"Chłopiec w lesie" Carter Wilson


posted by Sardegna on , , , ,

18 comments


Wydawnictwo: Świat Książki
Liczba stron: 350
Moja ocena : 5/6

"Chłopiec w lesie" to książka z gatunku tych, do których tylko się zerka, sprawdzając, o czym właściwie jest, a ogarnia się sto stron później, z wypiekami na twarzy, odkładając wszystko inne na rzecz dokończenia lektury. Ależ ja lubię takie sytuacje! Dobrze, że zabrałam się za "Chłopca..." w długi weekend, bo inaczej mogłoby być krucho, i ze mną i z moimi obowiązkami. 

Seria "Granice zła" ze Świata Książki była mi wcześniej znana. Miałam okazję czytać powieść "Nigdy nie wiadomo", która bardzo mi się podobała, ale teraz po lekturze powyższej widzę, że była o wiele, wiele mniej emocjonująca.

"Chłopiec..." wciąga praktycznie od pierwszych stron, na których to prezentuje się pierwszy rozdział nowej powieści Tommy'ego Devereauxa. W pierwszym odruchu chciałam ominąć ten fragment, myśląc, że jest to fragment nowej książki autora (!). Dopiero po chwili zorientowałam się, że głównym bohaterem powieści również jest pisarz, a w jego świat, czytelnik wkracza już od pierwszej strony! Wszystko było tak rzeczywiste, że niemal do końca wierzyłam, że historia bohatera - autora poczytnych kryminałów - Tommy'ego, to historia samego autora "Chłopca w lesie". Świetny zamysł utrzymujący się do samiuteńkiego końca książki. Takie rzeczy to ja lubię!

Nie ukrywam, że thriller jest dość makabryczny, dlatego sam pomysł na fabułę może nie wszystkim się podobać. Jednakże fani trzymających w napięciu powieści nie powinni być zawiedzeni, bowiem akcja jest na tyle oryginalna, że mam wrażenie, że nigdy nie czytałam niczego podobnego.

Pisarz poczytnych kryminałów Tommy Devereaux jest w trakcie dokańczania i promocji swojej najnowszej powieści. Mocny thriller o tytule "Krew młodości" spotyka się z olbrzymim zainteresowaniem czytelników i zachwytem, skąd autor czerpie pomysły na swą kolejną książkę. Tak naprawdę jednak, Tommy umieszcza w powieści wątki autentyczne, opisując szczegóły morderstwa, którego był świadkiem, i o którym do tej pory, milczał. W ten sposób próbuje uporać się z przeszłością i oswoić wydarzenia, w których bezwolnie uczestniczył.

Kiedy w czasie kolejnej promocji książki, jedna z czytelniczek podsuwa mu w egzemplarzu do podpisu, karteczkę: "Nawet nie zmieniłeś mojego imienia", Tommy wpada w panikę, uświadamiając sobie, że dotarła do niego osoba, bezpośrednio z morderstwem związana. Cała przeszłość wraca jak bumerang, a sprawczyni całego zamieszania rozpoczyna makabryczną grę, w której stawką będzie całe dotychczasowe życie Tommy'ego.
Uwikłany w przerażający układ pisarz, musi zmierzyć się ze swoimi lękami, ale też postawić na szali swoją rodzinę, pracę i wartości, w które wierzył. Jak przed laty, Tommy bezwolnie poddaje się woli oprawcy, sparaliżowany strachem, nie jest w stanie podjąć samodzielnej decyzji, a finał rzeczywistej historii, w której przyjdzie mu uczestniczyć, okaże się bardziej emocjonujący niż jakiekolwiek zakończenie jego poczytnej powieści.

Gwarantuję, że "Chłopiec w lesie" wciągnie Was na maksa. Sama przeczytałam książkę wczoraj, nie mogąc oderwać się od makabrycznej gry, w którą wciągnięty został Tommy.
Świat Książki ponownie udowodnił, że jako wydawca thrillerów i kryminałów, świetnie się sprawdza. Mam nadzieję, że seria "Granice zła" stanie się rozpoznawalną marką i za każdym razem będzie gwarantować emocjonującą lekturę, czego sobie i Wam życzę.

  Sardegna

"Quilling. Cuda z papieru" Joanna Tołoczko. Piotr Syndoman


posted by Sardegna on , , , ,

11 comments


Wydawnictwo: Buchmann
Liczba stron: 110
Moja ocena : 6/6

Wykonanie ozdób czy kartek metodą qullingu, nie jest mi zupełnie obce. Z racji mojej pracy zawodowej, byłam na warsztatach, gdzie nauczyłam się jego podstaw, a potem pracowałam już w ten sposób wielokrotnie. Powiem szczerze, że dzieciaki w klasie chętnie podjęły się nauki nowej metody i kiedy dwa lata temu zaproponowałam im wykonanie kartki wielkanocnej, a w zeszłym roku upominku na Dzień Mamy, z wykorzystaniem quillingu, bardzo chętnie przystąpiły do działania. 

Jako że w klasie dysponuję tylko gilotyną i kolorowymi kartkami, nasz quilling jest wersją bardzo amatorską. Kolorowe paseczki qullingowe nie są idealnie powycinane, nie mamy też do dyspozycji profesjonalnych igieł do nawijania, więc używamy do tego wykałaczek lub drutów do robótek ręcznych.

Na szczęście, profesjonalny sprzęt i idealna precyzja nie jest najważniejsza. Dzieci pracowały z pasją, wkładając w swoje zawijasy (które swoją drogą produkowaliśmy na raty przez jakiś miesiąc) i z wielką energią. W rezultacie nasze karteczki wyszły bardzo udane, a rodzice moich uczniów byli zaskoczeni, że ich pociechy wykonały tak skomplikowaną pracę. 

Oczywiście, jeżeli ktoś ma ochotę i wolny czas, może zająć się quillingiem na poważnie. Metoda ta nie jest wysoce skomplikowana (choć na taką wygląda), a efekty wykonanej pracy są naprawdę zachwycające.
Za pomocą quillingu można wykonać kartki świąteczne czy okolicznościowe, piękne ozdoby choinkowe czy wielkanocne, papierowe girlandy, zakładki do książki, zawieszki, biżuterię, ozdoby na papierowe torebki na prezenty, czy ramki. Możliwości jest sporo, choć trzeba zaznaczyć, że wykonanie takich cudów z papieru jest bardzo czasochłonne. Zwłaszcza jeśli chcemy, aby nasza praca była na wysokim poziomie.

Poradnik "Quilling. Cuda z papieru" jest świetną propozycją dla osób, które są amatorami w tej dziedzinie, oraz dla tych, którzy z metodą mieli już do czynienia. Znajdziemy w niej propozycje zarówno dla osób, które już "kręciły" wzory podstawowe,  oraz tych, którzy nie wiedza dokładnie, co to jest quilling.

Wstęp i pierwsze strony zawierają informacje bardzo podstawowe, natomiast kolejne zawierają już kopalnię nowych pomysłów i wzorów oraz inspirację do wykonania konkretnych prac. Książka zawiera też opis nowych działań, których osoby o podstawowych umiejętnościach quillingowych (jak ja na przykład), raczej nie miały okazji wypróbować. Zawijanie paseczków "na grzebyczku", co daje niesamowity efekt wizualny, to już wyższa szkoła jazdy. Podobnie, jak tworzenie kwiatuszków z nacinanego papieru czy tworzenie wzorów z karbowanych pasków. Trudniejsze nie znaczy niemożliwe, dlatego nowe sposoby pracy można potraktować eksperymentalnie, a  efekty mogą nas pozytywnie zaskoczyć.

Oczywiście poradnik, poradnikiem i choć piękne zdjęcia próbują oddać efekt powstałych ozdób, nic nie zastąpi pracy z ślimaczkami "na żywo". Poza tym, obdarowanie kogoś bliskiego własnoręcznie wykonaną kartką czy ozdobą daje niesamowitą satysfakcję.
Sama obiecuję sobie od lat, że przysiądę odpowiednio wcześniej i wykonam dla bliskich oryginalne, quillingowe kartki wielkanocne. Jednak do tej pory jeszcze do tego nie dotarłam. Może na emeryturze...

