PRZEDPREMIEROWO "Idealna" Magda Stachula


posted by Sardegna on , , , , ,

8 comments


Wydawnictwo: Znak
Liczba stron: 392
Moja ocena : 6/6

Jedyne co mogę powiedzieć na początek, to wielkie WOW! Nie pamiętam, żebym ostatnio rzuciła wszystko i na trzy godziny zatraciła się w lekturze i to jeszcze debiutu! "Idealna" jest naprawdę idealna, i to pod wieloma względami.

Thriller autorstwa Magdy Stachula, którego premiera zaplanowana jest na 17 sierpnia, naprawdę robi wrażenie. Jest to książka z gatunku tych, które czyta się jednym tchem, niespokojnie przewracając kolejne strony, żeby jak najszybciej poznać finał historii i rozgryźć wszystkie zagadki, wplecione w fabułę.

Książka ma świetną formułę i napisana jest z perspektywy czterech osób. Dzięki tej czteroosobowej narracji, poznajemy punkt widzenia wszystkich bohaterów dramatu i wydarzenia z każdej z możliwych perspektyw.

Anita i Adam są młodym małżeństwem. Od zawsze idealnie dobrani, nadający na tych samych falach, świetnie czujący się w swoim towarzystwie, przeżywają właśnie trudny moment swojego życia. Od miesięcy bezskutecznie starają się o dziecko, a kolejne próby zajścia w ciążę kończą się niepowodzeniem. Z każdym kolejnym miesiącem Anita staje się coraz bardziej rozgoryczona i zła na cały świat a za swoje niepowodzenia obwinia nie tylko męża, ale problem widzi też we wszystkich ludziach wokoło, którzy według niej, robią jej na złość i specjalnie ją krzywdzą. Adam, zmęczony żoną i jej wiecznymi humorami i pretensjami, a także podporządkowaniem życia do starania się o dziecko, staje się równie zgorzkniały i znudzony życiem. 

Małżeństwo niegdyś idealne, staje na rozdrożu. Adam, w akcie desperacji postanawia poszukać pocieszenia w ramionach innej kobiety, natomiast Anita poświęca całe dnie na podglądanie innych, w różnych miejscach w Europie, przez internetową kamerę monitoringu. 

Monotonię Anity przerywają dziwne wydarzenia. Kobieta odkrywa, że ktoś podkłada do jej prywatnych rzeczy jakieś przedmioty, których ona nigdy wcześniej nie widziała: kosmetyki czy nie pasujące do jej stylu ubierania, sukienki. Anita zaczyna poważnie bać się o siebie i swoje zdrowie psychiczne i kiedy jest już na skraju wyczerpania, dowiaduje się, że ktoś wie o niej wszystko i stara się jej za wszelką cenę jej zaszkodzić. Ale kto to jest, i jaki ma w tym cel? Jaki to ma związek z przeszłością Anity, i co wspólnego z tą całą historią ma tajemniczy malarz, Eryk? 

Opis na okładce powieści sugeruje, że "Idealna" może spodobać się fanom "Dziewczyny z pociągu", ale ja powiem coś więcej, "Idealna" jest historią sto razy lepszą! Ciekawsza fabuła, zaskakujące powiązania między postaciami i bardzo interesujące połączenie wszystkich faktów i zagadek w spójną całość. Nie określałabym tej historii, jako domestic noir. Powiedziałabym, że jest to raczej thriller psychologiczny, którego akcja opiera się na wzajemnych relacjach między bohaterami. 

Debiut pani Magdy Stachula jest bardzo udany. Lektura tej powieści sprawiła mi niesamowitą przyjemność, bo już dawno, żadna intryga nie wciągnęła mnie na tyle, żebym zupełnie odcięła się od świata na czas czytania. Poza interesującym wątkiem przewodnim, ciekawy jest także motyw internetowych kamer monitoringu. Nawet nie miałam pojęcia, że coś takiego jest dostępne dla zwykłych użytkowników sieci, co szczerze mówiąc, trochę mnie przeraża. Warty uwagi jest także motyw problemów, które dosięgają bezdzietne pary. Ogrom frustracji  i wewnętrzny niepokój, wynikający z sytuacji starania się o dziecko, jest wystarczająco trudny. Nie należy więc dokładać parze problemów dobrymi radami i zapytaniami o ciążę. Takie spojrzenie z zewnątrz na sytuację, opisaną w książce może dać niektórym do myślenia.

Mam nadzieję, że wystarczająco zachęciłam Was do lektury "Idealnej". Zapamiętajcie datę 17 sierpnia i koniecznie zaopatrzcie się we własny egzemplarz tej powieści. Naprawdę warto!

Sardegna  

"Lewandowski. Wygrane marzenia" Dariusz Tuzimek


posted by Sardegna on , , , , , ,

2 comments


Wydawnictwo: Egmont
Liczba stron: 200
Moja ocena : 5/6

"Lewandowski. Wygrane marzenia" to biografia Roberta Lewandowskiego, naszego rodzimego, najbardziej chyba znanego piłkarza. Jest to super propozycja dla najmłodszych, obowiązkowa lektura dla każdego, małego fana piłki nożnej, który to z zapartym tchem śledził wydarzenia rozgrywające się na francuskich boiskach Euro 2016. 

W sumie, ta książka może sprawić radość każdemu fanowi piłki nożnej, zarówno temu małemu, jak i temu dużemu. I chłopakowi, i dziewczynie. Wiem coś o tym, bo moje dzieci oszalały, i to nie tylko na punkcie książki, ale ogólnie, w kwestii piłki nożnej. Mimo że jest już po Euro 2016, oni ciągle grają w piłkarskie karty, komentują mecze, w których grali nasi, rzucają nazwiskami polskiej reprezentacji (tymi rezerwowymi także). 

