Pokazywanie postów oznaczonych etykietą muzyka. Pokaż wszystkie posty

"Rahim. Ludzie z tylnego siedzenia" Sebastian Salbert, Przemysław Corso


posted by Sardegna on , , , , , , ,

2 comments


Wydawnictwo: SQN
Liczba stron: 305
Moja ocena : 6/6 

Moja pierwsza, przeczytana książka w nowym roku okazała się prawdziwą petardą! Mam nadzieję, że to taki dobry znak, zwiastujący, że cały rok okaże się świetny czytelniczo. Nie zdarzyło mi się bowiem, aby książka przeczytana w styczniu, i to jeszcze na początku miesiąca, była moim kandydatem do książki roku. W każdym razie "Rahim. Ludzie z tylnego siedzenia", autorstwa Sebastiana Salberta, czyli tytułowego Rahima oraz dziennikarza Przemka Corso, okazała się dla mnie wyjątkową lekturą. I choć na pierwszy rzut oka wydaje się być biografią muzyka, rapera, jednego z trzech członków tworzących dwadzieścia lat temu legendarny skład Paktofonika, tak naprawdę jest to bardzo przemyślana historia dojrzałego człowieka, który wiele w życiu widział i swoje przeżył, ale dzięki temu sporo się nauczył, wyciągnął wnioski, aby teraz znaleźć się w najlepszym dla siebie miejscu. 
 
Mam do Rahima i Fokusa wielką słabość. Może dlatego, że muzyka Paktofoniki, a teraz Pokahontaz towarzyszy mi od lat, a może dlatego, że jestem lokalną patriotką, a chłopaki pochodzą ze Śląska, Rahim z mojego miasta Mikołowa, Fokus, z bliskich mi Katowic, więc w ich twórczości często pojawiają się wątki regionalne i szacunek do korzeni (mój ulubiony "Habitat"). Generalnie muzyka Pokahontaz jest mi bardzo bliska, podobnie, jak kawałki Paktofoniki, choć teraz traktuję je już bardziej sentymentalnie, ale z chęcią do nich wracam. Obserwuję też indywidualne projekty Rahima i Fokusa, albo kolaboracje, które przez lata stworzyli, zawsze znajdując coś dla siebie. Nie mogłam więc przejść obojętnie obok takiej książki. 
 
Na początku muszę jednak zaznaczyć, że jeżeli ktoś sięgnie po "Ludzi z tylnego siedzenia" z czystej ciekawości, jak Rahim wspomina czasy powstania Paktofoniki, pierwsze muzyczne próby, znajomość z Magikiem, i przy okazji chce podchwycić jakieś pikantne szczegóły z życia młodych gniewnych, może się nieco rozczarować. Owszem, Rahim poświęcił Paktofonice sporo miejsca w swej książce, w końcu był to ważny etap w jego życiu, ale nie jest to istota jego opowieści. Rahim opowiada globalnie o swojej twórczości, muzycznych projektach, udanych bądź nieudanych na przestrzeni lat, współpracach, młodości w rodzinnym mieście, głównie poświęca jednak uwagę ludziom, których napotkał na swej drodze, a oni w zdecydowanej mierze zdefiniowali jego dalsze życie. I to właśnie jest najlepsze w tej książce.
 
Rahim wspomina w swej opowieści wiele postaci, które w jakiś sposób wpłynęły na jego przeszłość i teraźniejszość. Mówi o "ludziach z tylnego siedzenia", czyli tych, którzy swoją obecnością i wsparciem "z zaplecza" bardzo wspomogli jego karierę, zarówno solową, jak i tą związaną z Paktofoniką, czy Pokahontaz.
 