Zachęcam do zapoznania się z tą metodą, bo na własnym przykładzie mogę pokazać, że nawet pierwszoklasiści świetnie sobie radzą z kręceniem paseczków i  wykonaniem najprostszych, quillingowych kartek. A może dla kogoś z Was quilling stanie się nową pasją i sposobem spędzania czasu wolnego? 

Sardegna

# Nowości w mojej biblioteczce - kwiecień


posted by Sardegna on

52 comments

To będzie historyczny post stosikowy! Nigdy, ale to nigdy w historii tego bloga, nie zdarzył się taki miesiąc, żeby przybyło do mnie tak mało książek! Sześć egzemplarzy. tak, dobrze widzicie - sześć! Sama jestem w szoku, ale pozytywnym. Po miesiącach, w których rejestrowałam dwadzieścia nowości, liczba sześciu książek wydaje mi się co najmniej dziwna. Mam wrażenie, że taka sytuacja nie powtórzy się szybko, bowiem w maju szykuję się na TK w Warszawie i nie mam zamiaru się ograniczać. 

Kwiecień minął mi pod hasłem intensywnej pracy. Nie miałam okazji nigdzie bywać, ominęły mnie wymiany ŚBKów, BookFest w Zabrzu i imprezy związane z obchodami Dnia Książki. Nie kupiłam więc ani nie wymieniłam żadnej książki (poza jedną, ale o tym za chwilę). Z powodów zdrowotnych, które dopadły mnie i Młodego pod koniec miesiąca, nie dotarłam też do kultowego dyskontu, w którym to od poniedziałku sprzedawano serię Jane Austen w twardych oprawach. Liczę, że może coś się dla mnie uchowa i jak się ogarnę i pójdę po zakupy, wrócę z jakimś łupem. Póki co mam sześć nowych tytułów: cztery dla mnie, dwa dla dzieciaków.


"Ciekawe, co będzie jutro?" Renata Piątkowska - to jest ta właśnie jedna jedyna, zakupiona na spotkaniu z Autorką w MBP. Na spotkaniu byłam służbowo, więc zdjęć nie mam, ale za to zdobyłam autograf dla moich dzieci.
"Elementarz" Beata Ostrowicka - od Naszej Księgarni
"Chłopiec w lesie" Carter Wilson- od Świata Książki
"After. Już nie wiem, kim bez ciebie jestem" Anna Todd - od Między Słowami
"Upalne lato Gabrieli" Kasia Zyskowska - Ignaciak - od Wydawnictwa MG
"Tam, gdzie nie sięga już cień" Hanna Kowalewska - od Wydawnictwa Literackiego

***

Trudno mi pogodzić ostatnio życie osobiste i pracę z blogiem, ale są rzeczy ważne i ważniejsze. Poza tym, chwile wyrwane dla bloga sprawiają mi teraz większą frajdę. Teraz to taka prawdziwa odskocznia.  

Na szczęście udaje mi się coś czytać i to nawet całkiem sporo. Mam tylko zaległości z opisywaniem. Myślami jestem już na Warszawskich Targach Książki i czekam tylko na oficjalne informacje, co do spotkań autorskich, żeby zaplanować sobie dokładnie sobotę i niedzielę. Chcę wycisnąć z tych TK ile się da!


Bardzo chciałabym spotkać się ze znajomymi blogerami. Wszak targi to przede wszystkim ludzie! Jednak na tę chwilę jakoś nie umiem określić, czy jakieś spotkanie będzie organizowane. Drodzy blogerzy ze stolicy, wiecie coś na ten temat?
Kto się wybiera? Z kim będę mogła się spotkać? Dajcie znać, bo zostały już tylko dwa tygodnie!

Sardegna

Parę słów o prezentach od zajączka, czyli "Co kraj to obyczaj" i "Abecadło"


posted by Sardegna on , , , , ,

1 comment

Zajączek był dla Sześciolatki i Czterolatka w tym roku bardzo łaskawy. Poza toną słodyczy i skakankami, przyniósł książki. Taki prezent, jak wiadomo, zawsze spotyka się z entuzjastycznym przyjęciem, chociaż może Starsza bardziej ucieszyła się tym upominkiem niż Młody. Tłumaczę to faktem, że teraz u Czterolatka pierwsze miejsce zajmują Lego i roboty, a Sześciolatka jakoś tak dojrzale podchodzi do kwestii zbliżającej się pierwszej klasy, więc i do książek podchodzi z większą uwagą i zainteresowaniem.

Tradycyjnie zrobiliśmy sobie przerywnik od serii "Zaopiekuj się mną" (za chwilę będziemy mogli się pochwalić całą kolekcją...) i wzięliśmy na warsztat dwie nowości od zajączka. 
Wrażenia po lekturze mam raczej mieszane i z tego co zauważyłam, pokrywają się z wrażeniami Sześciolatki. Jedna książka na plus, druga natomiast emocji większych nie wzbudza...

Wydawnictwo: Wydawnictwo SBM
Liczba stron: 64 
Moja ocena : 4/6

Zacznę od książki pozytywnej: "Co kraj to obyczaj". Ciekawa propozycja nie tylko dla dzieciaków, ale też dla nauczycieli edukacji wczesnoszkolnej. Wymyśliłam świetne zastosowanie owej książeczki i wykorzystanie jej do przygotowania w klasie przedstawienia, o tematyce Unii Europejskiej albo kulturze wybranych państw świata.

Piętnaście dość długich wierszyków, na temat konkretnych krajów, świetnie przekazują dzieciakom najważniejsze informacje o danym państwie, jego kulturze czy zabytkach. Wierszyki są humorystyczne, napisane prostym językiem, zrozumiałe dla małych czytelników. Wydaje mi się, że nie będą też sprawiały kłopotu przy uczeniu się ich na pamięć (to tak w kwestii tego przedstawienia).
Sześciolatka przysłuchiwała się opisom danego państwa i po lekturze zapamiętała kilka faktów, na przykład to, że w Indiach uprawia się herbatę, we Francji jest Wieża Eiffla, w Hiszpanii tańczy się flamenco, a z Grecją powinna kojarzyć mity, które odsłuchiwała sobie wcześniej w słuchowisku. 

"Co kraj to obyczaj" to sympatyczna, edukacyjna książeczka, przeznaczona właśnie dla 6-8 latków. Starsi mogą być trochę znudzeni, a młodsi znowu nie w temacie. Dzięki niej można w prosty i zabawny sposób przemycić dziecku informacje, na temat innych krajów i ich kultury, co może okazać się świetną zabawą!


Wydawnictwo: Wydawnictwo SBM
Liczba stron: 64 
Moja ocena : 4/6


Druga propozycja przeznaczona jest według mnie, dla 5-7 latków, dzieciaków, które dopiero poznają literki, bądź uczą się je rozpoznawać. Można też książeczkę podsunąć dziecku, które uczy się czytać, gdyż duża czcionka i przejrzysty tekst pozwala na samodzielne poznawanie tekstu.
U nas "Alfabet" szału większego nie zrobił... Sześciolatka zna już wszystkie litery, więc fakt, że "F się składa z trzech kreseczek i udaje chorągiewkę", nie zrobił na niej wrażenia. Same wierszyki też jakoś Sześciolatki nie porwały.
Pozytywne na pewno jest to, że wierszyk składa się z wyrazów z dominującą literką, która do tego jest jeszcze wytłuszczona. Niestety są one na tyle krótkie i banalne, że nie zainteresują szczególnie dziecka, które w temacie jest już choć trochę obeznane. Może książka sprawdzi się u dzieci mniejszych (choć mój Czterolatek w ogóle nie podjął tematu, a większość liter zna), dla których odkrywanie alfabetu jest nowością.

"Alfabet" pomocny może okazać się natomiast dla nauczycieli klas pierwszych, którzy wprowadzać będą dziecku daną literkę. Krótkie wierszyki mogą stać się inspiracją do wymyślenia scenariusza zajęć, albo zabaw tematycznych.