Rozumiem Młodego, który sam jest piłkarzem i gra w najmłodszej grupie naszego lokalnego klubu sportowego, więc cały czas kopie piłkę i rzuca nazwiskami graczy, ale Ośmiolatka? Ona także poczuła piłkarski zew, choć może w nieco innym, bo nie fizycznym, wydaniu. Rozumiecie więc, że pojawienie się takiej książki w naszym domu, w czasie trwania Euro, było strzałem w dziesiątkę.
Robert Lewandowski to chyba najbardziej znany piłkarz naszej reprezentacji. Jego sława wychodzi poza granice Polski, a jego umiejętności doceniają najznakomitsze europejskie kluby. To, że jest gwiazdą piłki nożnej na światowym poziomie, kolejny raz, udowodnił na tegorocznych mistrzostwach, stając się ponownie wzorem dla wielu młodych piłkarzy, którzy marzą o tym, by być takim, jak Lewandowski.

Dlatego dla wszystkich młodych graczy, którzy kochają piłkę, ta książka może stać się inspiracją do działania, kolejnych do treningów i walki o swoje marzenia. Przecież Robert Lewandowski też był kiedyś małym chłopcem, zwyczajnym dzieciakiem, który kochał grać w piłkę i zaczynał w lokalnym klubie. Skoro jemu się udało, to innym też może się udać!

Książka jest w prawdzie "dorosłą" biografią piłkarza, aczkolwiek przedstawiona jest w formie bardzo przystępnej dla dzieci. Zawiera bardzo dużo zdjęć, przypisów, krótkich notatek, ciekawostek, dzięki czemu lektura nie jest nużąca. Nie ukrywam, że mimo wielu "atrakcji", zbitego tekstu jest w książce dość sporo, dlatego Ośmiolatka nie podjęła się samodzielnego czytania, i to ja przeczytałam dzieciom większość tej opowieści. 

"Wygrane marzenia" dzielą się na 5 głównych części, z których każda opisuje inny okres życia Roberta Lewandowskiego. Część pierwsza to początki przygody z piłką: dzieciństwo, a także pierwszy lokalny klub sportowy Varsovia. Części kolejne opisują już pierwsze kroki piłkarza, najpierw do ogólnopolskiej, a później do europejskiej kariery. Transfery do Lecha Poznań, Borussi, Bayerna Monachium, czy powołanie do grania w reprezentacji Polski. 

Całość jest pięknie wydana i to jest wielki plus ksiażki, podobnie, jak super zdjęcia, które pokazują Roberta od małego chłopca, amatorskiego piłkarza, do wielkiego sportowca w ważnych dla niego momentach. Biografia ta zawiera wiele ciekawostek i anegdot, pokazuje sportowca z zupełnie zwyczajnej, ludzkiej strony, dając dzieciakom informację, że każdy mały piłkarz może w przyszłości zostać Lewandowskim. Musi tylko od początku dążyć do celu i starać się być najlepszym.

Dzieciaki autentycznie cieszą się tą piłkarską książką. Wiadomo, że największe wzięcie miała ona w czasie Euro, ale z tego, co obserwuję, przyda się nam jeszcze, bo temat piłki nożnej nadal jest u nas aktualny. Dzieci przeglądają książkę codziennie i są dumne, że mają swoją własną opowieść o Lewym, najlepszym polskim piłkarzu.

Poza biografią Lewandowskiego, która w kolekcji znanych piłkarzy jest czwarta, Wydawnictwo Egmont wydało także historię takich piłkarzy, jak Leo Messi, Cristiano Ronaldo czy Zlatan Ibrahimovic. Okładki tych książek rzuciły mi się już wcześniej w oczy, kiedy to na przerwach trzecio, czwartoklasiści podczytywali sobie te książki w czasie wolnym. Jak widać więc, o piłkarzach czyta się w różnym wieku, bez względu na płeć. I to jest bardzo dobra wiadomość!

Sardegna

Soy Luna, czyli o nowej fascynacji mojej Ośmiolatki


posted by Sardegna on , ,

9 comments

Każdy rodzic musi dzielnie przeżyć kolejne fascynacje swojego dziecka. Zaczyna się niewinnie, bo od uroczych bohaterów kreskówek, później jednak ilość postaci zwiększa się niebezpiecznie, a co za tym idzie, zwiększa się ilość gadżetów, kolorowanek czy książeczek z nimi w roli głównej. Przerabiałam już Myszkę Miki, Krainę Lodu, wróżki Winx, Koniki Pony, Pet Shopy oraz zwierzątka z serii "Zaopiekuj się mną". Aż się boję, co mnie jeszcze czeka, kiedy moja Ośmiolatka zacznie interesować się młodzieżową wersją ulubionych postaci, jakimiś piosenkarzami czy innymi idolami nastolatków.

W każdym razie, nie ma się co martwić na zapas. Pierwszego idola, a właściwie idolkę, w wersji młodzieżowej już mam. Została nią  Luna, bohaterka Disney'owskiego serialu "Soy Luna". W sumie nawet się z tego cieszę, bo jest to miła odmiana po Violettcie i Hannie Montanie, którymi w prawdzie moja córka interesowała się w sposób umiarkowany, ale zgromadziła całkiem sporo kredek, teczek, notesów, bloków, zeszytów z podobiznami dziewczyn. 


