Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Editiored. Pokaż wszystkie posty

"Sponsor" tom I i II K.N. Haner


posted by Sardegna on , , , , , ,

2 comments

Po ostatniej lekturze książki autorki ("Femme fatale"), która okazała się dla mnie mocno nieudana, stwierdziłam, że nie sięgnę już więcej po powieści autorstwa K.N. Haner. Jednak parę miesięcy później mam za sobą nie jedną, ale dwie książki autorki. O co tutaj chodzi? 
 
 
 Wydawnictwo: Editiored
Liczba stron: 512/ 416
Moja ocena : 3/6 i 3/6
 
Nie raz pisałam o tym, że lubię na własnej skórze sprawdzać książki, które porywają tłumy, a powieści KN.Haner właśnie do takich należą. Jak do tej pory, miałam kilka podejść do jej książek, z czego jedne okazały się w porządku, ale inne mocno rozczarowujące. Dlatego sprawdzam dalej, co mi odpowiada, zwłaszcza kiedy ktoś kieruje do mnie konkretne polecanki. Taka sytuacja miała miejsce właśnie przy okazji targowej wymiany Śląskich Blogerów Książkowych, gdy jedna z uczestniczek wymiany zachwalała mocno powyższą serię. Ugięłam się więc z nadzieją, że "Sponsor" wypadnie lepiej, niż "Femme fatale".
 
I faktycznie, historia była całkiem okej, jeżeli szukamy czegoś lekkiego, nieskomplikowanego, łatwego i przyjemnego na wieczór. "Sponsor" wciągnął mnie na tyle, że pochłonęłam dwa tomy w ciągu dwóch dni. Opowieść jest oczywiście mocno w stylu autorki, więc spodziewać się można schematów powielanych z poprzednich książek, a nawet inspiracji historią Greya i Any Steal, ale czy to źle? Chyba nie, skoro taka fabuła działa i emocjonuje czytelniczki.
 
Akcja "Sponsora" dzieje się w Londynie, gdzie wraz z rodziną mieszka Kalina, młoda studentka polskiego pochodzenia. Kalina jest oczywiście piękną, niewinną dziewczyną, która wpada w oko Nathanowi, pewnemu siebie, bogatemu przedsiębiorcy (brzmi znajomo?). Nathan nie jest może Christianem Greyem, ale również ma swoją tajemnicę: lubi sponsoring, który wiąże się z trzymaniem wokół siebie wianuszka kobiet i płacenia im za niezobowiązujący seks. Niektóre kobiety są jego stałymi utrzymankami, inne są tylko jednorazową przygodą.  
 
W każdym razie, kiedy Nathan poznaje Kalinę, jej również proponuje układ sponsorski, co spotyka się z wielkim oburzeniem dziewczyny nieprzyzwyczajonej do takiego traktowania. Kalina nie chce mieć z Nathanem nic do czynienia, i ich drogi rozchodzą się na jakiś czas. Parze przyjdzie się jednak spotkać ponownie i to w nie do końca sprzyjających okolicznościach.
 
Pewnego dnia świat Kaliny obraca się w gruzy, kiedy w pożarze giną jej rodzice, a ona zostaje jedyną prawną opiekunką swojej młodszej siostry, czteroletniej Sabriny. Na dziewczynę spada cała masa obowiązków i problemów, z którymi nie potrafi sobie sama poradzić, stąd też, kiedy jej drogi z Nathanem ponownie się krzyżują, ich relacja zaczyna przybierać nieoczekiwany obrót. 
 
Dziewczyna od razu stawia sprawę jasno, nie chcąc być utrzymanką mężczyzny, z drugiej jednej strony, potrzebuje wsparcia finansowego i pomocy w opiece nad siostrą. Nathan, pragnąć zatrzymać przy sobie Kalinę na dłużej, wbrew swoim zwyczajom zgadza się na platoniczny układ, który z czasem przeradza się w gorący romans i poważny związek. Zanim jednak do tego dojdzie, wiele trudnych sytuacji wydarzy się w życiu bohaterów, które sprawią, że para będzie się rozstawać i godzić, a w ich relacje mieszać będą się osoby trzecie. Również przeszłość Nathana nie będzie dla ich relacji bez znaczenia. 
 
Nathan ze "Sponsora" przypomina mi nieco Greya, zwłaszcza jeśli chodzi o jego relacje z kobietami. W Kalinie też znajdziemy wiele cech z dziewczyny Christiana, choć ukochana Nathana ma w sobie jednak więcej ikry. Nie da się jednak ukryć, że na dłuższą metę taki schemat powieści męczy, a ja chętnie poczytałabym o relacji zbudowanej na innych zasadach, niż uległość - dominacja, bieda - bogactwo, dziewica - doświadczony kochanek. 
 
Generalnie, seria o sponsorze jest ciekawsza od historii o Morfeuszu, i zdecydowanie lepsza, niż "Femme fatale". W ogólnej ocenie daję tej historii trójkę, która właściwie mogłaby być czwórką, gdyby nie ta powtarzalność fabuły. Z drugiej jednak strony, serię czyta się bardzo szybko i wydaje się być idealna, kiedy męczy nas niemoc czytelnicza. Jeśli lubicie więc historie w stylu Greya, to opowieść o miłości Natana i Kaliny też powinna przypaść Wam do gustu.

Sardegna

"Making faces" Amy Harmon


posted by Sardegna on , , , ,

4 comments


 Wydawnictwo: Editiored
Liczba stron: 342
Moja ocena : 5/6

"Making faces" to kolejna książka amerykańskiej Autorki Amy Harmon, znanej już czytelnikom z takich powieści, jak "Prawo Mojżesza" i "Pieśń Dawida". Do tej pory miałam z tą książką spory problem, przede wszystkim z powodu jej małego druku i wąskich marginesów. Niby taka drobnostka, ale skutecznie zniechęcała, przez to powieść leżała sobie na stosie, a ja zawsze znajdowałam coś innego do czytania. 

Z pomocą przyszły wakacje i mój wymarzony urlop, na który zawsze zabieram książki, do których w ciągu roku szkolnego podchodzę z dystansem, albo mam co do nich nieuzasadniony opór. Stwierdziłam zatem, że to jest ten moment i pakuję "Making faces" na wczasy. I faktycznie, to była bardzo dobra decyzja z mojej strony. W sprzyjających okolicznościach przyrody udało mi się przeczytać tę powieść w dosłownie jeden dzień, a sama historia okazała się naprawdę fajna. Myślę też, że odkładając ją w nieskończoność, sama sobie odmówiłam wielu chwil spędzonych na przyjemnej lekturze. Mądry Polak po szkodzie...

W każdym razie, gdybym miała jednym słowem streścić, jaka jest ta książka, powiedziałabym, że uduchowiona. Nie zrozumcie mnie źle, ta duchowość nie jest w żaden sposób nachalna, nie jest też jedyną definicją tej historii. Po prostu  "Making faces", podobnie, jak "Prawo Mojżesza" i "Pieśń Dawida" zawiera pewne wątki religijne, które wydają się znakiem rozpoznawczym Autorki, mocno związanej z chrześcijańskim nurtem wiary. Tak, jak powiedziałam, te wątki nie są jakieś dominujące, nie przysłaniają też innych wydarzeń, rozgrywających się w tej opowieści. Bardziej objawiają się jako tematy rozważań głównej bohaterki, córki pastora, w domu rodzinnym której religia od zawsze była bardzo ważnym elementem życia. Dziewczyna często powierza swój los opiece boskiej, zastanawia się nad istotą cierpienia, szuka opieki Najwyższego w najtrudniejszych dla niej momentach. Jest po prostu osobą wierzącą i często daje świadectwo swej wiary.