Książeczki są ładnie wydane, mają twardą okładkę, kosztują około 10 zł. Zadomowiły się na dobre w naszej dziecięcej biblioteczce i na pewno zostaną jeszcze przez nas wykorzystane. Po pierwszy tytuł sięgnę osobiście, drugą wyjmę, kiedy Sześciolatka będzie musiała ćwiczyć samodzielne czytanie.

Sardegna

"After. Już nie wiem, kim bez ciebie jestem" Anna Todd


posted by Sardegna on , , , , ,

17 comments


Wydawnictwo: Między Słowami
Liczba stron: 758
Moja ocena : 4/6


Hmm... nie mam nic na swoje usprawiedliwienie ... ale w sumie, kiedy przeczytałam część pierwszą nie zarzekałam się, że po drugą nie sięgnę... więc jestem czysta... teoretycznie...

A więc przeczytałam całe siedemset stron w dwa wieczory. I cóż mogę powiedzieć, było na swój sposób fajnie. Odmóżdżająco, ale fajnie. Monotonnie, statycznie, powtarzalnie, ale na swój sposób emocjonująco. Druga część "After" nie wniosła wiele więcej do historii miłosnej dwójki niepokornych dwudziestolatków. Tessa i Hardin nadal się kochają, kłócą i godzą. W takiej właśnie kolejności, a miliony fanek na całym świecie nadal czytają o ich perypetiach z wypiekami na twarzy. 

A co ze mną? Czytelniczką będącą zupełnie poza grupą docelową? Wypieków u siebie nie zauważyłam (w części pierwszej momentami się pojawiały), emocji większych powieść mi nie dostarczyła, ale za to dzięki niej zresetowałam się całkowicie. A uwierzcie mi, potrzebne mi to było strasznie!

Lektura drugiej części "After" była na swój sposób bardzo interesująca. Czułam się niemal, jak w jakieś alternatywnej rzeczywistości, gdzie normą są sytuacje przedstawione w książce, sceny tak nierealne, że miałam wrażenie, że czytam jakąś baśń dla dorosłych (czy może dla starszej młodzieży). Ostatecznie jednak nie czułam się zmęczona tą całą historią, i podobnie, jak napisałam przy okazji części pierwszej: rozumiem zachwyt milionów małoletnich czytelniczek nad tą serią. Założę się, że każda z nich chciałaby zamienić się miejscem z Tess. Ja osobiście większej podniety nie odczułam (za stara chyba na to jestem). Zresetowałam swój mózg, wyłączyłam racjonalne myślenie i przyjęłam tę opowieść ze wszystkimi absurdami. A uwierzcie mi, było ich wiele...

Dwudziestoletnia dziewczyna, skromna, zahukana, prymuska, zostaje wybrana (tak, wybrana, nie inaczej!) przez przystojnego i wytatułowanego buntownika. Zmienia dla niego całe życie, zaczyna się malować i ubierać seksownie (O tak! Jakżeby śmiała inaczej!). On też się zmienia, żeby nie było. Z kobieciarza i imprezowicza, staje się wrażliwym, uczuciowym domatorem. Sielanka! Miłość i namiętność kwitnie... aż do kolejnej kłótni. 

Każdy powód do awantury jest dobry, a niektóre z nich są tak absurdalne, że aż świat się kończy! Generalnie Tess i Hardin, zamiast korzystać z życia i cieszyć się wspaniałą relacją, jaka ich podobno łączy, odwzajemnionym, gorącym uczuciem, tylko użalają się nad sobą i wymyślają sztuczne problemy. Chociaż z drugiej strony, rozumiem ideę: po kłótni trzeba się pogodzić, a najlepiej godzi się w łóżku. 
To nic, że dziewczyna staje się bezwolną marionetką w rękach ukochanego, niezdolną do wygenerowania jakiejkolwiek racjonalnej myśli. Podobnie zresztą, jak sam Hardin, traci gdzieś swoją osobowość, zmieniając się w gościa, opętanego wyłącznie myślą o ukochanej. Rozumiem, że dwudziestolatkowie rządzą się swoimi prawami, że istnieją toksyczne związki, ale większość opisanych scen jest tak nierealna, że aż sama nie wierzę w to, że ogarnęłam je rozumem!
Z "After" jest jak z historią Christiana Greya i Anastasi Steel. Zresztą dobrym porównaniem będzie powiedzenie, że jest to taki "Gray dla młodzieży". Również pod względem scen erotycznych...

Nie mogę napisać paru słów o fabule, bo jej tak właściwie nie ma. Większość scenek sytuacyjnych opiera się na "przemyśleniach" Tess typu: "Jakbym chciała, żeby on mnie kochał NAPRAWDĘ. Ale przecież rozmawia z tą dziewczyną, więc czy on mnie w ogóle kocha? A jak nie kocha? Chyba tego nie przeżyję! Kim ja bez niego jestem? Już sama nie wiem kim ja naprawdę jestem! A może mnie zdradza? Tak! Na pewno mnie zdradza! Dlaczego on mnie tak rani? Tak mnie krzywdzi! Nie dam się krzywdzić! Nie wrócę do niego! A może jednak wrócę? Muszę się zastanowić. Ale on jest taki przystojny i te tatuaże, które spod koszulki mu wychodzą... On jest tylko mój! Nie oddam go nikomu!"... I tak bez końca, w koło i w koło ...

Sytuacja ze strony Hardina nie wygląda lepiej: "Jestem takim złym człowiekiem, tak ją krzywdzę, ale ona mnie mimo to kocha... i ja ją kocham. jaka ona jest piękna, te włosy, te pełne usta. Chyba ją wy...całuję! Czy ona mi kiedykolwiek wybaczy? A jak mnie zostawi? Co ja zrobię? Ja tego nie przeżyję!" i tak bez końca...

Mimo że tom pierwszy zakończył się dość dramatycznie, a ja miałam nadzieję na nagły zwrot akcji, nie doczekałam się rewolucji. Tom drugi skupił się na burzliwym romansie dwojga, a dopiero końcówka wniosła minimalny element dramatyzmu, który BYĆ MOŻE rozwinie się w tomie III. Tak, tak! Dobrze widzicie! Historia Tess i Hardina dopiero się rozkręca. 6oo stron tomu I i 700 tomu drugiego to zdecydowanie za mało, żeby dojść do jakiegoś konkretu. Ale spokojnie, autorce zostały w zanadrzu jeszcze dwa tomy, pewnie o podobnej objętości, więc historia T&H ma jeszcze szansę rozwinąć skrzydła. 

Sardegna

PRZEDPREMIEROWO "Prawdziwe historie. Umarli mają głos" Marek Krajewski, Jerzy Kawecki


posted by Sardegna on , , , , ,

5 comments

Wydawnictwo: Znak
Liczba stron: 304
Moja ocena : 6/6


Kiedyś już mówiłam, że nie ruszają mnie jakieś wymyślne kryminały, horrory i thrillery. Dlatego nijak mi po drodze z zombie, obcymi atakującymi nasza planetę, czy jakimiś potworami, rozlewającymi krew na lewo i prawo. Najbardziej przerażającymi książkami i filmami są dla mnie te, które są wyjątkowo realne, akcja dzieje się we współczesnym świecie, bądź są oparte na autentycznych wydarzeniach. Kiedy mam świadomość, że taka sytuacja mogła zdarzyć, bądź zdarzyła się naprawdę, nie ma dla mnie nic bardziej przerażającego. Czytam wtedy z sercem w gardle, a kiedy wiem, że opisane sytuacje rzeczywiście miały miejsce, kręcę z niedowierzaniem głową, zastanawiając się, po co wymyślać jakąkolwiek dramatyczną fabułę powieści kryminalnych, skoro realia dostarczają jej aż nadto.

