"Kot, który zgubil dom" i "Przejście", czyli dwa nowe tomy serii "Poczytaj ze mną"


posted by Sardegna on , , , , ,

4 comments

Rok temu, w maju, pisałam o akcji czytelniczej Wydawnictwa Egmont "Poczytaj ze mną", która wspiera ideę czytelnictwa wśród dzieci, a właściwie ideę czytania dzieciom. O czytaniu w wykonaniu moich osobistych dzieci, i o czytaniu dla nich, napisałam już wiele postów (polecam TEN, w którym piszę, jak moje dzieci nauczyły się czytać same), dlatego nie będę tego dzisiaj powielać. Chciałam natomiast zaprezentować Wam dwa nowe tomy, który pojawiły się w serii "Poczytaj ze mną" i uzupełniają kolekcję prezentowaną w TYM poście.

Do czterech książeczek w kolekcji ("Ząb czarownicy" - humor, "Na ratunek Karuzeli" - przygoda, "Pan od angielskiego" - fantasy, "Baśń o świętym spokoju" - baśń), 


dołączyły kolejne cztery ("Gdy pada deszcz. Przejście" - fantasy, "Kot, który zgubił dom" - reportaż, "Różowe babeczki" - kryminał, "Po co komu mamut?"- bajka). 

Książeczki prezentują różne gatunki literackie i pokazują małym czytelnikom, że ich lektury nie muszą ograniczać się tylko do bajek czy baśni. W zestawie znajdziemy historię przygodową, kryminalną, opowiastkę fantasy, czy mini reportaż. 

Dwie poniższe książeczki zostały osobiście wybrane przez moją Ośmiolatkę i należą akurat do gatunku fantasy i reportażu. Bardzo edukacyjna okazała się ta druga, kiedy po lekturze miałam świetną okazję wytłumaczyć Młodej, co to jest reportaż i czym się różni od tradycyjnych książeczek, które czyta.

"Kiedy pada deszcz. Przejście" Zofia Stanecka  
Liczba stron: 48
Moja ocena : 5/6


Pewnego wieczoru, kiedy pada deszcz, Gaja zauważa za oknem starszą panią - znajomą sąsiadkę, która zachowuje się nieco dziwnie. Ubiera się więc przeciwdeszczowo i wędruje jej śladem. W ten sposób trafia na magiczne przejście, a za jego drzwiami ... no właśnie! Gaja przenosi się do niezwykłej krainy pełnej przedziwnych stworzeń. 
Czy to nie jest fantasy dla najmłodszych, jak się patrzy?!



"Kot, który zgubił dom" Ewa Nowak
Liczba stron: 48
Moja ocena : 5/6


O kocie, który zgubił się rodzinie irackich emigrantów, słyszał cały świat. Kunkush, piękny rasowy zwierzak, został zabrany przez swą rodzinę i wraz z nimi uciekał z kraju. Niestety podczas transportu wypadł za burtę łodzi i zaginął bez wieści. Odnalazł się kilka tygodni później w Norwegii, gdzie jego nowi opiekunowie postanowili oddać kota prawowitym właścicielom. To niesamowita historia, która zdarzyła się naprawdę, pokazuje dzieciom, że literatura dokumentuje także autentyczne wydarzenia. Tak, jak napisałam, historia Kunkusha okazała się bardzo edukacyjna, bo poza poruszeniem kwestii reportażu, dała tez początek dyskusji o istnieniu wojen na świecie i miejsc, gdzie życie wygląda zupełnie inaczej niż w Polsce.

Jeżeli macie więc w domu pierwszo, drugoklasistę, bądź przedszkolaka, który potrafi już czytać, zachęcam do zaopatrzenia się w najnowsze tomy serii Egmontu "Poczytaj ze mną". Tekst jest doskonały do czytania samodzielnego, ale przede wszystkim do czytania z rodzicami.  Poświęcając na czytanie dziecku 20 minut dziennie, dajemy mu świetne podstawy do pokochania literatury, rozwijamy jego wyobraźnię, poszerzamy słownictwo i pokazujemy pasję. Wiem, że to wszystko zaowocuje w przyszłości. Dlatego zachęcam Was do przyłączenia się do akcji i czytania dzieciom przy każdej możliwej okazji.

Sardegna

"Biała Rika" Magdalena Parys


posted by Sardegna on , , , ,

16 comments



Wydawnictwo: Znak
Liczba stron: 304
Moja ocena : 6/6


Niezwykle trudno jest mi pisać o wyjątkowych książkach. "Biała Rika" Magdaleny Parys wzbudziła we mnie tak niesamowite emocje, że przez kilka dni od zakończenia lektury nie mogłam się zabrać za tworzenie tego wpisu. W sumie, choćbym nie wiem, jak się starała, i tak nie oddam wszystkich genialnych, ale ulotnych wrażeń, których powieść dostarcza. Proponuję więc, aby wszyscy, którzy poczuli się zaciekawieni moim wstępem, koniecznie sięgnęli po książkę i przeżyli ją po swojemu. Dla każdego czytelnika, wydarzenia i wątki, do których nawiązuje Autorka, mogą mieć inne znaczenie i mogą wiązać się z innymi wspomnieniami. 

Zanim przejdę do treści "Białej Riki", wspomnę tylko, że najważniejsza postać, narratorka - Dagmara, najpierw dziecko, później nastolatka i dorosła kobieta, jest poszukiwaczką. Osobą, która postanawia odkryć prawdę o swojej rodzinie i spróbować połączyć z nią swoje losy. Tak naprawdę nie wiadomo, ile jest Magdaleny Parys w Dagmarze, a ile Dagmary w Autorce, ale można się domyślać, że historia nie zrodziła się tylko w wyobraźni pisarki, ale ma swoje korzenie w autentycznych wydarzeniach.

Dzięki temu opowieść staje się jeszcze bardziej wyjątkowa i bliska czytelnikom. Jeżeli do tego dodamy formę, w jakiej napisana jest książka, czyli zupełnie nietradycyjną postać luźnych zapisków, szkiców, notatek spisanych na marginesie, niezredagowanych przez redaktorkę powieści, otrzymamy coś wyjątkowego: powieść - mieszankę wybuchową - sagę, która zupełnie swą formą jej nie przypomina, biografię, powieść obyczajową i filozoficzną. Historię o miłości, rozstaniu, pamięci, przebaczeniu, tęsknocie, tożsamości i poszukiwaniu swojego miejsca na ziemi. Opowieść o ludziach, którzy musieli opuścić swoje rodzinne okolice i ukochane miejsca, z różnych powodów, o ich pogodzeniu się, a czasami, o walce z losem.

Zdaje się Wam, że jest tego wszystkiego trochę za dużo? Bez obaw! Styl Autorki jest oszczędny, rozdziały krótkie, ale za to pełne treści. Wszystko tak, jak lubię: krótko i na temat. Bez przegadania, podane w interesujący i bardzo mądry sposób. Pozornie posiekana fabuła, nawiązywanie do różnych postaci, różnych przedziałów czasowych jest zmyślnym zabiegiem Autorki, który sprawia, że prezentowana historia, z rozdziału na rozdział, jawi się czytelnikowi, jako doskonała całość. 
Każdy kolejny zapisek stanowi kolejny puzzel, który idealnie pasuje do prezentowanej układanki. Bardzo mi się to podobało. Lubię lektury, które wymagają zaangażowania, a "Biała Rika" taka właśnie jest.

Historia Dagmary i jej rodziny jest trochę zamieciona pod dywan. Sporo w niej tajemnic i niewyjaśnionych spraw. Ale czy to nie brzmi znajomo? Tak przecież wygląda praktycznie historia większości naszych rodzin. Mam wrażenie, że gdybyśmy poszperali w życiorysie naszych przodków, również znaleźlibyśmy ciekawe wątki i wydarzenia, o których do tej pory, nie mieliśmy pojęcia. Dagmara chce jednak wiedzieć. Wraca do swego dzieciństwa i młodości, przeszukując wspomnienia związane z przyszywanymi dziadkami, rodzicami, dalszymi krewnymi, krok po kroku kompletując wiedzę, na temat tego, co wydarzyło się w roku 1945. Nie robi tego bezcelowo. Próbuje złączyć losy przyszywanej babci Riki z własną historią, która po latach przypomina nieco tę, sprzed sześćdziesięciu lat.

Autorka nie podaje jednak czytelnikowi gotowych rozwiązań. Sami musimy poruszać się między zawiłymi meandrami rodzinnymi, w których czasami od więzów krwi, ważniejsze są powiązania emocjonalne.
I właśnie to jest w książce wyjątkowe. Wspaniałe bogactwo doznań.

Poza tym, że w "Białej Rice" Autorka porusza ważny temat emigracji, przynależności do miejsca, do narodowości, budowania poczucia własnej tożsamości, rozlicza się z rodzinną przeszłością, pokazuje także Polskę w czasach PRLu, bardzo szczegółowo opisując ówczesną rzeczywistość, widzianą oczami dziecka. A więc, pełną pozytywów, dziecięcej naiwności, ciekawości świata i prostoty.

"Biała Rika" to mój kandydat do numeru jeden, w rankingu książek przeczytanych, w 2016 roku. Jest to wspaniała, wyjątkowa książka, która zapada w pamięci na bardzo długo. I nie chodzi tylko o fakt, że mówi o ważnych rzeczach, ale może stać się prywatnym rozliczeniem z przeszłością, dla każdego z nas. Gorąco polecam!

Sardegna

"Felix, Net i Nika oraz Klątwa Domu McKillianów" Rafał Kosik


posted by Sardegna on , , , , ,

2 comments


Wydawnictwo: Powergraph
Liczba stron: 400
Moja ocena : 4/6

Kiedyś dawno temu, miałam okazję czytać pierwszy tom kultowej serii dla młodzieży, autorstwa Rafała Kosika "Felix, Net i Nika oraz Gang Niewidzialnych Ludzi". I powiem szczerze, to był strzał w dziesiątkę! Prawdziwa petarda! Bardzo podoba mi się ta historia, młodzi bohaterowie i w ogóle cały pomysł na cykl. Nie pomyślałabym, że młodzieżowa powieść tak mnie zaciekawi. Pisałam już o tym przy okazji "Gangu Niewidzialnych Ludzi", że Felix, Net i Nika to taki kwiat współczesnej młodzieży: mądrzy, zaradni, a do tego bardzo kulturalni i sympatyczni. Gimnazjaliści, jak się patrzy! Ale tak poważnie, Autor stworzył naprawdę fajnych bohaterów i przypisał im masę interesujących przygód, przeplatanych wątkami fantastycznymi, sensacyjnymi, a czasami nawet z wątkami grozy, jak w prawdziwym horrorze.