Fern Taylor od dzieciństwa była brzydkim kaczątkiem. Niezbyt urodziwa, nie za wysoka, bardzo szczupła, wyglądem przypomina małe dziecko i tak od zawsze jest traktowana. Do tego, zawsze stanowi wyraźny kontrast swojej najlepszej przyjaciółki, szkolnej gwiazdy, Rity. Wraz z kuzynem Baileyem, cierpiącym na postępujące porażenie mięśniowe, wspólnie spędzają czas, są też dla siebie najlepszym wsparciem w trudnych momentach zwątpienia w sens swojego życia. Jakby tego było mało, Fern zakochuje się w największym przystojniaku w szkole, gwieździe drużyny zapaśniczej, Ambrose Young'u. 

Ulokowanie pierwszych młodzieńczych uczuć szarej myszki, w najpopularniejszym chłopaku w szkole powoduje oczywiście, że dziewczyna staje się pośmiewiskiem kolegów Ambrose, a sam zainteresowany również nie czuje się z tą całą sytuacją komfortowo. Poza tym, myśli chłopaka nie skupiają się raczej na dziewczynach, tylko krążą wokół zupełnie innej sprawy. 

Zbliża się zakończenie liceum, a Ambrose postanawia zaciągnąć się do wojska. Jego decyzja ściśle wiąże się z wydarzeniami z 11 września, kiedy to w wieżowcach World Trade Center o mało co nie zginęła jego mama. Chłopak postanawia zostać żołnierzem i jechać na Bliski Wschód, ale ponieważ nie chcę iść na wojnę sam i przeżywać tej strasznej rzeczywistości samotnie, namawia na pobór do wojska swoich czterech najlepszych przyjaciół. Jak się można domyślać, z tej wojny nie wszyscy wrócą żywi, a nasz bohater, mimo że ocalał, przez rany fizyczne i psychiczne, które go naznaczyły, będzie odczuwał coś znacznie gorszego, od świadomości zbliżającej się śmierci.

Ambrose, kiedyś tak lubiany, teraz czuje się intruzem w rodzinnym miasteczku. Blizny na ciele i duszy bolą go każdego dnia, a jedynym jasnym punktem w jego depresyjnej codzienności staje się Fern, która wyciąga do niego rękę i próbuje pomóc mu zaaklimatyzować się na nowo wśród znajomych miejsc. Poza tym, dziewczyna ciągle kocha go swoją pierwszą, szczerą miłością, i mimo wszelkich zewnętrznych niedoskonałości, widzi w nim tylko piękne wnętrze. Czy dwojgu ludziom o złamanych sercach, skomplikowanej przeszłości i tak niskiej samoocenie, uda się zbudować coś trwałego?  Czy dadzą radę przeciwstawić się nieprzychylnym opiniom i pokonać problemy związane z postrzeganiem własnego ciała?
  
Wydawało by się, że powieść ta jest typowym romansem, mającym jedynie "poważniejsze" tło dla rozwijającej się relacji między dwoma głównymi bohaterami. To nie jest jednak prawda, bowiem mimo że relacja pomiędzy Fern i Ambrose wydaje się być wątkiem kluczowym tej historii, to tak naprawdę jest tylko jednym z wielu elementów tej opowieści. Oprócz niego w "Making faces" pojawia się motyw przemocy w rodzinie, radzenia sobie ze stratą, w sytuacji śmierci najbliższych, próby powrotu do normalności po trudnych przejściach, śmiertelnej choroby, odrzucenia przez społeczeństwo z powodu odmiennego wyglądu, a także wyżej przez mnie wspomniany wątek religijny, który w przypadku powyższych problemów ma swoje poważne uzasadnienie.

Powiem tak, ta książka jest poważniejsza, niż się na pierwszy rzut oka wydaje. Czyta się ją bardzo dobrze i mimo iż ma pewne "moralizatorskie" i pseudofilozoficzne momenty, to całość odbiera się raczej pozytywnie. Zdaję sobie oczywiście sprawę, że taka forma przekazu nie każdemu czytelnikowi może odpowiadać, stąd też książka nie do wszystkich przemówi. Jeśli chodzi o mnie, podobał mi się  trochę nieszablonowy pomysł na oklepany w książkach motyw, czyli splecenie losów "brzydkiego kaczątka" z szkolną gwiazdą sportu. Ciekawe były też wszystkie wątki dodatkowe, choć poruszające trudną tematykę, przez to okazały się być mocno wzruszające. 

Na pewno nie uznam czasu poświęconego "Making faces" za stracony. Stąd też zostawiam Was z moją opinią i zachęcam zainteresowanych do lektury.

Sardegna

"Przebudzenie Morfeusza" K.N.Haner


posted by Sardegna on , , , ,

8 comments



Wydawnictwo: Editiored
Liczba stron: 524
Moja ocena : 3/6


"Przebudzenie Morfeusza" przeczytałam w sierpniu. Dlaczego dopiero teraz o nim piszę? Tak, jak trudno mi się zabrać do pisania notki o książce genialnej i dla mnie wyjątkowej, tak w drugą stronę, nie mogę zabrać się do opisywania powieści słabej, niefajnej, po prostu takiej, która nie spełnia moich oczekiwań. Nie mam zwyczaju z lubością krytykować, wolę pochwalić. Czasami jednak nie da rady inaczej.  

Twórczość K.N.Haner jest dość bogato komentowana w blogosferze. Z jednej strony Autorka powieści ma szereg fanek, które bezkrytycznie przyjmują wszystkie historie wychodzące spod jej pióra, z drugiej strony, ma równie szerokie grono przeciwników, którzy nie zostawiają na jej powieściach suchej nitki. Nie lubię być nie w temacie, stąd moja chęć na przeczytanie serii o Morfeuszu. Powiem tak, początek, czyli tom pierwszy, był całkiem niezły. Była to miła odmiana po mdłym Greyu, pokazująca, że polska autorka też jest w stanie napisać ciekawy erotyk. Potem było niestety już tylko gorzej. Tom drugi "Koszmar Morfeusza" był bardzo zły, a powyższy trzeci, okazał się chyba jeszcze gorszy.   

I to nie tak, że jestem uprzedzona. Naprawdę dałam tej serii szansę. Nawet kiedy po lekturze tomu drugiego zarzekałam się, że to koniec, po czasie stwierdziłam, że tak nie można. Muszę przecież poznać zakończenie tej historii. Tym bardziej, że pomysł Autorki na fabułę, "tajemnicę" i mroczną stronę bohatera, naprawdę wydaje się być niezły. Na nic to jednak się zdaje, kiedy wykonanie kuleje,  a ilość absurdów na stronach tej powieści przekracza wszelkie granice. Na nic wtedy dobra wola. Wrażenie jest złe i nic tego nie zmieni.

