Planszówkowo #8 "Żubr Pompik"


posted by Sardegna on ,

No comments

Październik sprzyja mi nadrabianiu zaległości planszówkowych, dzisiaj więc, idąc za ciosem, po wpisie na temat gry "Babciu, Dziadku, jak to kiedyś było?", prezentuję kolejną planszówkę, tym razem przeznaczoną raczej dla dzieci, choć doskonale nadającą się do rozgrzewki przed większą rozgrywką rodzinną.



"Żubr Pompik" wydaje się banalną grą dla dzieci, opierającą się na zasadach memo, co może sugerować, że dorośli bardzo szybko się nią znudzą, a nawet dzieci, po paru grach będą miały jej dość, bo ileż można szukać par zwierzątek. Nie dajcie się jednak zwieść pozorom, bo ta gra wcale nie jest taka prosta, jak na pierwszy rzut oka się wydaje. Zasady owszem są banalne, ale w trakcie rozgrywki kartoniki tak szybko przemieszczają się po planszy, że nic nie jest już oczywiste i naprawdę trudno dopasować parę. Stąd też memo nadal pozostaje memem, ale przez to, że występuje w nieco innej, utrudnionej formie, sprawia graczom nie lada problemy. Pierwsze przetestowanie "Żubra" zajęło naszej czwórce dobre 30 minut, bo w praktyce zdobycie punktów i zakończenie rundy nie było wcale takie łatwe. 

 Gra składa się z:
  • planszy
  • drewnianej figurki żubra Pompika
  • kartoników z parami zwierzątek - rysie, wiewiórki, dziki, nietoperze, sowy, jeże
  • jednego kartonika z burzą
  • dwóch nietypowych kostek do gry, składających się z dwóch pól z wizerunkiem żubra i czterech pól z "tradycyjnymi" oczkami od 1 do 4
  • drewnianego słoneczka  
  • kółeczek tekturowych z symbolami kolorowych kwiatków (białych, różowych, błękitnych)



Przed rozpoczęciem rozgrywki, na pustych polach układamy kartoniki ze zwierzątkami, w przypadkowej kolejności, odsłonięte, obrazkami do góry. Gracze przypatrują się im przez chwilę, starając się zapamiętać kolejność, jak w tradycyjnym memo, po czym kartoniki są zasłaniane. Pierwszy uczestnik gry rzuca kostkami, przesuwając żubra z pola czerwonego o odpowiednią ilość pól, jednak w myśl zasady, że jeżeli na kostce wypadają dwie wartości oczek, to gracz wybiera jedną cyfrę i o tyle pól przesuwa figurkę. Jeśli na kostkach wypada konkretna wartość oczek i żubr, gracz nie ma wyboru i przesuwa się o tyle pól, ile wypadło. Jeśli na kostkach wypadają dwa żubry, wszyscy gracze muszą, jak najszybciej złapać drewnianego żubra, a kto zrobi to najszybciej otrzymuje punkt w postaci żetonu z kolorowym kwiatkiem.


To jednak nie łapanie żubra jest istotą tej gry. Przesuwając figurkę po planszy o określoną liczbę pól, odsłaniamy kartonik ze zwierzątkiem, następnie podmieniamy żubra miejscami z odkrytym obrazkiem i szukamy do niego pary, jak w memo. Kiedy się to udaje, zdobywamy punkt. I tutaj zaczynają się schody, bowiem kiedy zamieniamy żubra z kartonikami, zwierzątka zaczynają wędrować po planszy i na nic fakt, że na początku rozgrywki zapamiętaliśmy ułożenie obrazków...


Zwierzęta się mieszają, gracze próbują je połączyć w pary, zdobywając żetony punktowe, a w tym czasie drewniane słoneczko wędruje po kółku symbolizujący dzień (jedno pełne okrążenie żubra, jedno przesunięcie słoneczka). Kiedy żółty pionek poinformuje nas o zakończonym dniu, gra dobiega końca i można podliczać zdobyte żetony. Oczywiście w trakcie rozgrywki możemy natrafić na burzę. Wtedy w ramach kary, musimy oddać jedne ze zdobytych wcześniej żetonów.

Uwaga:

W instrukcji jest informacja, że za uzbierane 4 żetony i to jeszcze w jednakowych kolorach, gracz otrzymuje jeden punkt. Moim zdaniem jest to jednak zbyt wielkie utrudnienie. Ja na przykład podczas jednej rozgrywki zdobyłam tylko 2, nie miałabym więc czegoś wymieniać. Lepiej więc przydzielać punkty po prostu za ilość żetonów. 

Tak, jak pisałam, wbrew pozorom "Żubr Pompik" nie jest prostą grą. Rozgrywka jest bardzo emocjonująca, zwłaszcza, kiedy człowiek jest przekonany o miejscu, w którym znajduje się pasujący do pary kartonik, a w praktyce okazuje się, że owszem, był tam, ale dwie rundy temu. Polecam "Żubra" do wspólnych rozgrywek rodzinnych, można nieźle się przy nim nakombinować.
 
Sardegna

"Opowieści z Narnii. Książę Kaspian" C.S. Lewis


posted by Sardegna on , , , , , ,

2 comments


Wydawnictwo: Media Rodzina
Liczba stron: 221
Moja ocena : 4/6

Pamiętacie, kiedy jakiś czas temu pisałam Wam, że moje dzieci są pod wielkim wrażeniem pierwszego tomu "Opowieści z Narnii", czyli "Lwa, Czarownicy i starej szafy"? Ja sama też byłam bardzo zdziwiona faktem, iż ta historia tak bardzo im się podobała i wywołała w nich aż tak wielkie emocje. Jeszcze podczas czytania dzieciaki pytały mnie, czy ta opowieść ma dalszy ciąg i czy będziemy ją czytać. 