Muzyk mówi o tym, jak ważne dla niego w pracy i kreowaniu czegoś nowego, jest wsparcie, pozytywna energia i podobny punkt widzenia. Lubi i stara się otaczać ludźmi, którzy go inspirują, motywują, pchają naprzód, skłaniają do pozytywnych zmian, i do sięgania wyżej. Między innymi dlatego czuję, że ta książka jest dla mnie tak ważna. Z wieloma przemyśleniami Rahima bardzo się identyfikuję. Sama nie lubię ludzi, którzy demotywują, marudzą, narzekają, ściągają w dół, a ich obecność jest mocno przytłaczająca. 
 
Jak to w życiu bywa, czasami trafiają się sytuacje pozytywne, spektakularne, pełne dobrej energii, czasami negatywne, trudne i brzemienne w skutki. Sztuką jest wyciągać dla siebie wnioski i złe doświadczenia przerobić na coś pozytywnego. Rahim wspomina wiele taki sytuacji, które zburzyły jego spokój. Przez lata występowania na scenie, raper narażony był także na różne pokusy i nałogi, przeżywał różne fazy i targały nim przeróżne emocje. Zaimponował mi jednak swoją dojrzałością, dążąc do bycia poukładanym w każdej sferze życia, począwszy od sfery osobistej, poprzez zawodową i twórczą.
 
Tak, jak wspomniałam na początku, jest to bardzo dojrzała opowieść (niekoniecznie biografia), człowieka, który pokazuje, jak różne doświadczenia życiowe ukształtowały jego charakter i wpłynęły na postrzeganie świata. Rahim wyłania się z tej historii, jako człowiek bardzo mądry życiowo, a jednocześnie pokrewny mi charakterologicznie. Reprezentuje taki typ osobowości, który bardzo mi odpowiada. Lubię współpracować i otaczać się ludźmi o podobnych cechach. Osobami pracowitymi, zorganizowanymi, o dużym poczuciu odpowiedzialności, dążącymi do celu, ale nie po trupach i nie za wszelką cenę, znającymi swoją wartość, ale bez nadmiernej pychy, ludźmi, którzy na swoją pozycję musieli ciężko zapracować, ale teraz mogą zbierać żniwo swego wysiłku, będącymi idealnym odzwierciedleniem powiedzenia "co cię nie zabije, to cię wzmocni ".
 
Oprócz osobistych przemyśleń, Rahim sporo miejsca w swej książce poświęca pracy. Opisuje drogę do etapu, w którym jest właścicielem studia nagrań MaxFloRec, wspomina niełatwe początki w świecie muzycznych wytwórni, współpracę z Magikiem i Fokusem przy okazji Paktofoniki, a także dalszą pracę z Fokusem przy tworzeniu kolejnych płyt Pokahontaz, różne kolaboracje, jakie powstały na przestrzeni lat i zaowocowały wieloma płytami, albo pojedynczymi kawałkami. Przybliża, jak wygląda jego proces twórczy, jaki styl pracy mu odpowiada, czym się inspiruje, i jak przez lata budował i wzmacniał swoją markę. W tej historii znajdziemy parę szczegółów na temat pracy nad produkcją filmu "Jesteś bogiem", a także skrawek życia prywatnego, który odsłania przed czytelnikami Rahim.
 
Nie da się ukryć, że muzyk mógłby opowiedzieć w swej książce bardzo wiele ciekawostek zakulisowych, albo nieznanych szerszej publiczności wspomnień, związanych z Magikiem i PFK, prawda jest jednak taka, że jego wypowiedzi, czy refleksje są bardzo wyważone i wolne od sensacji, czym udowadnia, że do pewnych tematów oraz plotek potrafi podejść z dystansem i odpowiednio je skomentować.
 
Na koniec jeszcze tylko wspomnę, iż pisząc o "Ludziach z tylnego siedzenia" nie mogłabym nie  nadmienić o Przemku Corso, pisarzu, felietoniście, dziennikarzu, który wsparł pisarską drogę Rahima przy tworzeniu tej książki. A trzeba zaznaczyć, że jest ona bardzo dobrze napisana i jej czytanie sprawia prawdziwą "literacką przyjemność".
 