Powyższa książka to zapis autentycznych wydarzeń, śledztw i spraw sądowych, w których bezpośredni udział brał Jerzy Kawecki - biegły sądowy, patolog z wieloletnim stażem, starszy wykładowca w Katedrze i Zakładzie Medycyny Sądowej UM we Wrocławiu. 
Dwanaście niewiarygodnych spraw kryminalnych, dokonanych nigdzie indziej, tylko w naszym kraju, w jednym z moich ulubionych miast. Mrożące krew w żyłach zbrodnie, tak przerażające, że CSI Kryminalne Zagadki Miami czy innego Nowego Yorku odpadają w przedbiegach. I nie jest to tylko moje porównanie, wymyślone na potrzeby tego wpisu. Otóż praca naszych patologów i policji kryminalnej, opisana w "Umarli mają głos", autentyczne kojarzyła mi się z pracą stróżów prawa zza oceanu, prezentowaną w odcinkach CSI. 

Udowodnienie przestępstwa na podstawie śladowych ilości materiałów dowodowych, zdjęć bądź innych szczegółów, bez użycia specjalistycznego sprzętu czy wysokiej jakości metod, powoduje, że nasza historia jest o wiele bardziej fascynująca. Bez "magicznych sztuczek", bez olbrzymich nakładów finansowych, za to za sprawą ludzi, którzy swoją wiedzą i pasją dokonują niemalże niemożliwego. Dzięki takim ludziom, jak Jerzy Kawecki, odzyskuje się wiarę w specjalistów w swej dziedzinie, będących na właściwym miejscu, we właściwym czasie, nie za sprawą koneksji, tylko rzeczywistej wiedzy i umiejętności.

Wszystko to, czego doświadczył Jerzy Kawecki, wspaniale opisał Marek Krajewski, autor bestsellerowych powieści kryminalnych (swoją drogą muszę w końcu przeczytać serię Breslau...). Dzięki temu, że te dwie znakomite osobistości podjęły się współpracy, szczegółowo podchodząc do tematu, dokładnie analizując akta spraw i dokumentację medyczną, mogła powstać bardzo dobra literatura faktu, którą czyta się jak najbardziej wciągający kryminał.

Czytanie dwunastu historii, zaprezentowanych w książce, wiążę się z prawdziwym niedowierzaniem w to, co zostało w nich zawarte. Już pierwsza opowieść, wprowadzająca jakby do kolejnych jest tak niewiarygodna, że aż trudno uwierzyć, że takie rzeczy dzieją się w naszym kraju... "Cmentarna bestia" to jedyna nierozwiązana do dzisiaj, sprawa kryminalna, opisana w "Prawdziwych historiach", i chyba najbardziej przerażająca...
Każda kolejna opowieść to dramatyczna historia. Na szczęście, siedem opisanych zabójstw, dwa samobójstwa i dwie sprawy niezwiązane z morderstwem, doczekały się rozwiązania i skazania osób winnych, a wszystko za sprawą zaangażowania, wieloletniego doświadczenia i wnikliwości Jerzego Kaweckiego oraz jego współpracowników. Zabójstwo na tle rabunkowym, z zazdrości, z miłości, dla dobra dziecka, to tylko fragment opisywanych sytuacji. Brutalne gwałty, molestowanie, próba ukrycia zwłok, samobójstwo przez śmiertelną chorobę, to kilka kolejnych. A każda z historii jest prawdziwa i to jest właśnie najbardziej przerażające... 

Najważniejszą zaletą "Prawdziwe historie.Umarli mają głos" jest bardzo dobra współpraca obu panów, którą wspaniale odzwierciedla forma książki i to, że czyta się ją bardzo szybko, pochłaniając kolejne strony. Jest to po prostu bardzo dobrze napisana, nie omijająca żadnych, nawet tych najbardziej brutalnych opisów, szczegółowa, bardzo prawdziwa literatura. 
A ponieważ lubię czytać o ludziach z pasją, i miałam już okazję poznać tytuł będący wynikiem połączenia pracy pisarza i specjalisty w swojej dziedzinie ("Gliniarz" Marcina Ciszewskiego i Krzysztofa Liedel), mogę z czystym sumieniem powiedzieć, że takie duety świetnie się sprawdzają i stanowią prawdziwą gratkę nie tylko dla  fanów pisarza, ale też czytelników, którzy lubią typowe kryminały. Ani jedni, ani drudzy nie powinni być zawiedzeni.

Sardegna

ŚBK: Książka, z którą nie rozstanę się za żadne skarby świata oraz ŚBKi w TV!


posted by Sardegna on

10 comments

Kolejny wpis tematyczny naszej grupy miał ukazać się wczoraj, jednakże wklejam go dzisiaj z małym poślizgiem, bowiem wczorajszy dzień okazał się wyjątkowo emocjonujący dla całej grupy ŚBKów i publikacje postów nie były nam w głowach! Otóż nasi przedstawiciele w postaci Agnieszki i Kasi oraz Janka, który reprezentował wprawdzie antykwariuszy, ale do naszej ekipy też należy, wystąpili w TV Katowice.


A wszystko za sprawą żarciku primaaprilisowego, który pojawił się na naszym fp 1 kwietnia. Dziewczyny wymyśliły, że poinformujemy o nawiązaniu współpracy z TV regionalną i jakież było nasze zdziwienie, kiedy po tygodniu rzeczywiście ktoś z TV się odezwał i zaprosił na nagranie odcinka. Także jak sami widzicie, Śląscy Blogerzy Książkowi wyszli z internetów! Świat się kończy!
Wypowiedzi naszych gwiazd możecie śledzić od 14 minuty programu:

Telewizyjna 1: 21.04.2015



Jak sami widzicie, w związku z takimi emocjami, wpis tematyczny trzeba było odłożyć na bok. Na szczęście dziś też jest dzień, więc sami sprawdźcie, jakich książek nie oddałabym za żadne skarby świata!

Pierwsza myśl, jaka nasunęła mi się, kiedy usłyszałam, jaki mamy temat na ten miesiąc, była taka: "Nie byłabym w stanie przecież rozstać się z żadną ze swoich książek. Przecież nie po to kolekcjonowałam i kompletowałam je przez te wszystkie lata, żeby teraz się ich pozbywać...".
Oczywiście po chwili doszłam do wniosku, że gdyby RZECZYWIŚCIE zaszła taka potrzeba, możliwe że  byłabym w stanie oddać kilka/kilkanaście/kilkadziesiąt książek ze swojego księgozbioru. Płakałabym pewnie jak bóbr. Serce by mi się krajało, ale pewnie byłabym w stanie zredukować swoją biblioteczkę.
Na szczęście nie muszę tego robić. Nie planuję niczego redukować, miejsce w mieszkaniu jeszcze się znajdzie, mąż nie narzeka, dzieci nie demolują (rodzinka wręcz wspiera), więc powodów do ograniczeń nie widzę. Może kiedyś najdzie mnie ochota na minimalizm w tym temacie, ale na chwile obecną się na to nie zapowiada...

Gdybym jednak, TEORETYCZNIE, miała wybrać z całej biblioteczki książki, których nie pozbędę się nigdy w świecie, wybrałam te, które są mi najbliższe i lektura sprawia mi największą frajdę:
  • serię kryminałów Cobena, którą mam już w komplecie (na zdjęciu brakuje kilku tomów, zwłaszcza tych najnowszych, więc musicie mi uwierzyć na słowo, że mam całość)
  • książki Katarzyny Zyskowskiej - Ignaciak, Hanny Kowalewskiej i Olgi Tokarczuk (nie mam w prawdzie wszystkich wydanych powieści Autorek, ale pracuję nad tym)

  • serię Literatura XX wieku z Gazety Wyborczej - również niekompletna, ale bardzo skrupulatnie kupowana za pierwsze zarobione pieniądze. Tomów mam więcej, ale pozostałe stoją w drugim rzędzie


Oczywiście to nie wszystkie książki dla mnie ważne. Nie oddałabym Pilipiuka, Alex Kavy, Philippy Gregory, Magdy Witkiewicz.... i mogłabym tak wymieniać jeszcze pół dnia.

Jeżeli jednak ktoś okrutny kazałby mi zostawić tylko JEDNĄ JEDYNĄ książkę w swojej biblioteczce, w sumie nie miałabym z tym problemu: "Mistrz i Małgorzata" czeka od jakiś piętnastu lat, na posterunku!