Osobiście nie należę już do młodzieżowej grupy docelowej "Felixa, Neta i Niki", a jednak bardzo wkręciłam się w historię z tymi mądrymi dzieciakami, w roli głównej. Po "Gangu..." miałam jednak spora przerwę i dopiero teraz przeczytałam kolejny tom serii - "Felix, Net i Nika oraz Klątwa Domu McKillianów". Powyższy tom jest akurat 13 z serii i można go czytać niezależnie, jednakże obawiałam się trochę, że jednak zbyt wiele z życia bohaterów przegapiłam. 

I rzeczywiście, Felix Net i Nika nie są już tymi gimnazjalistami, których pamiętam z tomu pierwszego. Są starsi, bardziej dojrzali, mają swoje "dorosłe" problemy, pomiędzy nimi rodzą się nowe relacje (bowiem każdy z ich przeżywa swoje pierwsze miłosne rozterki). Oczywiście zagłębiając się w lekturę można zorientować się w aktualnej sytuacji bohaterów, choć polecam jednak zaznajamianie się z ich przygodami w odpowiedniej kolejności. Sytuacja, z jaką przyjdzie im zmierzyć się w tomie trzynastym, także będzie bardziej wymagająca i mroczna, od tej, z początku ich znajomości, opisanej w "Gangu...".

W ogóle, cała akcja "Klątwy Domu McKillianów" jest mroczna i niepokojąca. Wydarzenia rozgrywają się w posiadłości szkockiego zamku, w którym Felix, Net i Nika, pojawiają się na zaproszenie swojego zagranicznego przyjaciela, a na miejscu okazuje się jednak, że za sprawą niespodziewanego zbiegu okoliczności, bohaterowie zjawili się o miesiąc za wcześnie. Nikt nie czeka na ich przybycie, nikt z ich pojawienia się w posiadłości, się nie cieszy. Do tego, zamek, w którym mają spędzić najbliższe tygodnie, wydaje się być wyjętym z najstraszniejszych, wiktoriańskich horrorów. Już pierwszej nocy dzieją się jakieś niepokojące rzeczy. Całej trójce śni się ten sam sen, z krypty wychodzi jakaś tajemnicza zjawa, w fosie otaczającej szkocki zamek siedzi morski potwór. Wszyscy mają omamy wzrokowe i dziwne, niepokojące sny. Trójka przyjaciół naprawdę nie potrafi już określić, co jest prawdą, a co tylko wytworem ich wyobraźni. Właściciele zamku też wydają się być dziwni i coś wyraźnie ukrywają.

Bohaterowie próbują dowiedzieć się, co tak właściwie jest grane, i co skrywa posiadłość McKillianów. Odpowiedzi muszą szukać także w Londynie, gdzie zostają tam wysłani przez gospodarza domu, ale w stolicy czeka na nich również wiele niebezpiecznych i tajemniczych przygód. Jaką tajemnicę skrywa dom i co próbuje przekazać bohaterom? O co chodzi z tajemniczą klątwą, która ciąży na domostwie? Kim jest Valory McKillian, i co z tym wspólnego mają tajemnicze sny, które nawiedzają nastolatków?

Powiem szczerze, że "Gang Niewidzialnych Ludzi" podobał mi się bardziej niż "Klątwa...". Wolę chyba Felixa, Neta i Nike w bardziej niewinnym i dziecinnym wydaniu. Jednakże rozumiem, że bohaterowie dorastają i czytelnicy muszą podążać za nimi, ich przygodami i sprawami. Jako że zmiany są dobre, to trzeba się z nimi oswoić. Niemniej jednak, podobał mi się ten tom przygód bohaterów. Zwłaszcza część pierwsza, związana z pobytem w szkockiej posiadłości. Część druga, umiejscowiona w Londynie przypadła mi może nieco mniej do gustu, ale za to zakończenie zrekompensowało mi wszelki niedosyt. 

Na wyróżnienie zasługuje też genialnie wydanie serii, ale to nie jest nowość, bowiem Powergraph przyzwyczaił czytelników do wspaniałych wydań książek Rafała Kosika. Piękne, twarde okładki, charakterystyczna grafika. Takie książki doskonale się czyta i wspaniale kolekcjonuje na półce. Mam nadzieję, że może kiedyś uda mi zebrać całą serię przygód tych najbardziej znanych, polskich nastolatków, a kiedyś, w przyszłości, podsunąć własnym dzieciom do czytania.

Cieszę się, że seria Felix Net i Nika jest tak popularna na rynku. Jest to genialna propozycja dla nastolatków, tych starszych i tych młodszych, ale jak widać, także osoby dorosłe, czego jestem najlepszym przykładem, znajdą w serii coś dla siebie.
Sardegna

"Świerszczyk. Wielka Księga"


posted by Sardegna on , , , , ,

2 comments


Wydawnictwo: Egmont
Liczba stron: 232
Moja ocena : 6/6

Z okazji 70-lecia istnienia czasopisma dla dzieci "Świerszczyk", Wydawnictwo Egmont wydało olbrzymią, Wielką Księgę, czyli zbiór interesujących opowiadań, komiksów, czytanek, opublikowanych w wybranych, archiwalnych numerach. 

Opowiadania i wiersze znajdujące się w Wielkiej Księdze nie są ze sobą w prawdzie powiązane tematycznie, ale można doszukać się pewnego klucza, według którego zostały ułożone. Wszystko przebiega zgodnie z rokiem kalendarzowym, ale nie ma co doszukiwać się powiązań z każdą porą roku, czy miesiącem, bowiem opowiadania mają bardzo szeroką tematykę i dotykają przeróżnych dziedzin. Niektóre z nich są fantastyczne, inne pochodzą z życia codziennego dzieciaków, niektóre z nich są bajkami, jeszcze inne są bardziej współczesne. Część z nich porusza trudne tematy, część jest bardziej przyjemna i zabawna. Opowiadania są przeplatane wierszykami, a także komiksami i czytankami z dużą czcionką, do czytania samodzielnego przez małego odbiorcę. W niektórych tekstach słowa zastąpiono obrazkami, inne są króciutkimi rymowankami. 

Ogólnie, cała księga wygląda, jak Świerszczyk, tylko w sporym powiększeniu/pogrubieniu. Zawiera w sumie wszystko to, co można znaleźć w pojedynczych egzemplarzach czasopisma: coś do czytania samodzielnego, coś do czytania z rodzicami, charakterystyczne komiksy, historyjki obrazkowe, wierszyki i zabawy słowem. Do całości brakuje tylko typowych dla Świerszczyka krzyżówek, labiryntów czy innych zadań logicznych. Moim zdaniem jednak, dobrze się stało, że ich nie ma, bowiem pisanie po tak pięknie wydanej książce byłoby strasznym czynem!

Wielka Księga to świetna propozycja dla dzieciaków, rodziców, ale także nauczycieli. Opowiadania z tego zbioru można spokojnie wykorzystać na zajęciach, czytając je po kolei (tak, jak ja zrobiłam przy wieczornym czytaniu), ale także można także wybierać poszczególne historie i dopasować je do tematu lekcji. Czy to zajęcia w przedszkolu, w klasach I - III, czy na świetlicy,  Wielka Księga na pewno się przyda i będzie źródłem inspiracji dla wychowawczyń. 

Pracując owego czasu na świetlicy szkolnej, przygotowując się do zajęć, wielokrotnie korzystałam z archiwalnych numerów Świerszczyka. Aż żałuję, że nie miałam wtedy do dyspozycji Wielkiej Księgi. Z taką pomocą byłoby o wiele prostsze. 

Na uwagę zasługuje fakt, że Wielka Księga została wyróżniona w plebiscycie na najlepszą książkę dla dzieci roku 2015. Ale w sumie w ogóle mnie to nie dziwi, gdyż jest to pozycja o bardzo wielkich walorach edukacyjnych, pięknie wydana, o twardej oprawę, dobrej jakości papierze i cudnych, charakterystycznych dla czasopisma, ilustracjach. Ponad dwustu stronicowa księga to prawdziwa perełka dla fanów Świerszczyka. I nie tylko tych najmłodszych, ale i  tych nieco starszych, dla których czasopismo owego czasu odgrywało istotną rolę w życiu.
 
Moje dzieci bardzo polubiły Świerszczyka. Wiadomo, że niektóre opowiadania bardziej przypadł im do gustu, inne nieco mniej, ale liczy się ogólne wrażenie, które było bardzo pozytywne. O dziwo, Młody wykazał wielkie zainteresowanie rymowankami i krótkimi wierszami. Zdziwiło mnie to nieco, bo nigdy nie widziałam u niego większego zainteresowania poezją, a tutaj proszę, zaskoczenie! Myślę że po pierwszym czytaniu wspólnym, Siedmiolatka na pewno sięgnie po Świerszczyka, żeby przeczytać samodzielnie wybrane opowiadania. Dlatego postawiłam Wielką Księgę Świerszczyka na dolnej półce, żeby mieć do niego dostęp. Na pewno wrócimy do niego nie raz!
Sardegna

"Nieszczęścia chodzą stadami" Agata Przybyłek


posted by Sardegna on , , , , ,

8 comments


Wydawnictwo: Czwarta Strona
Liczba stron: 272
Moja ocena : 5/6


"Nieszczęścia chodzą stadami" to druga książka autorstwa Agaty Przybyłek, młodej pisarki, która zadebiutowała rok temu w Czwartej Stronie, powieścią "Nie zmienił się tylko blond". Historia Iwonki, bohaterki "Blondu..." bardzo przypadła mi do gustu, głównie ze względu na to, że była bardzo, bardzo zabawna, a mnie rzadko kiedy zdarza się autentycznie śmiać podczas lektury książki.W tym przypadku tak właśnie było, dlatego kiedy dowiedziałam się, że autorka wydaje drugą powieść, niejako kontynuację "Blondu..." od razu postanowiłam zapoznać się z perypetiami znanych mi bohaterek.