Luna, w porównaniu z powyższymi bohaterkami, nie jest gwiazdą rocka, tylko wyjątkowo zwyczajną dziewczyną, której pasją jest taniec na wrotkach. Serial jest taką trochę brazylijską telenowelą dla dzieci, w którym główna bohaterka jest Kopciuszkiem - sympatyczną, ale nieśmiałą dziewczyną, która swoją szczerością próbuje zaskarbić sobie sympatię otoczenia. Wokół Luny znajdują się oczywiście osoby, które pałają niechęcią do wschodzącej gwiazdy tańca na wrotkach. W tym przypadku są to piękne dziewczyny, gwiazdy lokalnych konkursów wrotkarskich. Luna jednak ma tak dobry charakter i jest tak sympatyczną i dobrą osobą, że w każdym człowieku widzi tylko pozytywy. 

Pozwalam mojej Ośmiolatce oglądać ten program bo widzę, że autentycznie ją to ciekawi. Poza tym, Luna jest taką pozytywną bohaterką, więc nie mam problemu z tym serialem. 

W związku z tym, że "Soy Luna" jest nowością na kanale Disney Channel, na rynku nie spotkałam jeszcze zbyt wielu gadżetów z Luną w roli głównej. Mam wrażenie, że do września ulegnie to zmianie, ale na dzień dzisiejszy, moja Ośmiolatka musiała zadowolić się czasopismami "Soy Luna za kulisami".


Wydawnictwo Egmont poszło za ciosem i wydało gazetkę w sami raz dla fanów serialu. W czasopiśmie można znaleźć informacje i zdjęcia z prywatnego życia małoletnich gwiazd "Soy Luny". Poza główną bohaterką, grająca Lunę, poznajemy aktorów, grających postacie jej rodzinę czy przyjaciół.W gazetce, poza informacjami znajdziemy także dwie strony pełne kolorowych naklejek z scenkami serialowymi, a także olbrzymi, dwustronny plakat.  



Wielkim plusem czasopisma jest fakt, że artykuły nie są długie i napisane są dość dużą czcionką, dzięki temu moja Ośmiolatka spokojnie sama przeczytała sobie każdą z trzech gazetek, wybierając w pierwszej kolejności to, co najbardziej ją interesuje. Książeczki są fajnie wydane, na dobrej jakości papierze, z dużymi zdjęciami serialowych bohaterów. 


Po prostu gazetka "Soy Luna za kulisami" jest prawdziwą gratką dla wszystkich miłośników serialu. Jeżeli więc Wasze dziecko namiętnie ogląda ten serial na Disney Channel, to wiecie już, jaka niespodzianka sprawi mu największą przyjemność.

  Sardegna

"Najszczęśliwsza dziewczyna na świecie" Jessica Knoll


posted by Sardegna on , , , , ,

2 comments


Wydawnictwo: Znak
Liczba stron: 443
Moja ocena : 5/6

"Najszczęśliwsza dziewczyna na świecie" miała niestety podwójnego pecha. Pierwszy pech polegał na tym, że książkę okrzyknięto bestsellerem ostatnich miesięcy, najlepszym debiutem, genialną powieścią, cudem, miodem i orzeszkami, dlatego moje oczekiwania wobec książki z takimi rekomendacjami, były spore. 

Drugim pechem było to, iż "Najszczęśliwszą..." przeczytałam tuż po lekturze innych powieści z gatunku domestic noir: rzeczywiście genialnych (według mnie oczywiście, bo zdania na ich temat są podzielne): "Dziewczyny z pociągu" i "Zaginionej dziewczyny", a na ich tle powyższa (zwłaszcza na początku) wypadła naprawdę słabo. 

I to jest smutne, bo "Najszczęśliwsza dziewczyna..." daje radę i robi wielkie wrażenie. Ostatecznie oceniłam ją bardzo wysoko, bo istotnie na to zasługuje, ale wygórowane słowa na okładce i porównywanie jej treści do bardziej znanych tytułów, tylko jej zaszkodziły i wprowadziły czytelnika w błąd. Historia "Najszczęśliwszej..." nie jest ani trochę podobna do "Zaginionej..." bądź "Dziewczyny z pociągu". Jest zupełnie inna, o wiele bardziej dramatyczna i, moim zdaniem, o wiele bardziej realna, a w tym o wiele bardziej przerażająca. 

Niestety wygórowane oczekiwania, co do bestsellera, spowodowały, że początek okazał się być nie taki, jak miał być. Przydługawy, trochę toporny, zero akcji. Dobrze, że ostatecznie się nie zniechęciłam, bo początkowe rozdziały bardzo dały mi się we znaki. Na szczęście z każdą kolejną stroną historia się rozkręca, i dobrze, bo jej rozwinięcie i zakończenie wbija w fotel i daje czytelnikowi do myślenia.

TifAni FaNelli jest piękną kobietą sukcesu. Ma idealną figurę, ubiera się u najlepszych projektantów, ma wspaniałą pracę w znanym magazynie dla kobiet oraz dobrze sytuowanego narzeczonego. Przed trzydziestką osiągnęła wszystko, o czym od zawsze marzyła. 
Jednak w idealne życie Ani wkrada się niepokój, kiedy to kobieta dostaje propozycję udziału w filmie dokumentalnym, który ma zrelacjonować wydarzenia mające miejsce w jej liceum, czternaście lat temu.  Udział w tym projekcie skłania TifAni do wspomnień o przeszłości. A wspomnienia te, nie są niestety przyjemne...

Pod fasadą szczęścia i idealnego życia, Ani skrywa ból i swój wewnętrzny dramat, z którym nie potrafi sobie od lat poradzić. Powrót do przeszłości spowoduje, że kobieta będzie musiała odsłonić swe prawdziwe oblicze, a także na głos wyjawić prawdę o tym, co zdarzyło się, gdy miała 14 lat. 

