Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Muza. Pokaż wszystkie posty

"Wszystko, co powinieneś wiedzieć, zanim umrzesz. Tajemnice branży pogrzebowej" Małgorzata Węglarz


posted by Sardegna on , , , , , ,

4 comments

 
 
Wydawnictwo: Muza
Liczba stron: 303
Moja ocena : ?/6
 
Śmierć i wszystko, co się z nią wiąże to w naszym społeczeństwie zazwyczaj temat tabu. Choć jest ona integralną częścią życia i każdy z nas ma lub będzie miał z nią do czynienia, rozmowę na tematy ostateczne w towarzystwie omija się skrzętnie. Nawet we własnych rozważaniach i rozmyślaniach często unika się tej kwestii. Takie podejście związane jest pewnie z faktem, iż człowiek naturalnie boi się śmierci, zarówno swojej, jak i swoich bliskich, stąd też albo wypiera to zagadnienie ze swojego umysłu, albo odwleka je w czasie najdłużej, jak się da. 
 
Z tematem śmierci, z przekonaniami na jej temat, stereotypami, a także samym działaniem branży pogrzebowej zmierzyła się w swojej książce Małgorzata Węglarz, autorka debiutująca w 2013 roku "Posiadłością", czyli świetną powieścią grozy. 
 
Jak sama Autorka mówi, temat śmierci zawsze ją interesował, a ponieważ w swych poszukiwaniach i poszerzaniu wiedzy na jej temat była raczej osamotniona, sama postanowiła stworzyć mini kompendium i zebrać w jednym miejscu fakty i mity na temat śmierci, pracy osób związanych z branżą pogrzebową, ale też zwyczajów, przesądów, stereotypów i przekonań z nią związanych.
 
Na początku zaznaczę, że jeżeli ktoś sięga po tę książkę w poszukiwaniu makabrycznych opisów, lub czegoś, co zaszokuje, jak czytany horror, albo z drugiej strony, nie sięga, bo boi się, że treść go zestresuje, zgorszy albo sparaliżuje, to musi być świadomy, że niczego takiego tutaj nie znajdzie. Jestem przekonana, że niektórzy czytelnicy nie są gotowi na taką lekturę i to jest jak najbardziej w porządku, jednak dla innych może okazać się ona bardzo ważna. A ponieważ na blogu dzielę się z Wami różnymi książkami, stąd też postanowiłam podzielić się także tymi wrażeniami z lektury. 
 
Ktoś może spytać, co mnie skłoniło do przeczytania "Zanim umrzesz". Przed wszystkim chęć oswojenia strachu, który mi również towarzyszy, a także ciekawość, jak ludzie związani z branżą pogrzebową podchodzą do swoich trudnych profesji na co dzień. 
 
Wracając jednak do treści, "Zanim umrzesz" składa się z dwóch części. Jedna to zbiór wywiadów i zapis rozmów Autorki z osobami, które w sposób bardzo konkretny przedstawiają zagadnienie śmierci, a temat opisują głównie ze względu na wykonywaną pracę. Wiedza zebrana na ten temat pochodzi z wielu źródeł, bowiem Małgorzata  Węglarz skontaktowała się zarówno z osobami pracującymi w zakładach pogrzebowych, krematoriach, ale także z osobami zajmującymi się sprzątaniem po zgonach, tantokosmetologami, ludźmi zajmującymi się balsamacją, czy przygotowaniem ciała zmarłego do pochówku, mistrzami ceremonii świeckich, a także osobami pracującymi w hospicjach lub podejmujących się mało popularnych jeszcze w naszym kraju zadań (doula umierania, psycholożka zdrowia - twórczyni kart konwersacyjnych, towarzyszka w żałobie, członkowie Instytutu Dobrej Śmierci, influencerką, która na Instagramie, jako jedna z nielicznych, porusza w swoich mediach społecznościowych kwestie ostateczne).
 
Druga część książki to informacje zebrane przez Autorkę na temat przekonań na temat śmierci, przesądów z nią związanych, obrzędów, rytuałów pogrzebowych, a także kwestii prawnych dotyczących pochówku.
 
Sporo rzetelnej wiedzy, szeroka gama rozmówców, ich doświadczenia, przemyślenia, podejście do tematu, sprawia, że czytelnik oswaja się w pewien sposób z tym trudnym dla niego zagadnieniem. Śmierć i wszystko, co z nią związane przestaje być tematem tabu, stając się zagadnieniem, jak każde inne. Zdaję sobie sprawę, że w pewnych momentach życia lektura może przerastać czytelnika, nie należy jednak generalizować. Może akurat ktoś potrzebuje konkretnych, rzetelnych informacji ma ten temat, albo potrzebuje oswoić z nieuniknionym. Bardzo podobało mi się także zdanie, które umieściła Autorka na końcu swej książki, pisząc, że otwarta rozmowa o śmiertelności może paradoksalnie poprawić jakość naszego życia. W końcu zdając sobie sprawę z tego, że ono się kiedyś skończy, możemy żyć pełniej, lepiej i bardziej świadomie.


Sardegna

"Motyw ukryty" Katarzyna Bonda, Bogdan Lach


posted by Sardegna on , , , , ,

2 comments


Wydawnictwo: Muza
Liczba stron: 442
Moja ocena : ?/6 

"Motyw ukryty" autorstwa popularnej pisarki kryminałów, Katarzyny Bondy oraz Bogdana Lacha, najlepszego polskiego profilera, to książka z gatunku tych, które bardzo trudno jest mi ocenić. Nie wyobrażam sobie bowiem, jak można w jaki sposób punktowy ocenić historie, które opowiadają o brutalnych morderstwach, różnych niewyjaśnionych zbrodniach, aktach okrucieństwa, mających miejsce naprawdę, zarejestrowanych na przestrzeni lat na terenie Polski. 

 Katarzyna Bonda pokusiła się o spisanie w swej najnowszej książce takich właśnie spraw, a wszystko przy współpracy z znakomitym polskim profilerem dr Bogdanem Lachem. Stąd też w "Motywie ukrytym" przeczytamy o najgłośniejszych zbrodniach, tych najbardziej tajemniczych, nietypowych,  a także takich, które do dziś nie doczekały się finału i nie zostały wyjaśnione. Wszystkie opatrzone są komentarzami profilera, uzupełnione o zestawienie statystyczne, a także wnikliwe podsumowanie.

Pan Bogdan Lach, znakomity psycholog śledczy, jako jedna z pierwszych osób w Polsce, zajął się konstruowaniem profilu zabójcy na podstawie opinii świadków, historii rodzinnej, obserwacji miejsca zbrodni, ale też miejsca zamieszkania osoby podejrzanej. I choć profilowanie jest stosunkowo świeżą dziedziną nauki w kryminalistyce, praca, jaką wkłada w jej rozwój pan Lach, może podpowiedzieć policjantom, dziennikarzom śledczym, awokatom, czy sędziom, jak spojrzeć na sprawę w nieco inny sposób, i w ten sposób byc może odkryć elementy do tej pory przeoczone.

"Motyw ukryty" idealnie obrazuje, jak może wyglądac współpraca dwóch ekspertów. Profiler odkrywa przed czytelnikiem rąbek tajemnicy dotyczący swoich obserwacji oraz wypracowanego warsztatu, natomiast pani Katarzyna Bonda spisuje zapiski i informacje w taki sposób, aby czytelnik bez problemów mógł przedrzeć się przez dość specjalistyczną terminolgię spraw kryminalnych. Tekst stworzony przez pisarkę przekłada naukowy język biegłego profilera na  taki, który jest przystępny dla zwykłego odbiorcy, i choć nie jest pozbawiony makabrycznych opisów (ale w końcu poszczególne zbrodnie nie są ich pozbawione), to jednak jest w pewien sposób wygładzony i "uczłowieczony".

Reportaże zebrane są w rozdziały w zależności od specyfiki zabójstw. Poszczególne części poświęcone są zaginięciom, tajemniczym morderstwom pozorowanym na samobójstwa, zbrodniom na tle seksualnym, zabójstwom wynikającym z przemocy domowej, sprawom, które zostały wyjaśnione dzięki opiniom behawioralnym, a także sprawom niewyjaśnionym. Imiona i nazwiska ofiar, jak i zabójców zostały zmienione, jednak okoliczności śmierci, miejsca zbrodni, opinie profilera są autentyczne.