Z jednej strony sama chętnie dowiedziałabym się, jak dalej potoczyły się losy Piotra, Zuzanny, Łucji i Edmunda, ale z drugiej miałam poważne obawy, bo gdzieś wcześniej widziałam fragmenty filmu "Księcia Kaspiana" i sama kontynuacja wydawała mi się mocno przekombinowana i średnio fajna. Dzieciaki były jednak niezmordowane i wygrzebały z czeluści dziecięcej biblioteczki tom drugi. Co było więc robić. Trzeba przeczytać.

Nie powiem, lektura dalszych losów bohaterów "Opowieści z Narnii" była dość ciekawym doświadczeniem, choćby tylko dlatego, że miałam możliwość dowiedzenia się, że wejście dzieci przez szafę do magicznej krainy zwanej Narnią, to tylko skromny początek, doskonale wszystkim znany. Natomiast to, co dzieje się później jest znacznie bardziej skomplikowane i rozbudowane i na pewno nie kończy się na drugim tomie.

W pewnym sensie jednak, potwierdziły się niestety moje obawy, że trudno będzie Kaspianowi dorównać do części pierwszej, zwłaszcza jeśli chodzi o emocje moich dzieci. Jego historia jest ciekawa i niepokojąca, ale nie ma w niej już takiego elementu zaskoczenia, przez co nie robi na małych czytelnikach takiego oszałamiającego wrażenia, jak początek. Poza tym, Książę Kaspian w roli władcy Narnii to już nie to samo, co czwórka synów i córek Adama i Ewy na tronie Ker - Paravellu. No niestety. To jest już zupełnie inna opowieść...

Od czasu powrotu Piotra, Zuzanny, Łucji i Edmunda z Narnii minął rok. Dzieci zakończyły kolejne wakacje i szykują się do powrotu do szkoły. W nieco refleksyjnych humorach czekają na stacji kolejowej na swój pociąg, a wtedy jakaś tajemnicza siła przenosi ich w nieznane, choć w pewien sposób znajome, miejsce. Po początkowym zdziwieniu i przeanalizowaniu, gdzie właściwie się znajdują, w nieznanym krajobrazie zauważają znajome im szczegóły. Okazuje się, że trafili z powrotem do Narnii, jednak obecnie wygląda ona już zupełnie inaczej, niż ta, którą zapamiętali. Wydaje im się, że w tej krainie musiało minąć naprawdę sporo czasu od momentu, kiedy ją opuścili. 
Faktycznie, dzieci odnajdują kolejne ślady, mówiące o tym, jak wspaniałym królestwem była kiedyś Narnia, stwierdzają też, że obecnie nie wiedzie się w niej najlepiej. Kraj rządzony jest przez króla Miraza, władcę ludu Telmarków, którzy zamieszkują kraj po tym, jak starodawni królowie opuścili go w tajemniczy sposób. Nowy władca rządzi Narnią twardą ręką, absolutnie nie toleruje żadnych magicznych stworzeń, mówiących zwierząt ani leśnych istot. Zabronił też swoim podwładnym wierzyć w Aslana i synów i córek Adama i Ewy, którzy kiedyś uratowali Narnię przez Białą Czarownicą. 

Na szczęście dla kraju jest nadzieja, bowiem podły Miraz ma bratanka Kaspiana, który jak najbardziej wierzy w Starą Narnię i pragnie, aby było tak, jak dawniej. Wspierany przez przychylne mu istoty postanawia obalić istniejący porządek. Ale czy młody chłopak, sam stojący na czele Starych Narnijczyków pokona złego wuja? W sam środek tego konfliktu wpadają Piotr, Zuzanna, Łucja i Edmund, nieświadomi tego, jak poważną rolę odegrają kolejny raz w historii Narnii.

Jak widać, w tomie drugiem też sporo się dzieje, wydawać więc by się mogło, że kontynuacja trzyma poziom i jest doskonałym uzupełnieniem tomu pierwszego. Nie do końca jednak tak jest. "Książę Kaspian" jest zdecydowanie mniej dynamiczny, bardziej opisowy i faktycznie czytając tę książkę na głos, ma się wrażenie "dłużyzny". Bardzo dużo miejsca poświęcono tutaj opisom magicznych stworzeń, Starych Narnijczyków, przedstawienia ich zwyczajów, historii, tego, co się z nimi działo, kiedy kraj opanowali Telmarowie. Z jednej strony doskonale to rozumiem. Ten zabieg jest uzasadnionym pomysłem na to, aby przedstawić czytelnikom losy Narnii, kiedy nie było w niej Piotra, Zuzanny, Edmunda i Łucji, z drugiej jednak strony wydaje mi się, że ta kontynuacja przygód dzieci jest przeznaczona raczej dla hermetycznej grupy odbiorców, którzy czerpać będą przyjemność z samego wyszukiwania szczegółów i nawiązań. Dla przeciętego odbiorcy natomiast, nie będzie to miało większego znaczenia.

Na koniec napiszę jeszcze tylko tyle, że po przeczytaniu tomu drugiego jestem już w pełni świadoma, dlaczego tylko pierwsza część jest lekturą szkolną. W innym przypadku, dzieci średnio zainteresowane książkami, prawdopodobnie w ogóle nie przebrnęłyby przez kontynuację. A tak mogły przeczytać przynajmniej początek, który jest wspaniałą opowieścią i na szczęście można uznać ją za odrębną i zamkniętą historię. 

Cała serii "Opowieści z Narnii" liczy sobie pięć tomów. Jeśli moje dzieci zechcą sięgnąć po część trzecią, to na pewno im tej lektury nie odmówię, z nadzieją, że w kolejnych książkach historia potoczy się już bardziej dynamicznie i znowu wciągnie ich na maksa.