Książka Rahima nie jest przeznaczona tylko dla fanów rapera, czy Paktofoniki, chociaż podejrzewam, że to im sprawi największą przyjemność. Mnie sprawiła radość na wielu płaszczyznach i już wiem, że znajdzie się w mojej dziesiątce top książek roku 2021. 
 
Sardegna

"Wszystkie ulice bogów" Miuosh w rozmowie z Arkadiuszem Gruszczyńskim


posted by Sardegna on , , , , , ,

2 comments


Wydawnictwo: Znak
Liczba stron: 285
Moja ocena : 6/6


Może tego o mnie nie wiecie, ale jestem wielką fanką polskiego rapu. Często wzbudza to zdziwienie lub zaskoczenie w osobach, które dowiadują się, jaka muzyka jest mi najbliższa, bo jednak nie afiszuję się z tym specjalnie. Według mnie muzykę ma się w sercu i niepotrzebnym jest uzewnętrznianie się w tej kwestii. W każdym razie polski rap, rap mojego pokolenia, czyli dzisiejszych trzydziestoparolatków, zbliżających się do czterdziestki, jest mocno "mój".

Oczywiście, kiedy mówię o tej muzyce, mam na myśli Paktofonikę, Kaliber 44 oraz najbliższy mi od lat Pokahontaz. Lubię też okazjonalnie posłuchać kawałków składów, którym patronuje wytwórnia płytowa Max Flo Rec, albo archiwalnych utworów wykonywanych w przeróżnych składowych kombinacjach. I stąd właśnie od lat znam Miuosha, jego charakterystyczny, mocny głos i cięty język.

Jednak ten Miuosh, którego od lat słuchałam w wersji Projektora, albo w kawałkach z Rahimem jest zupełnie inny, od tego dzisiejszego. I choć to zupełnie logiczne, w końcu każdy z nas dorasta, dojrzewa, z wiekiem się zmienia, to jednak "Wszystkie ulice bogów" dały mi nową, tak zaskakującą perspektywę, że do teraz nie mogę wyjść ze zdziwienia. Miuosh wyłaniający się z zapisanych w książce rozmów stał się dla mnie zupełnie nową osobą. Dojrzały, wyważony, o jasno sprecyzowanych poglądach, mocno "dorosły" od czasu, kiedy słuchałam go po raz ostatni na bitach sprzed piętnastu lat. Podoba mi się to, co widzę i to, o czym czytam, i bardzo łatwo jest mi się z tym utożsamiać. 

Miłosz w bardzo szczerej rozmowie z dziennikarzem Arkadiuszem Gruszczyńskim, opowiada o swojej przeszłości, rapie, niełatwych początkach muzycznych, biedzie, sukcesie, Kobiecie, która od lat stoi u jego boku, bez względu na okoliczności, o córce, rodzicach, a nawet dziadkach, o tym, co go fascynuje, co kocha, co go boli i czego nienawidzi, ale przede wszystkim opowiada o Śląsku, o miejscu, które doskonale znam, szczerze kocham i nie wyobrażam sobie życia gdziekolwiek indziej. Nie dziwi więc, że obraz pojawiają mi się przed oczami w czasie lektury, osoba współczesnego trzydziestoparolatka, Ślązaka, człowieka z pasją, takiego trochę rozdartego pomiędzy tradycją ojców i dziadków, a nowoczesnością, jednak mocno związanego ze swoim korzeniami, jest mi niesamowicie bliski.