Książka jest mocna, przerażająca, ale czyta się ją jednym tchem. Trudno uwierzyć, że ludzie potrafią być takimi bestiami i czasami kierując się banalnymi motywami dokonują najstraszniejszych zbrodni. Czytelnik, mimo że wie, iż tekst nie będzie szczędził mu brutalnych opisów i makabrycznych szczegółów zabójstwa, kierowany taką trochę niezdrową ciekawością brnie w kolejne rozdziały, a później z niedowierzaniem kręci głową, zastanawiając się, jak to w ogóle możliwe. Co sprawia, że pozornie zwyczajni ludzie dopuszczają się takich czynów, budzi się w nich zwierzęcość, sprawiająca, że stają się zdolni do krzywdzenia innych i to w najbardziej wyrafinowany albo odrealniony sposób...


Podobnie, jak to miało miejsce przy okazji innej literatury faktu, nie potrafię przyznać tej ksiażce konktretnej oceny. Tekstów na temat takich wydarzeń się nie ocenia w kategoriach, czy są dobrze napisane, czy źle. Katarzyna Bonda uformowała te historie, aby były one w przystępne dla każdego, jednak nie polecam tej lektury osobom wrażliwym i o słabych nerwach. Niektóre historie są niewiarygodne w swym okrucieństwie i naprawdę cieżko się o nich czyta.


Sardegna

"Dobra - noc" Sabina Waszut


posted by Sardegna on , , , ,

No comments


Wydawnictwo: Muza
Liczba stron: 320
Moja ocena : 6/6

Niedawno rozmawiałam ze znajomym na temat tego, że brakuje nam książek, które nie są kryminałami czy thrillerami, tylko historiami obyczajowymi i są tak po prostu fajne. Bez nadęcia, bez banałów i do tego, żeby dobrze się je czytało i były napisane w mądry i przemyślany sposób. I tak sobie rozmawialiśmy wymieniając kolejne cechy idealnego tytułu, aż przypomniało mi się, że ja przecież taką książkę niedawno czytałam! "Dobra - noc" Sabiny Waszut taka właśnie jest. I choć na pierwszy rzut oka (patrząc na przykład na skromną okładkę, która swoją drogą idealnie pasuje do treści) historia może wydawać się zupełnie niepozorna, to uwierzcie mi, jest niesamowicie dobrze napisana, niosąca pewną interesującą treść i całą gamę emocji, ale takich prawdziwych, a nie napompowanych "serialową rzeczywistością", jeśli wiecie, co mam na myśli.

"Dobra - noc" miała niedawno swoją premierę, ale nie słyszałam o niej zbyt wiele na blogach, co uważam za bardzo wielkie niedopatrzenie, bowiem książka zasługuje na uwagę i szerokie grono czytelników. Jeśli miałabym określić, na czym polega jej wyjątkowość, powiedziałabym, że na tym, iż jest ona mocno "niedzisiejsza" i w uniwersalny sposób, życiowo mądra. 

W niespokojnych czasach, tuż przed wojną, we wsi Dobra ulokowanej pod Częstochową, w rodzinie gospodarza Pecyna rodzi się siódma córka. I choć rodzice spodziewali się upragnionego syna, to jednak pojawienie się nowego członka rodziny przyjmują z wielkimi emocjami, a wszystko to za sprawą ludowych wierzeń, według których siódma córka jest Zmorą, czyli straszydłem, które nocą wychodzi z ciała dziewczyny i krążąc po wsi, sprowadza na ludzi nieszczęścia, choroby a nawet śmierć.

Społeczność Dobrej jest bardzo specyficzna, a codzienność w takim zamkniętym i hermetycznym środowisku nie jest łatwa. Z jednej strony ludzie mocno opierają się na wierze w Boga i kulcie Maryi, i to wokół tych świętości kręci się całe ich życie, ale z drugiej strony, ciągle mocno zakorzenione są w nich zabobony i ludowe wierzenia, w których to utopce, zmory, topielice i inne strachy, są tak samo żywe, jak wiara.

Mimo iż do wsi małymi krokami wchodzi nowoczesność i coraz częściej słychać o nowinkach mających usprawniać ludziom pracę, mieszkańcy Dobrej wiedzą swoje. Wiodą proste życie, skupione wokół codziennych obowiązków, gdzie pory roku wyznaczają im rytm życia. Kiedy więc u Pecynow rodzi się Krysia, siódma córka, jej los zostaje już z góry przesądzony. Wieś uznaje ją za Zmorę i od najmłodszych lat izoluje od społeczności. Na nic zdają się opiekuńcze ramiona rodziców i rodzeństwa, oraz ich zapewnienia, że dziewczynka jest zwykłym, najnormalniejszym w świecie dzieckiem. Krysia od małego czuje się inna, odrzucona i nieakceptowana, a kiedy dorasta, również od rówieśników, którzy zdawałoby się, że są już nowym, bardziej nowoczesnym pokoleniem, otrzymuje tylko wyzwiska i spotyka się z wieczną niechęcią. 

Krysia, przez lata, nauczyła się żyć ze swoją samotnością i nie reagować na zaczepki. Otoczona tylko najbliższymi, prześladowana, stara się za wszelką cenę unikać ludzi, kiedy jednak przypadkowo poznaje Jurę, chłopaka z innej wsi, za nic mającego wiejskie zabobony, młodzieńcze uczucia dochodzą do głosu. Dziewczyna wychowana w irracjonalnym lęku nie potrafi jednak nawiązywać relacji z ludźmi, nie daje się też przekonać chłopakowi, pochodzącemu z zupełnie innego regionu Polski, żeby nie dała się tak traktować i sobą pomiatać. Jura próbuje skłonić dziewczynę do przeciwstawienia się ludzkiej głupocie, ale wtedy zdarza się tragedia...

Czy ta historia może mieć happy end? Czy wieś da Krysi normalnie żyć i czy znajdzie ona w końcu święty spokój i szczęście? Powiem Wam, że "Dobra - noc" zrobiła na mnie olbrzymie wrażenie i od tej pory będę zupełnie inaczej patrzeć na twórczość pani Sabiny Waszut, która do tej pory jawiła mi się głównie, jako pisarka powieści kobiecych, co oczywiście nie jest w żaden sposób obraźliwe, jednak niewątpliwie kojarzy się z literaturą lekką łatwą i przyjemną. Autorka tą powieścią pokazała, że świetnie odnajduje się w poważniejszej tematyce i doskonale umie pisać o emocjach.

Dodatkowy plus ode mnie za opisanie wierzeń ludowych, które może nie do końca pokrywają się ze śląskimi, z rejonu, z którego pochodzę, ale jednak wiele mają z nimi wspólnego, bo sama się z takimi zetknęłam. Bardzo polecam najnowszą książkę Sabiny Waszut. Jest dobrze skonstruowana, z pomysłem, działa na wyobraźnię, a do tego pokazuje, że polskie powieści obyczajowe mogą być naprawdę interesujące i potrafią wychodzić poza ramy wyidealizowanego świata, wykreowanego na potrzeby fabuły.

Sardegna

"Koniec samotności" Benedict Wells


posted by Sardegna on , , , , ,

4 comments



Wydawnictwo: Muza
Liczba stron: 384
Moja ocena : 4/6


"Koniec samotności" to pierwsza, wydana w Polsce powieść trzydziestoletniego, niemieckiego pisarza, Benedicta Wellesa, który zdobywa bardzo wielką popularność w swoim kraju, a jego książki trafiają nieustannie na tamtejszą listę bestsellerów. Zabrałam ją ze sobą na urlop, ale niestety mój wybór w tej kwestii był zupełnie nietrafiony. Nie dlatego, że książka jest zła, nudna, czy w jakiś inny sposób źle mi się ją czytało. Po prostu "Koniec samotności" jest niemożebnie smutny. Jest to książka o przemijaniu, śmierci, o godzeniu się z losem, a także o buntowaniu przeciwko takim, a nie innym kolejom losu. Jest to historia, z gatunku tych, które osobiście omijam szerokim łukiem. Po prostu staram się unikać książek o tak poważnej tematyce, bo jest to bardzo trudny dla mnie temat.  Wystarczy mi też sytuacji, z którymi muszę się borykać na co dzień, w prawdziwym życiu, nie muszę więc dokładać sobie jeszcze zmartwień lekturą. 