Sardegna

"Making faces" Amy Harmon


posted by Sardegna on , , , ,

2 comments


 Wydawnictwo: Editiored
Liczba stron: 342
Moja ocena : 5/6

"Making faces" to kolejna książka amerykańskiej Autorki Amy Harmon, znanej już czytelnikom z takich powieści, jak "Prawo Mojżesza" i "Pieśń Dawida". Do tej pory miałam z tą książką spory problem, przede wszystkim z powodu jej małego druku i wąskich marginesów. Niby taka drobnostka, ale skutecznie zniechęcała, przez to powieść leżała sobie na stosie, a ja zawsze znajdowałam coś innego do czytania. 

Z pomocą przyszły wakacje i mój wymarzony urlop, na który zawsze zabieram książki, do których w ciągu roku szkolnego podchodzę z dystansem, albo mam co do nich nieuzasadniony opór. Stwierdziłam zatem, że to jest ten moment i pakuję "Making faces" na wczasy. I faktycznie, to była bardzo dobra decyzja z mojej strony. W sprzyjających okolicznościach przyrody udało mi się przeczytać tę powieść w dosłownie jeden dzień, a sama historia okazała się naprawdę fajna. Myślę też, że odkładając ją w nieskończoność, sama sobie odmówiłam wielu chwil spędzonych na przyjemnej lekturze. Mądry Polak po szkodzie...

W każdym razie, gdybym miała jednym słowem streścić, jaka jest ta książka, powiedziałabym, że uduchowiona. Nie zrozumcie mnie źle, ta duchowość nie jest w żaden sposób nachalna, nie jest też jedyną definicją tej historii. Po prostu  "Making faces", podobnie, jak "Prawo Mojżesza" i "Pieśń Dawida" zawiera pewne wątki religijne, które wydają się znakiem rozpoznawczym Autorki, mocno związanej z chrześcijańskim nurtem wiary. Tak, jak powiedziałam, te wątki nie są jakieś dominujące, nie przysłaniają też innych wydarzeń, rozgrywających się w tej opowieści. Bardziej objawiają się jako tematy rozważań głównej bohaterki, córki pastora, w domu rodzinnym której religia od zawsze była bardzo ważnym elementem życia. Dziewczyna często powierza swój los opiece boskiej, zastanawia się nad istotą cierpienia, szuka opieki Najwyższego w najtrudniejszych dla niej momentach. Jest po prostu osobą wierzącą i często daje świadectwo swej wiary.

Fern Taylor od dzieciństwa była brzydkim kaczątkiem. Niezbyt urodziwa, nie za wysoka, bardzo szczupła, wyglądem przypomina małe dziecko i tak od zawsze jest traktowana. Do tego, zawsze stanowi wyraźny kontrast swojej najlepszej przyjaciółki, szkolnej gwiazdy, Rity. Wraz z kuzynem Baileyem, cierpiącym na postępujące porażenie mięśniowe, wspólnie spędzają czas, są też dla siebie najlepszym wsparciem w trudnych momentach zwątpienia w sens swojego życia. Jakby tego było mało, Fern zakochuje się w największym przystojniaku w szkole, gwieździe drużyny zapaśniczej, Ambrose Young'u. 

Ulokowanie pierwszych młodzieńczych uczuć szarej myszki, w najpopularniejszym chłopaku w szkole powoduje oczywiście, że dziewczyna staje się pośmiewiskiem kolegów Ambrose, a sam zainteresowany również nie czuje się z tą całą sytuacją komfortowo. Poza tym, myśli chłopaka nie skupiają się raczej na dziewczynach, tylko krążą wokół zupełnie innej sprawy. 

Zbliża się zakończenie liceum, a Ambrose postanawia zaciągnąć się do wojska. Jego decyzja ściśle wiąże się z wydarzeniami z 11 września, kiedy to w wieżowcach World Trade Center o mało co nie zginęła jego mama. Chłopak postanawia zostać żołnierzem i jechać na Bliski Wschód, ale ponieważ nie chcę iść na wojnę sam i przeżywać tej strasznej rzeczywistości samotnie, namawia na pobór do wojska swoich czterech najlepszych przyjaciół. Jak się można domyślać, z tej wojny nie wszyscy wrócą żywi, a nasz bohater, mimo że ocalał, przez rany fizyczne i psychiczne, które go naznaczyły, będzie odczuwał coś znacznie gorszego, od świadomości zbliżającej się śmierci.

Ambrose, kiedyś tak lubiany, teraz czuje się intruzem w rodzinnym miasteczku. Blizny na ciele i duszy bolą go każdego dnia, a jedynym jasnym punktem w jego depresyjnej codzienności staje się Fern, która wyciąga do niego rękę i próbuje pomóc mu zaaklimatyzować się na nowo wśród znajomych miejsc. Poza tym, dziewczyna ciągle kocha go swoją pierwszą, szczerą miłością, i mimo wszelkich zewnętrznych niedoskonałości, widzi w nim tylko piękne wnętrze. Czy dwojgu ludziom o złamanych sercach, skomplikowanej przeszłości i tak niskiej samoocenie, uda się zbudować coś trwałego?  Czy dadzą radę przeciwstawić się nieprzychylnym opiniom i pokonać problemy związane z postrzeganiem własnego ciała?
  
Wydawało by się, że powieść ta jest typowym romansem, mającym jedynie "poważniejsze" tło dla rozwijającej się relacji między dwoma głównymi bohaterami. To nie jest jednak prawda, bowiem mimo że relacja pomiędzy Fern i Ambrose wydaje się być wątkiem kluczowym tej historii, to tak naprawdę jest tylko jednym z wielu elementów tej opowieści. Oprócz niego w "Making faces" pojawia się motyw przemocy w rodzinie, radzenia sobie ze stratą, w sytuacji śmierci najbliższych, próby powrotu do normalności po trudnych przejściach, śmiertelnej choroby, odrzucenia przez społeczeństwo z powodu odmiennego wyglądu, a także wyżej przez mnie wspomniany wątek religijny, który w przypadku powyższych problemów ma swoje poważne uzasadnienie.

