśród szarej rzeczywistości. Jej codzienność nie jest jednak w żaden sposób kolorowa. Tylko najmłodsza z dzieciaków, pięcioletnia Michalina, jest jej biologicznym dzieckiem, natomiast dla starszej dwójki, siedmioletniej Zosi i nastoletniego Mateusza, Pola jest matką zastępczą. W każdym razie stara się nią być, bo po śmierci Adama, ich ojca, a partnera dziewczyny, opieka społeczna uważa, że Pola nie stanowi dla nich odpowiedniej opieki. Każde z jej dzieci jest indywidualistą, wszystkie także przeżywają na swój sposób śmierć Adama. 

Michalina jest szalonym, głośnym dzieckiem o bardzo bogatej wyobraźni. Ubarwia rzeczywistość, za co często jej się obrywa od obcych. Zosia, po stracie taty, zamknęła się w swoim świecie i nikogo do siebie nie dopuszcza, Mateusz natomiast, na wszystkie nowe sytuacje reaguje agresją. Pola kocha dzieci bezgranicznie i postanawia zrobić wszystko, żeby móc dalej je wychowywać, nie zważając więc na krzywe spojrzenia pań z opieki społecznej i komentarze na temat jej chaotycznego stylu bycia, stawia wszystko na jedną kartę i decyduje zrezygnować z siebie na rzecz dzieci. Zapisuje się na kurs coachingu, który ma nauczyć ją, jak być pewną siebie kobietą i doprowadzić do spotkania odpowiedniego mężczyzny, z którym będzie mogła wychowywać dzieci. 


Udział w szkoleniach da Poli nie tylko pewność siebie, ale i możliwość poznania paru kandydatów, na potencjalnych partnerów życiowych. Będzie Wiktor, człowiek, który osiągnął swój sukces ciężką pracą, uczy innych, jak się rozwijać, ale sam w życiu prywatnym ciągle stoi w miejscu. Będzie Adam, samotny i nieśmiały lekarz, który na pierwszy rzut oka wydaje się idealnym partnerem dla Poli, na horyzoncie pojawi się też Marek, przystojny kucharz, który właśnie wrócił z zagranicy. Tylko, czy któryś z nich okaże się odpowiedni do opieki nad trojką dzieci, zaakceptowania szalonego charakteru Poli, a także jej wspomnień, związanych ze zmarłym Adamem?




Powieść ta ma jednak ponad 500 stron, a to trochę za dużo, jak na obyczajówkę z wątkiem romansowym, powiecie. I faktycznie. Jednak poza relacjami uczuciowymi i historią dzieci, bardzo rozbudowany jest w tej książce wątek rodziny. Poznajemy dzieciństwo Poli, jej nie mniej szalonego brata Ryśka i jego żonę, ale także życie osobiste męskich bohaterów, czyli Wiktora, Adama i Marka, bo tak, jak pisałam powyżej, sporo w tej opowieści jest wątków pobocznych i historii postaci drugoplanowych. 

Gdyby w paru słowach scharakteryzować powieść "Załatw pogodę, ja zajmę się resztą", to określiłabym ją, jako wielowątkową obyczajówkę, pokazującą, jak wielka siła tkwi w rodzinie, i jak ważne jest posiadanie bliskiej sercu osoby. Na pewno jednak nie zaklasyfikowałabym jej do komedii, ani lekkiego, kobiecego czytadła (choć zaznaczyłam parę zabawnych powiedzonek Ryśka), bo historia Poli niesie ze sobą słodko-gorzki wydźwięk i taki nawet smutek, że trudno znaleźć sobie taką prawdziwie bliską osobę, a nawet jeśli wydaje się nam, że taką mamy obok siebie, to w jej sercu może królować ktoś inny. 

Jeśli więc macie ochotę na nieco bardziej złożoną i mocno rozbudowaną obyczajówkę, sięgnijcie po debiut pani Renaty Frydrych. Książka umili Wam niejedno wrześniowe popołudnie.