"Przebudzenie Morfeusza" to trzeci tom "mafijnej serii", będący tak naprawdę erotykiem z niewielkim wątkiem sensacyjnym. W ogóle fabuła tej powieści jest bardzo płynna, bo o ile w części pierwszej jeszcze jest jakieś tło wydarzeń, jakaś tajemnica, budząca ciekawość czytelnika, co do dalszych losów bohaterów, to w drugim i trzecim tomie jest już tylko chaos. W fabule znajdziemy wszystko, co byśmy chcieli, a jednocześnie zupełnie nic. Wątki przeplatają się swobodnie, czasem bez ładu i składu, nie wnosząc wiele do całej opowieści. Główna bohaterka Cassandra, jest najbardziej nierealną, oderwaną od rzeczywistości postacią, przy której Ana Steel jest fascynującą osobowością. Ja rozumiem, że książka jest erotykiem i na tym aspekcie ma się skupiać czytelnik, jednak fajnie by było, żeby oprócz seksu coś jeszcze sensownego działo się w tej książce. W "Przebudzeniu Morfeusza" dzieje się naprawdę sporo, wszystko tylko jest jednym wielkim misz - maszem, chaosem w czystej postaci, nie dającym czytelnikowi odpowiedzi na żadne pytania, nie będącym nawet ciągiem przyczynowo - skutkowym. Pisałam to już przy okazji drugiego tomu, dla mnie ta seria jest zmarnowanym pomysłem na fajną fabułę. Szkoda.

O czym jest tak właściwie ta historia? Opowiada o trudnej miłości dwojga ludzi pochodzących z zupełnie różnych światów, których dzieli praktycznie wszystko. Adam McKey jest wpływowym szefem wielkiej firmy, jednocześnie jednym z wysoko postawionych członków mafii, wykorzystującej seksualnie niewinne kobiety. Ona - Cassandra Givens, jest niedoszłą ofiarą takiego układu. Bohaterów łączy namiętność, która wymyka się z pod kontroli mafii i podąża w zupełnie swoją stronę. Jako że w wartej miliony "korporacji" mafijnej nie ma miejsca na prywatę, Adam ma z powodu ukochanej poważne kłopoty, a największym jego wrogiem stanie się Eros, człowiek kontrolujący wszystkie układy, pragnący mieć Cass tylko dla siebie. 

I przyznajcie sami, pomysł jest, fabuła nie brzmi źle. Gorzej jednak z wykonaniem. Absurd w tej książce goni absurd, a prym w tym wszystkim wiedzie kreacja głównej bohaterki Cassandry. Opisywane wydarzenia są tak nieprawdopodobnie irracjonalne, że aż człowiek zaczyna się zastanawiać, czy  aby na pewno wydarzenia dzieją się na naszej plancie, i czy aby nie w jakiejś alternatywnej rzeczywistości.

Podczas czytania wypisałam sobie kilka przykładów, żeby nie było, że zmyślam:

* Cassandra zaczyna nową pracę (u innego pracodawcy niż Adam). Pierwszy dzień - pierwsze spóźnienie. Co robi szef? Przynosi jej z uśmiechem kawę, nie gniewa się oczywiście, a wręcz przeciwnie - podrywa. Też tak mieliście w pierwszym dniu swej pracy, czy może wręcz przeciwnie?
* Cass pracuje dwa, dosłownie dwa dni. Przeziębia się, bierze L4. Szef odwozi ją do domu. Kiedy ostatnio szef odwiózł Was do domu, kiedy mieliście katar?
* Kolejne dni w pracy - kolejne spóźnienia, tym razem z powodu kaca (to już było w poprzednich tomach, widocznie Cass nie uczy się na własnych błędach). Szef robi kawę, zwalnia do domu, każe iść na obiad, zrobić projekt jutro - dajcie mi namiar na tego faceta!
* Po pierwszym, wyczerpującym tygodniu pracy - czas na odpoczynek. Bohaterka jedzie na wakacje do NY z ukochanym, w związku z tym bierze urlop. Przyznać się, kto choć raz tak zrobił!
* Cass mówi do znajomego: FILIPIE. Non stop. W każdym zdaniu.
* Cass i Adam mają 2 letniego synka. W prezencie kupują mu kolejne klocki LEGO. A malec z zapamiętaniem je układa. No tak. Kto ma lub miał w domu dwulatka, ten wie, że dwulatek i klocki Lego do siebie zupełnie nie pasują.
* Synek ląduje chory w szpitalu - Cass i Adam w windzie szpitalnej uprawiają seks. Oczywiście. Tak się robi, kiedy ma się chore dziecko.
* Będąc jeszcze w temacie dziecka - można pieścić się, kiedy obok na łóżku siedzi malec i ogląda Kubusia Puchatka.
* Cass non stop obraża się na ukochanego. Co wtedy robi? Bierze syna w ramiona, wybiega z mieszkania, ucieka w świat, ale po 20 minutach dzwoni do Adama, żeby jednak po nią przyjechał, bo ciemno i zimno.
* Eros porywa Cass. W końcu coś się dziej, robi się niebezpiecznie, ale tylko przez moment, bo nagle scena się urywa, a chwilę później Adam - szczęśliwy wybawca ratuje ją z opresji. Nie wiemy w prawdzie jak, ale to widocznie nie jest istotne.  
* Cass zdradza Erosowi newsa o ciąży, mimo że wie, że grozi jej wielkie niebezpieczeństwo. Ale co tam, kiedy jest się taką piękną i seksowną plotkarą, wszystko uchodzi na sucho...
* Cassandra obsesyjnie myśli o seksie. Ma ukochanego, ale to jej nie przeszkadza przespać się ze znajomym. Adam też nie jest zły o zdradę, bo przecież, jak się ma taką atrakcyjną i pożądana kobietę, to trzeba się liczyć z konsekwencjami. 

Nic już chyba więcej na ten temat nie napiszę, no może poza tym, że sięgając po trylogię o Morfeuszu K.N. Haner, robicie to na własną odpowiedzialność.

Sardegna

"Dance. Sing. Love" Layla Wheldon


posted by Sardegna on , , , , ,

2 comments


Wydawnictwo: Editiored
Liczba stron: 528
Moja ocena : 4/6

Chodź dawno już nie należę do grupy docelowej tej książki, to lubię czasami sięgnąć po YA, cofnąć się w czasie i poczytać z wypiekami na twarzy o perypetiach młodych bohaterów, związanych z przeżywaniem pierwszej miłości. Emocje, jakie wtedy targają człowiekiem są niesamowite, a jako że z wiekiem zapomina się już, jak to żarliwie kocha się na śmierć i życie, mając dwadzieścia lat, lektura takiej powieści może przypomnieć co nieco.

"Dance. Sing. Love" to książka polskiej, młodej autorki, piszącej pod obcobrzmiącym pseudonimem Layla Wheldon. Powieść, podobnie, jak popularna w tym gatunku seria "After", powstała na Wattpadzie, gdzie doczekała się na początku roku 2017, pierwszego miejsca w kategorii romans. 