I powiem Wam, to, co początkowo wydaje się, że miało miejsce, okazuje się tylko wierzchołkiem góry lodowej. Okrucieństwo i zło, czające się w pozornie niewinnych licealistach, osiąga niebotyczne rozmiary, a to, do czego może doprowadzić zamiatanie problemów pod dywan, będzie niesamowitą tragedią.

Czytając "Najszczęśliwszą ..." było mi autentycznie smutno, bo zrozumiałam, że historia opisana przez Autorkę nie jest wymysłem jej wyobraźni. Okrucieństwo, z jakim spotykają się nastolatki na co dzień, jest przerażające i wcale nie tak rzadkie.

Dlatego uważam, że jest to książka do licealistach, a postać Ani FaNelli jest tylko dodatkiem do właściwej treści, jaką przekazuje ta powieść. Jest przykładem tego, jak trudno funkcjonuje się w dorosłym życiu, doświadczając za młodu takiego ogromu zła. Ani postawiła na pozory, i myślę, że nie jest osamotniona w swej postawie. Przecież idealną kobietę sukcesu wszyscy szanują i nikt nie skrzywdzi. 

Bardzo smutna to opowieść i przerażająca w swej autentyczności. Nie będzie na wyrost, jeżeli napiszę, że powinna być obowiązkową lekturą dla rodziców każdego nastolatka.
 
I sami powiedzcie, czy po moim wpisie nadal wydaje się Wam, że ta powieść jest następczynią "Dziewczyny z pociągu"?
Sardegna

"Nie do wiary!' Zuzanna Jędrzejewska


posted by Sardegna on , , , , ,

5 comments



Wydawnictwo: Czwarta Strona
Liczba stron: 294
Moja ocena : 5/6


Od nadmiaru podobno głowa nie boli. Podobno, bo hasło to zupełnie nie sprawdziło się w przypadku Eufrozyny Maliniak, wyjątkowej (tak, jak jej imię), bohaterki powieści Zuzanny Jędrzejewskiej. 

"Nie do wiary!", wydane przez Czwartą Stronę, to kolejna powieść z Serii z Babeczką, która obok "Nie zmienił się tylko blond", "Nieszczęścia chodzą stadami" i "Przypadków pewnej desperatki" stanowią przyjemną, kobiecą literaturę. Powyższy tytuł jest opowieścią dosłownie na jeden wieczór. Lekką, łatwą i przyjemną historią, pełną niespodziewanych zwrotów akcji. Jest to taka wakacyjną książką, która ma za zadanie umilić czas urlopu. Ja akurat przeczytałam ją przed urlopem, ale i tak dala mi pozytywny reset po ciężkim czerwcu. Ale, ale, zanim przejdę do wrażeń, najpierw parę słów o fabule...

Eufrozyna, dla przyjaciół Zoey to trzydziestoletnia singielka. Nie jest ona do końca jest zadowolona ze swojego stanu, bo po paru nieudanych związkach chciałaby w końcu poznać tego jedynego, wymarzonego mężczyznę. W noc sylwestrową wypowiada więc życzenie, żeby w końcu się szczęśliwie zakochać. I nie wiadomo, na ile to życzenie się spełnia, a na ile w całej akcji rządzi szczęśliwy traf czy szalone zbiegi okoliczności, ale wokół Zoey zaczynają pojawiać się tłumy interesujących mężczyzn. Każdy z nich wydaje się być dziewczyną zauroczony, stara się być  blisko niej i nadmiernie obdarowuje ją swoją uwagą.

Zoey nie wie, gdzie czai się prawdziwe uczucie. Czy może jej księciem z bajki jest przystojny fotograf Robert? A może Jacek, samotny ojciec jej uczennicy? A może nowy wicedyrektor Szymon? No bo chyba nie dawna miłość, Marcin, który znikąd pojawia się po 10 latach w jej ustabilizowanym życiu. 

O ile, na początku, to nadmierne męskie zainteresowanie bardzo Zoey imponuje (zresztą kto odmówiłby bycia w centrum uwagi tak wielu interesujących mężczyzn), to po pewnym czasie, dziewczyna zaczyna być tym wszystkim zmęczona. Gdzie w całym zamieszaniu miejsce na prawdziwą miłość, której Zoey szuka? Jak w takim zgiełku odróżnić szczerość od obłudy? Bohaterka będzie musiała podjąć kilka ważnych decyzji, a pomoże jej w tym przekochany dziadek Damazy - najlepsza męska postać w tej książce!

"Nie do wiary!" jest sympatyczną opowieścią o miłości i różnych jej odcieniach. I tak, jak napisałam na początku, w sam raz nadaje się na urlop bądź lekturę na letni wieczór. Powieść czyta się ekspresowo, a kolejni adoratorzy wraz z zamieszaniem, jakie wprowadzają w życie Zoey, powodują tylko uśmiech na ustach czytelniczki. Jest to takie typowe, babskie czytadło, i nie ma sensu doszukiwać się w nim jakiegoś głębszego przesłania. No, chyba tylko takiego, żeby uważać, o czym się marzy, bo czasami marzenia mogą się spełnić, a wtedy w naszym życiu może być nieciekawie.

  Sardegna

Już czytam sam! #4 "Dziennik Cwaniaczka" Jeff Kinney


posted by Sardegna on , , , , ,

6 comments


Wydawnictwo: Nasza Księgarnia
Liczba stron:  224
Moja ocena : 4/6

Kolejna odsłona czytania mojego dziecka może wyglądać nieco dorośle, ale miało być o lekturach przeczytanych samodzielnie, więc muszę być konsekwentna.