Sardegna

"Koniec samotności" Benedict Wells


posted by Sardegna on , , , , ,

4 comments



Wydawnictwo: Muza
Liczba stron: 384
Moja ocena : 4/6


"Koniec samotności" to pierwsza, wydana w Polsce powieść trzydziestoletniego, niemieckiego pisarza, Benedicta Wellesa, który zdobywa bardzo wielką popularność w swoim kraju, a jego książki trafiają nieustannie na tamtejszą listę bestsellerów. Zabrałam ją ze sobą na urlop, ale niestety mój wybór w tej kwestii był zupełnie nietrafiony. Nie dlatego, że książka jest zła, nudna, czy w jakiś inny sposób źle mi się ją czytało. Po prostu "Koniec samotności" jest niemożebnie smutny. Jest to książka o przemijaniu, śmierci, o godzeniu się z losem, a także o buntowaniu przeciwko takim, a nie innym kolejom losu. Jest to historia, z gatunku tych, które osobiście omijam szerokim łukiem. Po prostu staram się unikać książek o tak poważnej tematyce, bo jest to bardzo trudny dla mnie temat.  Wystarczy mi też sytuacji, z którymi muszę się borykać na co dzień, w prawdziwym życiu, nie muszę więc dokładać sobie jeszcze zmartwień lekturą. 

Decydując się na przeczytanie "Końca samotności" nie byłam do końca świadoma tego, że historia jest aż tak poważna. Zapoznałam się z opisem na okładce, więc wiedziałam mniej więcej, że nie jest to lekka opowieść, ale nie przewidziałam, że jej wydźwięk będzie aż tak dramatyczny, a całość tak złamie mi serce. 

Fabuła książki rozgrywa się w latach 80 - tych XX wieku i oscyluje pomiędzy historią trójki rodzeństwa: Julesa, Marty'ego i Liz, którzy niespodziewanie stracili obojga rodziców w wypadku samochodowym i muszą poradzić sobie ze stratą. Dzieciaki w momencie śmierci swoich rodziców, są w wieku nastoletnim i bardzo ciężko ogarniają nową rzeczywistość. Początkowo objęci opieką cioci, później zostają umieszczeni w domu dziecka, internecie, który zajął się ich edukacją i wychowaniem.
I choć wszyscy zostają umieszczenie w tym samym ośrodku, ich drogi praktycznie od razu się rozchodzą. Każdy z trójki rodzeństwa przyjmuje bezpieczną dla niego postawę, która ma uchronić go przed smutkiem, bólem i rozdrapywaniem świeżych ran. Najstarszy z rodzeństwa, Marty, typowy nerd, od razu zamyka się w swoim świecie, znajdując sobie zajęcie w postaci pracy nad rodzącą się technologią komputerową i raczkującym programowaniem. Wiecznie przesiadujący w swoim pokoju, nie zwraca uwagi na młodsze rodzeństwo, które bardzo go w tym czasie potrzebuje. Liz, będąca przed wypadkiem sympatyczną, szczerą i miłą dziewczyną, przyjmuje postawę wulgarnej i obscenicznej. Bardzo szybko zdobywa sobie złą opinię w internacie, a wszystkie plotki na swój temat kwituje drwiącym śmiechem tak, że nawet bracia zaczynają wątpić już w jej szczerość.

Najmłodszy z rodzeństwa, Jules, który przed śmiercią rodziców był otwartym i pewnym siebie dzieckiem, ciągle gotowym na nowe wyzwania, staje się samotnikiem, nieśmiałym i wycofanym, do tego wiecznie narażonym na drwiny i agresję ze trony współmieszkańców internatu. Dlatego samotny Jules, musi radzić sobie ze swoimi problemami tak, jak umie. Jedyną jego pociechą w życiu w ośrodku, jest Alvie, dziewczyna, która podobnie, jak on ma za sobą trudne dzieciństwo i też jest trochę dziwaczką. Dzieciaki zaprzyjaźniają się, ale ich drogi muszą się rozejść i spotkać ponownie po kilkunastu latach, żeby mogło zrodzić się pomiędzy nimi głębsze uczucie. Jules i Alvie będą próbowali stworzyć głębszą relację i fajną rodzinę, jednak życie ma wobec nich inne plany, a na horyzoncie czai się kolejna tragedia.