Moje nawiązanie do "After" nie jest przypadkowe, bowiem w obu powieściach bohaterowie przeżywają szaleńczą huśtawkę nastrojów pod wpływem miłosnej relacji, w jaką przypadkowo się uwikłali. "Dance. Sing. Love" nie przedstawia może czytelnikom tak szczegółowego odpisu życia seksualnego, jak to było w przypadku Hardina i Tess, ale podobnie, jak w "After" skupia się na uczuciowych wzlotach i upadkach, burzliwych kłótniach, "łóżkowym" godzeniu się, widowiskowym zrywaniu i równie spektakularnych powrotach. A wszystko to w towarzystwie energetycznego tańca i pulsujących rytmów muzyki. Brzmi nieźle? Niestety nie do końca...

Livia Innocenti jest pełną pasji i charakteru dwudziestolatką, która od dzieciństwa zajmuje się tańcem i w ten sposób zarabia na życie. Występuje w cenionym zespole tancerzy, współpracujących przy tworzeniu koncertów i teledysków światowej sławy gwiazd muzyki. Livia jest świetna w swoim fachu, punktualna, rzetelna i zaangażowana, dlatego często też jest wyróżniona solówkami i pracą przy niezwykle ciekawych projektach muzycznych. Jednym z nich okazuje się być współpraca przy europejskim tournée Jamesa Sheridana, piosenkarza pop, będącego aktualnie bożyszczem fanek na całym świecie.

James jest ulubieńcem publiczności, obiektem pożądania milionów kobiet, ale prywatnie okazuje się być gburem i chamem, wykorzystującym swoją pozycję do zdobywania kolejnych kobiet. Piosenkarz i tancerka od razu zapałają do siebie wzajemną niechęcią, są bowiem zupełnie odmiennymi charakterami, jednak z czasem ich burzliwa relacja zaczyna przeradzać się w coś więcej, a hasło "od nienawiści do miłości jest jeden krok" staje się bardzo adekwatne do sytuacji. 

I to właściwie byłoby na tyle fabuły. Para bohaterów przechodzi różne fazy, od początkowej niechęci, flirtu, poprzez fascynację, układ "przyjaciele do łóżka", po prawdziwe zakochanie. A po drodze pełno jest ich wzlotów, upadków, miłości, nienawiści, obojętności, zaborczości, kłótni i godzenia się. Po prostu pełno młodzieńczych emocji, które nie znajdują innego ujścia.

I fajnie, bo w końcu o tym z założenia jest ta książka, ja mam jednak do niej inny zarzut: "Dance. Sing. Love" reklamowana jest jako powieść pełna muzyki, tańca, rytmu, gdzie wszystkie wydarzenia i emocje rozgrywające się pomiędzy bohaterami mają przebiegać pośród dźwięków, tanecznych ewolucji i pulsującej muzyki. Niestety tak nie jest i to ten wątek rozczarowuje najbardziej. Praktycznie poza tym, że czytelnik wie, że bohaterowie mają zawody związane z muzyką i faktycznie przez pierwszych kilkadziesiąt stron taniec jest obecny na stronach powieści (Livia ćwiczy na próbach, przygotowuje się do występów, bohaterowie bawią w klubie), to później motyw muzyczny coraz bardziej się traci, żeby na końcu zniknąć już zupełnie. 

I szkoda, bo początek zapowiadał fajną fabułę. Wiadomo, bohaterowie i ich relacja to jedno, ale tło i wydarzenia również są ważne. Żałuję, że Autorka nie postanowiła całej akcji powieści zaplanować w czasie trwania europejskiej trasy Sheridana. Początek "Dance. Sing. Love" zapowiadał się naprawdę nieźle, potem było niestety już tylko gorzej.

Mój drugi zarzut, co do powieści dotyczy prostoty języka. Nie jest to dla mnie problem sam w sobie, ale kiedy ta prostota zaczyna się już rzucać w oczy w co drugim zdaniu i przeszkadzać w ogólnym odbiorze lektury, to nie jest dobrze. Rozumiem, że może to być spowodowane młodym wiekiem Autorki, która wchodzi w świat pisania, jednak nie mogę tego faktu przemilczeć. Nie da rady być aż tak dosłownym we wszystkim i podawać czytelnikowi "na tacy" każdego faktu (przykład: dokładna zawartość torebki bohaterki, prezentacja, co zrobiła po przebudzeniu nie pomijając toalety).

Wracając jeszcze na moment do bohaterów, taka już natura powieści Young Adult, że postacie tracą głowę w obliczu pierwszej miłości. Nie wiem jednak, czy Autorka nie przesadziła z "przemianą" charakteru Livii i Jamesa pod wpływem ukochanych. Popadanie w aż takie skrajności nie jest zbytnio wiarygodne.

Na koniec napiszę jeszcze tylko, że mam podejrzenie kto ze współczesnych piosenkarzy jest pierwowzorem Jamesa i jego kolegi, również artysty, Zafira Malufa. Mogę się oczywiście mylić, ale nawiązania i ilość podobieństw nie pozostawia czytelnikowi zbyt wiele wyobraźni. Podsumowując, powieść "Dance. Sing. Love" jest niezobowiązującą historią YA o burzliwej relacji dwojga młodych ludzi. Historia nie jest wolna od niedoskonałości, ale jeżeli ktoś ma ochotę na opowieść pełną skrajnych emocji, to nie będę go odwodzić od lektury, bo wiem, że i taka znajdzie swoich zwolenników.
 
Sardegna

"Down shift. Bez hamulców" K. Bromberg


posted by Sardegna on , , , , ,

7 comments


Wydawnictwo: Editiored
Liczba stron: 432
Moja ocena : 5/6

"Down shift. Bez hamulców" K. Bromberg to moja druga (z dziewięciu) lektura urlopowa, tuż po "Czereśniach, które zawsze muszą być dwie" Magdy Witkiewicz.  

Historia powyższa jest już siódmym tomem serii Driven, a ja przeczytałam trochę nietypowo, bo część czwartą, piątą i szóstą. Pierwsze trzy tomy to praktycznie zamknięta opowieść o miłosnych perypetiach Rylee i Coltona, natomiast części pozostałe są osobnymi powieściami, połączonymi luźno z trylogią jedynie postaciami bohaterów, którzy mają jakieś powiązania z Coltonem i jego żoną Rylee. I choć podobały mi się one w różnym stopniu (mój ranking wygląda następująco: "Sweet ache. Krew gęstsza od wody", "Slow burn. Kropla drąży skałę", "Hard beat. Taniec nad otchłanią"), kiedy dowiedziałam się, że Autorka napisała nowy tom, z chęcią postanowiłam i z nim się zapoznać. W końcu też lubię czasem, zwłaszcza w okresie wakacyjnym, przeczytać coś lżejszego i po prostu pobawić się lekką fabułą.

I to jest właśnie taka przyjemna książka na urlop, do przeczytania "na raz". Po skończonej lekturze zmieniłabym nawet powyższy ranking, umieszczając "Down shift. Bez hamulców" na miejscu drugim ("Sweet ache" na razie jest bezkonkurencyjna).