Tym razem jednak, postacią pierwszoplanową nie jest Iwonka z rodziną, tylko Marta, jej kuzynka, dziewczyna, która po latach mieszkania z granicą wraca do rodzinnej wsi Sosenek. Marta, po śmierci rodziców szukała swojego miejsca na ziemi. Po drodze, zaplątała się w dwa nieudane związki, których owocami jest dwójka nieślubnych dzieci, a ostatecznie została zmuszona do powrotu na wieś, z której tak przed laty skwapliwie uciekła.

Dla pani Halinki, mamy Iwonki pojawienie się Martusi wydaje się być zbawienne, gdyż starsza pani po wyprowadzce Iwonki i dzieciaków odczuwała wielką stratę i pustkę. Przyjazd córki chrzestnej miał być okazją do wykazania się i odwrócenia czarnych myśli i w sumie miał też być swoistą atrakcją. Okazuje się jednak, że wszystko jest pięknie tylko w teorii, bo kiedy Marta przyjeżdża do Sosenek, wychodzi na jaw jej wielka tajemnica.

Dziewczyna przyjeżdża z dwójką małych dzieci, z których jedno jest zupełnie czarne! Dla pani Halinki jest  to cios prosto w serce, dlatego postanawia za wszelką cenę ukryć małego Krzysia w czterech ścianach swojego domu, a Marcie obrzydzić pobyt we wsi tak skutecznie, aby dziewczyna wraz ze swoją dwójkę nieślubnych dzieci, jak najszybciej opuściła Sosenki i nie robiła jej "wstydu". Marta ma jednak inne plany. Postanawia nie zważać na fochy cioci Halinki i sama zatroszczyć się o los swój i swoich dzieci.

"Nieszczęścia chodzą stadami", choć napisane w podobnej formie, jak "Nie zmienił się tylko blond", nie są tak zabawne, ani humorystyczne, ale na usprawiedliwienie tego jest fakt, że historie są zupełnie inne i nie ma co ich porównywać. Opowieść o Marcie jest bardziej gorzka, niż historia Iwonki, ale też u Marty wydarzyło się o wiele więcej złego. Podobała mi się determinacja dziewczyny i próby, żeby na przekór losowi, ułożyć sobie życie. Choć Marta wydawała mi się momentami strasznie naiwna i dziecinna (może to przez te zdrobnienia imienia?), w sumie ją polubiłam i kibicowałam jej poczynaniom. Podobało mi się nawiązanie w książce do postaci, które występowały w "Blondzie". W tej części też pojawił się szalony dyrektor szkoły, panie gospodynie ze wsi, oryginalny pan Bronek, ciocia Halinka i wyjątkowo spokojny wujek, w przelocie pojawia się także Iwonka oraz jej dzieci.  Szkoda, że Autorka nie pokusiła się o rozwinięcie humorystycznej strony całej tej historii i wykreowanie zabawnej, słodko - gorzkiej opowieści. Brakowało mi śmiechu, który był dominujący w "Blondzie". Szkoda...

Powyższa powieść to już kolejna książka kobieca, wydana przez Czwartą Stronę, w "Serii z Babeczką".  Mam nadzieję, że wydawnictwo nie poprzestanie na tych tomach i wyda kolejne sympatyczne obyczajówki, z kobietami w roli głównej. A ponieważ dwie mają już zapowiedź ("Nie ma tego złego" oraz "Nie do wiary!"), zdaje mi się więc, że Wydawnictwo nie raz jeszcze zaskoczy swe czytelniczki.

Sardegna

"Macierzyństwo bez Photoshopa"


posted by Sardegna on , , , ,

12 comments


Wydawnictwo: Sensus
Liczba stron: 118
Moja ocena : 6/6

"Macierzyństwo bez Photoshopa" to zbiór szczerych, zapadających w pamięć, zapisków siedemnastu kobiet i trzech mężczyzn, które powstały z myślą o czwartej edycji charytatywnego projektu "Macierzyństwo bez lukru". Jest to akcja zaangażowana społecznie, w której matki i ojcowie nie boją się mówić prawdy o macierzyństwie i ojcostwie oraz blaskach i cieniach tego stanu.  Dochód z każdego sprzedanego egzemplarza powyższej książki, przeznaczony będzie na konto chorego Mikołaja Kamińskiego, podopiecznego Fundacji Dzieciom Zdążyć z Pomocą. 

Książka trafiła w moje ręce dzięki Jankowi z Tramwaju nr 4, który okazał się być jednym z trzech męskich głosów w tej publikacji. I powiem Wam, że chciałam tylko zerknąć na Jego tekst, a potem odłożyć książkę "na później", jednak felietony o tak bliskiej mi tematyce, tak mnie wciągnęły, że skończyłam pół godziny później z przeświadczeniem: "jak dobrze, że inne kobiety też tak mają, a ja nie jestem sama w swoich zmaganiach z kompleksami i różnymi schematami, narzucanymi matkom, przez otoczenie".

Projekt "Macierzyństwo bez Photoshopa" mówi o wyjątkowym, ale trudnym etapie w życiu kobiety, ciąży i czasie po ciąży, widzianej jednak z perspektywy kultu ciała. Mowa jest tutaj o przeświadczeniu, że kobieta po porodzie musi jak najszybciej dojść do siebie w kwestii fizycznej, a jej ciało musi przypominać to sprzed ciąży. Wiadomo, że niektóre panie mają do tego predyspozycje i praktycznie parę tygodni po, wyglądają szczupło, wracając do dobrej formy. Innym paniom zajmuje to znacznie więcej czasu. Do tego dochodzą problemy z ubraniami, które nijak nie pasują na pociążową figurę, rozstępy na brzuchu, obwisłe piersi, cellulit czy nadprogramowe kilogramy, które za nic nie chcą opuścić ciało. To wszystko nie wpływa dobrze na psychikę kobiety i na jej samopoczucie.

Znam ten ból. Przerabiałam go dwukrotnie. Nigdy nie byłam super szczupła, ale przed ciążami ważyłam całkiem niezłe 63kg przy wzroście 178 cm i byłam prawie, że zadowolona ze swojego wyglądu (mówię prawie, bo zawsze zdawało mi się, że mam za dużo tu i ówdzie, ach jaka głupia wtedy byłam!). W pierwszej ciąży przytyłam 17 kg i po porodzie bardzo długo zmagałam się z 7 kg na plus. Źle się z tym czułam, ale praktycznie za niedługo byłam w drugiej ciąży, więc dodatkowe kilogramy zeszły już na drugi plan. Kiedy urodziłam Młodego, problem wrócił, a waga nijak nie chciała wrócić do dawnych czasów. Trochę spadła poniżej granicznych 70 kg i do dzisiaj (sześć lat później) tak tkwi. 

Zmagam się z kilogramami (ach, żeby tak osiągnąć 65 kg!), zmagam się z obwisłymi ramionami (nie dla mnie bluzki czy sukienki na ramiączkach), zmagam się z tysiącem innych mniejszych lub większych niedoskonałości. Ale cóż. Taka już jestem. Mam dwójkę świetnych dzieci, kochającego męża i swoje kompleksy. "Macierzyństwo bez Photoshopa" pokazało mi, że nie jestem sama.

Powiedzcie mi tylko, dlaczego w społeczeństwie tkwi takie głupie przeświadczenie, że na dojście do siebie po porodzie ma się kilka tygodni? Że jeżeli po urodzeniu dziecka wygląda się inaczej niż przed ciążą, to coś jest nie tak? Długo zajęło mi ogarnięcie się po ciążach. I uwierzcie mi, nie były to tygodnie. Cieszę się, że ktoś głośno o tym powiedział, pokazał, że większość kobiet ma podobne problemy i wewnętrzne dylematy. Dobrze, że w publikacji ujęty został także męski punkt widzenia, który czasami, nam kobietom, wydaje się być zupełnie inny, od istniejącego.

Moje wrażenia na temat przedstawionych felietonów są bardzo pozytywne. Choć może nie zgadzam się z punktem widzenia niektórych pań, nie można im odebrać tego, że spojrzenie na ciało, jest ich własną, osobistą sprawą.  Podobały mi się bardzo wypowiedzi trzech mężczyzn. Mam wrażenie, że większość panów mogłaby się uczyć od Autorów, tego racjonalnego i mądrego spojrzenia na swoje żony. Ciąża, poród i pierwsze momenty macierzyństwo nie są łatwe. Natomiast w społeczeństwie istnieje moda na ocenianie, komentowanie i krytykowanie. Kobieta powinna zachowywać się i wyglądać tak, jak tego otoczenie od niej oczekuję. Autorzy zbioru pokazują, że jest to nieprawda, i że nie musi to tak wyglądać. Można przeżyć macierzyństwo po swojemu i nie trzeba się wstydzić swojego ciała 

Takie książki, jak powyższa, są potrzebne zwyczajnym ludziom. Zwyczajnym kobietom i mężczyznom. Aby pokazać, że zwykłe życie codzienne to nie jest reklama telewizyjna ani serial, w którym uśmiechnięta mama - piękna szczupła kobieta, z wypielęgnowanymi paznokciami i włosami, ubrana w najdroższe ciuchy, podaje śniadanie swoim idealnie ubranym, czystym, uczesanym zadowolonym dzieciom. To tak nie działa. Rzeczywistość jest zupełnie inna, a świadomość naprawdę pomaga w życiu. Można dążyć do doskonałości na swój sposób, ale na szczęście nie trzeba wzorować się na sztucznie wykreowanych postaciach z telewizji czy internetu.

"Macierzyństwo bez Photoshopa" to pokazuje. I chwała mu za to!