Decydując się na przeczytanie "Końca samotności" nie byłam do końca świadoma tego, że historia jest aż tak poważna. Zapoznałam się z opisem na okładce, więc wiedziałam mniej więcej, że nie jest to lekka opowieść, ale nie przewidziałam, że jej wydźwięk będzie aż tak dramatyczny, a całość tak złamie mi serce. 

Fabuła książki rozgrywa się w latach 80 - tych XX wieku i oscyluje pomiędzy historią trójki rodzeństwa: Julesa, Marty'ego i Liz, którzy niespodziewanie stracili obojga rodziców w wypadku samochodowym i muszą poradzić sobie ze stratą. Dzieciaki w momencie śmierci swoich rodziców, są w wieku nastoletnim i bardzo ciężko ogarniają nową rzeczywistość. Początkowo objęci opieką cioci, później zostają umieszczeni w domu dziecka, internecie, który zajął się ich edukacją i wychowaniem.
I choć wszyscy zostają umieszczenie w tym samym ośrodku, ich drogi praktycznie od razu się rozchodzą. Każdy z trójki rodzeństwa przyjmuje bezpieczną dla niego postawę, która ma uchronić go przed smutkiem, bólem i rozdrapywaniem świeżych ran. Najstarszy z rodzeństwa, Marty, typowy nerd, od razu zamyka się w swoim świecie, znajdując sobie zajęcie w postaci pracy nad rodzącą się technologią komputerową i raczkującym programowaniem. Wiecznie przesiadujący w swoim pokoju, nie zwraca uwagi na młodsze rodzeństwo, które bardzo go w tym czasie potrzebuje. Liz, będąca przed wypadkiem sympatyczną, szczerą i miłą dziewczyną, przyjmuje postawę wulgarnej i obscenicznej. Bardzo szybko zdobywa sobie złą opinię w internacie, a wszystkie plotki na swój temat kwituje drwiącym śmiechem tak, że nawet bracia zaczynają wątpić już w jej szczerość.

Najmłodszy z rodzeństwa, Jules, który przed śmiercią rodziców był otwartym i pewnym siebie dzieckiem, ciągle gotowym na nowe wyzwania, staje się samotnikiem, nieśmiałym i wycofanym, do tego wiecznie narażonym na drwiny i agresję ze trony współmieszkańców internatu. Dlatego samotny Jules, musi radzić sobie ze swoimi problemami tak, jak umie. Jedyną jego pociechą w życiu w ośrodku, jest Alvie, dziewczyna, która podobnie, jak on ma za sobą trudne dzieciństwo i też jest trochę dziwaczką. Dzieciaki zaprzyjaźniają się, ale ich drogi muszą się rozejść i spotkać ponownie po kilkunastu latach, żeby mogło zrodzić się pomiędzy nimi głębsze uczucie. Jules i Alvie będą próbowali stworzyć głębszą relację i fajną rodzinę, jednak życie ma wobec nich inne plany, a na horyzoncie czai się kolejna tragedia.


"Koniec samotności" opiera się w głównej mierze na opisywaniu relacji pomiędzy rodzeństwem. Najpierw na tym, co działo się przed wypadkiem, później, co dzieciaki przeżywały w czasie pobytu w ośrodku, aż ostatecznie, jak potoczyły się ich losy w dorosłym życiu. Całość ma jednak tak przejmujący i smutny wydźwięk, że aż trudno mi o tym pisać. Bohaterowie pozostawieni w młodości samym sobie, nie potrafią sobie radzić, a ich "dorosła" psychika mocno na tym cierpi. Niestety, nawet kiedy już po latach, wokół nich odnajdują się już bliscy, pomagają i wspierają, ci nadal czują się samotni, nawet będąc w otoczeniu ludzi. 

Do tego, książka niesie kolejny, przejmujący wydźwięk: każdy moment szczęścia i spokoju może być zakłócony tragedią, a pomoc bliskich i tak nie zmieni naszego wewnętrznego smutku, który w takiej sytuacji w nas tkwi. 

Czy widzicie już, jak trudna jest ta książka? Moim błędem było wybranie jej na czas urlopu, ale dobrze że wzięłam się za nią, gdzieś pod koniec wakacji, bo w przeciwnym razie mój humor mógłby znacznie się pogorszyć. Generalnie jest to książka bardzo specyficzna, dlatego nie będę jej Wam polecać. Jeżeli ktoś czuje, że taka opowieść może mu się spodobać i może być dla niego w jakiś sposób ważna, na tym etapie życia, to jak najbardziej zachęcam. Benedict Wells pisze bardzo dobrze, choć w charakterystycznym, dość surowym stylu. Wydarzenia w książce przeplatane są przemyśleniami Julesa (bo to on jest narratorem tej opowieści), a cała historia na pewno mocno utkwi w Waszej pamięci. Wbije drzazgę, przypominającą fakt, że życie jest kruche i ulotne, a w każdym jego momencie można stracić to, co daje nam szczęście. Tym poważnym akcentem zostawiam Was z lekturą, a jeśli mimo to będziecie mieli ochotę na "Koniec samotności", wiecie już czego się spodziewać. 
Sardegna

"Florystka" Katarzyna Bonda


posted by Sardegna on , , , , ,

7 comments

Wydawnictwo: Muza
audiobook: czas trwania 22 godziny 30 minut
Moja ocena : 5/6
lektor: Marek Bukowski
 
Parę dni temu skończyłam odsłuchiwać "Florystkę", czyli ostatnią część trylogii Katarzyny Bondy, z Hubertem Meyerem w roli głównej, i powiem Wam, że dziwnie mi z tą aktualną ciszą na słuchawkach, bowiem ostatnie trzy miesiące spędziłam w towarzystwie profilera i lektora, pana Marka Bukowskiego. Trudno mi jakoś teraz przestawić się na inną historię, choć w planach mam "Osiedle marzeń" Wojciecha Chmielarza. 

W każdym razie, wracając do "Florystki", po rewelacyjnej "Sprawie Niny Frank" i nieco słabszym tomie "Tylko martwi nie kłamią", rozgrywającym się na Śląsku, część trzecia wzbudziła we mnie bardzo mieszane uczucia, które postaram się ubrać w słowa (o moich dokładnych wrażeniach z lektury części pierwszej i drugiej, przeczytacie klikając w odpowiednie linki TU i TU). 

Akcja powieści rozpoczyna się praktycznie tuż po zakończeniu historii z "Tylko martwi ...". Meyer, który z sukcesem zaangażował się w sprawę wyjaśnienia śmierci śmieciowego Barona Johanna Schmitta, zostaje od razu zaproszony do udziału w kolejnych akcjach. Niestety jedna z nich kończy się fiaskiem, a jego profil zabójcy zupełnie mija się z prawdą. Upokorzony i zdegradowany Meyer postanawia wycofać się z pracy w policji i zaszywa się w rodzinnej wsi, niedaleko Białegostoku. W ciszy na odludziu, próbuję coś zrobić ze swoim życiem, ima się różnych zleceń, a wszystko do czasu, kiedy jego dawny znajomy z białostockiej policji prosi o pomoc w przesłuchaniu kobiety zamieszanej w zaginięcie dziecka.

Zosia Sochacka, dziewczynka pochodzenia romskiego, znika w centrum Białegostoku. Pierwszą podejrzaną jest matka, ale z czasem na jaw wychodzą inne powiązania, zwłaszcza niepokojące podobieństwo do sprawy sprzed pięciu lat, dotyczącej zabójstwa nastoletniego Amadeusza Jekela.

Meyer początkowo niechętny, w końcu angażuje się w sprawę, współpracując ze swoją dawną kochanką. Lena Pawłowska, która uczy się być profilerem i upatruje w pracy z Hubertem szansę na swoją karierę. Z czasem jednak jej plany ulegają znacznej zmianie, podobnie jak samo zaangażowanie w relację z Meyerem.