Postacią spajającą powyższy tom z serią Driven jest Zander Donovan, chłopak, który w dzieciństwie został adoptowany przez Rylee i Coltona. Teraz jest on już dorosłym człowiekiem, pracuje w firmie przybranego ojca, osiąga sukcesy w rajdach i zmaga się właśnie z  największą burzą emocjonalną w swoim życiu. Otrzymuje bowiem przesyłkę od swojej dawno niewidzianej ciotki, w której znajdują się stare pamiątki, dokumenty i różne przedmioty osobiste, należące do jego zmarłych rodziców. Zander odkrywa coś w tej przesyłce, coś, co burzy jego spokój i powoduje, że wszystkie złe wspomnienia z dzieciństwa wracają. Ten niespodziewany powrót do przeszłości rujnuje jego stabilność, Zander zaczyna topić smutki w alkoholu, olewać swoją pracę, aż w konsekwencji zostaje z niej wywalony.


Chłopak postanawia jednak ogarnąć się, pomieszkać nieco w odosobnieniu, w domku gościnnym znajomych rodziców i tam odzyskać spokój. Jego plan nie przewiduje jednak tego, że w tym samym domku do życiowej równowagi próbuje dojść Betty Caster, nieco dziwna dziewczyna, która na wsi chce dojść do siebie po trudnym rozwodzie. Tych dwoje rozbitków życiowych spotyka się niespodziewanie na małej przestrzeni, gdzie przychodzi im żyć obok siebie i wykonywać wspólnie codzienne obowiązki. Nie tego oczekiwali, więc czas spędzony w swoim towarzystwie nie będzie łatwy. Ani Zander, ani Betty nie mają łatwych charakterów, każde z nich walczy ze swoimi demonami, ich relacja musi więc być burzliwa i pełna napięć. Z czasem jednak może ona przerodzić się w przyjaźń, a nawet w coś więcej.

Ze wspomnień bohaterów, retrospekcji i wspólnych rozmów, wyłania się obraz dzieciństwa Zandera i trudnej przeszłości Betty, pełnej upokorzeń, strachu i przemocy psychicznej. Dlatego ta dwójka bohaterów, będzie się rozumiała, jak nikt inny. Nauczeni doświadczeniem, będą się starali zbudować coś, co nie przyniesie bólu i złych emocji. Czy  tragiczna przeszłość da im szansę na nowe życie?

Jak to u K. Bromberg bywa, historia miłosna ma wiele wątków erotycznych i nie inaczej jest w tym przypadku. Jednakże, to co mi się podoba w książkach Autorki, to fakt, że seks nie jest w nich najważniejszy, jest rozbudowanym elementem, ale nie istotą relacji bohaterów, jak to w popularnych erotykach bywa. 

"Down shift. Bez hamulców" jest bardzo fajną, lekką książką, którą dobrze się czyta. Jeżeli czytelnik nie oczekuje od niej zbyt wiele, opowieść o Zanderze i Betty będzie miłą rozrywką, a lektura sprawi niekłamaną przyjemność.


Sardegna

"Koszmar Morfeusza" K.N.Haner


posted by Sardegna on , , , ,

4 comments


Wydawnictwo: Editiored
Liczba stron: 392
Moja ocena : 3/6 

Moja dzisiejsza opinia nie będzie niestety pozytywna. Obawiam się, że pod adresem powyższej książki padnie wiele gorzkich słów, jednakże nie mogę napisać inaczej, nie byłabym wtedy szczera, ani ze sobą, ani ze swoimi czytelnikami. 

Z chęcią sięgnęłam po tę powieść, bowiem jest ona kontynuacją "Snów Morfeusza", pierwszej części trylogii, autorstwa K.N. Haner. Jako że tom pierwszy naprawdę mi się podobał (świadczy o tym ocena 5/6),  napisany był na fajnym poziomie, a oprócz scen erotycznych, był również interesujący fabularnie, z ciekawością zabrałam się za tom drugi. Chciałam poznać, jakąż to tajemnicę skrywał główny bohater, bo powiem szczerze, po zakończeniu "Snów..." nie miałam pojęcia, co ukrywa przed swoją kobietą i czym tak naprawdę się zajmuje.

Niestety tom drugi nie dał rady. Praktycznie już od pierwszej strony historia się nie klei. Wszystkie sytuacje, jakie rozgrywają się w życiu bohaterów, po dość emocjonującym zakończeniu tomu poprzedniego, są chaotyczne, zupełnie bezcelowe i momentami ze sobą nie powiązane.

Główna bohaterka Cassandra, w tej części, jest najbardziej irytującą postacią, z jaką kiedykolwiek miałam do czynienia. Przy niej Anastasia Steel to super inteligentna i samodzielna kobieta. Cassandra robi milion niepotrzebnych i niezrozumiałych rzeczy. Większość z nich do niczego nie prowadzi, albo wręcz przeciwnie prowadzi do sytuacji tak nieprawdopodobnych, że aż śmiesznych. 

Kontynuacja historii Cassandry i Adama vel Morfeusza jest totalnym chaosem. Owszem, dowiadujemy się, że to mafia stoi za dziwnymi zleceniami Morfeusza (to nie spojler, Empik oficjalnie nazywa tę historię "mafijną miłością"), i co kochanek ukrywa przed Cass. Jednakże o czym jest pozostałe 350 stron, trudno mi powiedzieć. Wszystko kręci się wokół tego, że niebezpieczeństwo grozi dziewczynie i jej kochankowi. Adam chce chronić ukochaną (choć w sumie nie wiadomo, czy coś do niej czuje, bo jakoś się specjalnie nie określa), ale średnio mu to wychodzi. Cass odważnie chce wziąć sprawy w swoje ręce, ale też nic z tego nie wychodzi, no może poza kilkoma absurdalnymi momentami, które chyba z założenia miały trzymać w napięciu. Kochankowie odwracają się od siebie (bo przecież jest niebezpiecznie), to znów się przyciągają (co tam niebezpieczeństwo!), kłócą się, godzą, po wszystkim oczywiście lądując w łóżku.

Sprawa z mafią nie posuwa się w tym tomie, ani o krok. Podobnie zresztą, jak relacja bohaterów. Cass kocha Adama/Morfeusza, ale nie odmawia innym, bo przecież ciągle jest niezaspokojona. Nie jest ważne, czy kolejnym kochankiem jest ochroniarz z firmy, koleżanka z pracy, czy może sam szef mafii. Kobieta jest w końcu pępkiem świata, najpiękniejszą z istot, ulegają jej wszyscy. Kto zatem jej zabroni? Adam pobity leży w szpitalu, co robi jego dziewczyna? Aby się odprężyć, idzie do fryzjera. Co robi tuż po kłótni z ukochanym facetem? Umawia się na seks z nieznajomym, ale kiedy sytuacja zaczyna się krystalizować, wycofuje się, płacząc. No tak. Przecież tak robią dorośli ludzie...

Kreacja bohaterki poraża infantylnością. Cass zatraca jakby zdolność logicznego myślenia. Bez pardonu igra z mafiozami (którzy swoją drogą, nie są jakoś szczególnie groźni, choć może powinni, skoro reprezentują seksbiznes), oczywiście przy tym, w ogóle się nie stresuje, bo jest przecież jest piękną seksowną kobietą, która swym urokiem może załatwić wszystko. 