Moja Ośmiolatka, zagorzała fanka szkolnej biblioteki, któregoś majowego dnia, przyszła do domu z jakąś mini książeczką przeznaczoną oczywiście dla pierwszaczka, wybraną przez panią bibliotekarkę, i stwierdziła, że ta książka jest głupia, a czytanie ją nudzi. Musiałam temu zaradzić! Zachęciłam ją więc, żeby porozmawiała z panią bibliotekarką i poprosiła o to, żeby mogła sobie samodzielnie coś wybrać, jakąś książkę, która  naprawdę ją zainteresuje. I wiecie co? Na drugi dzień przyszła z "Dzienniczkiem Cwaniaczka". Na szczęście pani bibliotekarka poważnie podeszła do tematu i pozwoliła mojemu dziecku pobuszować wśród regałów, i wielkie dzięki jej za to! Choć wybór mojej Ośmiolatki nie był może do końca trafiony, zniechęcenie czytaniem minęło, jak ręką odjął.

"Dzienniczek Cwaniaczka", mnie jako Mamy nie zachwycił. Jest to po prostu lektura dla starszych dzieciaków, dla uczniów starszych klas podstawówki, a nawet gimnazjalistów. Zresztą bohater Cwaniaczka, Greg, sam jest gimnazjalistą, który przeżywa swoje osobiste dramaty w znienawidzonej szkole. Gdzie zatem mojej Ośmiolatce do tego tematu?

Jednakże dałam jej wolną rękę w tym temacie i pozwoliłam doczytać do końca, choć zdawałam sobie sprawę, że połowa sytuacji opisanych w książce zupełnie jest dla niej niezrozumiała. Skupiłam się jednak na pozytywach tej lektury, a było ich kilka. Po pierwsze, samodzielny wybór pokazał mojemu dziecku, że czasami książka, która wydaje się być fajna, nie do końca taka jest, i że czasami warto zaufać starszym w wyborze tematyki, bo jednak wiedzą oni na ten temat nieco więcej. Po drugie, mimo niepasującej do wieku treści, moje dziecko książkę przeczytało bardzo szybko. Umiejętność czytania samodzielnego się kształtowała, więc w sumie cel został osiągnięty.

Mam wrażenie, że wybór "Dzienniczka..." został podyktowany fascynacją "26 - piętrowym domkiem na drzewie", który czytaliśmy ostatnio. I w sumie to też pozytyw. Moje dziecko wybiera sobie gatunki, które bardziej jej pasują. Widzę, że woli coś z humorem, napisanego z przymrużeniem oka. Raczej coś dla zadziornych, a nie dla grzecznych dziewczynek. Świadczyć może o tym wybór kolejnych książek, które akurat teraz czyta - seria o "Hani Humorek" też jest dość specyficzna. Naprawdę ciekawie jest obserwować to czytelnicze dorastanie mojej córki.

Jeśli chodzi o sam "Dziennik Cwaniaczka", to tak jak pisałam, opowiada o perypetiach Grega, niezbyt popularnego i niezbyt urodziwego nastolatka, który musi walczyć o przetrwanie w gimnazjum. Niestety koledzy nie są dla niego łaskawi, więc codziennie chłopak musi zmagać się z jakimiś nowymi problemami. Swoje przygody zapisuje w dzienniku, a notatki uzupełnia komiksowymi rysunkami.

Podobnie, jak w "26 - piętrowym domku na drzewie",  w książce na równi ważne są słowa, jak i rysunki. To taka pół książka - pół komiks, ale jak widać, młodym czytelnikom taka forma najbardziej odpowiada.

Komu mogę polecić "Dziennik Cwaniaczka"? Przede wszystkim gimnazjalistom i uczniom starszych klas szkoły podstawowej. A jeśli perypetie Grega się spodobają, czytelnik będzie miał szansę dowiedzieć się o nich coś więcej, bowiem Nasza Księgarnia, w serii Cwaniaczkowej wydała sporo tomów. Naliczyłam się ich dziewięć, a do tego są jeszcze jakieś dodatki. Wszelkie informacje znajdziecie na stronie wydawnictwa, na którą zainteresowanych zapraszam.
Sardegna

"Jedz i biegaj" Scott Jurek, Steve Friedman


posted by Sardegna on , , , , , ,

8 comments


Wydawnictwo: Galaktyka
audiobook: czas trwania 9 godzin 24 minuty
Moja ocena : 5/6
lektor: Krzysztof Banaszyk


Choć na pierwszy rzut oka mogłoby się wydawać, że "Jedz i biegaj" Scotta Jurek to kolejna motywacyjna książka, skłaniająca czytelnika do natychmiastowego porzucenia dotychczasowego trybu życia, i pobiegnięcia przed siebie, to na szczęście nią nie jest. Nie dla mnie motywacyjne gadki, swoje wiem. Jak będę chciała pobiegać to żadna książka nie będzie mi do tego potrzebna. Dlatego z zasady unikam takich propozycji. 

Jakiś czas temu miałam okazję odsłuchać podobny audiobook, zachęcający do ogólnego uprawiania sportu, autorstwa Łukasza Grassa, "Trzy mądre małpy", który rzeczywiście był fajną książką, robiącą wrażenie na takim laiku sportowym, jakim jestem ja. Natomiast po "Jedz i biegaj" sięgnęłam z ciekawości, bowiem bardziej niż zmotywowanie, interesowała mnie biografia Scotta Jurka, najbardziej znanego ultramaratończyka, na świecie. Wyobraźcie sobie sytuację, że Jurek biega po 200 km w najbardziej ekstremalnych warunkach pogodowych, w najtrudniejszych warunkach terenu i osiąga wspaniałe wyniki. Nie mogłam zrozumieć, jak to w ogóle jest możliwe! Maraton? Okej, ale cztery razy trasa maratonu? Przebiec 200 km i przeżyć? To jakaś ściema!