Duet profilerów, w obu sprawach zaginięcia Zosi i Amadeusza, odkrywa wiele podobieństw. Dzieci były uczniami szkoły muzycznej, mieszkały w pobliżu siebie, a ich codzienne rytuały dnia splatały się w nieciekawej okolicy osiedla Dziesięciny. Meyer odnajduje jeszcze więcej podobieństw pomiędzy nimi, śledzi też sytuację rodzinną Zosi i Amadeusza, odkrywając co chwilę szokujące fakty. W rodzinie dziewczynki źle się dzieje, natomiast jeszcze gorzej jest u matki Amadeusza, Aleksandry Jekel, miejscowej florystki, która wydaje się być opętana myślą o zmarłym synu.

Przełomem w śledztwie okazuje się odkrycie powiązanie zabójstwa w windzie pewnej dziewczyny, ze sprawą dzieci. Kto stoi za zaginięciem Zosi Sochackiej? Co tak naprawdę stało się przed laty z Amadeuszem? I najważniejsze pytanie: czy florystka naprawdę jest opętana przez ducha zmarłego syna? 

Tak, jak napisałam na początku, "Florystka" na pewno jest ciekawsza od tomu drugiego, ale zdecydowanie gorsza od "Sprawy Niny Frank". Teoretycznie jest to kryminał, ale sam wątek zabójstwa jest tutaj poboczny, zwłaszcza w drugiej części książki schodzi on na dalszy plan. Jak dla mnie, niestety cała fabuła nieco się rozchodzi. Początkowo najważniejsza jest sprawa zaginięcia Zosi, ale gdzieś po dwudziestym rozdziale zostaje to odstawione na boczny tor na rzecz rozwiązania śmierci Amadeusza Jekel. Meyer z Leną zajmują się także dogłębnie tytułową florystką i jej przeszłością. Ja to wszystko rozumiem. Te sytuacje mają ze sobą związek, ale ich połączenie mogło być jakoś bardziej logiczne, a wprowadzane do fabuły bardziej płynnie. Cały początek dotyczący Zosi i jej rodziny, urywa się w pewnym momencie i zostaje podsumowany jednym akapitem w ostatnim rozdziale. Zakończenie też nie do końca mnie satysfakcjonuje. Niby jest zaskakujące, ale jakby trochę nielogiczne. Im bliżej końca, tym więcej zgrzytów odczuwałam. 

"Florystka" to kryminał z bardzo rozbudowanym wątkiem obyczajowym. I to generalnie mi nie przeszkadza, sporo jednak w książce poświęcono kwestii utraty dziecka i kondycji psychicznej matki po tej stracie. Dla mnie z zasady to trudny temat, więc książka okazała się być po prostu bardzo, bardzo smutną powieścią, która kryminałem była tylko przez pierwsze kilkadziesiąt stron, a potem stała się tylko, albo aż, powieścią psychologiczno - obyczajową, o niełatwej tematyce, na którą niekoniecznie miałam ochotę.

Nie twierdzę że "Florystka" Katarzyny Bondy, a także pierwsze dwie części trylogii są złe, bo tak nie jest. Świadczą o tym zresztą moje pozytywne oceny dla wszystkich tomów. Jednak ich ogromna objętość, wynikająca z wielostronicowych opisów codziennych czynności i rozważań bohaterów nie na temat, nic nie wnoszących do sprawy, sprawia, że czytanie/odsłuchiwanie momentami nuży, a określanie ich szumnie najlepszymi polskimi kryminałami, jest dla mnie zdecydowanie na wyrost.

Sardegna

"Tylko martwi nie kłamią" Katarzyna Bonda


posted by Sardegna on , , , , ,

6 comments


Wydawnictwo: Muza
audiobook: czas trwania 22 godziny 29 minut
Moja ocena : 4/6
lektor: Marek Bukowski


Na moich słuchawkach króluje Bonda! Aktualnie słucham "Florystki", czyli trzeciej części przygód profilera Huberta Mejera, a powyższa książka to akurat część druga, z którą zapoznałam się już jakiś czas temu. Jako że "Tylko martwi nie kłamią" zaczynają się praktycznie tam, gdzie kończy "Sprawa Niny Frank", audiobook ma też tego samego lektora, pana Marka Bukowskiego, bardzo sprawnie i płynnie przeszłam od jednej powieści Autorki, do drugiej. I powiem Wam, że jak najbardziej polecam takie sposób zapoznawania się z dość sporymi objętościowo, powieściami Katarzyny Bondy.

Meyer po spektakularnym sukcesie odkrycia zabójcy aktorki Niny Frank staje się bardzo popularny, nie tylko w kręgach policyjnych, ale też poza nim. Zmęczony sukcesem wraca w rodzinne strony na Śląsk, gdzie otrzymuje propozycję od katowickiej Komendy Policji zajęcia się sprawą zabójstwa bogatego biznesmena, Johanna Schmitta, "śmieciowego barona", którego ciało znaleziono w jednej z kamienic w centrum miasta na ulicy Stawowej.

Hubert wraz z podinspektorem Waldemarem Szerszeniem, bardzo specyficznym, ale rzeczowym człowiekiem, oraz piękną prokurator Weroniką Rudy, próbują ogarnąć tę sprawę, jednakże im bardziej się w nią zagłębiają, tym więcej niepokojących szczegółów odnajdują. Po pierwsze, sprawa nie będzie miał charakteru rabunkowego, jak się na początku mogło wydać. Po drugie, w latach 90-tych, w tej samej kamienicy, w tym samym mieszkaniu, zamordowano Troplowitza, czyli "Gybisa", znanego na cały Śląsk, bogatego protetyka, pochodzenia żydowskiego. Czy oba zabójstwa mają ze sobą coś wspólnego? Po trzecie w sprawę, w jakiś sposób, zamieszana jest właścicielka lokalu, w którym dokonano obu zabójstw, popularna w Katowicach psycholog - seksuolog, Elwira Douglas - Poniatowska.  

Meyer wraz z prokurator Rudy i podinspektorem Szerszeniem tworzą przedziwne, ale zgrane trio, które aby dociec prawdy musi odkryć, co łączy Schmitta, Troplowitza, Douglas - Poniatowską, a także całą gamę osób, które w mniejszym lub większym stopniu zamieszane są w sprawę. Co wspólnego z zabójstwem ma przeszłość Schmitta i jego dawne ekscesy seksualne? Czy może jego śmierć ma raczej związek z szemranymi i niedokończonymi interesami? Kolejni świadkowie kłamią, przedstawiając co rusz inną wersję wydarzeń. Jak więc w tych kłamstwach odkryć, kto stoi za zabójstwem "śmieciowego barona"?

Drugi tom przygód profilera Huberta Meyera trzyma poziom, choć szczerze powiem, "Sprawa Niny Frank" podobała mi się bardziej. W tym wypadku odczuwalna jest też spora objętość książki, nawet podczas słuchania audiobooka, co rzadko się zdarza. Niektóre fragmenty nie do końca związane z samą sprawą (wspomnienia bohaterów, relacja uczuciowa Meyera), czy opisy zwyczajnych czynności były nieco nużące w odsłuchiwaniu.

Pomysł na fabułę podobał mi się może nieco mniej niż w tomie pierwszym, ale przez to, że akcja rozgrywa się na Śląsku, głównie w Katowicach i w Rudzie Śląskiej, miejscowościach bardzo dobrze mi znanych, spowodowała, że z wielkim zainteresowaniem śledziłam tok wydarzeń. Jako rodowita Ślązaczka znalazłam też jeden błąd rzeczowy: Elwira Douglas - Poniatowska jedzie na weekend odpocząć do Śmiłowic, koło Mikołowa, nad rzekę Jamnę. I tutaj psikus, bo owszem, Śmiłowice leżą obok Mikołowa, jest to dzielnica tego miasta, ale na pewno w żaden sposób nie przepływa przez nie rzeka Jamna. Jeżeli Autorka miała na myśli jeden z mikroskopijnych dopływów rzeki, to naprawdę nie jest on na tyle rekreacyjny, żeby spędzać nad nim wolny czas "nad wodą".