Powiem tak, ta książka jest poważniejsza, niż się na pierwszy rzut oka wydaje. Czyta się ją bardzo dobrze i mimo iż ma pewne "moralizatorskie" i pseudofilozoficzne momenty, to całość odbiera się raczej pozytywnie. Zdaję sobie oczywiście sprawę, że taka forma przekazu nie każdemu czytelnikowi może odpowiadać, stąd też książka nie do wszystkich przemówi. Jeśli chodzi o mnie, podobał mi się  trochę nieszablonowy pomysł na oklepany w książkach motyw, czyli splecenie losów "brzydkiego kaczątka" z szkolną gwiazdą sportu. Ciekawe były też wszystkie wątki dodatkowe, choć poruszające trudną tematykę, przez to okazały się być mocno wzruszające. 

Na pewno nie uznam czasu poświęconego "Making faces" za stracony. Stąd też zostawiam Was z moją opinią i zachęcam zainteresowanych do lektury.

Sardegna

Śląskie Targi Książki już w ten weekend!


posted by Sardegna on

1 comment

Czy wiecie, co będzie się działo w nadchodzący weekend? Tak, tak, dobrze kojarzycie, nadszedł w końcu czas Śląskich Targów Książki w Katowicach. Kolejny już raz na terenie MCKu, w sąsiedztwie Spodka odbędzie się to wielkie książkowe święto wszystkich miłośników literatury. I choć w tym roku październik jest miesiącem, w którym poza ŚTK odbywać się będą jeszcze targi w Krakowie, to mam nadzieję, że i nasze miasto przyciągnie wiele osób zakochanych w książkach, które będą mogły na żywo poznać swoich ulubionych autorów. Śląscy Blogerzy Książkowi, jak co roku pojawią się na targach, jako wystawcy. Na najbliższy weekend zaplanowaliśmy trzydniową wymianę książkową, event dla blogerów, oraz panel dyskusyjny z wydawcami. Szczegółowy plan działań ŚBKów znajdziecie poniżej:
Wymiana książkowa - tradycyjnie przez wszystkie dni targowe odbywać się będzie nasza wymiana. W skrócie - książka za książkę, byle mieściła się w odpowiednim roczniku 2005 - 2018. Szczegółowy regulamin znajdziecie klikając w link wydarzenia.

Z papieru na ekran - o ekranizacjach i adaptacjach słów parę..., czyli spotkanie skierowane dla młodzieży ze szkół podstawowych, które prowadzi nasz kolega Patryk Obarski. Spotkanie dotyczyć będzie adaptacji i ekranizacji filmowych. Czy w XXI wieku warto jeszcze czytać książki, czy może lepiej zobaczyć ekranizację na Netflixie? Jak wygląda proces przekładu z kartek na ekran? Czy można stworzyć w 100% wierną powieści ekranizację? [opis pochodzi z wydarzenia na FB]
Być czy mieć? Czy na blogu można się wzbogacić? Debata, która poruszać ma tematy ważne dla książkowych twórców internetowych. Śląscy Blogerzy Książkowi i Granice.pl przygotowali niespodzianki dla wszystkich zarejestrowanych blogerów.
"Pogadaj z wydawcą!"- Śląscy Blogerzy Książkowi zapraszają na spotkanie z pracownikami wydawnictw książkowych. Blogerze: jesteś początkujący i chcesz się dowiedzieć, jak nawiązać współpracę recenzencką z wydawcą? Zastanawiasz się, kto powinien napisać pierwszy: ty czy wydawnictwo? A może masz już pewne doświadczenie w tym temacie i chętnie posłuchasz, jakie są cienie i blaski takiej współpracy? Dowiesz się, co na ten temat myślą pracownicy działów PR-u? Trzy osoby z trzech różnych znanych wydawnictw opowiedzą o swoich doświadczeniach w tym temacie: m.in. czego oczekują od blogera w ramach współpracy i jak ją w ogóle nawiązać oraz czego bloger powinien unikać, pisząc do wydawcy. Blogerze, masz jakieś pytanie do wydawcy, związane z tym tematem? Nasi goście postarają się na nie odpowiedzieć [opis pochodzi ze strony wydarzenia].

 ***

Oczywiście oprócz naszych wydarzeń, program targów oferuje wiele innych atrakcji. Po szczegóły zapraszam na stronę wydarzenia TUTAJ .
Jeśli natomiast chodzi o moje plany na sobotę i niedzielę, spotkacie mnie przede wszystkim na stoisku z wymianą, gdzie będę dyżurować oraz na poniższych spotkaniach:

Sobota:
12.00–13.00 spotkanie z Sylwią Winnik MUZA SA, stoisko 63
14.00–15.00 Leszek Talko podpisuje zbiór felietonów Wydawnictwo SONIA DRAGA, stoisko 67
16.00–17.00 Mariusz Czubaj podpisuje swoje kryminały Grupa Wydawnicza Foksal, stoisko 22

Niedziela:
11.00–12.00 Spotkanie autorskie ze Stefanem Dardą VIDEOGRAF, stoisko 33
11.00–12.00 Spotkanie i dyżur autografowy - Robert Małecki Śląski Klub Fantastyki, stoisko 101
14.00–15.00 Sabina Waszut podpisuje swoje książki MUZA SA, stoisko 63


W związku z powyższą listą Autorów, do których chciałabym zajrzeć, przygotowałam książki do podpisu:


"Dobra - Noc" Sabina Waszut
"Skaza" Robert Małecki
"Dziecko dla odważnych" Leszek K. Talko
"Talki w wielkim mieście" Monika Piątkowska, Leszek K. Talko
"Dziewczynka z zapalniczką" Mariusz Czubaj
"Dom na Wyrębach" Stefan Darda
"Kurhanek Maryli" Ewa Bauer

Książki Sylwii Winnik nie mam, ale może uda mi się ją zakupić jeszcze przed TK.

