Planszówkowo #10 "Supernogi stonogi"


posted by Sardegna on ,

No comments

Po wpisie Planszówkowo #8 na temat Żubra Pompika, przyszedł czas na kolejną grę ze zwierzętami w roli głównej. "Supernogi stonogi" to unowocześniona nieco, wersja podstawowa, wzbogacona o pewne dodatki, które wprowadzają element zaskoczenia, pozwalają na rozbudowaną rozgrywkę i dają możliwość gry jednocześnie nawet sześciu osobom. Z założenia planszówka ta przeznaczona jest dla dzieci, ale z doświadczenia mogę potwierdzić, iż dorośli również świetnie się przy niej bawią. Najlepszą opcją jest chyba rozgrywka mieszana, gdzie poza dzieciakami, grają również rodzice. Daję Wam gwarancję, że młodzi ograją Was doszczętnie i bez skrupułów!

"Supernogi stonogi" na pierwszy rzut oka wydają się być banalną grą dla młodszych dzieci, z której dorośli nie będą w stanie zbyt wiele dla siebie wyciągnąć. Nic bardziej mylnego. Wiek gracza nie ma tutaj żadnego znaczenia, rozgrywka dostarcza emocji wszystkim bez wyjątku, wszystko zależy od sprytu gracza i trochę łutu szczęścia.

Gra zwiera:
  •  4 kostki z symbolami złotych gwiazdek oraz kolorowych butów (żółte i zielone tenisówki, czarne botki, czarne kapcie, czerwone trampki), z czego gwiazdki spełniają funkcję Jokera, czyli zastępują dowolny symbol bucika
  • 6 kartoników z głowami stonogi 
  • 6 kartoników bosych stop stonogi
  • 6 kartoników złotych butów na obcasie
  • 10 płytek z ogonkami stonogi zawierających 2 losowe buciki 
  • 15 płytek z dwoma, trzema i czterema nogami stonogi, obutymi w jednakowe buciki

Rozgrywka zaczyna się od rozłożenia w dowolnej kolejności, na stole, kartoników z butami stonogi. Kolejno, rzucamy 4 kostkami jednocześnie, i w zależności od tego, jaki symbol bucika wypadnie na kostkach, na takich kartonikach w pierwszej kolejności układamy złote buty. Będą one dodatkowym bonusem dla gracza, który wybierze taką płytkę. Następnie rozdzielamy graczom po głowie stonogi oraz po jednej bosej stopie, którą się do niej dołącza. Bosa stópka to również bonus, który można w kolejnych etapach gry oddać za możliwość ponownego rzutu kostkami. Do tego gracze otrzymują po losowej płytce z ogonkiem stonogi z 2 losowo wybranymi bucikami. Te dwa ostatnie buciki mają za zadanie skłonić gracza, aby zebrał w swojej stonodze przynajmniej po jednym kartoniku w takim kolorze, tylko wtedy otrzyma dodatkowe punkty. Kartonik z ogonkiem leży na stole zasłonięty aż do końca gry i tylko gracz, który go wylosował ma możliwość zerknięcia na niego.

Grę rozpoczyna dowolny uczestnik, rzuca kostkami (ma możliwość trzech rzutów i odkładania symboli, które mu odpowiadają), w zależności od koloru i ilości butów, jakie wypadną, taką płytkę zabiera i dokłada do swojej stonogi. Jeżeli na wybranym kartoniku znajduje się złoty but, liczony jest, jako dodatkowa noga do punktacji ogólnej, ale oprócz tego jest blokerem, który zatrzyma zebrane już buty przed ich "kradzieżą" przez innych graczy. Jeżeli na kostkach znajdują się buty, których nie ma na stole, gracz może "podkraść" je przeciwnikom, ale tylko w momencie, kiedy będą znajdować się an końcu stonogi i nie będą zablokowane złotym butem. Podobna sytuacja będzie, kiedy na kostkach wypadnie więcej butów, niż jest dostępnych na kartonikach, gracz może wziąć ze stołu mniejszą płytkę, albo taką też zwinąć przeciwnikowi.