Sardegna

"Komisorz Hanusik i Sznupok" Marcin Melon


posted by Sardegna on , , , , , ,

4 comments


Wydawnictwo: Silesia Progress
Liczba stron: 278
Moja ocena : 6/6


Z autorem powyższej książki, panem Marcinem Melonem miałam okazję zapoznać się na spotkaniu autorskim, zorganizowanym przez Księgarnię Victoria w Zabrzu, w okolicach Światowego Dnia Książki w kwietniu tego roku. Autor wywarł na mnie bardzo pozytywne wrażenie. Widać, że jest człowiekiem, który świetnie zna się na tym, co robi, dobrze orientuje się w temacie Śląska, śląskiej gwary i historii. Jest po prostu odpowiednim człowiekiem na odpowiednim miejscu. Świetnie rozmawiało mi się z Autorem, i to nie tylko na temat jego nowej książki, trzeciej już, z serii o Komisorzu Hanusiku, ale ogólnie na temat Śląska i gwary. Moje dokładne wrażenia ze spotkania autorskiego można znaleźć pod TYM linkiem, więc jeżeli ktoś ma ochotę, zapraszam do lektury.

Wracając jednak do samej książki, zanim napiszę o niej samej parę słów, muszę coś wyjaśnić. Mieszkam na Śląsku od urodzenia. Mówię o sobie, że jestem Ślązaczką  od pokoleń, bo tak się czuje i taka jest prawda. W moim domu rodzinnym zawsze mówiono po śląsku, choć może czasem mieszano ją z "polskimi wyrażeniami" i nie była ona taka "typowa". Bardzo dobrze i zupełnie naturalnie po śląsku mówi mój Ojciec, my z siostrą  mówiłyśmy nie zwracając na to wielkiej uwagi, ot tak, z przyzwyczajenia. Gdzieś w okolicy liceum musiałam zacząć "pilnować się", żeby bardziej mówić po polsku, niż śląsku, zwłaszcza w obecności osób obcych i w sumie zostało mi to do dziś. Sytuacji, w których mówię typowo po śląsku, z czasem stawało się coraz mniej, a ja tylko kiedy przyjeżdżam do rodziców godom cołkij na luzie, a na co dzień coraz rzadziej używam gwary.

Ale tak właściwie, to wydawało mi się, że potrafię całkiem dobrze godać po śląsku i wszystko rozumiem. Nie wiedziałam tylko, czy poradzę sobie z czytaniem po śląsku, więc kiedy otrzymałam propozycję od Wydawnictwa Silesia Progress, które zajmuje się wydawanie książek w gwarze śląskiej, postanowiłam sprawdzić, jak to z tymi moimi umiejętnościami jest.

I powiem Wam, dopóki nie sięgnęłam po Komisorza, myślałam, że z moja znajomością gwary jest wszystko ok. Otóż nie! Książka jest napisana w dwojaki sposób, po śląsku i po polsku, więc kiedy zaczęłam czytać część śląską, okazało się, że nic nie rozumiem! Nic, autentycznie! Ani jednego zdania, ni w ząb! Przeraziłam się, no bo przecież wydawało mi się, że potrafię! Sytuacja zmieniła się dopiero wtedy, kiedy mąż spytał, co właściwie czytam i  namówił mnie, żebym odczytała fragment na głos. Wtedy zaiskrzyło! Zrozumiałam, że musiałam po prostu usłyszeć swój głos, czytając po śląsku! 
Nigdy nie uczyłam się gwary śląskiej z książek, ani z tekstów pisanych. Wszystko, co potrafię, nauczyłam się słuchając, więc kiedy czytałam Komisorza na głos, wszystko zadziałało, jak trzeba! Uff... więc nie jest ze mną jeszcze tak źle...

Tak, jak pisałam, każdy rozdział pisany jest zarówno po śląsku, jak i po polsku. Początkowo planowałam przeczytać obie części, ale jak już zaiskrzyło, skupiłam się tylko na części śląskiej. I było genialnie!

Wracając jednak do książki, mimo że "Komisorz Hanusik i Sznupok" to trzeci tom przygód tytułowego policjanta, spokojnie można rozeznać się w akcji, głównie dzięki temu, że na książkę składają się trzy odrębne opowiadania.  O ile w części pierwszej i drugiej Komisorz gra dość istotną rolę, tutaj odchodzi na nieco dalszy plan, pozwalając wykazać się nowej postaci, Sznupokowi, czyli Richardowi Poliwodzie, historykowi, wykładowcy i pasjonatowi wszystkiego, co śląskie. Sznupok jest skrzyżowaniem śląskiego Indiany Jonesa i Sherlocka Holmesa, w jednym. Rozwiązuje regionalne zagadki z wielka łatwością i gracją.

Każda z trzech opowieści opisuje inną, śląską historię. Część pierwsza "Grzechy naszych ojców" opowiada o zagadce tajemniczych morderstw, których dokonuje jakaś postać, związana prawdopodobnie z legendą o Biance - Damie ze Świerklańca. W trakcie rozwoju akcji, wątek kryminalny troszkę zostaje odstawiony na bok, na rzecz wątku historycznego i dokładnego omówienia powstania i zniszczenia zamku w Świerklańcu, ale powiem Wam, że to, czego dowiedziałam się z tego rozdziału, przyniosło mi o wiele więcej wiedzy, niż jakakolwiek lekcja historii. Fakt, że brama, którą można wejść na teren współczesnego chorzowskiego Zoo, pochodzi z wejścia do zamku w Świerklańcu, podobnie, jak dwa lwy zdobiące wejście do parku w Zabrzu, obok których przejeżdżam za każdym razem kierując się do tego miasta, zadziwił mnie niesamowicie. Podobnie zresztą, jak obecność obozu zagłady Zgoda, niedaleko Świętochłowic. niesamowite, jak mało wiem o swojej najbliższej okolicy... 

Drugie opowiadanie "Władca cynku" jest napisane w nieco innym stylu. Jest to historia napisana z humorem, w której Autor bawi się śląską gwarą, łącząc ją z angielskimi wyrażeniami. Władca cynku, czyli Karol Godula, przedsiębiorca, twórca wielu hut cynkowych w Rudzie Śląskiej, staje się główną postacią, dla której na Śląsk przyjeżdża ekipa hollywoodzkich aktorów i reżyserów.  Ich zadaniem ma być nakręcenie hollywoodzkiej produkcji o Goduli, o dumnym tytule "Lord of the Zink". Jest to opowieść najbardziej zabawna historia, pełna zabawy językiem, śmiesznych nawiązań, odnośników i haseł. To z tej części pochodzi kultowe hasło: "pasujemy do sia, jak modro kapusta do rolady"

Trzecia historia "Wiedźma z Rojcy" to opowieść najbardziej nawiązująca do śląskich legend i wierzeń. Staruszka, która potrafi przepowiadać przyszłość, dzięki temu nazywana jest w okolicy wiedźmą (heksą), zostaje wplątana w pewną sprawę kryminalną. W tej części także znajdziemy sporo humorystycznego żonglowania gwarą i wiele informacji o współczesnych miejscach na Śląsku.

"Komisorz Hanusik" okazał się być wyjątkową dla mnie, książką. Uświadomił mi pewne sprawy związane z moją umiejętnością mówienia po śląsku. Książka pokazała mi, jak bardzo pomijam gwarę w  życiu codziennym i jak mój słownik gwarowy ubożeje. Dziękuję serdecznie Autorowi za te historie. Stały się one dla mnie bliskie i pokazały, jak wiele jeszcze mam do nadrobienia w kwestii poznawania Śląska. Bardzo się cieszę, że taka pozycja pojawiła się na rynku książki, i mam nadzieję że mój wpis zainteresował kogoś na tyle, że zapragnie dowiedzieć się czegoś więcej na ten temat i sięgnie po inne propozycje Wydawnictwa Silesia Progress.

Sardegna

# Nowości w mojej biblioteczce - maj


posted by Sardegna on

14 comments

Nie ogarniam... wiem, że to staje się powoli nudne, i że pisałam o tym już w poście stosikowym pod koniec marca i kwietnia. Niestety to szczera prawda, czasu mi w ogóle nie przybywa, w odróżnieniu do obowiązków, które nabywam, praktycznie z każdym dniem, w coraz większych ilościach. W maju pozałatwiałam kilka kluczowych spraw w pracy, ale to czerwiec będzie decydujący, i nie muszę chyba mówić, że i mocno stresujący.
Do tego, w natłoku spraw do ogarnięcia, niezbyt idzie mi czytanie. Mam rozpoczęte "Nieszczęścia chodzą parami" Agaty Przybyłek, ale kiedy przychodzi wieczór, autentycznie nie mam na nie siły. Za to, w miarę dobrze słucha mi się audiobooków i ostatnimi czasy przesłuchałam ich całkiem sporo, jak na moje możliwości. Mam kilka zaległości w opisaniu książek przeczytanych, stos zaległości do przeczytania i wielki brak czasu na wszystko.

Stos majowy też jest ubogi, bo naprawdę staram się ograniczać. 


"Światła pochylenie" Laury Whitcomb - prezent
"Dwudziesta trzecia" Dębskich i dwa tomy "Obcego" - kupione za grosze na targu staroci


"Chłopiec z Wadowic", "Legendy dawnego gdańska", "Klątwa złotego smoka", "Zimowe panny", "Trudne tematy dla mamy i taty" - to wszystko prezenty od Karoliny, mojej bratniej, blogowej duszy. Jeszcze raz dzięki, Kochana!


"Koci blok rysunkowy" i "39 - piętrowy domek na drzewie" dla moich dzieciaków od Naszej Księgarni


Podobnie, jak "Lewandowski" i dwie książeczki z serii "Poczytaj ze mną" od Wydawnictwa Egmont - tez dla najmłodszych


17 tom kolekcji Gazety Wyborczej - "Dżuma", który kompletuję już od jakiś 13 lat - dodatek do prezentu na Dzień Mamy
"Przeznaczeni" Katarzyny Grocholi - nowość od Literackiego

Trzymajcie kciuki, cobym dotrwała do końca czerwca, potem powinno być już z górki. Pozdrawiam i życzę miłej niedzieli.