Kto planuje być w Katowicach?  Zachęcam do podejścia do stosika ŚBKów, na pewno znajdzie się chwila na zapoznanie się i rozmowę.

Sardegna

"O czym myślą koty" Thomas McNamee


posted by Sardegna on , , , ,

No comments


Wydawnictwo: Nasza Księgarnia
Liczba stron: 352
Moja ocena : 3/6

Kocham koty całym sercem, to w końcu moje ulubione zwierzęta domowe. Kiedyś, gdy moje dzieci były małe, stawiałam bardzo wyraźny opór co do posiadania własnego zwierzaka w mieszkaniu, ale kiedy moje pociechy trochę dorosły, w końcu dałam się im namówić, ale z zastrzeżeniem, że w naszym domu może zamieszkać tylko i wyłącznie kot. 

I faktycznie, od trzech lat jesteśmy właścicielami Filona, kota brytyjskiego niebieskiego, chociaż bardziej właściwe byłoby stwierdzenie, że to raczej on jest naszym właścicielem. Rządzi wszystkimi, ma bardzo mocny charakter, przytula się i daje pogłaskać tylko na własnych zasadach, a ja czasami mam wrażenie, że on jest mądrzejszy od nas wszystkich razem wziętych., co zapewne jest prawdą.

W moim domu rodzinnym też od zawsze były koty, a mój najmilszy przyjaciel z dzieciństwa był ze mną dokładnie 22 lata, dlatego różne zachowania tych zwierząt i pewne sytuacje z nimi związane, nie były mi obce. Jednak kiedy zobaczyłam w ofercie Naszej Księgarni powyższy poradnik, a raczej kompendium wiedzy o kotach, stwierdziłam, że to może być super książka, która pomoże mi usystematyzować posiadane wiadomości, zrozumieć zachowanie charakternego czworonoga a także pozwoli po prostu dowiedzieć się czegoś nowego na jego temat.

No i tutaj pojawia się problem, bowiem tak bardzo chciałam, aby ta książka okazała się fajna i pomocna, dla takiego zwykłego miłośnika kotów, jakim jestem. Niestety, jeżeli ktoś spodziewa się poradnika, książki behawiorystycznej, która coś podpowie, wytłumaczy, jak można sobie wyjaśnić niektóre zachowania pupila, to tutaj tego raczej nie znajdzie. 

"O czym myślą koty" nie jest w prawdzie książką popularnonaukową, ale opiera się na naukowych opracowaniach, a punkt widzenia Autora, przedstawiony jest w postaci poważnych esejów. Zresztą Thomas McNamee na co dzień jest cenionym eseistą i autorem publikacji o tematyce przyrodniczej, stąd też widać, że nie jest on w swoim pisaniu amatorem, tylko profesjonalistą. Ilość bibliografii w tej książce również jest imponująca, co świadczy o tym, że materiał został przygotowany przez Autora rzetelnie i w sposób przemyślany. McNamee włożył na pewno olbrzymią ilość pracy w stworzenie tej książki, niestety, jego rozważania na temat zachowań kotów, opierające się głównie na przykładzie jego kotki Augusty są napisane bardzo trudnym, naukowym językiem, brzmią bardzo mądrze, ale przez to 3/4 tekstu jest po prostu nieprzyswajalne dla czytelnika, który choćby był największym miłośnikiem kotów, nie znajdzie w tej książce przydatnych wskazówek lub ciekawostek.

Informacje z kociego życia przekazywane są w sposób bardzo sztywny, "na sucho" i choć początkowo się na to nie zapowiadało, bowiem Autor sporo czasu poświęcił na wytłumaczenie, dlaczego to zwyczaje i zachowania jego kotki stały się inspiracją do napisania tej książki, to ostatecznie całość wyszła mu bardzo nieżyciowo. Fakty o kocim żywocie są raczej encyklopedyczne, które owszem przydałyby się do jakiejś pracy naukowej, ale statystycznemu właścicielowi kota nie przyniosą żadnego pożytku.  

Żeby nie było tak zupełnie źle, powiem, że znalazłam w tej książce parę ciekawych informacji, które faktycznie mnie zaskoczyły, albo utwierdziły w jakimś przekonaniu, że właśnie to, co wydawało mi się słuszne w przypadku wychowania kota, albo czego się na temat mojego zwierzaka domyślałam, jest prawdą. Jednak tych informacji jest o wiele, wiele mniej, niż suchych faktów, podpartych fachową literaturą, które zwykłemu kociarzowi niczego nie wyjaśnią.

Szkoda wielka, bo ta książka ma olbrzymi potencjał. Wydawało mi się, że będzie to taka moja "kocia biblia", do której będę sięgać w momencie, kiedy będę chciała coś sobie przypomnieć, poczytać o zwyczajach mojego pieszczoszka, albo wesprzeć się jakąś konkretną wiedzą. Wyszło, jak wyszło, dlatego żałuję, że nie będę mogła Wam polecić tej książki w takim stopniu, jak bym chciała.

Sardegna

4 siostry - 4 żywioły, czyli o powieściach "Ja chyba zwariuję! " oraz "Wierność jest trudna" Agaty Przybyłek


posted by Sardegna on , , , ,

1 comment

Pod koniec sierpnia premierę miała kolejna książka polskiej pisarki Agaty Przybyłek, o dość przewrotnym tytule "Wierność jest trudna". Historia reklamowana, jako komedia romantyczna, pełna pomyłek, w sam raz na końcówkę wakacji, uświadomiła mi, że mam przecież na półce tom pierwszy serii "Miłość i inne szaleństwa", czyli powieść o wieloznacznej nazwie "Ja chyba zwariuję!", o której zupełnie zapomniałam. W związku z premierą tomu drugiego stwierdziłam, że to jest doskonała okazja, żeby zabrać się w końcu za tą historię. Zaczęłam więc czytać po kolei, jak należy, co w moim wypadku naprawdę należy do rzadkości.