A Wy, jeżeli mielibyście wybrać tę jedną jedyną? Jesteście w stanie dokonać takiego wyboru?

Sardegna

Imprezy w Antykwariacie Kocham Książki


posted by Sardegna on

6 comments

Brakowało mi w pobliżu mojego miejsca zamieszkania jakiegoś fajnego, książkowego miejsca, gdzie poza zakupami można spokojnie posiedzieć, pogadać, pokręcić się bez celu, wypić herbatę, a nawet dzieci ze sobą zabrać. I oto jest! Księgarnia i Antykwariat Kocham Książki w Katowicach, ulica Kościuszki 47, prowadzona przez znajomego blogera/ księgarza Janka, działa już od paru miesięcy. Z każdego miejsca na Śląsku, do Katowic jest blisko, a i miejsce do zaparkowania zawsze się znajdzie, można więc odwiedzać do woli! 
Jako że Janek jest prawdziwym pasjonatem i człowiekiem z głową pełną pomysłów, w jego Antykwariacie nie tylko kupuje się książki, ale też spędza się aktywnie czas, i to w pełnym słowa tego znaczeniu.
W trakcie miesiąca można uczestniczyć w kilku naprawdę interesujących projektach. Począwszy od nauki języka szwedzkiego, poprzez Antykwaryczny Klub Czytelniczy, Weekend Żywej Łaciny, Wieczór gier planszowych czy spotkanie autorskie. Ponieważ Janek wspiera akcje Śląskich Blogerów Książkowych, zgodził się udostępnić nam lokal na kolejną Śląską Wymianę Książkową.

Śledzę na bieżąco poczynania Janka, do czego i Was zachęcam. Wszystkie informacje na temat zbliżających się wydarzeń można znaleźć TU 

W związku z tym, że czasu u mnie, jak na lekarstwo, nie mogę pojawiać się na wszystkich interesujących mnie spotkaniach. Wybieram więc tylko te, na których najbardziej mi zależy.

20 lutego 2015 w Antykwariacie, odbyło się spotkanie autorskie z Maggie Moon, autorką czytanej przeze mnie "Posiadłości". W organizacji brali też udział ŚBK, a spotkanie poprowadziła nasza koleżanka Archer.

[fot. Marta Kurczyk]

Maggie to przesympatyczna osoba, oddana swojej literackiej pasji. Opowiadała o powstawaniu "Posiadłości", o inspiracjach, dzięki którym książka powstała, o swoich poprzednich książkach, które nie zostały nigdy wydane i leżą teraz na dnie szuflady, o kontynuacji "Posiadłości" i trudnościach z jej wydaniem, o blogach książkowych, podejściu do krytyki, Targach Książki, kontaktach z czytelnikami, a także o swojej pracy zawodowej tłumacza.

[fot. Marta Kurczyk]

Dwie godziny minęły, jak z bicza strzelił, a rozmowa mogłaby praktycznie toczyć się dalej, bo Maggie to bardzo otwarta osoba, z wielkim poczuciem humoru i z dystansem do siebie oraz swojej twórczości.

Po tym spotkaniu, w rozmowach nieoficjalnych, doszliśmy do wnioski z Jankiem, że brakuje wśród czytelników dyskusji o samej książce i przydałoby się zorganizować w Antykwariacie coś na kształt Klubu Czytelniczego, gdzie moglibyśmy omawiać wrażenia z przeczytanej lektury i wymieniać się opiniami. Tak powstała idea Antykwarycznego Klubu Czytelniczego, a pierwsze spotkanie zostało ustalone na kwiecień.

Na pierwszą lekturę wybraliśmy "Mistrza i Małgorzatę", z czego bardzo się ucieszyłam, jest to bowiem jedna z moich ulubionych książek (o ile nie w ogóle numer1!) i odświeżenie jej po latach wydało mi się bardzo wskazane. Jak widać, pozaznaczałam co ciekawsze fragmenty i akapity godne uwagi:


12 kwietnia 2015 spotkaliśmy się więc w całkiem sporym gronie i zabraliśmy się za dyskusję o "Mistrzu i Małgorzacie". Jak miło było poznać i posłuchać prawdziwych pasjonatów, nie tylko twórczości Bułhakowa, ale i kultury rosyjskiej. Takie spotkania są bardzo inspirujące, a ja dzięki temu mogłam spojrzeć na mojego ukochanego MiM zupełnie nowymi oczyma.



[fot. Marta Kurczyk]

Jak widać, załapałam się tylko na jedno zdjęcie, ale mi to wcale nie przeszkadza. Mam nadzieję, że pozostałym uczestnikom też nie przeszkadza, że pozwoliłam sobie powklejać spotkaniowe zdjęcia. Jakby były jakieś obiekcje, dajcie znać, pousuwam co trzeba.

Oby takich spotkań było jak najwięcej! Dlatego już dziś zapraszam na drugie, trzecie i czwarte spotkanie Antykwarycznego Klubu Czytelniczego, na których będziemy omawiać kolejno:
24 maja, godz. 17:00 przygody Sherlocka Holmes (bez podawania konkretnych tytułów)
28 czerwca, godz. 17:00 twórczość Edgarda Alana Poe
26 lipca, godz. 17:00 Nikołaj Gogol "Martwe dusze"

Zachęciłam Was wystarczająco? Z kim będę miała przyjemność się spotkać? Przybywajcie tłumnie! Dyskusji o książkach nigdy za wiele!

Sardegna

# Nowości w mojej biblioteczce - marzec


posted by Sardegna on

24 comments

Kolejny wpis z nowościami, zamiast w pierwszych dniach miesiąca, ukazał się ze sporym poślizgiem. Niestety u mnie wszystko ostatnimi czasy jest z poślizgiem i na szybko. Może za jakiś czas zwolni się u mnie z obowiązkami, ale na tę chwilę się na to nie zapowiada. A to niestety odbija się na mojej aktywności blogowej i chęci do pisania. Książek w marcu też jakoś jakby mniej ... Oby do Warszawskich Targów Książki. Mam nadzieję naładować się tam pozytywną, książkową energią!


"Tajemnice Diabelskiego Kręgu" Anna Kantoch - z wymiany
"Heretycy Diuny" i "Bóg Imperator Diuny" Franka Herberta
"Tehanu" czwarty tom cyklu Ziemiomorze Ursuli K. LeGuin - ocalone w bibliotece, po złotówce


"Łódź" Clara Salaman - od Wydawnictwa Akurat
"Kołysanka dla Rosalie" Renaty Kosin - od Naszej Księgarni


"Spadkobiercy" i "Wszystko w porządku" Hołowni i Prokopa kupiła w promocji na stronie internetowej Znaku. Za obie z przesyłką zapłaciłam 10 zł (interes życia, nie?)
"Lato w Jagódce" też wyprzedaż, ale w markecie


"Kiedy ciebie zabraknie" Laura Lippman - od GWF
"5 sekund do IO" Małgorzaty Warda - od Media Rodzina
"Umarli mają głos" Marka Krajewskiego i Jerzego Kaweckiego - przedpremierowo od Znaku (już przeczytałam i potwierdzam: jest świetna!)

W marcu przybyło więc do mnie tylko 12 książek. No świat się kończy...

Sardegna

"Zosia z ulicy Kociej. Na wiosnę" Agnieszka Tyszka


posted by Sardegna on , , , ,

1 comment


Wydawnictwo: Nasza Księgarnia
Liczba stron:216
Moja ocena : 4/6

Z serią "Zosia z ulicy kociej" miałam przyjemność zapoznać się na ubiegłorocznych Targach Książki w Krakowie. Trochę przypadkowo, bowiem akurat kiedy przechodziłam obok stoiska Naszej Księgarni, autorka, Pani Agnieszka Tyszka podpisywała swoje książki. Zatrzymałam się więc, żeby się zorientować... i wsiąkłam na dłużej.