Dodatki w postaci bosych stop i złotych butów urozmaicają rozgrywkę i mogą zmienić nagle przebieg gry. Zwłaszcza, kiedy zawodnik wybierze opcję oddania bosej stopy z ponowną możliwość rzutu kostkami. Do swej stonogi jest w stanie dołożyć wtedy naprawdę sporo nowych nóg! Gra toczy się do momentu, aż wszystkie płytki znikną ze stołu. Na koniec każdy gracz podlicza nogi w swojej stonodze w stonodze, odkrywa też kartonik z ogonkiem, sprawdzając, czy ma buty w odpowiednim kolorze, wtedy dolicza je do punktacji ogólnej. Wygrywa gracz z największą ilością nóg.

Uwagi:

Grę można modyfikować według własnych potrzeb. Nie trzeba na przykład używać bonusów, można zastosować tylko jeden ich rodzaj, używać ich w ilości maksymalnej lub tylko tyle sztuk, ilu jest graczy. Można również złote buty układać na płytkach według rzutów kostek lub zupełnie przypadkowo, albo po prostu według swojego pomysłu. Wersji jest mnóstwo. Z doświadczenia też wiem, że najlepiej sprawdza się opcja 4 graczy, wtedy ilość płytek z butami dla każdego jest optymalna. Kiedy gra więcej osób, trudniej osiągnąć cel, ale dynamika gry też jest większa, bowiem łatwiej podkraść wtedy coś przeciwnikom. Można także zrezygnować z opcji "kradzieży", wszystko do ustalenia.

"Supernogi stonogi" to świetna rodzinna gra, która mimo prostych zasad dostarcza wiele emocji. Bardo dobrze nadaje się na rozgrzewkę przed dłuższą partyjką w inną planszówkę. Idealnie pasuje też w sytuacji kiedy nie mamy czasu na dłuższą zabawę z dziećmi, tylko na coś szybkiego i spontanicznego.


Sardegna

"Cymanowski Młyn" Magdalena Witkiewicz, Stefan Darda


posted by Sardegna on , , , ,

No comments


 Wydawnictwo: Filia
Liczba stron:  420
Moja ocena : 4/6

"Cymanowski Młyn" Magdaleny Witkiewicz i Stefana okazał się jedną z gorętszych premier, rozpoczynających rok 2019. Niespotykany duet, złożony z pisarzy, na co dzień skupionych raczej na dwóch przeciwnych biegunach świata książkowego, połączył siły, aby dać swoim czytelnikom coś nowego, historię, której jeszcze na polskim rynku książki nie było.

Powieść miała premierę dokładnie 13 lutego, nie udało mi się niestety przeczytać jej przedpremierowo, co się jednak w blogosferze odwlecze, to na pewno nie będzie ze stratą dla książki. Dlaczego? O fajnych tytułach warto przypominać czytelnikom sukcesywnie i długofalowo. Nawet kilka tygodni po premierze, taki wpis przypominający jest bardzo cenny. Co też dzisiaj właśnie czynię. 

Takiego pisarskiego połączenia chyba nikt się nie spodziewał! Magdalena Witkiewicz, Autorka wielu cenionych powieści obyczajowych dla kobiet, utrzymująca świetne relacje ze swoimi czytelniczkami w social mediach, napisała już wprawdzie kilka powieści w duetach (z Nataszą Sochą, Marzeną Grochowską czy Alkiem Rogozińskim), nikt jednak nie obstawiał, że to właśnie ze Stefanem Dardą, autorem literatury grozy, stworzy kolejną. 

Wydaje się, że tematyka, w jakiej siedzą Autorzy, tak bardzo się rozmija, że nie ma możliwości, aby stworzyli coś wspólnie, w jaki bowiem sposób ciepłe, kobiece powieści obyczajowe, z obowiązkowym, szczęśliwym zakończeniem mają współgrać z horrorem i trzymającą w napięciu, straszną historią? Kto zna twórczość Stefana Dardy ten wie, że jego opowieści wzbudzają w czytelnikach autentyczny strach, samym tylko klimatem i niepokojącą atmosferą. Kiedy więc dowiedziałam się, że powstała książka, której fabuła to połączenie obu zakresów, pomyślałam, że będzie to arcyciekawe doświadczenie i powiew świeżości na rynku wydawniczym. Poza tym, bardzo lubię indywidualne powieści obu Autorów, byłam więc bardzo ciekawa, czy współpraca wypadnie korzystnie, czy raczej osłabi ich "odrębność".