Ową serię na potrzeby własne nazywam "żywiołową", bowiem docelowo ma mieć ona cztery tomy i opisywać perypetie czterech sióstr, Niny. Małgorzaty, Patrycji i Elizy, z których każda ma inną charyzmę, charakter i jest przedstawiona, jako inny żywioł. Każda z kobiet jest na innym etapie życia, ma swoje osobiste sprawy, związki, problemy, upadki i wzloty. "Ja chyba zwariuję!" opisuje perypetie najstarszej z nich Niny, będącej jak powietrze, natomiast "Wierność jest trudna" dotyczy najmłodszej siostry, Elizy, przyrównanej do wody. 

Wydawnictwo: Czwarta Strona
Liczba stron: 384
Moja ocena : 5/6

Nina ma trzydzieści parę lat, ale jest już nieźle doświadczona przez życie. Po dość burzliwym związku z mało odpowiedzialnym mężczyzną, aktualnie jest rozwódką, samotnie wychowującą dwójkę małoletnich dzieci. Kobieta ogóle jest dość zabieganą osobą, pracuje, jako salowa w szpitalu, bowiem przez szybkie wyjście za mąż i zajście w ciążę nie zdążyła skończyć studiów, samotnie ogarnia dzieci i zmaga się przeróżnymi problemami samotnej matki. Ciągle się śpieszy, wiecznie jest w niedoczasie, a do tego ma wyrzuty sumienia i poczucie, że zaniedbuje swoje dzieci

Nina pracuje w szpitalu psychiatrycznym, i jakby mało miała problemów w życiu osobistym, trafia jej się nachalny pacjent, którego autentycznie zaczyna się bać. W tej trudnej sytuacji, kobiecie pomaga przystojny i samotny, znany na oddziale lekarz Jacek. Nina zafascynowana tym, ze mega atrakcyjny psychiatra zainteresował się zwykłą salową, nie traktuje ich znajomości poważnie, jednak z czasem między bohaterami coś się zaczyna dziać.

Jacek tylko pozornie jest poukładanym człowiekiem bez zobowiązań, bowiem na co dzień ma dość skomplikowaną sytuację rodzinną. Mieszka z nadopiekuńczą matką, która traktuje dorosłego syna, jak dzidziusia, a mężczyzna, mimo że jest wykształconym lekarzem i pomaga osobom z zaburzeniami, sam boi się poważnie o swoje zdrowie psychiczne i przyszłość.
Związek tych dwojga nie obejdzie się bez spięć, ale niekoniecznie na linii Nina - Jacek, ale raczej z powodu teściowych z piekła rodem: matki lekarza oraz Sabiny Dudek, mamusi czterech dorosłych córek - postaci kultowej samej w sobie.

Sabina to energiczna pięćdziesięciolatka, kobieta o dość burzliwej przeszłości, gdyż każda z jej córek, oprócz bliźniaczek oczywiście, ma innego ojca. Całą życiową energię pożytkuje na to, aby jej dzieci zaznały szczęścia i dobrze ustawiły się w życiu. Stąd też Sabina nieustannie wtrąca się w sprawy Niny, a także w życie pozostałych kobiet, przychodząc z dobrymi radami, a często podejmując za nie decyzje. 

Czy w otoczeniu dwóch nadgorliwych mamusiek, będzie w ogóle możliwe, aby Nina i Jacek ułożyli sobie życie? Ta historia pełna jest humoru, zwłaszcza w wydaniu nadopiekuńczej mamy Jacka, ale też Sabiny, której pomysły prześcigają się w byciu absurdalnymi. Jak można się domyślić, książka kończy się happy endem, po to, aby czytelnik mógł płynnie przejść do historii kolejnej siostry, Elizy, przedstawionej w części drugiej.

Wydawnictwo: Czwarta Strona
Liczba stron: 390
Moja ocena : 5/6

Eliza, jako najmłodsza z bliźniaczek jest oczkiem w głowie Sabiny, która upatruje w niej cały swój wychowawczy sukces. Najmłodsza siostra Niny jest kobietą bardzo delikatną, łagodną subtelną, ale też pokorną i poukładaną, w odróżnieniu do swojej bliźniaczki Patrycji, szalonej i niezależnej artystki. Eliza jest też bardzo dziewczęca, co wyraża całą sobą, ale również swoją wartość upatruje w tradycyjnym modelu rodzinnym i w narzeczonym Pawle, wieloletnim chłopaku, który jest idealnym kandydatem na męża i zięcia. Cała rodzina żyje przygotowaniami do ślubu młodych, już za parę tygodni mających powiedzieć sobie sakramentalne "tak". Wszystko zmienia się jednak w momencie, kiedy Eliza przypadkowo poznaje Szczepana, niepokornego motocyklistę, a ich znajomość burzy jej poukładane życie.

Na początku ich relacja jest na stopniu typowo przyjacielskim, jednak z czasem okazuje się, że wbrew zdrowemu rozsądkowi i wszystkim wartościom, w jakie Eliza do tej pory wierzyła, zaczyna ona coś do Szczepana czuć. Jednak ślub z Pawłem zbliża się wielkimi krokami, kobieta chce też być lojalna wobec matki, musi więc jakoś wyjść z tego impasu. Do tego, problemem staje się jeszcze Patrycja, która w odróżnieniu od siostry dokładnie wie, czego chce, a jej również podoba się Szczepan. Jak zatem zakończy się ten galimatias? Czy Eliza zdecyduje się pójść za głosem rozsądku, czy serca?