Seria "Zosi..." liczy sobie obecnie siedem tomów (więcej szczegółów na ich temat znajdziecie TU). Powyższy jest jednym ze środkowych, a że nie miałam okazji czytać dzieciakom żadnego z wcześniejszych, spotkanie z sympatyczną bohaterką było trochę niechronologiczne. Zdecydowanie polecam więc czytać serię po kolei, gdyż można pogubić się nieco w przygodach zakręconej Zosi.
Najbardziej poplątanymi niteczkami w całej tej historii, nie są jednak perypetie dziewczynki, tylko pozostali dziecięcy i dorośli bohaterowie, których jest w książeczce co niemiara. Noszą oni fantazyjne imiona bądź pseudonimy, które powodują, że zorientowanie się czy mamy akurat przyjemność z Mamą, czy może z Ciocią, nie jest wcale takie proste. Do tego młodsza siostra Zosi ma dziwno - zabawny zwyczaj przekręcania wyrazów. Ma to swój swoisty urok, kiedy czyta się tekst samemu. Natomiast kiedy czyta się go na głos, staje się to nieco nienaturalne, przez co moja Sześciolatka co chwilę patrzyła na mnie zmieszanym wzrokiem pytając bezgłośnie: "O co chodzi?"

Oczywiście zdaję sobie sprawę, że gdybyśmy zaczęli czytanie od właściwego tomu, przyjęcie postaci i ich wariactw przyszłoby nam naturalnie, a moje dzieciaki przyjęłyby pewnie opowieść bardziej entuzjastycznie. Jednak w obecnej sytuacji, po kilku rozdziałach widziałam błędny wzrok Sześciolatki, więc ... resztę musiałam doczytać sobie sama.

Zosia to taki minimalnie mniej zakręcony odpowiednik brytyjskiej Zuźki Zołzik. Może nie tyle sama Zośka jest szalonym egzemplarzem, co jej rodzinka. Młodsza siostra Mania wraz z manierą zmieniania wyrazów, kotem Muffinem i maskotką Fryderykiem Szopem Praczem, to trio, które trudno opanować. Mama Alina i tata Lucjusz, próbują ogarnąć cały ten siostrzany chaos, ale średnio im to wychodzi. Do tej wesołej kompanii dochodzi ciocia Malina, artystka, z Misiem, Krzysiem i Rufusem, sąsiadka Iga, Kris, siostry Penelopki (Laurka, Waneska i Penelopa właśnie), Zdaszek, Klops i Babcia Zelmer (do tego, kto jest kim, doszłam jakoś w połowie książki, ale nawet teraz kiedy piszę tą notatkę, nie jestem pewna, czy wszyscy są tymi, za kogo ich uważam...).

Na ulicę Kocią, gdzie cała ta gromada (poza Maliną i jej menażerią) mieszka, przychodzi wiosna. Kapryśna jednak jest bardzo, bo zamiast słonecznej pogody i ciepłego słonka przynosi śnieg, deszcz, roztopy i powódź (tematycznie bardzo, czyż nie?). Dzieciaki postanawiają przywołać wiosnę, stosując, jak to mówi Mania, ZAKLEŃSTWA. Konstruują Marzannę, nazywaną MARZENĄ, NIEROZKŁADALNĄ, ze sztucznego WUKNA i wysyłają ja na BAJORKĘ. Cała akcja jest oczywiście jedną z wielu zrywów szalonej gromadki, a zwariowana ciotka Malina rozpala w nich artystyczne zapędy, namawiając wręcz do twórczej aktywności.

I tak sobie właściwie myślę, że słowem najlepiej oddającym charakter tej książki, będzie właśnie WESOŁA TWÓRCZOŚĆ, bo poza pracami plastyczno - technicznymi, dziecięcy bohaterowie sami piszą opowiadania (Zosia), fotografują (Iga), projektują i szyją swoje ubranka (Penelopka) czy konstruują (Mania). Nie nudzą się, zawsze mają coś fajnego do zrobienia, pomysły wręcz same pukają do ich drzwi. I fajnie! Dzięki temu książka jest bardzo zakręcona, momentami aż za bardzo. W każdym razie dla mojej Sześciolatki taka okazała się być. Może starsze dzieci znajdą w niej więcej pozytywów, poza tym na własnej skórze odczują frajdę z czytania przekręconych wyrażeń Mani.
Dlatego polecam Zosię dziewczynkom w wieku 9-12 lat, które same są artystycznymi duszami. W książce tej znajdą swoje pokrewne dusze, a przy okazji będą się świetnie bawić.
Sardegna

Kalendarz Książkowych Wydarzeń #9


posted by Sardegna on

6 comments

Kwiecień zapowiada się niezwykle atrakcyjnie. Nie dość, że jest to miesiąc Światowego Dnia Książki i Praw Autorskich to jeszcze na Śląsku szykuje się interesujący festiwal, może niekoniecznie związany z literaturą, ale na pewno godny uwagi. Chciałabym pojawić się na niektórych spotkaniach, chociaż standardowo, nie wiem, czy uda mi się wyrobić w czasie. Zapraszam Was w każdym razie do zapoznania się z ofertą i wyboru czego dla siebie.
Spotkanie z Haliną Kunicką i promocja książki Kamili Dreckiej "Świat nie jest taki zły"


Fenomen skandynawskiej literatury kryminalnej na przykładzie życia i twórczości Camilli Läckberg, Stiega Larssona i Jo Nesbø.

Spotkanie autorskie z Barbarą Gawryluk


Antykwaryczny Klub Czytelniczy - spotkanie, na którym omawiana będzie pierwsza lektura: "Mistrz i Małgorzata" Michaiła Bułhakowa


Prelekcja „Afryka – piekło czy raj” z cyklu Spotkania podróżnicze w Bibliotece Śląskiej.


Szósta odsłona Śląskiej Wymiany Książkowej. Będzie można też zaopatrzyć się w biżuterię z Białego Maku
Spotkanie autorskie z Małgorzatą Kalicińską – powieściopisarką, autorką m.in. serii „Rozlewisko”.
 Spotkanie autorskie z Martą Fox 
  • 23 - 25 kwietnia 2015, Księgarnia Victoria Zabrze
BookFest i Kiermasz Rękodzieła - informacje wkrótce 
W dniach 23 do 25 kwietnia 2015 odbędzie się w Bibliotece Śląskiej w Katowicach Seminarium Tolkienowskie połączone z wystawą i innymi atrakcjami, z okazji 30-lecia Sekcji Tolkienowskiej ŚKF
Spotkanie autorskie z Małgorzatą Kalicińską, autorką „Domu nad Rozlewiskiem”. Pani Małgorzata będzie gościem DKK – DIALOG oraz DKK – KL – BARWY. Spotkanie odbędzie się z okazji Światowego Dnia Książki i Praw Autorskich 

Festiwal Dziwnie Fajne to społeczna inicjatywa podjęta w 2009 roku, ma na celu aktywizację społeczeństwa poprzez działania na szeroko pojętym polu kultury, a wszystko to za sprawą kolektywu BytoMy. Festiwal organizowany wraz z Bytomskim Centrum Kultury oraz miastem Bytom. [informacja ze strony organizatora]



Zapewne w trakcie miesiąca uzupełnię wpis o nowe wydarzenia. Jestem przekonana, że coś fajnego się jeszcze szykuje. Jakbyście mieli informacje, albo ciekawe linki do śląskich wydarzeń, chętnie uzupełnię.

Sardegna

"Słuchaj pieśni wiatru. Flipper roku 1973" Haruki Murakami


posted by Sardegna on , , , ,

15 comments


 Wydawnictwo: Muza
Liczba stron: 318
Moja ocena : 4/6

"Słuchaj pieśni wiatru. Flipper roku 1973" dał mi w kość! I nie są to w moim przypadku, puste słowa. Powieść czytałam autentycznie pół roku, ale jako że zawsze doczytuję książkę do końca, bo taki już mam zwyczaj, że nawet kiedy lektura mi zbytnio nie pasuje, i czytanie zamiast przyjemnością, staje się przedzieraniem przez tekst, nigdy nie odpuszczam.
Czasami ciekawe zakończenie warte jest całej, niełatwej lektury, czasami, na końcu pojawia się jakiś interesujący wątek, który powoduje, że patrzę na książkę zupełnie z innej strony. Zawsze daję książce szansę, bo skrzywdzenie jej niską notą, bez przeczytania do końca, nie wchodzi u mnie w grę!