Małżeństwo Moniki i Macieja Kaczmarków przeżywa kryzys. W ramach ratowania swojego związku przyjeżdżają oni na dwutygodniowy urlop do pensjonatu Cymanowski Młyn, agroturystyki ukrytej w sercu Kaszub. Ich relacja już właściwie wisi na włosku, stąd też każdy kolejny dzień i godzina spędzona wspólnie, we własnym towarzystwie powoduje tylko nowe zgrzyty i wzajemne pretensje. Coś jednak tkwi w urokliwym miejscu ich wypoczynku, że po początkowym kryzysie, małżonkowie potrafią się jednak porozumieć i zaczynają naprawiać mocno nadwątloną relację. W środku urlopu, Maciej musi jednak pilnie wracać do Warszawy, a pod jego nieobecność zaczynają dziać się niepokojące rzeczy. 

Do pensjonatu przyjeżdża syn właściciela, Łukasz, który jest łudząco podobny (albo taki się wydaje być) do dawnego chłopaka Moniki, spędza coraz więcej czasu w pobliżu młodej kobiety, a ta zaczyna gubić się we własnych uczuciach i wspomnieniach. Do tego dochodzi jeszcze dziwne zachowanie pana Jerzego, gospodarza, który robi wszystko, aby utrzymać upadający Cymanowski Młyn (który sam w sobie jest pensjonatem o dość niepokojącym klimacie, pełnym dziwnych pamiątek po zmarłej żonie właściciela), na rynku agroturystycznym, oraz niepokojący wydźwięk lokalnych legend, związanych z okolicznymi bagnami i tragedią, jaka się tam wydarzyła przed kilkudziesięciu laty.

Czy budynek wpływa na zachowanie przebywającym w nich ludzi? Co dzieje się za jego murami? Jaką tajemnicę skrywają cymanowskie bagna? A może niebezpieczeństwo leży w zupełnie innym miejscu? 

Jeszcze przed lekturą stwierdziłam, że banalne będzie rozpoznanie, która część napisana została przez Magdalenę Witkiewicz, a która przez Stefana Dardę. Pierwszym zaskoczeniem, i to raczej pozytywnym, był fakt, iż obie części raczej się płynnie przenikają, niż od siebie odchodzą, co może świadczyć o tym, że oboje Autorzy pokusili się o pewną nowość w swej twórczości i podążyli w stronę partnera. Bowiem i w części obyczajowej Magdy znajdziemy elementy grozy, jak i w fragmentach Stefana, będzie całkiem sporo tła obyczajowego. Czy to wyszło twórcom na dobre? Co do Magdy, myślę, że tak, jej historia straciła na "cukierkowości" i dostała trochę "pazura". Co do Stefana, tutaj nie jestem pewna. Autor przyzwyczaił nas jednak do wysokiego poziomu opowieści z dreszczykiem, a "Cymanowski Młyn" nie jest jakoś super straszny. Szczerze powiem, dla mnie jest to po prostu powieść obyczajowa z tajemniczym wątkiem, ale na pewno nie horror, thriller, ani nawet opowieść z dreszczykiem. Może oczekiwałam zbyt wiele, od mrocznej części tej historii, a może po prostu wolę Autorów w postaci indywidualnej.

W każdym razie powieść czytał mi się nieźle, ale uznaję ją bardziej za obyczajówkę, która nie zrobiła na mnie takiego wrażenia, jak zakładałam.
Sardegna

"Niki i Tesla. Pojedynek tajnych agentów" Science Bob” Pflugfelder, Steve Hockensmith


posted by Sardegna on , , , ,

No comments

Wydawnictwo: Wydawnictwo RM
Liczba stron:  256
Moja ocena : 5/6

Trzeci tom detektywistycznej serii Wydawnictwa RM, o wspólnym tytule "Niki i Tesla", był naszą ostatnią lekturą wieczorną. O pierwszej i drugiej części przygód szalonych bliźniaków, Tesli i Nikiego Holtów, a także ich nie mniej zakręconego wuja, przeczytacie w TEJ i TEJ notce. Sporo tam się działo! Dzieciaki rozwiązały tajemnice pewnego porwania, a także kradzieży cennego przedmiotu, niechcący zainicjowały też bunt armii robotów i zdemaskowały szajkę groźnych przestępców. Wszystko to za pomocą własnej roboty wynalazków, sprytu i wiedzy z zakresu fizyki i chemii, bohaterowie są bowiem małymi naukowcami, którzy w swoich detektywistycznych poczynaniach wykorzystują  umiejętności i inteligencję, konstruując różnego rodzaju przydatne urządzenia, pomagające im walczyć z przestępcami.