Oprócz znanych mi miejsc w Katowicach, Osiedlu Paderewskiego, ulicy Stawowej czy Kilińskiego, w książce dość wnikliwie przedstawiona jest także Ruda Śląska, jednak jej wizerunek trochę mi przeszkadzał. Miasto zostało ukazane jako zapadła dziura, śmiertelnie niebezpieczna okolica, miejsce pełne najbardziej wynaturzonych przestępców. Wiadomo, że pewne dzielnice Rudy Śląskiej nie są może i najbezpieczniejszą strefą do życia na Śląsku, ale bez przesady! Miasto, jak każde inne w naszym regionie z lepszymi i gorszymi dzielnicami. Nie podobał mi się do końca ten obraz Śląska. 

Podsumowując, "Tylko martwi nie kłamią" jest interesującą, ale nieco zagmatwaną i przegadaną historią kryminalną, rozgrywającą się na Śląsku. W trylogii o Hubercie Meyerze będzie chyba plasować się na ostatnim miejscu, bo "Florystka" ma jednak o wiele większy potencjał, choć jeszcze nie przesłuchałam jej do końca.

Cieszę się jednak, że dzięki audiobookom udało mi się zapoznać z pierwszą trylogią autorstwa Katarzyny Bondy. Teraz już będę mogla spokojnie wziąć się za "Żywioły" Saszy Załuckiej, które mam już w formie papierowej.



Sardegna

"Ostatni pasażer" Manel Loureiro


posted by Sardegna on , , , , ,

4 comments


 Wydawnictwo: Muza
Liczba stron: 478
Moja ocena : 5/6

"Ostatniego pasażera" kupiłam sobie jakiś czas temu, przy okazji zakupów w Biedronce. Dobra, dobra. Wiem wszystko o zakupach książek w tym markecie, ale sami przyznacie, że ceny są strasznie zachęcające. W każdym razie bardzo zainteresował mnie opis na okładce, bo nie wiem czy wiecie, ale uwielbiam historie związane ze statkami widmo i upiornymi wydarzeniami, które rozgrywały się na morzu. Od razu więc kupiłam sobie tą powieść, z założeniem, że jak tylko przyjdę do domu, zaraz zabiorę się za jej lekturę.

Oczywiście skończyło się, jak zwykle i książka wylądowała na półce z napisem "na później". Na szczęście z okazji zbliżających się świąt, postanowiłam zrobić gruntowny porządek na regale i odkryłam "Ostatniego pasażera", o którym już zdążyłam zapomnieć. Wtedy przypomniało mi się, jak bardzo chciałam tą książkę przeczytać. Od razu wzięłam się za lekturę i powiem Wam, że bardzo dobrze zrobiłam, bo historia rzeczywiście okazała się tak rewelacyjna, jak oczekiwałam, a jej przeczytanie zajęło mi dosłownie jeden wieczór.

Powieść ta jest naprawdę emocjonującą lekturą, z pogranicza horroru i thrillera z motywem przerażającego statku widmo. Jeżeli lubicie film o takim tytule, albo jakieś niepokojące historie z duchami w tle, to ta książka na stówę przypadnie Wam do gustu. 

W 1939 roku pewien stary, angielski węglowiec, pływając po wodach Atlantyku, gubi się we mgle i o mało nie zderza z olbrzymim statkiem wycieczkowym "Valkiria", który na swojej banderze i burcie ma niemieckie swastyki. Statek wygląda na zupełnie opuszczony, więc załoga węglowca postanawia wejść na pokład, a w razie gdyby statek okazałby się pusty, postanawia ubiegać się o coś w rodzaju znaleźnego. Po wejściu na pokład okazuje się, że jest to niesamowicie straszne miejsce, w którym rozgrywają się przedziwne rzeczy, dlatego oszaleli ze strachu marynarze, jak najszybciej opuszczają pokład, po drodze jednak natykają się na niemowlę, ubrane w żydowski tałes i Gwiazdę Dawida na szyi, leżące jakby nigdy nic na pokładzie. Zabierają więc dziecko ze sobą i postanawiają już nigdy więcej nie wejść na pokład "Valkirii".

Po 70 latach, kiedy to statek stoi zardzewiały w jednym z londyńskich portów, zaczynają interesować się nim tajemniczy nabywcy. Całą akcję śledzi dziennikarka, Kate Kilroy, która po niedawnej stracie męża, postanawia zająć czymś umysł. Kate postanawia rozwikłać tajemnicę "Valkirii" i dowiedzieć się, co tak naprawdę wydarzyło się na jej pokładzie, w czasie wojny. Dlaczego opustoszały statek został odnaleziony na pełnym morzu i co stało się z malutkim, żydowskim dzieckiem?

Kate udaje się wkręcić na ponowny, dziewiczy rejs odnowionej "Valkirii", ale nie przypuszcza nawet, że podróż transatlantykiem okaże się tak przerażającym i niebezpiecznym doświadczeniem. Na pokładzie statku dzieją się bowiem rzeczy z pogranicza snu i jawy, a nie wszystko da się wytłumaczyć racjonalnie. Niektóre sytuacje będą ściśle związane z tajemnicą z 1939 roku, inne natomiast będą zupełnie współczesne.

"Ostatni pasażer" wciąga i straszy. Kto czytał "Statek śmierci" Yrsa Sigurðerdóttir będzie wiedział, o czym mówię, podobnie sprawa ma się z filmem "Statek widmo" z 2002 roku. Powyższa powieść jest utrzymana w bardzo podobnym, niepokojącym klimacie. 

Podczas czytania miałam momenty autentycznego lęku i udzielał mi się dreszczyk emocji, a że w sumie rzadko mi się taka sytuacja zdarza przy lekturze horrorów czy thrillerów, uważam to za wielki plus książki Manela Loureiro.

Zakończenie powieści jest satysfakcjonujące, bo niestety często początek takiej historii jest rewelacyjny, a im bliżej końca, tym opowieść staje się coraz bardziej bezsensowna. W przypadku "Ostatniego pasażera" Autorowi udało się zachować równowagę pomiędzy logiką, fantazją a zjawiskami nadprzyrodzonymi. Jesteście ciekawi "Valkirii"? Zapraszam więc do emocjonującego rejsu po Atlantyku na jej pokładzie.

  Sardegna

"Sprawa Niny Frank" Katarzyna Bonda


posted by Sardegna on , , , , ,

11 comments


Wydawnictwo: Muza
audiobook: czas trwania 14 godzin 32 minuty
Moja ocena : 6/6
lektor: Marek Bukowski

Nie ma chyba takiej osoby, która nie kojarzyłaby Katarzyny Bondy, szeroko nagradzanej pisarki, dziennikarki i scenarzystki, nazywanej Królową Kryminałów. Popularność pani Bondy, popularnością, nadawane tytuły, tytułami, ja jednak, do tej pory, podchodziłam do jej powieści nieco sceptycznie. Zawsze mam opory przed sięganiem po książki tak szeroko chwalone. Co bowiem jeśli nie poczuję tego ich "fenomenu"? Nie miałam w biblioteczce żadnej powieści Autorki, na szczęście z pomocą przyszedł audiobook. 

"Sprawa Niny Frank" to pierwsza część trylogii kryminalnej, z charyzmatycznym bohaterem w roli głównej, będąca jednocześnie pisarskim debiutem Katarzyny Bondy. 

Hubert Meyer, psycholog śledczy, zajmujący się tworzeniem profili zabójców, na co dzień pracujący w Komendzie Głównej w Katowicach, przechodzi aktualnie trudny okres, związany z problemami w życiu osobistym. W związku z tym, trochę przymusowo zostaje oddelegowany na Podlasie, do wioski Mielnik nad Bugiem, aby pomóc w śledztwie dotyczącym zabójstwa znanej w całej Polsce, aktorki serialowej, Niny Frank.

Nina, która dzięki serialowej roli zakonnicy Joanny, zdobyła sławę, pieniądze i popularność, zostaje brutalnie zamordowana we własnym domu. Posiadłość leżąca na obrzeżach Mielnika, miała za zadanie zapewniać aktorce prywatność, oddzielać od lokalnej społeczności, pozwalać na spokojne życie na uboczu, ale jednocześnie umożliwiać prowadzenie zamkniętych imprez z wpływowymi ludźmi z branży. Pewnego dnia, zmasakrowane ciało aktorki znajduje listonosz, a podejrzenia od razu padają na męża Niny, Mariusza Króla, znanego w całym kraju, telewizyjnego prezentera, z którym kobieta była w trakcie głośnego rozwodu.