Sardegna

"Dziewczyna z pociągu" Paula Hawkins


posted by Sardegna on , , , , , ,

16 comments


Wydawnictwo: Świat Książki
audiobook: czas trwania 9 godzin 45 minut
Moja ocena : 6/6
lektor: Karolina Gruszka


Kurczę, no! Podobało mi się! Staram się omijać książki określane, jako szczytowe, z listy bestsellerów, ale po prostu musiałam! 

O "Dziewczynie z pociągu" Pauli Hawkins czytałam bardzo skrajne opinie. Część moich blogowych znajomych (bo na ich wpisach się opieram), bardzo, ale to bardzo, chwaliła książkę, stawiając ją w rzędzie z "Zaginioną dziewczyną". Część natomiast, zupełnie przeciwnie, bardzo ją krytykowała, uważając za nudną i przereklamowaną. 

Zawsze tak mam, że kiedy wszyscy wokoło rozmawiają o danej książce, chwaląc lub krytykując, muszę sama ją sprawdzić. Nie wiem jednak kiedy sięgnęłabym po tę powieść, gdyby z pomocą nie przyszedł serwis Audioteka, który w ramach współpracy z Inpostem, udostępnił ten audiobook za darmo. W takiej formie i takich okolicznościach, mogę jak najbardziej zapoznawać się z "Dziewczyną z pociągu".

Przyznaję, że powieść naprawdę mi się podobała. Może nie jest to genialny thriller psychologiczny, ale dobrze trzyma w napięciu do ostatniej strony (bo na szczęście zakończenie też zaskakuje). Nie można się od książki oderwać, a najlepszym tego dowodem jest fakt, że jest to chyba najszybciej przeze mnie przesłuchany audiobook w życiu. Całość, która trwa ponad 9 godzin, zajęła mi dosłownie trzy wieczory. Jeszcze nigdy tak nie porzuciłam innych czynności, dla audiobooka, i to chyba tylko dobrze o nim świadczy. Podobało mi się!

"Dziewczyna z pociągu" to powieść z gatunku tych, które ja nazywam "za zamkniętymi drzwiami domu". Sielanka na zewnątrz, zło i demolka wewnątrz. I rzeczywiście powieść taka jest. Podobna trochę w formule do "Zaginionej dziewczyny", napisana w bardzo podobny sposób, zawiera podobne wątki. Wszystko opiera się na tajemniczym zaginięciu młodej kobiety, a cała lokalna społeczność poszukuje o niej wieści. Praktycznie do samego końca nie wiadomo, kto jest odpowiedzialny za zniknięcie dziewczyny, i co się z nią właściwie stało.

Akcja powieści toczy się raczej leniwie, a czytelnik spokojnie przemieszcza się pomiędzy wydarzeniami, ukazywanymi z perspektywy trzech narratorek (ale z każdym kolejnym rozdziałem traci ten spokój, gwarantuję!), trzech kobiet, kluczowych postaci w całej tej opowieści. Zaginiona Megan, jej sąsiadka Anna, oraz Rachel, tytułowa dziewczyna z pociągu, będą ze sobą ściśle połączone, ale w jaki sposób? Nie będę zdradzać zbyt wiele!

Rachel codziennie podróżuje do pracy pociągiem, z przedmieść Londynu do stolicy. Z nudów obserwuje świat za oknem, i codziennie, w miejscu, w którym pociąg zatrzymuje się na parę chwil przed semaforem, obserwuje domy, znajdujące się w pobliżu torów. Kobieta wyobraża sobie historie mieszkańców tych domostw, a szczególną uwagę zwraca na dwa z nich: w jednym mieszka młode małżeństwo, które według Rachel ma idealne życie, drugi dom jest jej lepiej znany, bowiem kiedyś sama w nim mieszkała ze swoim byłym mężem.

Rachel w ogóle przeżywa trudne chwile. Jest na skraju załamania nerwowego, popada w alkoholizm, jest rozbita psychicznie i nie może pogodzić się z utratą męża. Codzienna przejażdżka koło jej "starego" domu wytrącają ją całkowicie z równowagi, a jedynym jasnym punktem staje się obserwacja i fantazjowanie na temat idealnej pary, mieszkającej w drugim domu przy torach. Pewnego dnia jednak, kobieta zauważa na tarasie młodych coś, co zupełnie rozbija wizerunek, młodego małżeństwa, jaki stworzyła.

Kiedy do tego, okazuje się, że Megan zaginęła i szuka jej cała dzielnica, Rachel popada w paranoję i zaczyna prowadzić swoje prywatne śledztwo, na temat tego, co wydarzyło się tego feralnego dnia, kiedy widziała z pociągu nietypową scenę. Co się stało z Megan, i kim ona właściwie jest, bowiem fakty, jakie wychodzą na jaw po jej zaginięciu, zupełnie przeczą wizerunkowi młodej żony i sympatycznej dziewczyny z sąsiedztwa.

Rachel walczy z własnymi demonami i przeświadczeniem, że wydarzyło się coś strasznego, czego zupełnie nie pamięta, będąc pod wpływem alkoholu. A przy okazji śledztwa wychodzą na jaw wszystkie skrywane sekrety, które od lat skrywane były skrzętnie pod dywan, na ulicy przy torach.

Tak, jak napisałam na początku, powieść trzyma w napięciu, choć toczy się niespiesznym, leniwym wręcz rytmem. Każdy kolejny rozdział odkrywa jednak interesującą dla całej sprawy, warstwę, która nadaje historii zupełnie nowego znaczenia. Jeśli chodzi o audiobook, tekst czyta pani Karolina Gruszka, która robi doskonałą robotę i jest moją ulubioną lektorką. Każdej z trzech narratorek nadawała własny charakter, a ja właściwie nie musiałam skupiać się na tym, która kobieta opowiada swoją historię, bo praktycznie od razu o tym wiedziałam.

Nie wiem, czy wystarczająco przekonałam Was do tego, że warto sięgnąć po "Dziewczynę z pociągu". W każdym razie, jeżeli lubicie "Zaginioną dziewczynę" i ciekawią Was historie dziejące się za zamkniętymi drzwiami porządnych domów, ta powieść przypadnie Wam do gustu. Dobrze, że czasami książki szumnie nazywane bestsellerami, okazują się rzeczywiście fajne, bo w innym przypadku moje jest rozczarowanie i niechęć jest ogromna. Tutaj na szczęście obyło się bez tego.

Sardegna

"Poza czasem szukaj" Katarzyna Hordyniec


posted by Sardegna on , , , ,

18 comments


 Wydawnictwo: Prószyński i S-ka
Liczba stron:  344
Moja ocena : 5/6

Lubię bardzo czytać powieści Autorów, których znam osobiście. Książka ma dla mnie wtedy zupełnie inne znaczenie, choć nie ukrywam, że zawsze, kiedy sięgam po taki tytuł, mam pewne obawy. Czy mi się spodoba? A co, jeśli nie? Zawsze jestem szczera w swej opinii, staram się więc nie zwracać na to uwagi, czy znam Autora, czy też nie, ale czasami jest to trudniejsze, niż mogło by się wydawać. 

Na szczęście, w przypadku powieści "Poza czasem szukaj",  moje obawy okazały się być zupełnie bezpodstawne. Katarzyna Hordyniec to nasza blogowa koleżanka, którą miałam okazję poznać osobiście, wprawdzie przelotnie, ale zawsze, rok temu, na Warszawskich Targach Książki. Kobieta sympatyczna, przebojowa, emanująca pozytywną energią, którą przekazuje swoim internetowym znajomym, zarówno przez blogowe, jak i FB, wpisy. Kasia napisała przefajną, romantyczną powieść dla kobiet, taką baśń dla dużych dziewczynek, o miłości, namiętności, spełnionych pragnieniach. O uczuciu takim, które może trafić się każdemu, w każdym wieku, i w każdym momencie życia. 

Lena mieszka w Koszalinie, ma fajnego faceta, stabilną, ale nieco nudnawą pracę, i wie, że to nie jest to, czego oczekuje od życia. Pragnie jakiejś zmiany, chce doświadczyć prawdziwego uczucia, namiętności, szaleństwa, którego nie daje jej obecny chłopak.. Postanawia więc zostawić swoje dotychczasowe życie, postawić wszystko na jedną kartę, i wyruszyć do stolicy. Warszawa okazuje się być dla Leny wyjątkowo przyjazna i łaskawa. Udaje jej się znaleźć fajną pracę w korporacji, zaprzyjaźnić z nowymi kolegami z branży, zmienić też swój image, z szarej gąski w seksowną kobietę. Jednakże najbardziej przełomowym momentem w jej nowym życiu będzie spotkanie z Juliuszem, eleganckim i szarmanckim sześćdziesięciolatkiem, w którym Lena zakochuje się praktycznie od pierwszego wejrzenia, i to z wzajemnością.

W ciągu kilku dni życie Leny zostaje wywrócone do góry nogami. Nowy, szalony związek, pełen będzie emocji, wzlotów i upadków. Dwoje dojrzałych ludzi przeżywać będzie miłosne rozterki, jak para zakochanych do szaleństwa, nastolatków. A ponieważ Jul nie jest człowiekiem bez skazy, ma za sobą wiele związków, a jeden z nich praktycznie nie jest jeszcze zakończony, Lena miota się w swoich uczuciach, jak zakochana siedemnastolatka, sama nie wiedząc, czego oczekuje od ukochanego. Podobnie zresztą zachowuje się Juliusz, dla którego młodsza o trzydzieści lat Lena, rzeczywiście staje się kimś ważnym, i to dla niej postanawia zawalczyć się o wspólną przyszłość. 