Powyższa powieść jest właśnie idealnym przykładem na to, że książkę zawsze TRZEBA doczytać do końca. Początek nie był łatwy. W ogóle nie wkręciłam się w charakterystyczny styl Murakamiego, który przecież znałam już niejako z "Przygody z owcą". Nie jestem może znawczynią jego prozy, ale wiedziałam, czego mniej więcej się spodziewać, czego szukać, w którą stronę podążać. Niestety powyższa powieść, a właściwie dwie mini - powieści nie wciągnęły mnie do świata japońskiego autora na tyle, żebym zachwyciła się książką, jak miało to miejsce w przypadku "Przygody..." właśnie.
Niemniej jednak, mimo trudnych początków, "Słuchaj pieśni wiatru. Flipper roku 1973" jest  najlepszym przykładem, że gdybym odłożyła książkę i poddała się niechęci, ominęłaby mnie interesująca historia flippera, a właściwie zakończenie, na które w ogóle nie zapowiadało się wcześniej, a bardzo mi się spodobało i podwyższyło notę z 3 na 4 punkty.

"Słuchaj pieśni wiatru" to opowieść o samym pisaniu - procesie twórczym. Sporo miejsca Narrator poświęca na wspomnienia o swoim ulubionym pisarzu. Wplata w swe historie ciekawe spostrzeżenia dotyczące nie tylko pracy pisarskiej, ale i życia codziennego. Nie dla mnie jednak okazało się kolekcjonowanie cytatów i doszukiwanie się w nich istoty opowieści. Nie doszukałam się też znaczenia cyfr, które były w tekście bardzo wyraźnie zaznaczone. Przedzierałam się po prostu przez tekst.
Na szczęście, znacznie więcej frajdy sprawił mi "Flipper roku 1973", w którym autor skupił się na poszukiwaniu wyjątkowego egzemplarza maszyny do gier. To szukanie kolekcjonerskiego flippera okazało się być godzeniem się z przeszłością i swoistym dojrzewaniem Narratora. Ta część znacznie zrekompensowała mi lekturę, a zakończenie poszukiwań na prawdę zainteresowało.

Dwie opowieści są pierwszymi w dorobku autora, i podobno odbiegają nieco poziomem od jego najnowszych książek. Tego faktu osobiście nie potwierdzam, bowiem poza wymienioną wyżej "Przygodą z owcą" i "O czym mówię, kiedy mówię o bieganiu", nie czytałam jego innych powieści, więc nijak mi porównywać. Jednak, tak jak mówiłam, czytanie nie sprawiło mi tak wielkiej frajdy, jak poprzednio, śmiem więc twierdzić, że w pierwszych dziełach Murakamiego styl i fabuła są bardziej pogmatwane, a doszukiwanie się "smaczków" trudniejsze. Przez to lektura jest też bardziej wymagająca i dla osób, które nie rozkładają powieści HM na części pierwsze, tylko po prostu "czytają", nie do końca satysfakcjonująca. 

Jestem pewna jednak, że powieść sprawi masę radości najwierniejszym fanom autora, którzy będą się rozsmakowywać w historii Szczura (postaci znanej już z "Przygody...") i Narratora oraz przeszukiwać treść w poszukiwaniu sensu i analogii do innych tytułów, w pozornie błahych i niezwiązanych z sobą scenkach sytuacyjnych.

Sardegna

"Wilhelmina i aksamitny nosek" Tove Appelgren, Salla Savolainen


posted by Sardegna on , , , ,

No comments


Wydawnictwo: Kojro
Liczba stron: 40
Moja ocena : 5/6

Moje wpisy na temat literatury dziecięcej są ostatnimi czasy równie częste, jak te, o literaturze dla dorosłych. Ale to chyba dobrze, że moje dzieci chętnie słuchają, a książki zmieniają się z dużą częstotliwością, i rosną na stosie "przeczytane, nie opisane". 

Dzisiejsza lektura jest zupełnie wyjątkowa. "Wilhelmina i aksamitny nosek" to książeczka wydana nakładem Wydawnictwa Kojro. Książka o dużym formacie, twardej oprawie i świetnych ilustracjach. Szkoda tylko, że jest taka cienka, bo historia nie zdążyła się rozkręcić, a już musiała się kończyć. 

Autorką całej serii o Wilhelminie (znanej doskonale w Finlandii), jest Tove Appelgren, znana i ceniona skandynawska pisarka i scenarzystka teatralna. Ilustratorką natomiast, jest Salla Savolainen, której rysunki świetnie nadają charakter opowiastce, wyróżniają ją także na tle innych bajek.


Wilhelmina to sympatyczna dziewczynka, mieszkająca wraz ze swoją liczną rodziną w wielkim domu. Niespełnionym do tej pory, marzeniem małej bohaterki jest posiadanie własnego pieska. Rodzice jednak podchodzą do pomysłu niezbyt entuzjastycznie, bowiem posiadanie czwórki dzieci i tak jest wystarczająco absorbujące. Wilhelmina nie daje jednak za wygraną i w końcu otrzymuje upragnionego pupila. Piesek staje się źródłem szczęścia ale i nowych obowiązków. Niestety jeden z domowników okazuje się mieć alergię na czworonoga... jak zatem Wilhelmina odnajdzie się w nowej sytuacji? 



Książeczka ma zaledwie 40 stron, więc wszystko dzieje się w niej bardzo szybko. Przeczytałam ją dzieciakom w zaledwie kilka minut i mimo, iż potem odbyło się ponowne przejrzenie i przeczytanie historyjki wraz z ilustracjami, całość zajęło moje dzieci na jakieś 15 minut. Okazało się to zdecydowanie za krótko dla mojej Sześciolatki. Czterolatek podszedł do tej opowieści bardziej entuzjastycznie, co potwierdza fakt, że "Wilhelmina i aksamitny nosek" to jednak książeczka dla młodszych dzieci 2-4 letnich, które siedząc na kolanach Mamy, z pasją będą wpatrywały się w kolejne etapy historyjki i ilustracje sympatycznych piesków.

Dlatego polecam książeczkę rodzicom takich właśnie mniejszych pociech. Twarda oprawa, duży format i piękne wydanie, sprawiają, że książka może być dla nich wspaniałym prezentem z okazji Świąt Wielkanocnych. 


Sardegna

"Niech ci się spełnią marzenia" Barbara O'Neal


posted by Sardegna on , , , , ,

15 comments

Wydawnictwo: Wydawnictwo Literackie
Liczba stron: 468
Moja ocena : 6/6

Powieści Barbary O'Neal mają w sobie coś wyjątkowego. Czytałam w prawdzie, do tej pory tylko dwie książki autorki ("Sekrety uczuć" i powyższą: "Niech ci się spełnią marzenia"), ale wydaje mi się, że i pozostałe trzy ("Jak znaleźć przepis na szczęście", "Recepta na miłość", "Sposób na happy end") z serii kobieco - kulinarnej, są napisane w podobny sposób, zapewniając czytelniczkom podobne wrażenia. Jestem więc przekonana, że spodobały by mi się równie mocno, jak te, które już znam

Wybieram ostatnio taką właśnie literaturę: książki z happy endem, które mnie relaksują, przy których odpoczywam i nie muszę się o nic martwić. Może za dużo się dzieje u mnie prywatnie, żebym jeszcze musiała przezywać problemy bohaterów książkowych. To było by dla mnie chyba zbyt wiele...

Najnowsza opowieść Barbary O'Neal podobała mi się wyjątkowo, między innymi dlatego, że bohaterkami historii są cztery blogerki, wprawdzie kulinarne, a nie książkowe, jednakże gdzieś tak czułam z nimi więź i jak najbardziej rozumiałam ich pasję i zaangażowanie w blogową pracę.