Postanowiłam więc dowiedzieć się, jak doszło do tego, że Scott Jurek osiągnął tak wysoki, sportowy poziom. I rzeczywiście, książka dała mi pogląd na historię człowieka, który od dzieciństwa zmagał się z różnymi przeciwnościami losu, a bieganie postanowił uczynić lekiem na całe zło otaczającego go świata.

Książka, jak dla mnie, składa się z kilku części. Jedna z nich opowiada o samym bieganiu. O przygotowaniach do poszczególnych, ważnych dla autora, biegów. Świetnie słucha się o tym, jak Jurek przemierza kolejne 50, 100km, z lekkością i bez wysiłku, których nie ogarnia zwykły człowiek. Ta część fabuły zawiera opisy przygotowań do zawodów, a także ich późniejszy przebieg. Opisuje treningi w najbardziej ekstremalnych warunkach, niskich bądź wysokich temperaturach, na pustyni czy terenach górzystych, a także radość Scotta ze zwycięstwa, jego gorycz porażki, kontuzje, chwilowe słabości, czy odpoczynek po biegu.

Kolejna część dotyczy prywatnego życia Scotta Jurka, nawiązując do różnych wydarzeń, od dzieciństwa, do dnia dzisiejszego. Opisuje sytuację rodzinną, relacje z przyjaciółmi biegaczami i nie tylko. Dlatego "Jedz i biegaj" określiłabym bardziej, jako biografię tego sportowca, niż książkę o bieganiu, dla biegaczy.

Ja w ogóle mam bardzo mieszany stosunek do tej pozycji. Z jednej strony słuchało mi się bardzo dobrze całej historii życia Jurka. Jest to bowiem człowiek absolutnie godny podziwu i naśladowania. Jego determinacja, siła woli, wytrzymałość, energia, nie podlega dyskusji i wymaga wielkiego szacunku. Z drugiej jednak strony, kiedy przesłuchałam cały audiobook, zamiast motywacji i chęci do działania, odczułam smutek. Wydawało mi, że taki sportowiec, jak Scott Jurek w tym swoim dążeniu do celu, pokonywaniu kolejnych kilometrów ultramaratonu, w osiąganiu doskonałości, odnajdzie spokój i szczęście. I z jednej strony sam Jurek tak to przedstawił, bo w taki sposób radził sobie z problemami i szukał swojego miejsca na ziemi. Z drugiej jednak strony, cały sukces, który przez lata osiągnął, nie uczynił go człowiekiem szczęśliwym. Dlatego zakończenie książki okazało się dla mnie dość przygnębiające. Nie poczułam się zmotywowana, dostałam natomiast słodko - gorzką historią życia, szalonego w swej pasji, człowieka.

Bezsprzecznym pozytywem książki jest fakt, że sporo w niej informacji na temat jadłospisu biegacza. Scott Jurek sam zresztą poświadczył, że znaczną miarą jego sukcesu jest odpowiednia dieta. W książce znajdziemy więc wiele przepisów, informacji na temat wegetariańskiego i wegańskiego odżywiania, a także sięgania po produkty, o których w znacznej mierze nie miałam pojęcia. Praktycznie pod koniec każdego rozdziału znajdują się gotowe przepisy na różnego rodzaju dania i przekąski. Wszystko wydaje mi się być bardzo smaczne i genialnie skonstruowane, jednakże większość przepisów nie jest dostosowana do realiów polskiej kuchni. Może osoby, które mają styczność z kuchnią wegańską mogłyby coś więcej na ten temat powiedzieć, natomiast dla przeciętnego "zjadacza chleba" przepisy te są raczej abstrakcją.

Tak, jak powiedziałam, sporo w  książce poświęcono sytuacji rodzinnej Jurka czy jego początków biegania, ale ja osobiście, najbardziej skupiłam się na jeszcze innej części, związanej z samymi emocjami, które towarzyszyły biegaczowi w trakcie każdego wyścigu. Sporo działo się w głowie bohatera na trasie ultramaratonu, ale spróbujcie sobie wyobrazić moc wewnętrzną, jaką musi człowiek, żeby wytrzymać 200 km biegu i do tego osiągnąć jeszcze świetny wynik. Tak, jak napisałam na początku, opowieść przyniosła mi trochę smutną refleksję, że nawet osiągnięcie tak spektakularnego sukcesu nie czyni człowieka szczęśliwym i nie daję mu wewnętrznego spokoju. Jednak to moje subiektywne zdanie na temat tej książki, bowiem mąż, który również przesłuchał Scotta Jurka odebrał książkę zupełnie inaczej. Skupił się raczej na szczegółach związanych z bieganiem i stwierdził że moje refleksje są trochę na wyrost. I może ma rację, może tylko ja reaguję w ten sposób i doszukuję się w każdej historii drugiego dna.

W każdym razie polecam tego audiobooka wszystkim osobom lubiącym ciekawe biografie, a także miłośnikom sportu. Jak widać, każdy czytelnik znajdzie w tej propozycji coś dla siebie.

Sardegna

# Nowości w mojej biblioteczce - czerwiec


posted by Sardegna on

22 comments

Czerwiec był tak niesamowicie zakręconym miesiącem w moim życiu, że w sumie nie pamiętam, żebym kiedykolwiek miała tyle do zrobienia "na wczoraj". Wiele się działo w moim życiu rodzinnym i zawodowym. Przygotowywałam się do ważnego egzaminu i kończyłam rok szkolny, wszystko na raz. Na szczęście to już za mną. Zbliża się wizja urlopu i tak długo wyczekiwanego odpoczynku, a ja strasznie się cieszę, że będę mogła naładować akumulatory przed kolejnym wrześniem. Jeśli chodzi o moje blogowe sprawy, trochę je zaniedbałam. W czerwcu opublikowałam tylko 6 wpisów, przeczytałam tez niewiele, bo zaledwie 4 książki. Coś próbowałam działać, ale nijak mi to szło. Teraz muszę nadrobić zaległości i w końcu przeczytać lektury, na które miałam olbrzymią ochotę, ale nie miałam na nie czasu.