Czy rozumiecie już, co miałam na myśli pisząc, że "Poza czasem szukaj" to baśń dla dużych dziewczynek? Jest to taka bajkowa historia miłosna, nie mająca w sumie prawa, wydarzyć się w życiu realnym. To znaczy w miłość wierzę, bo może się zdarzyć każdemu, bez względu na wiek, ani pochodzenie. Natomiast cała otoczka tej historii, związana z pobytem bohaterki w Warszawie, natychmiastowym zaaklimatyzowaniem się, znalezieniem dobrze płatnej pracy, nawiązywaniem przyjaźni, momentalnym znalezieniem idealnego mieszkania ... to wszystko tak bardzo optymistyczne i pozytywne, a jednak tak bardzo nierealne... tak bajkowe...

W każdym razie, nie da się ukryć, że książka poprawia humor, nastraja pozytywnie, a ja sama po lekturze czułam wielkie rozmarzenie i malusieńką tęsknotę za emocjami, związanymi ze stanem szaleńczego zakochania. Ach! te motyle w brzuchu! Podchodziłam jednak do tej tej historii z przymrużeniem oka, bo wizja Juliana, romantycznego kochanka w wieku mojego ojca, trochę mi jednak przeszkadzała. Podobały mi się za to wszelkie wątki, bliskie Autorce. Sporo miejsca w tej historii zostało poświęcone książkom i technikom makijażu, czyli tematom, które są bliskie Kasi Hordyniec, wszystko to oczywiście w ukochanej Warszawie, na którą rzeczywiście czytelnik może spojrzeć oczami Autorki.

Moim zdaniem, debiut Kasi Hordyniec jest bardzo udany. Tylko tak, jak pisałam na początku, trzeba nastawić się na sympatyczny romans z wątkami erotycznymi, bajkę dla dużych dziewczynek. Nie należy spodziewać  się poważnej obyczajówki, bo wtedy rozczarowanie może być spore, a to przecież nie o to chodzi. 

Nie wiem, ile jest Leny w Kasi, a ile Kasi w Lenie, ale podoba mi się ta historia. Czułam się, jakbym wędrowała znajomymi trasami z bohaterką i Autorką, po Warszawie, choć po prawdzie byłam w stolicy tylko raz. Skusiłam się też na odsłuchanie piosenki "Poza czasem", Doroty Miśkiewicz, która inspirowała Autorkę, w trakcie pisania, choć to zupełnie nie moja muzyczna bajka. Wkręciłam się, i o to przecież w literaturze chodzi. Jeżeli więc macie ochotę na taką lekką i przyjemną opowieść, polecam!

Sardegna

Wieczorne czytanie pod hasłem "zwierzęta"


posted by Sardegna on , , , , , , , , ,

2 comments

Dawno nie było u mnie wpisu na temat wieczornego czytania dzieciom. Powód tego jest bardzo prosty: odświeżaliśmy całą serię o kocie Cukierku, autorstwa pana Waldemara Cichoń. Nie tworzyłam na ten temat osobnego postu, bowiem pisałam już o Cukierku dwa razy: TU i TU. Postanowiłam wstrzymać się trochę i opisać zbiorczo tytuły, które zebrały się w międzyczasie.

Wydawnictwo: Dreams
Liczba stron: 64
Moja ocena : 6/6

 Na początek, czwarty tom przygód Cukierka, uroczego kota, który mieszka z Marcelem, Maćkiem, Mamą i Tatą. Z tą serią o Cukierku sprawa wygląda następująco: pierwszy tom czytałam dzieciakom w roku 2012, drugi i trzeci, rok później, ale przy okazji odświeżyłam im historię od początku. Potem przez trzy lata książki zaległy na półkach, aż do tego momentu, kiedy Siedmiolatka zażądała ponownego przeczytania serii, bowiem... "Mamo, musisz nam przeczytać te opowiadania, bo mamy przecież teraz własnego kota!"

I powiem Wam, coś w tym jest. Trzy lata temu, książeczki podobały się moim dzieciom, i to nawet bardzo, ale ekscytacja, jaką wykazali aktualnie, okazała się bez porównania większa! Wpłynął na to chyba rzeczywiście nasz osobisty kot, który mieszka z nami od niedawna. Wcześniej miło słuchało się o przygodach kota, ale były to tylko opowiastki. Kiedy mają już swojego pupila, wiedzą, jak dokładnie sprawa wygląda i odbiór książki jest już zupełnie inny.

Część czwarta "Jak się masz Cukierku?" przyniesiona została ze szkolnej biblioteki i zawiera szereg kolejnych, zabawnych opowiadań o pupilu Marcela. Tym razem Cukierek występuje w reklamie telewizyjnej, zostaje wysłany na misję schwytania myszy do sąsiada, wręcza z chłopakami prezent na Dzień Mamy, kolejny raz wędruje do weterynarza, pada ofiara fryzjera - amatora, ma urodziny, zakochuje się i zostaje o nim napisany wiersz. Poza tym, rodzina Marcela powiększa się o nowego domownika. Także w życiu Cukierka zajda zmiany, i to poważne!

Książeczka jest niesamowita. Trzy lata temu oceniłam serię na 5/6, dziś zdecydowanie zmieniam ocenę na maksymalną. A może na mnie też zadziała obecność własnego, prawdziwego kiciusia, którego, mimo psot i bałaganu, nie da się nie kochać. 

***
Kolejnymi lekturami wieczornego czytania są dwie książeczki autorstwa Holly Webb. Nieco rozbieżne tematycznie, ale standardowo - o zwierzętach. "Czaruś, mały uciekinier" to typowa historyjka z serii "Zaopiekuj się mną". "Szukając misia" jest trochę nietypowa, powiedziałabym, że nawet z elementem fantastycznym.


Wydawnictwo: Zielona Sowa
Liczba stron: 134
Moja ocena : 4/6

Cóż mogę napisać o tej opowiastce innego, niż do tej pory pisałam o książkach z tej serii? ...W sumie to nic nowego. Historia jakich wiele w tej kolekcji. Milusi pupilek, tym razem szczeniaczek rasy labrador, opiekun, który nie może zająć się pieskiem, i trójka dzieciaków, którzy z ochotą przejmą jego obowiązki. Sympatyczna historyjka, o tym, jak pomóc starszemu człowiekowi, oraz o tym, jak mądrymi istotami są zwierzęta. Wszystko super, tylko czemu te książeczki są pisane w identyczny sposób, z identycznymi ilustracjami? Ja poczułam się zmęczona, ale Siedmiolatce się podobało, a do tego sama wybrała książkę ze szkolnej biblioteki, więc wiecie. Nie można dziecka zniechęcać. Mam nadzieję, że za jakiś czas sama dojdzie do wniosku, że czas już zakończyć przygodę z ta serią i zabrać się za coś konkretniejszego. 

Wydawnictwo: Znak
Liczba stron: 132
Moja ocena : 4/6

"Szukając misia" należy do serii "Przyjaciele Holly Webb", a kupiłam go za grosze na wyprzedaży internetowej. W założeniu historyjka ma opowiadać o misiu, który zamieszkał w ogrodzie dzieciaków Cassie i Bena, tak naprawdę jednak, mówi o problemach dzieciaków: z kolegami w szkole, z wiecznie nieobecnym tatą, szukaniem przyjaciół, akceptacją i wyrażaniem siebie. Mnie osobiście strasznie przygnębiła ta opowiastka. Strasznie dużo zwaliło się na dzieciaki, a misio miał być dla nich pomocą i ostoją, ale czy naprawdę się nim stal? Moim zdaniem, tym oparciem okazał się dla Bena i Cassie ktoś zupełnie inny, i w sumie fajnie, że fabuła skręciła w nieoczekiwanym kierunku, tylko po co ten cały miś! Miał być kluczowym zwierzątkiem, był postacią co najmniej drugo, albo i trzecioplanową. Średnio mi się to podobało i dzieciom chyba też, bo co chwilę dopytywali o misia, który był jakby nieobecny. Ale mam teraz nauczkę, dwa razy się zastanowię zanim kupię kolejny tom z serii "Przyjaciele...". Już chyba wolę "Zaopiekuj się mną"!

***
Jeśli chodzi o aktualne lektury wieczorne dzieciaki zażyczyły sobie powtórnego przeczytania "Dundzi, Panka i przyjaciół" oraz "Twardego orzecha do zgryzienia", więc notek na ich temat nie będzie, bo się już pojawiły TU i TU. 
Kiedy już dokończę lekturę, biorę się za "Wielką Księgę Świerszczyka". Czekajcie na nowy wpis! Pozdrawiam
Sardegna

"Pippi wchodzi na pokład" Astrid Lingren


posted by Sardegna on , , , , ,

4 comments


Wydawnictwo: Jung - off - ska
audiobook: czas trwania 3 godziny
Moja ocena : 6/6
lektor: Edyta Jungowska

Pippi dała się już poznać, od najlepszej strony, mnie i  moim dzieciom! Wydana przez Naszą Księgarnię, w pięknej okładce, z okazji jubileuszu symbolicznych "70 urodzin", "Pippi Pończoszanka" urzekła całą naszą rodzinę. Moje dzieciaki oszalały na jej punkcie, a i mnie naprawdę spodobały się przygody tej szalonej dziewczynki (wcześniej bowiem ich nie czytałam).

Korzystając z darmowych kodów na audiobooki, nie wahałam się ani chwili, kiedy zobaczyłam, że dostępny jest tytuł z Pippi w roli głównej. Słyszałam już o Wydawnictwie Jung - off - ska, które pod wodzą aktorki Edyty Jungowskiej, w roli szefowej i lektora zarazem, wydało kilka książek Astrid Lindgren w formie audiobooków dla dzieci. Postanowiłam więc sprawdzić, czy moje dzieci polubią też przygody Pippi w formie dźwiękowej.
Oczywiście zachwytom było co niemiara! Audiobook mamy już od dobrych paru miesięcy i ciągle jest on na tapecie wieczornego słuchania do poduszki. Dzień w dzień, a właściwie noc w noc, na przemian z "Rumcajsem" i "Kubusiem Puchatkiem", Pippi kołysze do snu moje dzieci. Choć z tym kołysaniem bym nie przesadzała, bowiem trudno zasnąć przy wesołym zawołaniu dziewczynki "Nie martwcie się o mnie, ja sobie zawsze dam radę! Nie martwcie się o mnie!"