Tom trzeci utrzymany jest w podobnym klimacie i niejako spaja dwie pierwsze historie. Oprócz tego, że dzieciaki rozwiązują kolejną zagadkę, znacznie do przodu posuwa się wątek osobisty, czyli co nieco wychodzi na jaw w kwestii tajemnicy rodziny Holtów, a dokładnie to, czym zajmują się rodzice Nikiego i Tesli. Nowe światło zostaje rzucone na oficjalną wersję, dotyczącą ich pracy, a wyjazd do Uzbekistanu w celu hodowli genetycznie zmodyfikowanej soi, okazuje się być sprytną manipulacją, mającą na celu uspokojenie bliskich.

Niki i Tesla nie należą jednak do ignorantów. To sprytne i inteligentne dzieciaki, które od początku czują, że wersja z wyjazdem za granicę nie jest prawdziwa. Sądzą też, że rodzice coś przed nimi ukrywają, a to wszystko ma coś wspólnego z tajną agentką McIntry, która pojawia się w ich pobliżu, kiedy czyha na nich prawdziwe niebezpieczeństwo. Dzieci ciągle znajdują się pod opieką wujka Newta, szalonego wynalazcy, w małym miasteczku Half Moon Bay, ale ich obawy o to, że będą się nudzić, rozwiały się już bezpodstawnie. Zdążyli już bowiem dać się doskonale poznać lokalnej policji i zaangażować w rozwiązanie dwóch spraw kryminalnych, zaprzyjaźnić z miejscowymi dzieciakami i uniemożliwić bunt maszyn. 

Przygody, przygodami, z dnia na dzień jednak, Niki i Tesla czują się coraz bardziej obserwowani, mając poczucie, że to śledzenie musi być w jakiś sposób związane ze sprawą rodziców. Do tego dochodzi tajemniczy telefon z drugiego krańca świata, prawdopodobnie od mamy, przerwany w pół słowa. Ktoś im zagraża, ale tak naprawdę to nie wiadomo kto to jest i jaki ma w tym cel. W pobliżu Tesli i Nikiego zaczynają krążyć podejrzane osoby i praktycznie każdy z nich może być szpiegiem, donoszącym dla wrogiego obozu. W domu pojawia się Oli, asystent naukowy przydzielony wujkowi Newtowi do pomocy, Skip, tępiciel robactwa, oraz dwie staruszki, które mają za zadanie odgruzować niesprzątany od lat, dom.

Każdy z nich zachowuje się co najmniej podejrzanie, na szczęście dzieci postanawiają podejść do sprawy z wyjątkowym dla siebie sprytem, profesjonalizmem i inteligencją. Węsząc spisek, nie ufają nikomu, planują natomiast, na swój naukowy sposób odkryć, kto jest szpiegiem i dla kogo pracuje. Akcja toczy się jednak nie do końca po ich myśli, na szczęście mogą liczyć na nieocenioną pomoc wujka, a także DeMarco i Sylasa, którzy chociaż może nie do końca dobrze się czują w tematyce wynalazków, i nie są może tak inteligentni, to mają dobre serce i pełno dobrych chęci, żeby wspomóc przyjaciół w rozwiązaniu tej zagadki.

Tom trzeci przygód sprytnych dzieciaków trzyma poziom poprzednich części, można oczywiście czytać go niezależnie od innych, jednak zdecydowanie bardziej polecam robić to w odpowiedniej kolejności i obowiązkowo z przerwami. Najlepiej (polecam z doświadczenia) po lekturze przygód Nikiego i Tesli sięgnąć po inną książkę, a potem wrócić do serii. Nie będzie wtedy mowy o znudzeniu, czy zmęczeniu naukowymi elementami tej historii. "Pojedynek tajnych agentów" rozwija wątek rodzinny Holtów, i mimo że nie przynosi jeszcze czytelnikom wszystkich odpowiedzi, to znacznie posuwa opowieść do przodu. Mam nadzieję, że kolejne tomy rozbudują jeszcze to, co nie zostało wyjaśnione, i przyniosą bohaterom jeszcze nie jedną przygodę, w której będą mogli wykazać się swoją naukową wiedzą i umiejętnościami.  