Sprawa zabójstwa tak znanej osoby przerasta trochę lokalnych stróżów prawa, stąd na pomoc władzom przychodzi profiler ze Śląska, Hubert Meyer, człowiek, który ma na swoim koncie wiele spektakularnych sukcesów. Meyer od razu przechodzi do rzeczy. Na miejscu zbrodni znajduje znacznie więcej poszlak, niż policjanci prowadzący sprawę, a współpracując z komendantem Policji w Mielnika, Eugeniuszem Kulą, szybko konstruuje profil zabójcy aktorki, przy okazji odkrywając wiele ciekawych faktów z życia Niny.
 
Okazuje się, że kobieta, pod przykrywką uwielbianej przez całą Polskę, gwiazdy telewizji, skrywała drugą naturę. Miała swoje sekrety, niebezpieczne tajemnice i coś na sumieniu skazę,  która pojawiła się w młodości i zaważyła na jej całym dorosłym życiu. Czy to grzechy z przed lat stały się jej gwoździem do trumny? Co znaczy tajemniczy tatuaż, znaleziony pod jej włosami? Dlaczego w całą sprawę zamieszany jest znany w całym kraju polityk? No i najważniejsze, czy na podstawie profilu Meyera będzie można znaleźć zabójcę? 

Powieść naprawdę trzyma poziom. Należy pamiętać, że jest to debiut Katarzyny Bondy, więc tym bardziej książce należy się pochwała. Akcja toczy się wartko. Praktycznie każdy rozdział jest ważny i kluczowy dla sprawy. Historia jest kryminałem, ale ma bardzo rozbudowaną warstwę obyczajową, dzięki temu czytelnik ma ochotę nie tylko rozwiązać wątek zabójstwa, ale także (a może przede wszystkim), chce dowiedzieć się, co tak naprawdę wydarzyło się przed laty w życiu aktorki. 
 
Dzięki temu, że akcja rozgrywa się dwutorowo, czytelnik stopniowo odkrywa wszystkie tajemnice Niny. Śledzi współczesne wydarzenia, rozgrywające się w Mielniku, poczynania Meyera (również te, związane z jego życiem osobistym), a jednocześnie, czerpie informacje z dziennika Niny, dowiadując się, co działo się w jej przeszłości. Każda kolejna strona książki jest ważna. Przybliża do rozwiązania zagadki, i to nie tylko tej kryminalnej, ale tej, związanej z prawdziwym obliczem aktorki. 
 
W całej historii Niny Frank ważne są jeszcze postacie drugoplanowe, których obecność jest istotna dla sprawy. Bibliotekarka Lidia Daniluk, jej syn Borys, matka aktorki, polityk Jakub Czerny, mąż Mariusz Król. Do tego cała gama osób, związanych z mediami, a także lokalna społeczność Mielnika. Sporo barwnych osób, z których każda dołoży małą cegiełkę do ukazania prawdy o Ninie. Ciekawe w tej powieści okazuje się zakończenie, które jest podwójne i daje czytelnikowi opcję alternatywną. Druga wersja zdarzeń może do końca mi się nie podobała, jakkolwiek daje ciekawy efekt i kończy historię z przytupem.
 
Uważam że "Sprawa Niny Frank" jest to naprawdę świetną historią, jedyną uwagę miałabym do zbyt często "filozofowania" i dumania nad ludzką naturą momentami było to nużące. Co do audiobooka, słuchało mi się go bardzo dobrze i podobała mi się nienachalna interpretacja pana Marka Bukowskiego (pierwszy raz słuchałam historii w jego wykonaniu). Opowieść bardzo mnie wciągała, mimo tego, że rozdziały były dość długie, a ich odsłuchiwanie w praktyce było trochę kłopotliwe, wartkie tempo akcji rekompensowało mi wszelkie niedogodności. 

Czy po pierwszym spotkaniu z panią Katarzyną Bondą mogę użyć już tytułu Królowej Kryminału? Na razie nie. Wstrzymam się z opinią do czasu, kiedy zapoznam się z drugą i trzecią częścią trylogii ("Tylko martwi nie kłamią" oraz "Florystka") oraz serią "Cztery żywioły Saszy Załuskiej".

Sardegna

"Słuchaj pieśni wiatru. Flipper roku 1973" Haruki Murakami


posted by Sardegna on , , , ,

15 comments


 Wydawnictwo: Muza
Liczba stron: 318
Moja ocena : 4/6

"Słuchaj pieśni wiatru. Flipper roku 1973" dał mi w kość! I nie są to w moim przypadku, puste słowa. Powieść czytałam autentycznie pół roku, ale jako że zawsze doczytuję książkę do końca, bo taki już mam zwyczaj, że nawet kiedy lektura mi zbytnio nie pasuje, i czytanie zamiast przyjemnością, staje się przedzieraniem przez tekst, nigdy nie odpuszczam.
Czasami ciekawe zakończenie warte jest całej, niełatwej lektury, czasami, na końcu pojawia się jakiś interesujący wątek, który powoduje, że patrzę na książkę zupełnie z innej strony. Zawsze daję książce szansę, bo skrzywdzenie jej niską notą, bez przeczytania do końca, nie wchodzi u mnie w grę!

Powyższa powieść jest właśnie idealnym przykładem na to, że książkę zawsze TRZEBA doczytać do końca. Początek nie był łatwy. W ogóle nie wkręciłam się w charakterystyczny styl Murakamiego, który przecież znałam już niejako z "Przygody z owcą". Nie jestem może znawczynią jego prozy, ale wiedziałam, czego mniej więcej się spodziewać, czego szukać, w którą stronę podążać. Niestety powyższa powieść, a właściwie dwie mini - powieści nie wciągnęły mnie do świata japońskiego autora na tyle, żebym zachwyciła się książką, jak miało to miejsce w przypadku "Przygody..." właśnie.
Niemniej jednak, mimo trudnych początków, "Słuchaj pieśni wiatru. Flipper roku 1973" jest  najlepszym przykładem, że gdybym odłożyła książkę i poddała się niechęci, ominęłaby mnie interesująca historia flippera, a właściwie zakończenie, na które w ogóle nie zapowiadało się wcześniej, a bardzo mi się spodobało i podwyższyło notę z 3 na 4 punkty.

"Słuchaj pieśni wiatru" to opowieść o samym pisaniu - procesie twórczym. Sporo miejsca Narrator poświęca na wspomnienia o swoim ulubionym pisarzu. Wplata w swe historie ciekawe spostrzeżenia dotyczące nie tylko pracy pisarskiej, ale i życia codziennego. Nie dla mnie jednak okazało się kolekcjonowanie cytatów i doszukiwanie się w nich istoty opowieści. Nie doszukałam się też znaczenia cyfr, które były w tekście bardzo wyraźnie zaznaczone. Przedzierałam się po prostu przez tekst.
Na szczęście, znacznie więcej frajdy sprawił mi "Flipper roku 1973", w którym autor skupił się na poszukiwaniu wyjątkowego egzemplarza maszyny do gier. To szukanie kolekcjonerskiego flippera okazało się być godzeniem się z przeszłością i swoistym dojrzewaniem Narratora. Ta część znacznie zrekompensowała mi lekturę, a zakończenie poszukiwań na prawdę zainteresowało.

Dwie opowieści są pierwszymi w dorobku autora, i podobno odbiegają nieco poziomem od jego najnowszych książek. Tego faktu osobiście nie potwierdzam, bowiem poza wymienioną wyżej "Przygodą z owcą" i "O czym mówię, kiedy mówię o bieganiu", nie czytałam jego innych powieści, więc nijak mi porównywać. Jednak, tak jak mówiłam, czytanie nie sprawiło mi tak wielkiej frajdy, jak poprzednio, śmiem więc twierdzić, że w pierwszych dziełach Murakamiego styl i fabuła są bardziej pogmatwane, a doszukiwanie się "smaczków" trudniejsze. Przez to lektura jest też bardziej wymagająca i dla osób, które nie rozkładają powieści HM na części pierwsze, tylko po prostu "czytają", nie do końca satysfakcjonująca. 