Moje nabytki czerwcowe nie są zbyt wielkie, bowiem nigdzie nie bywałam, a propozycje recenzenckie starałam się odmawiać. Na kiermaszu szkolnym zakupiłam dla dzieci: 


"Bajki magiczne", dwa tomy "Hani Humorek", jedną część serii "Czytam sobie" - "Baba Jaga na deskorolce" oraz "Opowiadania z piaskownicy" Renaty Piątkowskiej- swoją drogą, pani Renata wychodzi na ulubioną Autorkę mojej Ośmiolatki.


 "Poza czasem szukaj" Kasi Hordyniec - przeczytana od Prószynskiego
"Pożegnanie z przeszłością" Robyn Carr i "Dopóki śpiewa słowik" Antoni Michaelis - kupione w Biedronce po 6,99 zł



"Jaśki. Repeta" i "Facecje" - kupione w promocji Znaku za 8,90 zł
"Cztery rzęsy nietoperza" Hanny Kowalewskiej - od Wydawnictwa Literackiego

 

"Biała Rika" Magdaleny Parys - od Znaku
"Macierzyństwo bez Photoshopa" - od Sensus
"Samotna gwiazda" Paullina Simons - od Świata Książki


"Nie do wiary!" Zuzanna Jędrzejewska - od Czwartej Strony

Jak widać, więcej kupiłam, niż dostałam. Teraz tylko nadrabiać zaległości i czytać. Wypadłam z blogowego świata, ale mam nadzieję, że uda mi się wrócić do niego bezboleśnie. Co u Was? Co czytacie? A może już urlopujecie? Pozdrawiam z gorącego Śląska!

Sardegna

"Facecje" Patryk Bryliński, Maciej Kaczyński


posted by Sardegna on , , , ,

8 comments

Wydawnictwo: Otwarte
Liczba stron: 198
Moja ocena : 5/6


Mało mnie ostatnio było w blogosferze, ale  wszystko, co się u mnie działo (a uwierzcie, było tego sporo), spowodowane było natłokiem spraw związanych z końcem roku szkolnego i ważnym egzaminem, który swoją drogą zdałam w środę. Dlatego dopiero teraz mogę mówić o wakacjach.

Jednakże czas wakacyjny wiąże się u mnie z nadrabianiem zaległości czytelniczych i recenzenckich, których niestety trochę się nazbierało. Mam przestój w czytaniu i opisywaniu, ale jestem dobrej myśli, że teraz pójdzie mi już z górki. 

W trakcie mojej przymusowej przerwy od bloga, zaglądałam okazjonalnie na FB i znalazłam genialną promocję Znaku - do godziny 11.00 można było kupić książki po 8,90 zł. Skorzystałam oczywiście, bo nie byłabym sobą i kupiłam dwa tytuły: "Jaśki reaktywacja", czyli kolejny tom przygód szalonych braciszków, o których pisałam w TYM poście oraz powyższe "Facecje" Patryka Brylińskiego i Macieja Kaczyńskiego. 

"Facecje", a właściwie screeny z tej książki,  przewijały mi się często na FB, a jako że lubię taki rodzaj humoru, postanowiłam przekonać się, czy cała książka jest tak zabawna, czy ma tylko genialne "momenty".
Nie wiem, czy są wśród moich czytelników osoby, które nie  kojarzą "Facecji", jeżeli jednak takie są, to pokrótce przedstawię wam, o co w nich chodzi.
Książka składa się z dialogów, wywiadów, memów, screenów wiadomości prywatnych czy smsów, postaci literackich bądź historycznych, które mogły by mieć miejsce naprawdę, gdyby owe postacie żyły współcześnie i aktywnie korzystały z mediów społecznościowych. 

Cała atrakcja polega na tym, że dialogi i wypowiedzi są związane z faktycznymi wydarzeniami bądź osiągnięciami owych osób. Wszystko przedstawione w tak zabawny sposób, językiem współczesnym, że całość wypada naprawdę dobrze i reprezentuje sobą inteligenty humor (choć czasami nie wolny od wulgaryzmów)

W książce możemy prześledzić rozmowy literatów, bohaterów książkowych, postaci historycznych czy biblijnych, a z nich moim absolutnym faworytem jest screen z tablicy Robinsona Cruzoe. Zresztą zobaczcie sami:



Na drugim miejscu plasuje się tag #PozytywneWakacje, z postaciami z nowel:


Zdaję sobie sprawę, że nie wszystkim czytelnikom "Facecje" mogą się podobać. Przemawiają zwłaszcza do młodych czytelników, którzy doskonale orientują się w zawiłościach społecznościówek i nie obcy jest im humor z nimi związany, tagi czy skróty myślowe. Jednakże jak widać, starsi czytelni też mogą się doskonale bawić podczas lektury.

Wielkim plusem tej książki jest fakt, że nawet osoba która niezbyt dobrze orientuje się w historii powszechnej bądź literaturze, posiadające elementarną wiedzę na ten temat, rozumie żarty i aluzje, do których nawiązują autorzy książki. A jeżeli zdarzy się, że jakieś dialogi są niezbyt dla niego zrozumiałe, to może właśnie czytelnik skłoni się do sięgnięcia po jakieś informacje na ten temat. 