Sardegna

"Zagadka grobu wampira" Marta Guzowska


posted by Sardegna on , , , ,

2 comments

  
Wydawnictwo: Nasza Księgarnia
Liczba stron: 176
Moja ocena : 6/6

Pani Marta Guzowska jest znana szerokiemu gronu czytelników ze swoich doskonałych powieści kryminalnych z wątkami archeologicznymi. Potrafi jednak nieźle zaskoczyć, co już nie raz uczyniła, najpierw wydając serię dla dzieci pod wspólnym tytułem "Detektywi z Tajemniczej 5", a teraz thriller psychologiczny "Raj", rozgrywający się w galerii handlowej (o książce mocno dyskutowano, zanim jeszcze oficjalnie pojawiła się na rynku).  

Ja  jednak nie o "Raju" dzisiaj będę pisać, tyko o drugim tomie przygód rezolutnych dzieciaków, bohaterów serii dla  najmłodszych. Zanim jednak napiszę parę słów o "Zagadce grobu wampira", muszę wspomnieć, iż pisanie dla dzieci świetnie Autorce wychodzi. Widać, że taka forma sprawia pisarce wielką frajdę, śmiem twierdzić, że przy jej tworzeniu pani Marta bawi się równie dobrze, jak dzieci, czytając ją później. I to naprawdę widać! Historia jest chwytliwa, wymaga od dzieciaków zaangażowania, wykazania się sprytem i koniecznością pokombinowania i nie wystarczy jej tylko przeczytać. Tu jest zagadka, ją trzeba rozwiązać!  Rozumiecie już, jak spore emocje towarzyszą lekturze przygód bohaterów z Tajemniczej 5?

Na drugi tom przygód detektywów, Piotrka, Ani i Jagody, czekały z utęsknieniem nie tylko moje dzieci, ale i ja także. Strasznie byłam ciekawa, czy drugi tom dorówna poziomem pierwszemu ("Zagadka zaginionej kamei"), czy młodzież nadal jest taka sprytna, nie wyzbyła się zdolności dedukcji, logicznego myślenia i poradzi sobie z rozwiązaniem kolejnej zagadki.

Tym razem przyjdzie im się zmierzyć z tajemnicą ukrytą w grobie wampira, a dokładnie ze zniknięciem wampirzej czaszki. Nowa przygoda trafi się na dwutygodniowych wakacjach, na które bohaterowie udają się, aby potowarzyszyć wujkowi Jankowi w jego archeologicznych wykopaliskach. Wujek w swej pracy prowadzi akurat badania nad kościami, znalezionymi w płytkim w grobie, podejrzewając, że należały do wampira, chcąc więc  podzielić się z dzieciakami tym niesamowitym odkryciem, zabiera przeszczęśliwych "badaczy" na teren wykopalisk, żeby mogli przyjrzeć się im z bliska. Niestety już pierwszej nocy ktoś kradnie z grobu czaszkę, zanim jednak do sprawy wezwana zostanie policja, dzieci proszą, aby dać im szansę na odnalezienie sprawcy.

Faktycznie, dzieciaki sprytnie analizują tropy, skrzętnie zapisując w notesie Anki, co ważniejsze poszlaki. Oczywiście pomaga im w tym Jagoda, rezolutna, młodsza siostra Piotrka, postać sama w sobie, co chwilę rzucając powiedzonka i zadając pytania, które nie tylko rozśmieszają czytelników, ale też naprowadzają i wyjaśniają pewne pojęcia. Jagoda jest bowiem dziewczynką bardzo ciekawą świata i chcę wszystko wiedzieć, na każdy temat, pytań jest więc mnóstwo. Trójka detektywów próbuje odkryć, kto stoi za kradzieżą czaszki wampira, ma paru podejrzanych, widziała postać na cmentarzu, tajemnicze światło, czarne odciski, wodoodporne karteczki, a także małe pudełeczko. Czy to wszystko wystarczy im do rozwiązania zagadki? 