Jestem pewna jednak, że powieść sprawi masę radości najwierniejszym fanom autora, którzy będą się rozsmakowywać w historii Szczura (postaci znanej już z "Przygody...") i Narratora oraz przeszukiwać treść w poszukiwaniu sensu i analogii do innych tytułów, w pozornie błahych i niezwiązanych z sobą scenkach sytuacyjnych.

Sardegna

"Statek śmierci" Yrsa Sigurðardóttir


posted by Sardegna on , , , , ,

9 comments

Wydawnictwo: Muza
Liczba stron: 334
Moja ocena : 6/6

Kiedyś już wspominałam, że parę lat temu, kryminały i thrillery stanowił moją główną bazę czytelniczą. Po jakimś czasie, złapałam się na tym, że mało który potrafi mnie już poruszyć i zaskoczyć. Wiązało się to chyba z faktem, że gatunek ten stał się dość odtwórczy, a ja większość motywów i pomysłów kryminalnych już znałam. Przesyt gatunkiem spowodował, że porzuciłam go na rzecz spokojnych i sympatycznych powieści obyczajowych z happy endem. Spokój w lekturach muszę jednak czasami przełamać jakąś iskrą.

"Statek śmierci" jest taką porządną iskrą, petardą nawet! Wysoce trafione jest stwierdzenie, że Yrsa Sigurðardóttir jest królową skandynawskiego kryminału (chociaż ja mam jeszcze kilka innych faworytek do tego tytułu). Na pierwszy rzut oka i według opisu z okładki, "Statek śmierci" to thriller z wątkiem paranormalnym. Jak bowiem inaczej wytłumaczyć fakt, że do portu w Reykjaviku przypływa luksusowy jacht zupełnie pusty? Nikt nie potrafi wyjaśnić, jak doszło do tego, że pozbawiony pasażerów statek, przepłynął Atlantyk i co się stało z jego załogą: kapitanem, sternikiem i mechanikiem pokładowym, oraz czteroosobową rodziną, podróżującą w związku ze sprawami zawodowymi ojca.

Poza policją, sprawą zajmuje się adwokat Thora Gudmunsdottir, pracująca z ramienia starszego małżeństwa, których to syn, synowa i wnuczki mieli być obecni na statku. Zrozpaczeni dziadkowie nie potrafią racjonalnie wyjaśnić, bo stało się z ich rodziną, a do tego, poruszeni są faktem zaopiekowania się najmłodszą córeczką syna, która w czasie rejsu rodziców, pozostała na lądzie pod ich opieką. Thora pomaga uporządkować im sprawy finansowe, związane z pracą Egira i jego ostatnią podróżą służbową, a przy okazji natrafia na informacje o samej pechowej podróży. Z różnych źródeł dowiaduje się, że jacht miał być rzekomo okryty złą sławą i nosić miano "przeklętego". Również poprzedni właściciele statku nie wiążą z nim dobrych wspomnień. Czy nad jachtem krąży klątwa, która doprowadziła do zniknięcia pasażerów?

Prawda okaże się być przerażająca. Tym bardziej, że będzie ona dawkowana czytelnikom w małych porcjach. Akcja książki toczy się dwutorowo. Na przemian czytamy o wydarzeniach aktualnych, czyli prywatnym śledztwie prowadzonym przez Thorę, i sytuacji, jaka miała miejsce na jachcie, kiedy jeszcze pasażerowie byli na nim w komplecie.

Powoli odkrywamy poszczególne karty, które doprowadzają nas do prawdy. Przytłaczająca  atmosfera na statku, złe warunki pogodowe, zamknięta na niewielkiej przestrzeni, mała społeczność, powodują, że czytelnikowi udziela się atmosfera, początkowo niepokoju, a w finale, paniki i grozy. Czy na jachcie działają siły nadprzyrodzone? Czy to tylko wyobraźnia podsuwa makabryczne obrazy, a rzeczywistość jest bardziej prozaiczna?

"Statek śmierci' to świetny thriller. Książka, która autentycznie straszy atmosferą, bez makabrycznych, krwawych opisów zbrodni. Zakończenie powieści, poza tym, że jest zaskakujące, niesie ze sobą wyjątkowo smutny wydźwięk i nie da tak łatwo o sobie zapomnieć. Treść siedzi gdzieś głęboko w podświadomości, a jeżeli do tego, ktoś ma awersję do zamkniętych pomieszczeń, małych ciasnych przestrzeni, albo lęk przed wodą, spotęgowanie wrażeń - gwarantowane!

Jak dla mnie, książka zasługuje na szóstkę. Za to, że jest to thriller, który zdecydowanie wyrwał mnie z czytelniczego spokoju i zapewnił porządny dreszczyk emocji. Takie powieści lubię!

"Statek śmierci" zaliczam do październikowego wyzwania Trójka e-pik

Sardegna

"O czym mówię, kiedy mówię o bieganiu" Haruki Murakami


posted by Sardegna on , , , , , ,

14 comments


Wydawnictwo: Muza
Liczba stron: 190
Moja ocena : 5/6

Bieganie ostatnio mnie prześladuje. Czyżby życie chciało mi dać delikatnie do zrozumienia: rusz się!? Najpierw "Trzy mądre małpy" Łukasza Grass, a potem "pierwowzór" - "O czym mówię, kiedy mówię o bieganiu" Murakamiego. Co jest takiego w owych książkach, że chce się zmienić coś w swoim życiu, z naciskiem na stosunek do sportu? Nie mam pojęcia, bo jak ostatnio pisałam, nijak mi do aktywności fizycznej i tego typu działań.

Murakami nie bardzo kojarzył mi się z człowiekiem, dla którego sport stał się tak wyjątkowo ważną częścią życia. Popłynęłam trochę na fali jego popularności i przeczytałam "Przygodę z owcą" i to właściwie tyle, co do kwestii mojej znajomości z autorem. Powyższy pamiętnik  pożyczyłam daaaawno temu od Agi, żeby sprawdzić, co jeszcze Murakami ma mi do zaoferowania. Nie patrzyłam na książkę w kategorii sport/poradnik, ale po odsłuchaniu "Trzech mądrych małp" stwierdziłam, że właśnie nadszedł czas na poznanie, o czym właściwie mówi autor, kiedy mówi o bieganiu.

I co się okazało? Wyszło na to, że mnie, osobie, która zupełnie nie pasuje do uprawiania sportu, spodobała się już druga książka o bieganiu. Sama do końca nie wiem, jak to się stało, ale rusza mnie ta koncepcja! Podoba mi się styl życia, jaki obrał Murakami. W sumie podobną postawę prezentuje Łukasz Grass - odwagę do zmiany swojego życia, determinację, nieustępliwość, siłę woli i konsekwencję. Cenię takich ludzi, dla których owe wartości są ważne. Nie tylko w kwestii uprawiania sportu, ale ogólnie, w życiu. Sama lubię doprowadzać rzeczy do końca, staram się nie poddawać, realizować zamierzone plany. 

Murakami jest doskonałym przykładem człowieka, który nie boi się życia. Zaryzykował swój dorobek, i z dnia na dzień postanowił podążać za swoją pasją. Kiedy zmiana trybu życia odbiła się negatywnie na jego zdrowiu, ponownie zakasał rękawy i postanowił podziałać w kwestii uprawiania sportu. Wprowadzone zmiany starał się konsekwentnie realizować i realizuje je do dnia dzisiejszego. W ostatnich 25 latach, Murakami wziął udział w kilkudziesięciu maratonach i triathlonach, a jednocześnie udało mu się osiągnąć sukces literacki. Nic, tylko go podziwiać. I nie chodzi tu tylko o sympatię do autora, czy sentyment do jego twórczości. Chodzi tu raczej o jego życiową postawę, której może mu pozazdrościć niejeden.