Miuosh pisze o swoim zakorzenieniu, o przywiązaniu do Śląska, a ja mocno mu kibicuję, jak zresztą chłopakom z Pokahontaz, którzy często podkreślają w swych utworach dumę ze swej lokalnej społeczności i wielkie przywiązanie do korzeni. Śląsk widziany oczyma Miuosha jest moim Śląskiem. Mieszanką współczesności i tradycji, chęcią prowadzenia takiego życia, jak ojcowie i dziadkowie, uporządkowanego, statecznego z etosem pracy, ale jednocześnie chęcią przeżywania czegoś nowego i wyjścia trochę poza ramy tej naszej śląskiej kultury. Doskonale to rozumiem, wychowana w typowo śląskiej rodzinie, ciągle jestem dwujęzyczna, a gwara ciągle mi towarzyszy, kiedy tylko wracam do rodzinnego domu. Niektóre śląskie tradycje i zwyczaje, poglądy i styl bycia są mi bardzo bliskie, mocno we mnie zakorzenione, i sama kultywuję je w swoim domu, jednak w innych kwestiach chciałabym już pójść naprzód. Stąd też, czytając teksty Miuosha i to nie tylko te, dotyczące Śląska, ale również rodziny, równowagi życiowej, czy pracy, odnajdywałam w nich samą siebie.


Zapisy rozmów, a także felietony Miuosha, przeplatane są niepublikowanymi dotąd tekstami piosenek i bardzo wymownymi czarno - białymi zdjęciami. Myślę, że na osobach, które niekoniecznie odnajdują się w stylistyce rapu, albo nie pochodzą ze Śląska, teksty "Wszystkich ulic bogów" również mogą robić wrażenie. Przede wszystkim swoją dojrzałością, tym, jak są przemyślane, a także, jak mogą stać się bliskie. Znalazłam w tej książce bardzo wiele dla siebie i utwierdziłam się w przekonaniu, że Śląsk to stan umysłu, "piąta strona świata" i najukochańsze miejsce do życia.

Jeśli znacie muzykę Miuoha, to wiecie o czym mówię. Jeśli nie kojarzycie, koniecznie ją sprawdźcie. Najlepiej zacznijcie od "Piątej strony świata" nagranej w 2011 z nieżyjącym już, śląskim bluesmanem, Janem "Kyksem" Skrzekiem. 



Sardegna

"Linkin Park. Wszystko jest hybrydą" Brad Whitaker


posted by Sardegna on , , , ,

16 comments


Wydawnictwo: In Rock
Liczba stron: 60
Moja ocena : 6/6

Nie wspominam w Książkach Sardegny o moich ulubionych gatunkach muzycznych, ale dzisiaj zrobię wyjątek, bo w ramach pożyczki trafiła do mnie skrócona wersja biografii jednego z moich ulubionych zespołów.

Linkin Park towarzyszy mi prawie od samego początku istnienia, czyli od 2000 roku. Wiadomo, ponad dziesięć lat temu miałam do ich muzyki zupełnie inne podejście. Został mi jednak do dnia dzisiejszego wielki sentyment do tej kapeli, a ich pierwsza płyta "Hybrid Theory" nadal jest na liście moich ulubionych. Obecnie nie zasłuchuję się już godzinami w ich piosenkach, ale lubię sobie czasem poszaleć w samochodzie i posłuchać co niektórych kawałków nieco głośniej, co może nie przystoi takiej statecznej mamusi jak ja (chociaż dzieci akurat na LP nie narzekają).

Książka, chociaż raczej broszura (ma tylko 60 stron a z czego większość, to zdjęcia archiwalne), jest przeznaczona typowo dla fanów zespołu. Historia Linkin Park przedstawiona została w w wielkim skrócie. Treść skupiona na poszczególnych członkach kapeli też została okrojona tylko do najważniejszych momentów: tych sprzed LP, punktu zwrotnego w historii popularności zespołu i trzech pierwszych lat ich działalności.

Mnie to akurat wystarcza. Nie śledzę na bieżącą poczynań LP, nie czuję już potrzeby bycia "na topie" w tym temacie. Lubię zespół, taki jaki był na początku swego istnienia. Uwielbiam ich kawałki z pierwszej płyty. Dla mnie LP to zawsze będzie taka grupa, którą można zobaczyć w poniższym nagraniu na żywo: "A place for my head" - mój osobisty numer jeden:


  

Sardegna