"Koniec samotności" opiera się w głównej mierze na opisywaniu relacji pomiędzy rodzeństwem. Najpierw na tym, co działo się przed wypadkiem, później, co dzieciaki przeżywały w czasie pobytu w ośrodku, aż ostatecznie, jak potoczyły się ich losy w dorosłym życiu. Całość ma jednak tak przejmujący i smutny wydźwięk, że aż trudno mi o tym pisać. Bohaterowie pozostawieni w młodości samym sobie, nie potrafią sobie radzić, a ich "dorosła" psychika mocno na tym cierpi. Niestety, nawet kiedy już po latach, wokół nich odnajdują się już bliscy, pomagają i wspierają, ci nadal czują się samotni, nawet będąc w otoczeniu ludzi. 

Do tego, książka niesie kolejny, przejmujący wydźwięk: każdy moment szczęścia i spokoju może być zakłócony tragedią, a pomoc bliskich i tak nie zmieni naszego wewnętrznego smutku, który w takiej sytuacji w nas tkwi. 

Czy widzicie już, jak trudna jest ta książka? Moim błędem było wybranie jej na czas urlopu, ale dobrze że wzięłam się za nią, gdzieś pod koniec wakacji, bo w przeciwnym razie mój humor mógłby znacznie się pogorszyć. Generalnie jest to książka bardzo specyficzna, dlatego nie będę jej Wam polecać. Jeżeli ktoś czuje, że taka opowieść może mu się spodobać i może być dla niego w jakiś sposób ważna, na tym etapie życia, to jak najbardziej zachęcam. Benedict Wells pisze bardzo dobrze, choć w charakterystycznym, dość surowym stylu. Wydarzenia w książce przeplatane są przemyśleniami Julesa (bo to on jest narratorem tej opowieści), a cała historia na pewno mocno utkwi w Waszej pamięci. Wbije drzazgę, przypominającą fakt, że życie jest kruche i ulotne, a w każdym jego momencie można stracić to, co daje nam szczęście. Tym poważnym akcentem zostawiam Was z lekturą, a jeśli mimo to będziecie mieli ochotę na "Koniec samotności", wiecie już czego się spodziewać. 
Sardegna

"Na linii świata" Manuela Gretkowska


posted by Sardegna on , , , , ,

4 comments


Wydawnictwo: Znak
Liczba stron: 356
 Moja ocena : 3/6

Lubię ciekawe akcje promocyjne, wymyślane przez wydawnictwa, szczególnie zachęcające czytelników do zainteresowania się daną książką. Wyjątkowo lubię te, które są trochę zagadkowe, tajemnicze i nie odkrywają od razu wszystkich kart, by ochota na przeczytanie tak promowanej książki tylko wzrastała. Ostatnio taką fajną akcję promocyjną przygotował Znak, który przedpremierowo rozesłał książki "bez tytułu" i "bez autora". Historia stawała się więc czystą kartą, czytaną bez oczekiwań, bez uprzedzeń i bez jakiegokolwiek wcześniejszego oceniania przez pryzmat autora, jego wcześniejszego dorobku, czy zapowiedzi na stronie wydawcy. 

Nie ukrywam, że moją pierwszą myślą był Remigiusz Mróz, który już przyzwyczaił czytelników do różnych takich akcji, kiedy jednak zaczęłam wkręcać się w fabułę, stwierdziłam, że nie, to na pewno nie jest styl Mroza, ale nie potrafiłam też jasno określić, kto za niego odpowiada. Ostatecznie jednak, wierzcie mi, lub nie, nazwisko Autorki przemknęło mi przez myśl. 