Pierwszy i drugi tom serii "Miłość i inne szaleństwa" Agaty Przybyłek okazał się naprawdę fajny i jeżeli będą się pojawiały kolejne części tej żywiołowej serii, na pewno po nie sięgnę. Muszę obowiązkowo poznać jeszcze historię Patrycji i Małgorzaty. Domyślam się też, jakimi żywiołami obdarowała dziewczyny Autorka. Patrycja jest na pewno ogniem, co pokazała w "Wierności...", natomiast Małgorzata - ziemią.

Nie da się ukryć, że obie te historie są bajkami dla dużych dziewczynek, bohaterki postaciami trochę przerysowanymi, jak Sabina, albo wyidealizowanymi, czego przykładem jest Eliza, która drażniła mnie niemiłosiernie, bo jest takim typem człowieka, którego totalnie nie akceptuję, ani na co dzień, ani w książkach, albo Szczepan, który, jak na zbuntowanego motocyklistę mógłby pokazać nieco więcej charakteru. W każdym razie, jeżeli do książek Autorki podchodzi się z odpowiednim dystansem i przeświadczeniem, że oto właśnie ma się przed sobą miłą i niezobowiązującą lekturę, wrażenia czytelnicze będą, jak najbardziej zadowalające.

Sardegna

"Kłopoty za rogiem" Chris Higgins


posted by Sardegna on , , , ,

No comments

Po wpisie mojej Córki na temat "Gangu Godziny Duchów" , "Zuli i magicznych obrazów" oraz drugim tomie serii "Dziewczyny kodują", przyszedł czas na kolejną notkę. Tym razem opisała ona książkę "Kłopoty za rogiem", historię, którą dla niej wybrałam, bo wydawała mi się zabawna, przyjemna, i idealnie pasująca do jej gustu. Stało się inaczej. Moja Córka jakoś opornie zabierała się za tą książkę, a kiedy zaczęła już ją czytać, nie mogła dokończyć, co w jej przypadku jest naprawdę zaskakujące. Coś jej w tej historii nie pasowało, a kiedy pisząc notkę spytała mnie, czy może dać jej niską ocenę, wiedziałam, że coś jest na rzeczy. Zapraszam zatem do przeczytania, co na temat poniżej "Kłopotów za rogiem" ma do powiedzenia Dziesięciolatka (podobnie, jak to miało miejsce wcześniej, tekst jest 100% jej autorstwa, a ja poprawiłam tylko drobne błędy interpunkcyjne). UWAGA: tekst może zawierać SPOJLERY:

Wydawnictwo: Wilga
Liczba stron: 160
Moja ocena : 3/6

Historia opowiada o pewnym rodzeństwie. Dzieci nazywają się Bella i Sid i przeprowadzają się do nowego domu, jak go określił Sid „domu z buzią”. Nowy dom, do którego się przenoszą, okazał się stary i przerażający, więc radość Belli z powodu przeprowadzki wyparowała, a do tego dzieciaki nie umieją znaleźć nikogo, kto mógłby być dobrym towarzyszem zabaw. Kiedy rodzeństwo wychodzi na podwórko, poznaje wesołą i energiczną Martę. Dziewczynka ma dwa blond warkocze, zakończone kokardkami i zawsze chodzi uśmiechnięta. Od razu zaprzyjaźnia się z Bellą i Sidem i już w trójkę idą bawić się na strych, gdzie spotykają…. ducha! 

Bella śmiertelnie się boi i nie zamierza już nigdy tam wrócić, dlatego opowiada mamie o zmartwieniu, ale ta nie uważa ducha za coś wielkiego. Gdy jednak widzi córkę w rozpaczy, popiera ją obiecując, że pójdzie na strych i sprawdzi, ale teraz musi urządzić dom i posprzątać. Gdyby nie ten duch, dziewczynka czułaby się, jak w domu.
 
Bella zaprasza Martę do domu na kolejną zabawę i wtedy, wraz z bratem zaczynają chwalić się kominkiem. Nawołują, a kiedy odpowiada im tylko echo, wpadają na pomysł, by powspinać się na półkę umieszczoną w kominku. I teraz dopiero zaczynają się kłopoty, bo piękny posprzątany dom staje się ubrudzony smołą. Na szczęście, na pomoc przychodzi babcia Marty, która pomaga posprzątać, ale przez przypadek strąca na ziemię mały dzbanuszek. Gdyby tego było mało, Marta proponuje pobawić się w ślub. Bella ubiera suknię ślubną mamy, a Sid marynarkę taty. 

Na nieszczęście mama myśli, że to wszystko pomysł Belli, każe więc przemyśleć jej swoje zachowanie w pokoju. Następnego dnia Marta przychodzi do domu koleżanki i przeprasza ją, ale gdy próbują wymyślić nową zabawę, Marta ciągle się wymądrza. Ostatecznie dzieci postanawiają się pobawić w chowanego na strychu, mimo że Bella mówi, że tam jest duch, Marta jest odważna i zamierza to zbadać. Gdy dzieci idą na strych zatrzaskują się drzwi, nad nimi lata biała postać trzepocząc skrzydłami i nagle... Bella spada w dół, klinując się w dziurze prowadzącej do kominka. Wtedy przybiegają rodzice i znajdują w gruzach córkę całą i zdrową. Bella tłumaczy mamie, jak było z tym bałaganem i zabawą w ślub, więc mama jej wybacza.

Niestety "Kłopoty za rogiem" mało mi się podobały. Ta książka jest przeznaczona bardziej dla młodszych dzieci. Jest bardzo dziecinna i prosta. Wolę czytać inne, bardziej skomplikowane opowieści. 
Ania lat 10

*** 

No cóż, nic dodać, nic ująć. Moja Córka ma swój gust, który trzeba uszanować. Także zostawiam Was z tym wpisem i życzę udanego zbliżającego się weekendu.