Absurd goni absurd. Ja wszystko rozumiem, że to literatura lekka, łatwa i przyjemna, czytana głównie po to, by przeżyć jakieś emocje, związane z erotyką, ale litości! Nie można przez 300 stron przedzierać przez absurdy fabularne, aby przeczytać kilka pikantnych opisów.

Sceny erotyczne są na pewno bardziej urozmaicone niż w Greyu, więc jeżeli kogoś interesuje tylko ten aspekt powieści, może być zadowolony. Niestety ja i w tym wypadku znalazłam pewną nieścisłość: bohaterka ma okres, a dwa akapity później, podczas sytuacji intymnej, mężczyzna niczego nie zauważa. Jakby nigdy nic, zlizuje to i owo. Bez komentarza.
 
Wiele wątków w tej powieści nie ma sensu. Na przykład cały motyw pracy zawodowej bohaterki jest zupełnie oderwany od rzeczywistości. Cassandra pracuje w ekstra firmie, zajmującej się projektowaniem wnętrz. Faktycznie, jej facet jest tam szefem, ale to nie zwalnia jej z normalnego zachowania, takiego, jakie cechuje dorosłych ludzi będących w pracy. Cass, jak nastolatka, co chwilę spóźnia się do pracy, bo ... zaspała. Co drugi dzień bierze wolne na życzenie, bo ma kaca. Nikt oczywiście nie zwraca jej uwagi i nie dziwi się temu, mimo że dziewczyna pracuje w firmie od niedawna. Ja wszystko rozumiem. "Koszmar..." to nie powieść obyczajowa, ale po co w takim razie, aż tak rozwijać wątek zawodowy, skoro nie ma on większego sensu?

Kolejny przykład. Autorka skrupulatnie opisuje wiele domowych czynności Cass. Są one jednak przedstawione w taki sposób, jakby miały do czegoś prowadzić. Weźmy dość długi opis pieczenia babeczek, które czekają na ostygnięcie. Cass wychodzi z kuchni, napięcie rośnie, tak jakby ktoś miał zaraz wejść niepostrzeżenie do mieszkania i oznaką tego, że w nim był, miały być np. zjedzone babeczki. Bohaterka wraca do kuchni i nagle ... coś się dzieje! Cała scena do czegoś prowadzi, jakaś sytuacja wynika z innej. Niestety, skrupulatna charakterystyka kulinariów, tworzona z dużym napięciem sytuacyjnym, do niczego nie prowadzi.  To są oczywiście drobnostki, ale kiedy takie momenty powtarzają się w książce kilkakrotnie, robi się to już naprawdę męczące.

Oprócz tego wszystkiego, są jeszcze motywy zupełnie poważne, które absolutnie nie pasują do tej historii. Przyjaciel chory na białaczkę (wątek rozpoczęty w tomie pierwszym), ojciec w śpiączce (pojawił się na moment i znikł), czy skłócenie z rodziną przez fotomontaż zdjęć (nie wiadomo skąd i po co). Mam wrażenie, że Autorka chciała w drugim tomie zawrzeć wszystko to, czego nie dopowiedziała w części pierwszej. Jednak czasami, co za dużo, to niezdrowo, a w przypadku tej powieści prawdziwą okazałaby się reguła: mniej znaczy więcej.

Nie sądzę, abym sięgnęła po tom trzeci. Nie ciekawi mnie już, jaki finał wymyśliła Autorka dla związku Cass i Adama/Morfeusza. Szkoda, że historia z takim potencjałem musiała tak się potoczyć. Jeśli chcecie sięgnąć po "Koszmar..." to robicie to tylko na własną odpowiedzialność, bo ja nie polecam.

Sardegna

"Sweet ache. Krew gęstsza od wody" K. Bromberg


posted by Sardegna on , , , , ,

2 comments

 

Wydawnictwo: Editiored
Liczba stron: 450
Moja ocena : 5/6

Najlepsze zostawiłam sobie na koniec. Chociaż tym razem zupełnie nie celowo. Kiedy zabierałam się za serię "Driven" K. Bromberg, a właściwie za jej kontynuację, czyli trzy tomy romansów z wątkami erotycznymi, powiązane luźno z bohaterami serii, działałam zupełnie przypadkowo. Ponieważ były to części czwarta, piąta i szósta, które na szczęście można było czytać niezależnie od podstawowej trylogii, sugerowałam się tylko opisami okładkowymi i zabrałam się za nie zupełnie nie po kolei. Najpierw przeczytałam "Hard beat. Taniec nad otchłanią" – było średnio. Później za "Slow burn. Kropla drąży skałę" – było lepiej, ale nadal bez szału. Na koniec zostawiłam sobie "Krew gęstszą od wody" i to głównie za sprawą, że ten tom był najgrubszy, więc.... no właśnie. Nie pytajcie o logikę, bo jej tu nie ma...

Powiem szczerze, że dwa tomy, które czytałam wcześniej średnio mi się podobały. Opowieści były raczej tendencyjne i nie wzbudziły we mnie jakiś większych emocji. Zresztą o moich wrażeniach możecie przeczytać, klikając w odpowiednie linki powyżej. Dlatego też trochę sceptycznie podchodziłam do tej części ostatniej. Na szczęście wyszło, jak wyszło. Najlepsze zostawiłam sobie na koniec!

"Krew..." łączy się z "Driven" postacią głównej bohaterki Quinlan Westin, która jest siostrą Coltona – przystojnego i niegrzecznego chłopaka z trylogii. Quinlan jest nieodrodną siostrą swego brata. Jest wygadana, pewna siebie, uparcie pracuje na swoje nazwisko próbując oddzielić od siebie łatkę córki znanego reżysera i siostry popularnego rajdowca. Nie ma jakoś szczęścia w miłości, mimo że jest piękną i seksowną kobietą, skupia się więc na pracy naukowej i doktoracie na lokalnym uniwersytecie.

I to właśnie praca stanie się przyczyną jej miłosnych kłopotów, bowiem któregoś dnia okazuje się, że ma asystować w cyklu wykładów nowemu prowadzącemu. Nie byłoby to dla niej niczym nowym, gdyby nie fakt, że wykładowcą jest Hawkin Play, słynny, nieziemsko przystojny rockman. Hawkin zostaje wmanewrowany w prowadzenie zajęć dla studentów, żeby uniknąć poważniejszej kary za swoje grzeszki, a ponieważ jest wielkim kobieciarzem, przekonanym o tym, że żadna dziewczyna się mu nie oprze, z pewnością siebie podrywa także Quinlan.

Zaskoczeniem dla niego będzie fakt, że kobieta nie od razu mu ulega. Do tego dochodzi jeszcze niefortunny początek ich znajomości. Zdobycie zaufania Quinlan i jej sympatii zajmie Hawkinowi trochę czasu, co jest dla niego swoista nowością. Kiedy relacja tych dwojga zacznie zmierzać w pozytywną stronę, dojdzie do pewnego zakładu, który może zniszczyć fajnie zapowiadający się związek.

Poza wątkiem miłosnym i erotycznym tych dwojga bohaterów, w całej tej historii dzieje się coś jeszcze. I to jest fajne, bo lubię kiedy erotyki czy romanse mają jeszcze jakąś fabułę. Hawkin ma trudną relację z bratem, który bezczelnie pozwala sobie na wtrącanie w jego życie. Ma to związek z dzieciństwem chłopaków i ich matką, która też odegra w tej opowieści ważna rolę. Hawkinowi zaczyna zależeć na Quinlan, ale czy na tyle, żeby zdradzić jej swój największy dramat? Czy wtajemniczy ją w swoje życie prywatne?