Podobnie, jak to miało miejsce w "Zagadce zaginionej kamei", pod koniec niektórych rozdziałów Autorka zadaje czytelnikom pytanie, na które można wybrać jedną z trzech możliwych odpowiedzi. Jest to swoista wskazówka, która porusza naprzód śledztwo, stąd też dzieciaki czytające książkę mają poczucie, że rozwiązują zagadkę skradzionej czaszki na równi z bohaterami. Jeśli nie potrafią odpowiedzieć na to pytanie, nie muszą się martwić. Kolejny rozdział da im prawidłową odpowiedź. To jest właśnie ta najbardziej emocjonująca część detektywistycznej serii pani Marty Guzowskiej, to jest to coś, na co moje dzieci czekają z największą niecierpliwością. Swoją drogą, byli strasznie niepocieszeni, że w "Zagadce grobu wampira" na pierwsze pytanie trzeba było czekać, aż do rozdziału szóstego!

Wracając jeszcze na moment do zagadki skradzionej wampirzej czaszki, jeśli chodzi o samą tajemnicę, powiedziałabym, że moim dzieciom bardziej podobała się ta, o zaginionej kamei, co jednak nie oznacza, że i tej opowieści nie wysłuchały z wielką radością i emocjami. Bardzo się cieszyły, kiedy książka do nas dotarła i namówiły mnie, aby praktycznie przeczytała im ją na raz.

Stawiam książce oczywiście zasłużoną szóstkę, pani Marcie gratuluję kolejnej fajnej książki dla dzieci, i zaczynam wypatrywać tomu trzeciego, który już pojawił się w zapowiedziach Naszej Księgarni. Mam nadzieję, że Autorka podąży w tę stronę jeszcze nie raz i stworzy cały cykl detektywistycznych przygód dzieciaków z Tajemniczej 5. W pierwszym tomie serii było o sztuce, w drugim jest sporo archeologii, z tego co sprawdziłam, tom trzeci ma dotyczyć malarstwa. I pięknie! Bowiem, kto, jak nie pani Guzowska potrafi tak ładnie opowiadać dzieciom o tych zagadnieniach.

Na koniec napiszę jeszcze tylko, że czuję się osobiście związana z tą serią, bowiem poleciłam ją już tak wielu osobom i bibliotekom, że mogę być dumna z siebie, że udało mi się ją przemycić do mojej lokalnej społeczności i przestrzeni. Ale skoro to są tak fajne i kreatywne książki, to sądzę, że jak najwięcej dzieciaków powinno się z nimi zapoznać. To właśnie takie historie sprawiają, że młodzi zaczną coś czytać bez przymusu i nie za karę. 
Sardegna

"Sylwia Sylwester jest niecałopełnista" Maciej Kur


posted by Sardegna on , , , , ,

No comments


Wydawnictwo: Beelive
Liczba stron: 106
Moja ocena : 5/6

Jeżeli macie ochotę pokazać swoim dzieciom książkę, która będzie niebanalnym, szalonym miksem historii fantastycznej z przygodową, mam coś dla Was! Będzie to opowieść z komiksową grafiką, bardzo pozytywnie zakręcona, ale też z treściwym przesłaniem. "Sylwia Sylwester" to książka inna, niż wszystkie, i zupełnie niepodobna do żadnej z tych, które do tej pory czytaliście swoim dzieciom. Zaciekawieni? To dobrze!

Książeczka jest niepozorna, raczej cienka, ale pełna treści. Choć może na początku się na to nie zapowiada, historia niesie bardzo pozytywne przesłanie, czyli ma w sobie to, co lubię najbardziej (i zwracam na to największą uwagę). Do tego, przygody Sylwii Sylwester mogą spodobać się miłośnikom komiksów, bowiem powstały przy współpracy pana Maćka Kura (autora "Lila i Puta" oraz kontynuacji "Kajka i Kokosza") oraz ilustratorki pani Ewy Kossowskiej, czyli twórców doskonale znanych w świecie komiksów. 

Powiem Wam szczerze, że ta opowieść jest tak dziwna, że aż fajna! Nie wiem też, czy u dzieci jej treść wzbudzi większe zdziwienie, zaskoczenie, zaciekawienie, czy zainteresowanie, a może wszystko na raz. Na przykładzie moich dzieci mogę powiedzieć, że słuchały o przygodach bohaterki z pewną fascynacją, ale jednocześnie i z niepokojem, kręcąc co chwila głowami, z niedowierzaniem, czy aby na pewno ta historia ma sens. 