Cztery kobiety, internetowe przyjaciółki, poznane dzięki blogowaniu, postanawiają spotkać się po raz pierwszy w realu na urodzinach jednej z nich, 85 letniej Lavender. Dziewczyny różnią się wiekiem, doświadczeniem życiowym, pochodzeniem oraz wykształceniem, jednakże pasja kulinarna i oddanie, z jakim prowadzą bloga, łączy je niezwykłą więzią. Każda z kobiet prowadzi swoją stronę, jako odskocznię od rzeczywistości, czasami, w ten sposób, próbuje uciekać od własnych problemów.
 
Lavender - najstarsza z nich jest właścicielką ogromnej farmy lawendy oraz pasieki. Przez lata doprowadziła swoje "miodowe królestwo" do świetności, ale martwi się, co stanie się z farmą, kiedy jej zabraknie. Szuka odpowiednich zastępców - ludzi, którzy zajmą się lawendą z równą jej pasją.
Ginny - pięćdziesięcioletnia pani domu, nigdy nie wyjechała poza grancie swojego miasteczka, tkwiąca w fikcyjnym małżeństwie, niezdolna przeciwstawić się woli bliskich jej osób, czuje, że marnuje kolejne lata swego życia. Pasja fotografowania skłania ją ku założeniu bloga o wypiekach i upiększania go wykonanymi zdjęciami słodkości. Kiedy Lavender zaprasza ją na przyjęcie, Ginny postanawia postawić wszystko na jedna kartę i wyruszyć w podróż życia na drugi koniec kraju. Sprzeciwia się mężowi i matce, stawia na swoim i rusza na poszukiwanie przygody.

Valerie - przez lata prowadziła bloga o winach, jednakże osobista tragedia skłoniła ją do zamknięcia strony. Aby dojść do równowagi i przetrwać żałobę, zabiera córkę i wyrusza w podróż camperem, śladami plemion Indian. Po drodze, przyjmuje zaproszenie Lavender i zajeżdża na spotkanie z wirtualnymi przyjaciółkami.
Najmłodsza Ruby - to sympatyczna dwudziestolatka, która nie może wyleczyć się z toksycznego związku. Kiedy zachodzi w ciążę z byłym chłopakiem, ten zostawią ją samą. Ruby próbuje więc ułożyć sobie życie na nowo, a wyjazd na farmę Lavender może okazać się dla niej szansą na oczyszczenie ze złych emocji.

Urodziny Lavender to tylko pretekst. Tak naprawdę, dla wszystkich kobiet wyjazd będzie przełomowy i otworzy im oczy na pewne sprawy. Przyjaciółki będą musiały stawić czoła swoim własnym lękom i demonom, ale warto będzie podążyć za głosem serca, bo może się okazać, że spełnianie marzeń to najlepsze, co się w życiu przydarza.

Drugie spotkanie z autorką, było równie udane, jak pierwsze. Może nawet historia czterech przyjaciółek podobała mi się bardziej, ze względu na obecność blogów, z którymi zawsze jakoś się identyfikuję. Wątki kulinarne były rozbudowane, głównie o dania wegańskie i słodkości, a czytanie przepisów ponownie sprawiało mi nie lada frajdę, choć jak wiadomo, wolę tylko o nich czytać, niż próbować na własnej skórze. 

Polecam te sympatyczną i ciepłą opowieść wszystkim kobietom, zwłaszcza tym, które myślą, że nic ciekawego już w życiu ich nie spotka. Barbara O'Neal jak zwykle poprawiła mi humor i nastroiła pozytywnie do świata.

Sardegna

"Agata na tropie. Kradzież nad Niagarą" oraz "Agata na tropie. Miecz króla Szkocji" Sir Steve Stevenson


posted by Sardegna on , , , ,

5 comments


Wydawnictwo: Wiga
Liczba stron: 140
Moja ocena : 4/6

Staram się proponować moim dzieciom różne książeczki na dobranoc. Oczywiście popularność zwierzaków "Zaopiekuj się mną" nie słabnie, ale raz na jakiś czas zmieniam repertuar i pokazuję, że na świecie są jeszcze inne tytuły, przeznaczone dla młodych czytelników. 

Ostatnio wybrałam dwie najnowsze części serii "Agata na tropie". Historyjki wydały mi się bardzo interesujące i skojarzyły z Sherlockiem Holmes dla dzieci. Stwierdziłam, ze to będzie prawdziwa odmiana dla Sześciolatki, a może nawet zaowocuje jakąś nową pasją. Wprawdzie docelowo seria przeznaczona jest dla grupy +7, jednakże moja Sześciolatka zmieni się za parę chwil w Siedmiolatkę, więc nie widziałam w tym większego problemu.

Książeczki z tytułową Agatą w roli głównej, są rzeczywiście taką dziecięcą powieścią detektywistyczną, w której podążając za tropem możemy rozwiązać zagadkę. Wbrew pozorom, to nie Agata inicjuje działania śledcze, tylko jej kuzyn - Larry, student prestiżowej szkoły dla detektywów, Eye, któremu przydzielone zostaje zadanie detektywistyczne, pozwalające zdać szkolny egzamin. Jako że Larry do bystrzaków nie należy, prosi o pomoc kuzynkę Agatę, sprytną i inteligentną dwunastolatkę, która nie ma żadnego problemu z rozpracowaniem danej sprawy.

Poza Agatą i Larrym, ważną funkcję w sprawie pełni także pan Kent - pomocny i gotowy na wszystko kamerdyner rodziny Finderów oraz kot Watson, charakterny pieszczoszek dzieciaków. W każdej części serii, Agacie i Larriemu pomaga jakiś członek rodziny. W "Kradzieży nad Niagarą" jest to daleka kuzyna Scarlett, w "Mieczu króla Szkocji" - dziadek Godfrey. 

Historie zaprezentowane w dwóch powyższych tomach, przenoszą bohaterów do ciekawych zakątków świata: na pogranicze USA i Kanady, nad Wodospad Niagara oraz do szkockiego zamku Dunnottar. W obu przypadkach Agata i Larry będą musieli rozwikłać zagadkę kradzieży cennych przedmiotów: biżuterii, która w tajemniczy sposób znika z pokoju diwy, w ekskluzywnym Hotelu Niagara, oraz historycznego artefaktu - legendarnego miecza króla Szkocji, Roberta Bruce'a.

Rozwiązanie obu zadań zostaje przydzielone Larry'emu, jako zaliczenie egzaminu w Eye, a chłopak wyposażony w nowoczesny sprzęt detektywistyczny, przy wsparciu mądrej kuzynki, daje radę. Oczywiście większość pracy wykonuje Agata, ale nie czepiajmy się szczegółów...

Lektura "Agaty na tropie" nasunęła mi na myśl serię "Kronik Archeo", Agnieszki Stelmaszyk oraz dawno temu czytanej serii "Przygód Trzech Detektywów" sygnowanych nazwiskiem Alfreda Hitchcocka. Zagadki detektywistyczne, rozwiązywane przez dzieci mają swój wyjątkowy urok!

Muszę jednak uczciwie zaznaczyć, iż te pozytywne wrażenia z lektury, są moje - dorosłego czytelnika, który nieźle wkręcił się w całą szaloną historię Agaty. Moje dzieci natomiast, nie podjęły tematu. Po przeczytaniu kilkunastu stron, Sześciolatka wyraźnie niezainteresowana, rzekła: "Mamo, to chyba jest książka dla dorosłych...". I w sumie miała rację. Sporo w książeczce jest "poważnie brzmiących zdań", trudnych wyrażeń i nazw dla sześcio, a nawet siedmiolatków. Dlatego sama doczytałam książeczki do końca, i swoją drogą, nieźle się przy tym bawiłam.

Dlatego z całą pewnością mogę polecić serię "Agata na tropie" dzieciom starszym. Dziesięcio - dwunastolatkom, którzy świetnie potrafią już sami czytać i bawić się lekturą. Próba rozwiązywania zagadki detektywistycznej może sprawić im niemałą przyjemność i zachęcić do sięgania po "prawdziwe" kryminały w przyszłości.

Sardegna