"Na wodach północy" Ian McGuire


posted by Sardegna on , , , ,

9 comments


Wydawnictwo: Prószyński i S-ka
Liczba stron: 333
 Moja ocena : 6/6

Wiecie, że nie czytam e - booków. Nie mam czytnika, a na komputerze nie lubię tego robić. Czasami zdarza mi się czytać plik na komórce, na przykład w sytuacji, kiedy nie mam przy sobie książki papierowej, a właśnie trafia się chwila wolnego, którą mogę wykorzystać na lekturę. Robię to rzadko, ale tym sposobem przeczytałam całkiem sporo e - bookowych opowiadań ("31.10 Halloween po polsku", "31.10. Księga cieni", "31.10 Wioska przeklętych", "O choinka!" ), a jedną antologię (prawie 1000 stronicowych "Geniuszów fantastyki") mam aktualnie w pogotowiu na telefonie.

Kiedy jednak trafia mi się taka książka, jak "Na wodach północy", to porzucam wszystko inne, wszelkie papierowe egzemplarze, całą moją biblioteczkę, koncentrując się tylko na tym jednym e-booku. Wszystko jestem wtedy w stanie zrobić, korzystać z niewygodnej formy czytania na telefonie czy komputerze, byle by tylko poznać dalszy ciąg, i jak najszybciej pochłonąć treść.

Powieść Iana McGuire, finalisty Booker Prize 2016, w pierwszym momencie czytania skojarzyła mi się z "Terrorem" Dana Simmonsa.  A wiecie, jaki mam stosunek do "Terroru", bo nie na darmo wybrałam ją, jako najlepszą powieść w roku 2015. I nie chodzi tylko o podobną tematykę wypraw polarnych w obu książkach, ale o to, że "Na wodach północy" wzbudza we mnie bardzo podobne emocje. Jest to powieść surowa, mocna, niebezpieczna, opisująca najgorsze ludzkie instynkty, jakie budzą się człowieku w momencie zagrożenia. Jest historią brutalną, brudną, nieokrzesaną, taką, jak tylko może być życie na wielorybniczym statku płynącym na Morze Arktyczne w 1859 roku, ale mimo to wciąga czytelnika, niemalże hipnotyzuje, działa na wyobraźnię, odrzuca i przyciąga jednocześnie, jest pełna skrajności, i przede wszystkim dostarcza całej gamy wrażeń.

Kluczowymi postaciami w tej historii są dwaj bohaterowie, stanowiący swoje absolutne przeciwieństwa. Tym zasadniczo pozytywnym bohaterem (choć nie bez skazy, o czym czytelnik będzie mógł w miarę lektury się przekonać) jest irlandzki lekarz pokładowy Patrick Sumner, który zaciąga się na statek, aby odciąć się od swoich osobistych demonów i niechlubnej przeszłości. Natomiast anty bohaterem jest harpunnik, zabójca, gwałciciel i pedofil, Henry Drax, który w wyprawie wielorybniczej upatruje uniknięcie odpowiedzialności za zabójstwo, którego dokonał w porcie parę dni przed wypłynięciem statku w morze.

Już od początku wyprawy sprawy nie toczą się dobrze: okręt "Ochotnik" i jego załoga nie cieszą się dobrą sławą, kapitan uznawany jest za pechowego, a ta konkretna misja wielorybnicza opisywana jest, jako beznadziejna. Do tego Sumner przy rutynowym badaniu lekarskim odkrywa, że jeden z chłopców pokładowych jest brutalnie molestowany. Kiedy więc parę dni później marynarze znajdują jego zmasakrowane zwłoki, Patrick stawia sobie za cel odkrycie kim jest ten pedofil i morderca.

Czytelnikowi nasuwają się jasne skojarzenia, ale czy słusznie? Czy na statku pełnym podejrzanych typów, tylko jeden może być odpowiedzialny za zbrodnię?
Oprócz motywu morderstwa, Autor ma jeszcze dla czytelników pewien niespodziewany zwrot akcji, który zostanie odkryty dopiero na końcu książki. Bądźcie więc czujni i nie dajcie się nabrać na to, że wiecie już o książce wszystko. Nic nie jest bowiem w tej historii przesądzone.

"Na wodach północy" to powieść, która zrobiła na mnie niesamowite wrażenie, spytacie więc dlaczego dopiero pół roku po lekturze (przeczytałam ją w kwietniu) zdecydowałam się ją opisać, a nie zrobiłam tego od razu. Otóż zawsze tak mam, kiedy czytam genialną książkę, wtedy moje zapiski na jej temat wydają mi się być małostkowe, mało wartościowe i w żaden sposób nie opisujące tego, jak wyjątkowa jest dla mnie ta opowieść. Tak jest też w tym wypadku. Choć historia Patricka Sumnera jest przytłaczająca, śmierdząca, brudna, pełna ohydnych opisów i brutalnej rzeczywistości, w całej tej brzydocie ma coś, co przyciąga i nie pozwala się oderwać od lektury. Tutaj nie ma miejsca na ugładzanie, idealizowanie i wzniosłe postawy. Mroczny klimat, opisy pracy na wielorybniczym okręcie, walka z naturą, z zimnem, głodem, z własnymi demonami, a do tego z  wynaturzonym psychopatą krążącym po statku, powoduje, że jest opowieść mocno uderzająca w psychikę, dlatego nie polecam jej czytelnikom o słabych nerwach, wrażliwych na brutalne opisy.

Sardegna

9 komentarzy:

  1. Jestem bardzo ciekawa tej książki. Ta surowość i brutalność przypomina mi trochę Zjawę Michaela Punke. Więm, że to dwa różne światy, ale jak na razie przeczytałam tylko ten jeden tytuł z takiej bardziej "brutalnej literatury". Myślę, że powyższa książka będzie drugim :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Mówisz, że "Zjawa" jest w podobnym klimacie? Teraz żałuję, że sobie jej nie kupiłam. Była ostatnio w jakieś mega promocji.

      Usuń
  2. Zwykle brutalne opisy mi nie przeszkadzają, więc bardzo chętnie sięgnę po tę książkę, ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jeśli nie masz z tym problemu to książka powinna Ci się spodobać

      Usuń
  3. Jeśli po jednak dość długim czasie jaki minął od jej przeczytania jesteś w stanie napisać taką recenzję to coś jest na rzeczy. Jestem na tak :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję za miłe słowa, choć i tak wydaje mi się, że nie oddałam wyjątkowości tej książki

      Usuń
  4. Mocna rzecz. Też nie mogłam się oderwać.

    OdpowiedzUsuń
  5. Zawsze mnie to zadziwia, że te najbardziej "brudne" książki są dla człowieka najmocniej wciągające.

    OdpowiedzUsuń
  6. To widać taka książka, która zapada w pamięć i pozostawia tzw kaca książkowego!

    OdpowiedzUsuń