Ale tak poważnie mówiąc, Pippi w formie dźwiękowej jest tak samo lubiana przez moje dzieci, jak Pippi w formie literackiej. O ile nawet nie bardziej, bowiem Mama nie potrafi tak dobrze mówić głosem Pippi, tak jak robi to Pani Edyta Jungowska! Świetna interpretacja lektorki to połowa sukcesu, a w tym przypadku interpretacja jest wręcz genialna. Do tego wstawki dźwiękowe, przerywniki, piosenka początkowa i finałowa. Naprawdę dobra robota! Dzieciaki z chęcią słuchają opowiadań, a przy okazji przyswajają sobie całą historię Pippi. Moja Siedmiolatka potrafi opowiedzieć na wyrywki, co działo się w poszczególnych rozdziałach.

Przygody Pippi, która wchodzi na pokład statku "Podfruwajka" były dla nas zupełnie nieznane. Tej części nie czytaliśmy, ale na szczęście początkowe dwa rozdziały są wprowadzeniem do całej opowieści, więc przypominają kim jest Pippi, jej przyjaciele, Annika i Tomi. Opisują także, gdzie i z kim Pippi mieszka, więc nawet dla dzieciaków, które nie czytały "Pippi Pończoszanki", opowiadania będą zrozumiałe. Kolejne już rozdziały są zupełnie nowe. Opisują przygody dziewczynki, kiedy wybiera się na jarmark, pisze list, udaje się z przyjaciółmi na bezludną wyspę, a także, kiedy przybywa do niej niespodziewany, bardzo ważny dla całej opowieści, gość.

Pippi wsiada na pokład "Podfuwajki", ponieważ od zawsze planowała zostać piratem i teraz właśnie to marzenie ma się spełnić. Annika i Tomi nie są jednak zachwyceni pomysłem  przyjaciółki. Jak zakończy się ta przygoda Pippi? Czy dziewczynka opuści na zawsze Willę Śmiesznotkę?

Pippi, jak zawsze, stanęła na wysokości zadania. Rozbawiła czytelników, ale pokazała też, że trzeba bronić słabszych i zawsze stać po ich stronie. Nie można bać się wypowiadać swojego zdania, trzeba być koleżeńskim i odważnym.

I mówię Wam, przefajny to audiobook. W sumie tego się po nim spodziewałam, ale nie przewidziałam, że lektorka, pani Edyta Jungowska, od tej pory, aż tak będzie kojarzyć mi się z Pippi. Polecam audiobook wszystkim dzieciakom lubiącym Astrid Lindgren, a także rodzicom, którzy, gwarantuję, będą się w towarzystwie Pippi także świetnie bawić. Z chęcią zaopatrzę moje dzieci w kolejne słuchowiska z Wydawnictwa Jung - off - ska, bo zdaje mi się, że do moich dzieci, Pippi nie może mówić już innym głosem! 

Sardegna

"Don Kichot z La Manchy" Miguel de Cervantes Saavedra


posted by Sardegna on , , , , ,

8 comments


Wydawnictwo: Wolne Lektury
audiobook: czas trwania 33 godziny i 59 minut 
Moja ocena : 4/6
lektor: Wiktor Korzeniewski

Zrobiłam to! Przesłuchałam całego "Don Kichota", choć zajęło mi to ogromną ilość czasu i niezliczoną ilość dni! Nie ukrywam, jestem z siebie dumna, a to przede wszystkim dlatego, że nadrobiłam zaległość, mającą dobre piętnaście lat!

Powieść ta była moim wyrzutem sumienia jeszcze z czasów licealnych. Wtedy to czytałam absolutnie wszystkie, zadane lektury, i w sumie, cieszę się, że owego czasu byłam tak obowiązkowa, bowiem aktualnie jakoś nie ciągnie mnie do klasyki, więc co przeczytałam i poznałam, to moje. "Don Kichota" po prostu nie zdążyłam przeczytać przed maturą, bo przeraziło mnie to ponad 1000 stronicowe tomiszcze. Później nie miałam już czasu, ani też po prawdzie, ochoty, na doczytanie zaległej lektury. Ale, ale! Co się odwlecze... Po piętnastu latach od matury, postanowiłam sama sobie zrobić prezent i wrócić do tego tytułu. Od razu jednak wiedziałam, że nie dam rady przeczytać książki w formie papierowej. Z pomocą przyszły więc Wolne Lektury i audiobook, w prawdzie, o ogromnej liczbie rozdziałów, ale zawsze to pewne ułatwienie.

Co ja właściwie wiedziałam o Don Kichocie? Że walczył z wiatrakami? Miał giermka Sancho Pansa? I to właściwie byłoby na tyle. Z wielką ciekawością zabrałam się więc za odsłuchiwanie tej historii, żeby zorientować się, o co tak naprawdę w niej chodzi.

Don Kichot to tak po prawdzie szlachcic Alonzo z La Manchy, który spędził swe życie na czytaniu poematów rycerskich i romansów. Zauroczony historiami, w jakich się lubował,  postanawia zostać błędnym rycerzem, mieć wszystkie cnoty, charakteryzujące takiego niemalże nadludzkiego bohatera, bronić za cenę własnej krwi damy swego serca i służyć ludzkości swą odwaga i męstwem. Na swojego towarzysza i giermka wybiera wieśniaka Sancho Pansę, a na ukochaną - wieśniaczkę Aldonę Lorenzo, nazywając ją dumie Dulcyneą z Toboso. Don Kichot na swym rumaku Rosynandzie, z giermkiem u boku, wyrusza na misję ratowania świata. Jego przygody dalekie jednak są od poważnych poczynań rycerskich, choć w mniemaniu bohatera, takie właśnie są. Wszelkie niepowodzenia, rycerz zrzuca na działanie magii nieprzychylnego mu czarnoksiężnika, i zupełnie nie rozumie wątpiących spojrzeń, napotkanych po drodze wędrowców.

Don Kichot wiele sobie poczyna, wszystko jednak w dobrej wierze i głębokim przekonaniu, że działa tak, jak błędni rycerze z najznamienitszych powieści. To nic, że słynne wiatraki, bierze za olbrzymów, walcząc z nimi zaciekle. Podobnie traktuje bukłaki z winem, stado owiec uważa za armię nieprzyjaciela, grono żałobników za diabłów, a mnichów za pomocników czarnoksiężnika. Miskę balwierską uważa za najznakomitszy hełm, karczmarza za kasztelana, służącą za piękną księżniczkę, a karczmę za okazały zamek. Traktowanie więc krzepkiej Aldony Lorenzo, o nie najlepszej opinii, jak cudowną piękność, Dulcyneę z Toboso, nie wydaje się już przy tych wszystkich dziwactwach Don Kichota, niczym dziwnym.

Rycerz wędruje po okolicy zadziwiając ludzi swoim zachowaniem i piękną, wyszukaną mową, która nijak nie pasuje do rzeczywistości. Nie trudno domyślić się więc, że postać Don Kichota zaczyna przeszkadzać co niektórym. Postanawiają oni "nawrócić" szlachcica na właściwą drogę, paląc jego ukochane księgi, a kiedy to nie skutkuje, maskaradą i podstępnie wymyślonymi historiami, sprowadzić go, jak obłąkanego, do rodzinnej wioski.

To jednak nie koniec przygód błędnego rycerza, bowiem  po chwilowym przestoju, z jeszcze większą mocą wyrusza ratować świat. Jego sława zaczyna go już wyprzedzać, a napotkani po drodze wędrowcy znają czyny szalonego, czy też dla innych, bohaterskiego, Don Kichota. Zwrotem akcji będzie spotkanie Don Kichota z księciem i księżną, którzy to postanowią zabawić się kosztem bohaterów, i wprowadzą niezły zamęt w ich, i tak zakręconym, życiu.

W podróży Don Kichota i Sancho Pansy działo się znacznie, ale to zacznie więcej. Ich wędrówki przeplatają się z opowieściami napotkanych osób. Poza główną opowieścią, toczą się więc poboczne, dodatkowe wątki, często zajmujące kilkanaście rozdziałów. Choćby historia pustelnika Kardenia, opisująca jego miłosne rozterki, albo związana z tą opowieścią, ale zupełnie innym wątkiem, historia Doroty, napotkanej po drodze piękności, w męskim przebraniu.

Nie da się ukryć, że historia Don Kichota napisana jest z wielkim rozmachem, ale nietrudno sobie wyobrazić, ile przygód, legend, opowieści, monologów i dysput miało miejsce na ponad tysiącu kartach tej powieści, i przez 33 godziny trwania tego audiobooka.
Skłamałabym, jeżeli powiedziałabym, że powieść powaliła mnie na kolana, i słuchałam jej treści z zapartym tchem, non stop. Moim zdaniem, ta historia ma swoje "momenty". Niektóre fragmenty opowieści rzeczywiście są kluczowe, bardzo wciągające czy zabawne. Zwłaszcza te, zawarte w pierwszej części historii. Sporo jest jednak wątków dodatkowych, monologów Don Kichota, czy Sanchy, składających się z głównie z przysłów, które prawdziwie nużą czytelnika. Choć jestem w stanie zrozumieć, że wyszukiwanie w całej tej opowieści, smaczków, czy nawiązań (nieco prześmiewczych), do utworów rycerskich, pełnych patosu i chwalebnych czynów, tak popularnych, w owym czasie, też może mieć swój urok.
Oczywiście moje zapiski nie stanowią ani streszczenia tej lektury, ani jej charakterystyki. Ot moje luźne wrażenia, bo jak wiadomo, żadna ze mnie polonistka. Nie pokuszę się absolutnie o żadną profesjonalną charakterystykę postaci, czy motywów, które Autor zaprezentował w swej powieści. Jako zwykły, szary czytelnik powiem tylko, że Don Kichot wzbudził moją sympatię, i właściwie przez większość jego przygód, trzymałam kciuki, coby się nikomu nie naraził, i mógł spokojnie "bawić" się dalej w rycerza błędnego.