Sardegna

"Zerwa" Remigiusz Mróz


posted by Sardegna on , , , ,

1 comment


Wydawnictwo: Filia
Liczba stron: 496
Moja ocena : 6/6
  
To już będzie mój ostatni wpis na temat serii Remigiusza Mroza z komisarzem Wiktorem Forstem w roli głównej, "Zerwa" jest bowiem  ostatnim tomem, który wieńczy tą wspaniałą opowieść. I z jednej strony jest mi żal, że to już koniec, z drugiej jednak cieszę się, że Autor postanowił w taki właśnie, a nie inny sposób, w danym momencie, zakończyć ową historię. Wiadomo, w przypadku dobrze przyjętych przez czytelników serii, trudno jest powiedzieć sobie stop. W takiej sytuacji ciężko nie przedobrzyć i nie przekombinować, zdarzają się bowiem takie kontynuacje, które robione są na siłę, a kolejnych tomów nie czyta się już z takimi wielkimi emocjami i frajdą, jak na początku.

Na szczęście takie problemy nie dosięgają tatrzańskiej serii Mroza. Uważam, że pięć tomów opisujących przygody Forsta i jego walki z Bestią z Giewontu, jest odpowiednią liczbą książek poruszających ten temat, a sama "Zerwa" przyniosła naprawdę godne zakończenie tej historii.

Tak, jak już pisałam przy okazji poprzednich części, faktycznie ta fabuła podobała mi się bardziej, niż prawnicza seria z Chyłką i Zordonem. Będę ją teraz stawiała na swoim pierwszym miejscu w rankingu wszystkich powieści Mroza, których przeczytałam już naprawdę sporo (ostatnio zapoznałam się z najnowszym "Hashtagiem" i kolejny raz potwierdza się fakt, że Autor zdecydowanie lepiej wypada w seriach, niż powieściach indywidualnych).

Bestia z Giewontu ciągle działa, ale teraz robi to już w taki sposób, żeby o swoim istnieniu powiedzieć całemu światu i przekazać ludziom, którzy jego zbrodnie śledzą na bieżąco, co tak naprawdę nim kieruje, i jaki ma w swoich poczynaniach cel. Przygotowuje swój misterny plan, w którym to jego obserwatorzy, a najbardziej depczący mu po piętach Wiktor Forst, mają poczuć moc Bestii i zobaczyć, na co go tak naprawdę stać. Komisarz jednak nie ustępuje mu ani na krok, choć bóle głowy i migreny, które bohater odczuwa już od dłuższego czasu stają się przyczynami zaników pamięci, więc znacznie utrudniają mu prowadzenie śledztwa. Wiktor zupełnie nie pamięta, co robił w ostatnim czasie, natomiast odkrycie śladów przy kolejnych ofiarach Bestii może sugerować, że Forst był obecny w miejscu zbrodni lub ma w jakiś inny sposób z nią związek.

Wiktor próbuje przypomnieć sobie szczegóły, w czym pomaga mu grono jego współpracowników, czyli wiekowy komendant Edmund Osica i prokurator Dominika Wadryś - Hansen, jednak i ci mają do niego ograniczone zaufanie, zwłaszcza po szeregu akcji opisanych w "Deniwelacji". Sprawa stoi w miejscu, nie wiadomo bowiem, co wydarzyło się wcześniej i doprowadziło do momentu, w którym bohaterowie aktualnie się znajdują. 

Autor przenosi więc czytelnika w to brakujące miejsce i czas akcji, pokazując krok po kroku, co robił Forst wtedy, kiedy go nie było. Po otrzymaniu tajemniczego maila, kierującego jego uwagę na Olgę Szrebską, Wiktor rzuca wszystko i rusza śladem swojej przyjaciółki. Wszelkie tropy prowadzą go do Finlandii, do małej wioski leżącej za kołem podbiegunowym. na miejscu jednak trafia na ślad jeszcze innego przestępstwa, którym to, jak to zakopiańskiego komisarza przystało, postanawia się zająć.

Jak zatem z zimnej północy Forst znalazł się w Zakopanem? W jaki sposób związany jest z ofiarami  i czy uda mu się w końcu zatrzymać mordercę? "Zerwa" przyniesie ostateczną konfrontację bohaterów, jednak czy Forstowi uda się pokonać Bestię z Giewontu i najważniejsze pytanie, czy będzie to ich ostateczna rozgrywka, tego czytelnik będzie musiał już dowiedzieć się sam.

Finał górskiej pentalogii Mroza naprawdę będzie warty uwagi i nie przyniesie rozczarowania serią, czy poczucia, że ostatni tom zmarnował jej potencjał. W każdym razie, tak było w moim przypadku. Nie ukrywam jednak, że "Zerwa", poza zakończeniem, wydała mi się najsłabszym ogniwem tej opowieści. To ona, a nie "Deniwelacja", jak mówiono na blogach, okazała się dla mnie najbardziej przekombinowana, zwłaszcza jeśli chodzi o motyw finlandzki.

Bardzo serdecznie polecam wszystkie pięć tomów serii tatrzańskiej ("Ekspozycja", "Przewieszenie", "Trawers", "Deniwelacja", "Zerwa") Remigiusza Mroza. Lektura dostarczy czytelnikom wielu emocji i prawdziwej przyjemności spędzania czasu z książką. Historia o Forście łączy w sobie wiele gatunków, jest to bowiem mieszanka kryminału, sensacji, obyczajówki z powieścią przygodową. I choć faktycznie, wiele z wydarzeń opisanych w książkach nie miało prawa zdarzyć się w realnym życiu, to mi to osobiście nie przeszkadza. Nie o to przecież chodzi w literaturze, która ma dostarczać rozrywki, a gwarantuję, że seria ta dostarczy jej aż nadto!


  Sardegna