Czytając "Krew..." przychodziła mi na myśl seria "After". Obie historie nie są może do siebie jakoś super podobne fabularnie (oczywiście poza postacią głównego bohatera – boskiego i przystojnego, niegrzecznego chłopca, którego kochają wszystkie czytelniczki), ale wzbudzają podobne emocje. Jeżeli więc czytałyście "After" i się Wam podobało, lubicie historie, w których bohaterowie non stop przezywają jakieś wzloty i upadki, kłócą się, żeby potem pogodzić się w wiadomy sposób, emocje w nich buzują a końcówka książki przynosi nagły zwrot akcji, ta powieść będzie w sam raz dla Was.

Sardegna

"Slow burn. Kropla drąży skalę" K. Bromberg


posted by Sardegna on , , , , ,

5 comments


 Wydawnictwo: Editiored
Liczba stron: 400
Moja ocena : 4/6


"Slow burn. Kropla drąży skałę" to powieść będąca kontynuacją serii Driven, amerykańskiej autorki K. Bromberg. Choć może nie do końca jest to dalszy ciąg, bowiem trzy nowe powieści, które zostały wydane w Editiored po trylogii Driven ("Slow burn. Kropla drąży skałę", "Sweet ache. Krew gęstsza od wody" oraz "Hard beat. Taniec nad otchłanią") są właściwie opowieściami niezależnymi. 

Miałam okazję dowiedzieć się o tym, czytając "Hard beat. Taniec nad otchłanią", która teoretycznie jest częścią ostatnią, a praktycznie, z całością ma tyle wspólnego, że główny bohater "Tańca..."  jest bratem Rylee, kluczowej postaci trylogii Driven. I to właściwie by było na tyle kontynuacji. Jeśli chodzi o "Kroplę...", książka jest teoretycznie częścią czwartą, a wspólnym mianownikiem jest ponownie postać Rylee, bowiem Haddie Montgomery, główna bohaterka powieści, jest jej najlepszą przyjaciółką, a nowa historia zaczyna się praktycznie w dniu ślubu bohaterów Driven.

Fajnie, że można czytać nowe tomy niezależnie, bo jednak nie wszyscy mają możliwość i chęć zapoznania się z pierwszymi trzema częściami. Można więc traktować powieści jako niezwiązane ze sobą romanse i ja właśnie tak do nich podchodzę. 

"Kropla drąży skałę" jest w sumie bardzo podobna do "Tańca nad otchłanią". Chodzi mi oczywiście o ogólną formułę książek, bo są to romanse z rozbudowanym wątkiem erotycznym. Jednak poza bogatą relacją łóżkową bohaterów, powieści mają jeszcze fabułę obyczajową. W "Tańcu..." była to praca korespondentów wojennych (nie do końca podobał mi się ten wątek, pisałam o tym TUTAJ). W przypadku powyższej książki jest to skomplikowana sytuacja osobista Haddie. 

Kobieta, po śmierci swojej siostry, z którą miała bardzo bliskie relacje i łączyła ją wielka przyjaźń, nie potrafi dojść do siebie i nie umie odbudować swego życia po stracie. Chwilową ulgę w cierpieniu przynoszą jej spotkania z małą siostrzenicą, która szuka w Haddie zastępstwa mamy. Poza tym jednak, życiem bohaterki rządzi nieustanny lęk i poczucie nieuchronności śmierci i przemijania. Haddie postanawia więc w nic się nie angażować, nie wiązać z nikim na stałe, korzystać z życia i podchodzić do niego na luzie. Upiera się także przy swojej myśli, że siostra, która zbudowała szczęśliwy związek, swą śmiercią zniszczyła życie bliskich jej osób. Haddie chce żyć bez zobowiązań, więc na pierwszy ogień postanawia zabawić się z miłym facetem, poznanym na weselu Rylee.

Okazuje się jednak, że nie tak łatwo spotykać się z kimś i być z nim naprawdę blisko, bez zupełnego zaangażowania emocjonalnego. Beckett na szczęście jednak, nie należy do mężczyzn, którzy podejmują takie gry uczuciowe. Jest w stanie poczekać, aż Haddie zdeklaruje, czego tak naprawdę chce, ale jego cierpliwość też ma swoje granice. Relacja tych dwojga będzie pełna wzlotów i upadków, a do tego, w życie Haddie wkroczy coś, czego się od zawsze obawiała.

Wydaje mi się, że "Kropla drąży skałę" jest na nieco wyższym poziomie, niż "Taniec nad otchłanią". Owszem, obie książki to romanse ale przez wprowadzenie do fabuły bardzo poważnego wątku (nie chce go teraz zdradzać), powieść staje się bardzo emocjonalna i nabiera jakby nowego znaczenia. Choć nie lubię, kiedy w romansach wprowadza się tak poważne tematy, to jednak sposób, w jaki został on przedstawiony w powyższej książce, zrobił na mnie wrażenie i zagrał na emocjach. A o to chyba w tym wszystkim chodzi...

  Sardegna

"Sny Morfeusza" K.N. Haner


posted by Sardegna on , , , ,

8 comments


Wydawnictwo: Editiored
Liczba stron: 411
Moja ocena : 5/6


Jeżeli czytałyście Greya i nie jesteście usatysfakcjonowane, jeśli szukacie czegoś, co okaże się być bardziej od niego sensowne, a jednocześnie nie zabraknie w tym pikantnych scen erotycznych, jednak bez udziału denerwującej wewnętrznej bogini i rozpadania się na kawałki, to "Sny Morfeusza" powinny się Wam spodobać. 

Tytułowy Morfeusz da Wam to, czego nigdy na dał Grey. Będzie gorąco i emocjonująco, bo ta książka ma potencjał. Ale tak poważnie, to oczywiście mowa jest o powieści erotycznej, więc wiecie, jaki potencjał mam na myśli. W każdym razie, Morfeusz może dać czytelniczkom to, co z pozoru miał dać Grey (uprzedzam, będę do niego nawiązywać). 

Tak, jak w przypadku romansów K. Bromberg, nie szukałam tej powieści. Ona znalazła mnie, a wszystko to zbiegło się z dość prężną promocją tytułu na FB. I tutaj zaskoczenie, bowiem "Sny Morfeusza" to powieść polskiej Autorki. Gdybym przeczytała tę książkę nie wiedząc kim jest K.N. Haner (na szczęście Facebook poinformował mnie dokładnie), w życiu bym nie zgadała, że to nasza rodzima historia. I nie chodzi tu tylko o miejsce akcji, czyli Miami, gdzie udaje się główna bohaterka, chodzi raczej o całość, która jest bardziej "zagraniczna" niż polska. Czy to zarzut? W sumie nie, choć nie ukrywam, że chętnie przeczytałabym jakiś erotyk dziejący się w naszych realiach.