Skąd się wzięło zatem to dziecięce zdziwienie? Ano stąd! Sylwia Sylwester jest cudodziejką (nie mylić z czarodziejką), zajmuje się  czynieniem cudów i lubi wszystkie cudactwa. Ma bardzo dziwaczne imię, mieszka z koleżankami cudodziejkami w dworku na drzewie, chodzi tam do magicznej szkoły, w której uczy się niezbędnych umiejętności na takich lekcjach, jak: przyroda, język polski i matematyka. Najlepszymi koleżankami Sylwii są dziewczynki o zupełnie zwyczajnych imionach, takich jak: Śmieszynka, Termilka, Niezapominajka, Samowierzka, Speszka czy też Lucyferetka, mające przeróżne umiejętności. Jedna z nich potrafi na przykład rozmawiać z wiatrami, inna jest niesamowicie szybka, kolejna ma humor uzależniony od pogody, a jeszcze inna potrafi odczytywać mowę zwierząt.

Każda z przyjaciółek Sylwii ma jakieś niesamowite zdolności, stąd też cudodziejka czuję się trochę od nich gorsza i wydaje jej się, że w niczym im nie dorównuje. Do tego dochodzi jeszcze dziwna sprawa, kiedy to Sylwia słyszy rozmowę starszych opiekunek o tym, że jedna z dziewczynek jest niecałopełnista. I choć bohaterka nie ma pojęcia, co to znaczy, denerwuje się tym określeniem, boi się bowiem, że to ona jest niecałopełnista, czyli jakaś wybrakowana i nie w pełni dobra, tak jak jej koleżanki. Sylwia postanawia przeprowadzić śledztwo i odkryć, kto jest niecałopełnisty. W swe poszukiwania wtajemnicza inne cudodziejki, z którymi, po drodze przeżywa wiele przygód. Nie zdradzę, jak kończy się to poszukiwanie niecałopełnistości, powiem tylko, że finał przyniesie pewien morał i to na nim powinniśmy się wraz z dziećmi skupić. 

Jakież zatem treści można wynieść dla siebie? Przede wszystkim to, że każdy człowiek jest na swój sposób wyjątkowy, że warto myśleć o swoich mocnych stronach, skupiać się na rzeczach, w których jesteśmy dobrzy, a nie doszukiwać się w sobie wad. Taki fajny motyw przewodni powinien towarzyszyć dzieciakom od najmłodszych lat, podobnie, jak fakt, że zawsze warto być sobą i nie trzeba naśladować innych, żeby czuć się fajnie. Nie należy też bać się swojej "inności" i tego, w czym jesteśmy gorsi, bo to na pewno nie decyduje o naszej wartości. 

Jeśli chodzi jeszcze o wrażenia z samej lektury, tak, jak pisałam na początku, moim dzieciom się podobało. Może były trochę w szoku, że cała historia jest aż tak zakręcona, ale kiedy już oswoiły się z nowymi nazwami, wkręciły w opowieść, a końcówka, czyli wyjaśnienie kto tak naprawdę jest niecałopełnisty, wzbudziła w nich naprawdę spore emocje. 

Na koniec dodam tylko, że jako rodzic, mam jedną uwagę techniczną. Książka zawiera za dużo zbitego tekstu na jednej stronie, przez co całość staje się nieprzejrzysta dla czytelnika. Nie pomagają też wąskie marginesy i mała czcionka. Wszystko to powoduje, że czytanie jest dość ciężkie nawet dla dorosłego. Przyznam szczerze, że sama czułam zmęczenie przedzierając się przez taką ilość zbitego tekstu, a co dopiero młody czytelnik, który lubi jednak duży druk i ilustracje. Wiem z doświadczenia, że dzieci nie sięgną z chęcią po taką książkę, nawet, gdyby zapowiadała się super ciekawie (na przykład moja 11 letnia Córka, pierwsze co robi, to sprawdza druk, potem dopiero czyta opis z okładki). Gdyby technicznie bardziej dostosować tekst do preferencji młodego czytelnika, książka na pewno trafiłaby do większej grupy odbiorców.
Sardegna