"Na linii światła" jest mocno pokręcone, dlatego i moje uczucia w stosunku do tej książki są mieszane. Z jednej strony, nie jest to zupełnie moja bajka, głównie w kwestii fabuły, nawiązań do technologii, fizyki kwantowej czy polityki, ale z drugiej, nie lubię narzucać sobie ograniczeń i wycofywać się z czytania gatunków, które nie do końca mi odpowiadają i nie są mi bliskie. Dałam więc tej historii szansę. I nie żałuję, choć przyznam, że książkę czytało się ciężko. Po ostatecznym "odkryciu" kim jest Autorka powieści, mogę stwierdzić, że zdecydowanie wolę ją w wersji literatury o kobiecych namiętnościach, a już bezkonkurencyjnie w "Polce", niż historiach s-f.

Powieść rozpoczyna się, jak typowa obyczajówka, w której część wydarzeń toczy się w Polsce, a część w Stanach Zjednoczonych. Natasza jest studentką psychologii, która dorabia sobie sesjami na sekswideo czacie. Dla większości swoich klientów, dziewczyna jest wykreowaną postacią, kobietą, która chcą oglądać w internecie, jednak z jednym mężczyzną ma bardzo dobry, niemalże prywatny kontakt. Tom jest Amerykaninem, genialnym programistą, pracującym w Dolinie Krzemowej, w parze z jego intelektem nie idzie jednak pewność siebie, gdyż jest on zakompleksionym i nieśmiałym facetem, który nawet w swoich fantazjach erotycznych jest bardzo zachowawczy. Natasza naprawdę dobrze się z nim dogaduje, a pewnego dnia zaskakuje ją fakt, że Tom zaprasza ją do siebie do Kalifornii, w charakterze opiekunki do dziecka.

Dziewczyna miałaby zajmować się jego pięcioletnim synem Ethanem, który, jak się później okazuje, jest dzieckiem autystycznym. Natasza początkowo zupełnie nie przyjmuje do wiadomości możliwości wyjazdu, obawiając się, że Tom może okazać się zupełnie innym człowiekiem, niż ten z czatu, ostatecznie jednak postanawia coś w swoim życiu zmienić i jechać do Kalifornii. 

Na miejscu okazuje się, że to nie Tom będzie problemem dziewczyny, a jego praca. Któregoś dnia w otoczeniu Nataszy zaczynają dziać się niepokojące rzeczy, nie mające jednak żadnego związku z mocami nadprzyrodzonymi. Wprost przeciwnie. Technologia i nauka zdominują życie bohaterów, którzy pogubią się i przerażą tym, co zostało dla nich zaplanowane.

I właśnie na tym polega problem mój problem z tą książką: o ile pierwsza część, związana właśnie z podróżą Nataszy do Stanów, jej relacją z Tomem i Ethanem, kiedy mamy okazję poznać bliżej bohaterów i dowiedzieć się, jak rozwinie się ta znajomość dwójki pokręconych ludzi, w miarę mi się podobała, to już druga część, bardziej s-f,  związana z technologią, "buntem maszyn", wydarzeniami, o których i tak nie mogę zbyt wiele napisać, żeby nie zdradzić fabuły, to już zupełnie nie było w moim stylu.

Za dużo tego wszystkiego. Gdzieś pomiędzy wydarzeniami bohaterowie toczą rozważania metafizyczne, prowadzone są dyskusje o fizyce kwantowej, polityce, przemyśle czy religii. Oprócz głównych postaci pojawiają się też osoby pozornie nieważne, które na końcu okazują się kluczowe. Łatwo można się w tym pogubić i zniechęcić, dlatego uważam, że książka jest przeznaczona dla czytelników, którzy lubią takie specyficzne historie i nie zrażą chaosem, poszarpaną narracją i ostrym językiem. Pozytywem na pewno jest zakończenie, które w całym tym fabularnym misz - maszu może być satysfakcjonujące i ratuje niekoniecznie dobre wrażenie, jakie zrodziło się podczas lektury.

"Na linii światła" utwierdza czytelników w przekonaniu, że technologia i maszyny zaczynają rządzić naszym światem. Tendencja ta została może ukazana w nieco przerysowanej formie i nie każdemu może ona odpowiadać, ale przekaz daje jasny. I o tym właśnie jest ta książka.

Sardegna