Autentycznie cieszę się, że udało mi się poznać całość przygód Don Kichota i jego nieco uciążliwego giermka, Sancho Pansy. Jedna zaległość (i to jaka!) mniej. A Wy drodzy czytelnicy? Czytaliście? Planujecie? W razie czego, Wolne Lektury służą darmowym audiobookiem.

Sardegna

"26 - piętrowy domek na drzewie" Ady Griffiths, Terry Denton


posted by Sardegna on , , , , , ,

No comments


Wydawnictwo: Nasza Księgarnia
Liczba stron: 350
 Moja ocena : 5/6


"26 - piętrowy domek na drzewie" to druga część książkowo - komiksowego cyklu, autorstwa Andy'ego Griffiths i Terry'ego Dentona. Czemu ta historia jest książkowo - komiksowa? Bowiem "Domek na drzewie" wygląda, jak pełnowymiarowa książka - ma zresztą ponad 300 stron, w rzeczywistości jest jednakże świetnie skonstruowanym komiksem, z wieloma cało stronicowymi ilustracjami i niewielką ilością tekstu.

Zanim przejdę do treści, muszę nadmienić, że moja Siedmiolatka oszalała na punkcie tej książki. Przeczytała ją w dwa, trzy wieczory, (w sumie nie było to trudne, kiedy teksu było naprawdę niewiele), ale super pozytywne dla niej samej było to, że po raz pierwszy przeczytała samodzielnie "tak grubą" książkę! Oczywiście, gdyby zebrać sam tekst, nie przekroczyłby on stu stron, ale przecież nie o to chodzi. Czytanie ma sprawiać dziecku przyjemność, a przeczytanie "26-piętrowego domku na drzewie" okazało się wyjątkową przyjemnością!

Andy i Terry to najlepsi kumple, którzy zbudowali sobie genialny domek na drzewie. Początkowo mieli 13 piętrowy domek (tom pierwszy), ale go rozbudowali do 26 pięter. W przygotowaniu jest jeszcze domek 39 piętrowy (tom trzeci), więc widocznie chłopcy mają jeszcze masę pomysłów na zagospodarowanie wolnego miejsca w swojej siedzibie.

Nie myślcie, że ten domek na drzewie to jakaś chatynka z drewna. To pełnowymiarowa rezydencja, pełna niesamowitych pomieszczeń, basenów, platform czy skoczni. W 26 - piętrowym domku znaleźć można tor wyścigowy, tor do jazdy na deskorolkach, komorę antygrawitacyjną, arenę do walk w błocie, studio nagraniowe, lodowisko, basen z rekinami, Labirynt Śmierci czy lodziarnię z lodami we wszystkich, dostępnych smakach. W swoim domku Andy pisze książki, a Terry je ilustruje, ale nie tylko! Chłopaki bawią się i korzystają z różnych atrakcji, przy okazji pakując się w niezłe tarapaty (wpakowanie bokserek do basenu pełnego rekinów, to tylko jeden z przykładów).

W tej części przygód Andy'ego i Terry'ego, czytelnicy mogą dowiedzieć się, jak chłopcy się poznali i jaką przygodę przeżyli, walcząc na oceanie, z piratami, przy okazji tegoż poznania, właśnie. Właściwie te dwa motywy stanowią większą część opowiastki, mam bowiem wrażenie, że o samym domku i jego pomieszczeniach traktuje bardziej tom pierwszy.

To oczywiście w niczym nie przeszkodziło mojej Siedmiolatce, która przeczytała całość z wypiekami na twarzy i zadowolona, że ma za sobą tak grubą książkę, poprosiła o więcej. Kiedy zapytałam, co tak właściwie najbardziej jej się w tym "26 - piętrowym domku na drzewie" podobało, stwierdziła, że, kiedy o nim czytała, czuła się, jakby była w środku, i razem z chłopakami przeżywała ich przygody. Niektóre z nich bardzo ją śmieszyły np. różne wersje historii poznania się chłopaków, czy historia z wypraniem bokserek w zbiorniku z rekinami, ale najfajniesze było to, że opowieść była uwaga! komiksem.

No proszę! Tego nie przewidziałam, że w domu, w którym rodzice nie czytają komiksów, i praktycznie ich nie posiadają, dziecko zapała uczuciem do tej formy. Miło!

Podsumowując, serię o domku na drzewie polecam dzieciakom w wieku 6 - 10 lat. Młodszym na pewno dobrze zrobi samodzielne przeczytanie tekstu i satysfakcja z "własnoręcznie" przeczytanej książki, starsi za to będą mogli wkręcić się w specyficzny humor Andy'ego i Terry'ego, i wyszukiwać w opowieści, co lepsze smaczki. Poza tym, jak widać, książka może stać się początkiem fascynacji dziecka, komiksami.

Sardegna

"Czarownica" Anna Litwinek


posted by Sardegna on , , , ,

8 comments


Wydawnictwo: Znak
Liczba stron: 400
Moja ocena : 4/6

Miałam ostatnio okazję czytać przedpremierowo "Czarownicę", debiutancką powieść Anny Litwinek, wydaną przez wydawnictwo Znak  Miałam taką okazję, niestety nie zdążyłam tego zrobić w odpowiednim czasie przed datą planowanej premiery, i przeczytałam ją znacznie później. Dlaczego? Postaram się to wyjaśnić. 

Jestem niestety zawiedziona. Oczekiwałam naprawdę fajnej historii, zwłaszcza po intrygującym opisie, który zapowiadał emocjonującą opowieść, więc tym bardziej jest mi trochę przykro, że nie zaiskrzyło. Żałuję bardzo, bo sam pomysł i początek nastrajał bardzo pozytywnie. 

Sonia Hunamska to wyjątkowa kobieta o nieprzeciętnej urodzie. Pracuje w lokalnej gazecie i pisze artykuł o dziwnym pochówku na miejskim cmentarzu. Ktoś jednak stara się przeszkodzić Soni w dziennikarskim śledztwie, robi to jednak na tyle dyskretnie, że kobieta nie ma o tym pojęcia. Do tego, zbliżając się do swoich trzydziestych urodzin, Sonia odkrywa w sobie jakiś niespotykany, nadprzyrodzony dar, który wiąże się w jakiś sposób z jej zaginioną, przed laty, matką. W zrozumieniu tego daru pomaga kobiecie nieco ekscentryczna ciocia Hala, która więcej chyba przed siostrzenicą ukrywa, niż odkrywa. Do tego wszystkiego dochodzi jeszcze ojciec Soni, który ma tatarskie korzenie, a jego przodkowie również obdarzeni byli wyjątkowymi mocami. Dziewczyna przyjmuje więc swoje dziedzictwo, początkowo bardzo nieufnie, ale z każdym kolejnym dniem z większą ciekawością, przeplataną strachem, zarazem.  
W życiu bohaterki ważne znaczenie będzie miała także obecność dwóch mężczyzn: skromnego, ale wyjątkowo inteligentnego archeologa, Ivo Petrarka, oraz nieziemsko przystojnego, ale niebezpiecznego, prawnika Aleksandra Sola.  

No i powiedzcie sami, czy czytając ten opis, historia nie wydaje się wam niesamowicie interesująca? No właśnie. Tylko w moim przypadku nie tak do końca ... Nie potrafiłam wkręcić się jakoś w tę historię. Sporo w niej retrospekcji, zapisów snu na jawie, nawiązań do  przeszłości, które tak właściwie nie wiadomo, czy są wspomnieniami rzeczywistymi, czy tylko rozgrywają się w umyśle głównej bohaterki, a może w świecie równoległym. Podobnie jest z nawiązywaniem co chwilę do dokumentów, zapisów, publikacji, na temat czarownic, sił natury, magii ziemi czy wody.

Rozumiem, że to wszystko ma swoje usprawiedliwienie w fabule. W końcu Sonia próbuje dowiedzieć się, jaką siłą dysponuje. Wiem też, że wymagało to od Autorki wielkiego przygotowania i zgromadzenia olbrzymiej ilości materiałów źródłowych, i rzeczywiście widać, że pani Anna Litwinek dobrze orientuje się w tym temacie i wie, o czym pisze. Natomiast dla mnie, zwykłego, szarego czytelnika, całe to odrywanie się od wątku głównego strasznie nużyło. Zamiast skupiać się na fabule, co chwilę uciekałam myślami od właściwej akcji i nie nadążałam za wydarzeniami. 

Wydawało mi się, że historia Soni, która będzie przyjmowała swoje magiczne dziedzictwo potoczy się wartko, tym bardziej, że akcja dzieje się w ciągu paru dni, wszystko jednak okazało się bardzo rozwlekłe. Sonia z jednej strony nic nie wie o swojej matce i dziedzictwie, a kiedy się w końcu o tym dowiaduje, przyjmuje to wszystko bardzo naturalnie, jakby nie było to dla niej żadną tajemnicą. Zgrzytało mi zachowanie bohaterki, nie potrafiłam podążyć za jej historią i jakoś się z tym utożsamić. Podobnie zresztą zgrzytała mi sprawa z archeologiem, który początkowo jest zupełnie obcym człowiekiem dla Soni, mężczyzną który ma jej tylko pomóc w napisaniu artykułu. Znają się przelotnie, widzieli raz czy dwa, i nagle znikąd, Petrarka staje się dla bohaterki bardzo bliską osobą. A Kościół? A Sol? Wszyscy o wszystkich wszystko wiedzą, tylko skąd? 

Jakoś ta historia nie do końca mnie przekonała, dlatego czytałam ją i czytałam bardzo długo, na raty i nie zdążyłam na czas premiery. Z pozytywów, brawa za piękną okładkę, bowiem kobieta na niej przedstawiona idealnie, moim zdaniem, oddaje charakter Soni Hunamskiej. Jednakże okładka to nie wszystko, dlatego daję powieści czwórkę, ale jeżeli ktoś czuję, że ta historia może mu się spodobać, lubi magię natury i chcę  dowiedzieć się na ten temat czegoś więcej, zachęcam do sięgnięcia po "Czarownicę" Anny Litwinek. Z tego, co się zorientowałam, książka zdobywa dużo pozytywnych recenzji, więc może Wam bardziej przypadnie do gustu, niż mnie.

 Sardegna