W każdym razie historia jest dość intensywna, pełna namiętności i gorącej atmosfery, ale to nie wszystko. Ten erotyk ma fabułę, a jak wiadomo, to się rzadko zdarza. Tak poważnie jednak, poza seksem, coś się w tej opowieści dzieje, i dobrze, bo powieść erotyczna musi mieć jeszcze coś do zaoferowania, inaczej wychodzi Grey, ale o tym już wiecie.

Główną bohaterką jest Cassandra Givens, dziewczyna która przeprowadza się do Miami, żeby szukać wymarzonej pracy w branży związanej z architekturą. Nie ma ona szczęścia do ludzi, a jej relacje z mężczyznami kończą się zanim tak naprawdę się zaczną. Cassandra ma cięty język, jest niepokorna i pewna siebie. Jest też wyjątkowo odważna, dlatego kiedy przypadkowo poznaje miłego chłopaka Tommy'ego, nie waha się pójść z nim do nieco podejrzanego, nocnego klubu (no cóż, można się kłócić, czy to odwaga, czy głupota). Miejscówka rzeczywiście okazuje się być klubem, w którym dzieją się rzeczy przedziwne, a seks z nieznajomym jest z tego najmniej zaskakujący. Cassandra, początkowo zgorszona, postanawia jednak poddać się gorącej atmosferze i bawić się na parkiecie, wśród mężczyzn przyodzianych w maski. Poznaje tajemniczego Nieznajomego, który każe nazywać siebie Morfeuszem, i trochę wbrew sobie, ale podążając za namiętnością, wyrusza z nim do domu. 

Tak zaczyna się największa przygoda jej życia. Tajemniczy Morfeusz okazuje się być jej bliższy, niż mogłoby to się wydawać. Jednorazowe spotkanie zmienia się w coś więcej, ale nowy związek może przynieść obojgu bohaterom, więcej szkody niż pożytku. Jednak nad ich relacją ciąży jakaś tajemnica, która niestety nie znajduje wyjaśnienia nawet w zakończeniu książki, konieczne jest więc sięgnięcie po kontynuację, na którą nie ukrywam, będę czekać.

Tak jak powiedziałam na początku, książka ma wiele plusów. Są nimi przede wszystkim niebanalne sceny erotyczne i to, co dzieje się poza łóżkiem bohaterów. Intrygująca jest tajemnica Morfeusza i otoczka niebezpieczeństwa, która wisi nad ich związkiem, ale żeby nie było zbyt idealnie, mam też do całej opowieści kilka zarzutów. Przede wszystkim dziwna jest relacja Cassandry z nowo poznanym chłopakiem. Moim zdaniem jest to zupełnie niepotrzebny wątek, no chyba, że Autorka ma na niego jakiś pomysł w kolejnej części. Średnio też podobało mi się podobieństwo (zapewne nie zamierzone, ale jednak widoczne), Cassandry do Anastasi, która z fajnej, wygadanej babki, zamieniła się w uległą, nie mogącą samodzielnie myśleć, gąskę. Morfeusz też przypomina Greya tą swoją męskością, bogactwem i skrywanym sekretem, jednak cała opowieść jest bardziej dynamiczna i ciekawsza od "Pięćdziesięciu twarzy Greya".  

"Sny Morfeusza" czyta się ekspresowo i nie przeszkadza w tym nawet drobny druk i bardzo zbity tekst, który początkowo nie zachęca do sięgnięcia po tę historię. Kiedy jednak przebrnie się przez pierwszych kilka zdań, reszta spotkania z Morfeuszem, potoczy się błyskawicznie.

Sardegna

"Hard beat. Taniec nad otchłanią" K. Bromberg


posted by Sardegna on , , , , ,

No comments


Wydawnictwo: Editiored
Liczba stron: 352
Moja ocena : 4/6

Rzadko kiedy znajdziecie u mnie wpis o typowych romansach. Jeżeli jednak sięgam już po taką książkę, oczekuję od niej, poza rozbudowaną relacją bohaterów, czy wątkami erotycznymi, interesującej fabuły. Jak było w przypadku "Tańca nad otchłanią"?

O serii "Driven" autorstwa K. Bromberg słyszałam już wcześniej. Wiedziałam, że Autorka określona jest bestsellerową, według New York Timesa, a jej seria zdobywa też uznanie wielu czytelniczek w Polsce. Nie szukałam jej książek na siłę, bo to jednak nie do końca moja bajka. To książki znalazły mnie, a właściwie odnalazły mnie trzy najnowsze powieści, z całej siedmiotomowej serii ("Slow burn. Kropla drąży skałę", "Sweet ache. Krew gęstsza od wody" oraz "Hard beat. taniec nad otchłanią"). Dobrze, że każdy tom można czytać odrębnie, bo ja, jak zwykle zaszalałam i zaczęłam czytać od końca. 

Tom siódmy "Hard beat. Taniec nad otchłanią" jest osobną, zamkniętą opowieścią (choć główny bohater jest bratem kobiety, występującej w którejś z części poprzednich), która opisuje skomplikowaną relację uczuciową, pomiędzy ludźmi, będącymi w trudnym momencie swojego życia. Korespondent wojenny, Tanner Thomas traci na jednej ze swoich akcji reporterskich, swoją wieloletnią partnerkę i przyjaciółkę, Stellę. Dziewczyna ginie w wyniku zamachu bombowego, a Tanner nie potrafię pogodzić się ze stratą, postanawia więc rzucić się w wir niebezpiecznych akcji, i jak najszybciej wrócić do pracy.

Do rozsądnego działania ma skłonić go nowa partnerka, fotografka Beaux, która jednak nie przypada mu początkowo do gustu. Tanner uważa kobietę za amatorkę, a jej urodę, za przeszkodę, która będzie tylko utrudniać współpracę. Beaux jest wyjątkowo piękną, ale też tajemniczą osobą, więc jak można się domyślać,układy zawodowe tych dwojga, bardzo szybko przemienią się w płomienny romans.

Kiedy relacja bohaterów, początkowo skupiona tylko na fascynacji fizycznej, przeradza się w coś więcej, na drodze do szczęścia staje pewna tajemnica, która niszczy wszystko to, co do tej pory udało się zbudować. Tanner i Beaux będą musieli stawić czoła nie tylko swoim własnym demonom, ale i czemuś znacznie poważniejszemu, co być może, okaże się przeszkodą nie do pokonania. 

"Taniec nad otchłanią" to romans z nutką sensacji. Jednak dramatyczne realiach pracy korespondenta wojennego nie wysuwają się na pierwszy plan, są tylko tłem wydarzeń. Oczywiście, ja to doskonale rozumiem, bowiem nie jest to powieść obyczajowa czy dramat, żeby inne wątki były jakoś bardziej rozbudowane, jednak kolejny raz mogę stwierdzić, że historia będąca typowym romansem, gdzie liczy się tylko "tu i teraz" bohaterów, to dla mnie trochę za mało. Dobrze chociaż, że wątki erotyczne są dodatkiem do całej opowieści, a nie jej istotą, bo tego bym nie zniosła.

Dlatego też oceniam książkę na czwórkę. Nie skreślam jednak zupełnie Autorki, bo w planie mam przeczytanie dwie pozostałych powieści, które czekają na półce.  Niedługo więc będziecie mogli przeczytać, co myślę o pozostałych tomach serii "Driven".
Sardegna