Czasami chciałabym mieć w sobie więcej odwagi do zmian. Zazwyczaj wolę jednak "starą" stabilizację, bo strach przed porażką przewyższa czasami pozytywy, wynikające z życiowej rewolucji. I zła jestem na siebie, że zamiast gdybać "co będzie jeżeli..." wzięłabym się do roboty. Staram się jak mogę, ale czasami święty spokój wygrywa z ochotą na zmiany. Może to zabrzmi śmiesznie, ale z blogiem i zainicjowaniem Śląskiej Grupy Blogerów Książkowych miałam podobnie. Ochota i energia na stworzenie nowego projektu była ogromna, ale nieokreślony lęk przed porażką tłamsił trochę całe przedsięwzięcie. Dlatego tak dumna jestem z obu inicjatyw, że się udało, że wszystko się kręci we właściwym kierunku. Nowe projekty rodzą się w mojej głowie, trzeba tylko pozwolić im ujrzeć światło dzienne. Bo wyjście poza ramy, swoich chęci, czasu i możliwości, czerpanie z tego pozytywnej energii i korzystanie z możliwości, jakie daje, jest dla mnie bezcenne!

Trochę zboczyłam ze sportowego tematu, ale wydaje mi się, że takie przełamanie swego podejścia do niektórych kwestii, to połowa sukcesu. Na chwilę obecną nie planuję zacząć biegać, ale mam inny sportowy pomysł, może mniej ekspresyjny, ale równie efektywny. Może za jakiś czas pochwalę się, że udało mi się przełamać kolejna barierę w moim życiu. 

No i proszę, czyżby Murakami stał się podstawą rewolucji w moim życiu? Coś w tym jest. Nie zostaje mi zatem nic innego, tylko podziękować Agnieszce za tak inspirującą lekturę. Dzięki!  
Sardegna

"Szarańcza" Gabriel Garcia Marquez


posted by Sardegna on , , , ,

16 comments


Wydawnictwo: Muza
Liczba stron: 120
Moja ocena : 3/6

Debiutancka powieść Marqueza nie była moim pierwszym spotkaniem z twórczością tego kolumbijskiego pisarza. Dobre dziesięć lat temu przeczytałam "Sto lat samotności" i od tamtej pory miałam bardzo pozytywne zdanie o jego prozie. Strasznie podobała mi się historia "Stu lat...", ale przez te kolejne lata nie miałam jakoś okazji skonfrontować jej z inną książką autora.
A w tym miesiącu nadarzyła się okazja, bowiem Ania z Czytanki Anki zaproponowała "Szarańczę" jako lekturę do marcowego Klubu Czytelniczego.

Niestety jestem rozczarowana. Wiecie jak to jest, kiedy ma się głowie pewien obraz autora, stworzony na bazie jednej książki, a przeczytanie kolejnej burzy ten obraz? Więc ja się właśnie tak czuję. Nie zachwyciła mnie "Szarańcza", chociaż początek i sam pomysł wydawał mi się bardzo intrygujący.
W sennym miasteczku Mocondo umiera lekarz. Niby nic nadzwyczajnego się nie dzieje, jednak mieszkańcy mają o tym inne zdanie. Odmawiają zmarłemu pochówku, decydując się na swoistą zemstę za przeszłość, kiedy to doktor odmówił im pomocy. Przeciwko społeczności występuje jeden człowiek, Pułkownik Buendia, który organizuje pogrzeb i wraz z córką Izabellą i wnukiem ma zamiar wziąć udział w ceremonii. Przy okazji przygotowań do pochówku, poznajemy historię doktora, jego przeszłość i powiązania z rodziną Buendia.
Cała opowieść snuje się leniwym tokiem, podobnie jak senne jest samo Mocondo. Dla mnie historia nabiera tempa dzięki trzyosobowej narracji: Pułkownika, Izabelli i chłopca. Każde z nich na swój sposób odnajduje się w całej sytuacji, ma inny pogląd na sprawę doktora i inne wspomnienia z nim związane.

Niby wszystko jest jak należy. Plastyczne opisy, realizm przeplatający się z realizmem magicznym (choć jest go w "Szarańczy" znacznie mniej niż w "Stu latach samotności"), wszystko typowe dla Marqueza, jednak ja, po latach, nie umiem się nim zachwycić. Może przeczytałam powieść zbyt pospiesznie, może nie wczytywałam się z lubością w każde zdanie, ale po prostu nie czuję nic. Pocieszam się, że to przejściowe, związane akurat z tym konkretnym tytułem, a ja dam jeszcze autorowi szansę, bo przecież to "mój Marquez".
Sardegna

"Więzień nieba" Carloz Ruiz Zafon


posted by Sardegna on , , , , ,

16 comments


Wydawnictwo: Muza
Liczba stron: 416
Moja ocena : 5/6

Zafon należy do z tych autorów, którzy owego czasu porwali za sobą tłumy czytelników, czarując swoimi powieściami. Któż z nas nie słyszał o "Cieniu wiatru"? Może nie każdy czytał tę powieść, ale z nazwy tytułu nie da się jej nie kojarzyć.
I ja owego czasu podałam ofiarą "mody na Zafona". Jednak w moim przypadku, ta przygoda nie zaczęła się za dobrze.
Na fali popularności "Cienia wiatru", kupiłam za całkiem sporą sumę nową powieść autora "Grę anioła". Jak się można domyślić, oczekiwałam cudów. W trakcie lektury przeżyłam jednak ogromne rozczarowanie. Nie dość, że "Gra..." to niejako kontynuacja "Cienia wiatru", to jeszcze nie czułam w ogóle tej niezwykłości i magii Barcelony, o której trąbiono na prawo i lewo. Ledwo co doczytałam książkę do końca i przyrzekłam sobie, że nie sięgnę już po żadną powieść Zafona. Oczywiście złamałam się po kilku tygodniach, bo musiałam przeczytać w końcu ten fenomenalny "Cień wiatru" (który swoją drogą, bardzo mi się podobał).

Po co ten przydługi wstęp? Ano po to, żeby pokazać, jak ważne dla mnie jest pierwsze wrażenie i spotkanie z autorem. Po tych dwóch już prawie kultowych powieściach przeczytałam jeszcze "Marinę" i "Pałac północy". Obie bardzo mi się podobały, jednak nie da się ukryć, że do każdej kolejnej książki autora podchodzę z pewną doza nieśmiałości i obawą, jak będzie tym razem.

"Więzień nieba" nie był wyjątkiem. Odkładam go niezliczoną ilość razy na bok, obawiając się, czy będzie mi się podobać, ale jak się już zdecydowałam, przeczytałam momentalnie.

Nie da się ukryć, że powyższa powieść jest integralnie związana z dwoma pierwszymi historiami i Cmentarzem Zapomnianych Książek. Wiele wątków z poprzednich dwóch książek wyjaśnia się i dzięki "Więźniowi..." nabiera sensu. Dlatego nie uważam, że ta część jest "bez pomysłu" albo "napisana na siłę", jak niektórzy powieść określają. Dla mnie jest to po prostu uzupełnienie dwóch poprzednich historii.

Trudno będzie napisać o fabule coś konkretnego, bowiem składa się ona głównie ze wspomnień Fermina Romero de Torres, przyjaciela Daniela Sempere. Wszystko zaczyna się od pewnego tajemniczego klienta rodzinnej księgarni, który kupuje cenny egzemplarz "Hrabiego Monte Christo", wpisuje do niego dziwną dedykację, i przekazuje jako podarunek Ferminowi. Okazuje się, że przeszłość Fermina upomina się o niego, a on sam będzie miał po raz pierwszy o niej opowiedzieć.

Nie powiem, ta właśnie cześć powieści, która dotyczy wspomnień Fermina Romero de Torres jest najciekawszą częścią całej historii. Nadaje ona temu bohaterowi jeszcze większe znaczenie i czyni go chyba najbardziej wyrazistą postacią w całej serii.

Wydarzenia przedstawione w powieści, które nie dotyczą przeszłości Fermina, też są bardzo istotne. Będą miały one związek z nieżyjącą matką Daniela i ... dawnym narzeczonym Bei, jego obecnej małżonki.

Czy polecam "Więźnia nieba"? Oczywiście, że tak. Zwłaszcza fanom Zafona i osobom, którzy znają "Cień wiatru" i "Grę anioła". Czytelnikom, którzy nie czytali żadnej powieści autora, raczej odradzam, gdyż niewiele z tej powieści wyniosą. Ciekawostką jest też to, że zakończenie "Więźnia..." sugeruje dalszy ciąg historii. Myślę więc, że za niedługo będziemy mogli wypatrywać w księgarni nowego tytułu i pięknej okładki kolejnej książki autora.

Sardegna