Mnie osobiście taka forma humoru bardzo odpowiada. Śmiałam się nie jeden raz podczas lektury, choć zdaję sobie sprawę, że taka forma skrótowo - obrazkowa treści, przez niektórych może nawet nie być uznawana za książkę i nie akceptowana. Wydaje mi się jednak, że "Facecje" mają więcej pozytywów, niż negatywów, a świadczyć o tym może fakt, że są naprawdę fajnym pomysłem na przekazanie z przymrużeniem oka, wiedzy historycznej bądź znajomości lektur. Oczywiście na poziomie bardzo elementarnym, z zarysem sytuacji, ale podane czytelnikowi w bardzo przystępny, inteligentny i zabawny sposób. I to jest największym sukcesem "Facecji".

Sardegna

"Kot, który zgubil dom" i "Przejście", czyli dwa nowe tomy serii "Poczytaj ze mną"


posted by Sardegna on , , , , ,

4 comments

Rok temu, w maju, pisałam o akcji czytelniczej Wydawnictwa Egmont "Poczytaj ze mną", która wspiera ideę czytelnictwa wśród dzieci, a właściwie ideę czytania dzieciom. O czytaniu w wykonaniu moich osobistych dzieci, i o czytaniu dla nich, napisałam już wiele postów (polecam TEN, w którym piszę, jak moje dzieci nauczyły się czytać same), dlatego nie będę tego dzisiaj powielać. Chciałam natomiast zaprezentować Wam dwa nowe tomy, który pojawiły się w serii "Poczytaj ze mną" i uzupełniają kolekcję prezentowaną w TYM poście.

Do czterech książeczek w kolekcji ("Ząb czarownicy" - humor, "Na ratunek Karuzeli" - przygoda, "Pan od angielskiego" - fantasy, "Baśń o świętym spokoju" - baśń), 


dołączyły kolejne cztery ("Gdy pada deszcz. Przejście" - fantasy, "Kot, który zgubił dom" - reportaż, "Różowe babeczki" - kryminał, "Po co komu mamut?"- bajka). 

Książeczki prezentują różne gatunki literackie i pokazują małym czytelnikom, że ich lektury nie muszą ograniczać się tylko do bajek czy baśni. W zestawie znajdziemy historię przygodową, kryminalną, opowiastkę fantasy, czy mini reportaż. 

Dwie poniższe książeczki zostały osobiście wybrane przez moją Ośmiolatkę i należą akurat do gatunku fantasy i reportażu. Bardzo edukacyjna okazała się ta druga, kiedy po lekturze miałam świetną okazję wytłumaczyć Młodej, co to jest reportaż i czym się różni od tradycyjnych książeczek, które czyta.

"Kiedy pada deszcz. Przejście" Zofia Stanecka  
Liczba stron: 48
Moja ocena : 5/6


Pewnego wieczoru, kiedy pada deszcz, Gaja zauważa za oknem starszą panią - znajomą sąsiadkę, która zachowuje się nieco dziwnie. Ubiera się więc przeciwdeszczowo i wędruje jej śladem. W ten sposób trafia na magiczne przejście, a za jego drzwiami ... no właśnie! Gaja przenosi się do niezwykłej krainy pełnej przedziwnych stworzeń. 
Czy to nie jest fantasy dla najmłodszych, jak się patrzy?!



"Kot, który zgubił dom" Ewa Nowak
Liczba stron: 48
Moja ocena : 5/6


O kocie, który zgubił się rodzinie irackich emigrantów, słyszał cały świat. Kunkush, piękny rasowy zwierzak, został zabrany przez swą rodzinę i wraz z nimi uciekał z kraju. Niestety podczas transportu wypadł za burtę łodzi i zaginął bez wieści. Odnalazł się kilka tygodni później w Norwegii, gdzie jego nowi opiekunowie postanowili oddać kota prawowitym właścicielom. To niesamowita historia, która zdarzyła się naprawdę, pokazuje dzieciom, że literatura dokumentuje także autentyczne wydarzenia. Tak, jak napisałam, historia Kunkusha okazała się bardzo edukacyjna, bo poza poruszeniem kwestii reportażu, dała tez początek dyskusji o istnieniu wojen na świecie i miejsc, gdzie życie wygląda zupełnie inaczej niż w Polsce.

Jeżeli macie więc w domu pierwszo, drugoklasistę, bądź przedszkolaka, który potrafi już czytać, zachęcam do zaopatrzenia się w najnowsze tomy serii Egmontu "Poczytaj ze mną". Tekst jest doskonały do czytania samodzielnego, ale przede wszystkim do czytania z rodzicami.  Poświęcając na czytanie dziecku 20 minut dziennie, dajemy mu świetne podstawy do pokochania literatury, rozwijamy jego wyobraźnię, poszerzamy słownictwo i pokazujemy pasję. Wiem, że to wszystko zaowocuje w przyszłości. Dlatego zachęcam Was do przyłączenia się do akcji i czytania dzieciom przy każdej możliwej okazji.

Sardegna

"Biała Rika" Magdalena Parys


posted by Sardegna on , , , ,

16 comments



Wydawnictwo: Znak
Liczba stron: 304
Moja ocena : 6/6


Niezwykle trudno jest mi pisać o wyjątkowych książkach. "Biała Rika" Magdaleny Parys wzbudziła we mnie tak niesamowite emocje, że przez kilka dni od zakończenia lektury nie mogłam się zabrać za tworzenie tego wpisu. W sumie, choćbym nie wiem, jak się starała, i tak nie oddam wszystkich genialnych, ale ulotnych wrażeń, których powieść dostarcza. Proponuję więc, aby wszyscy, którzy poczuli się zaciekawieni moim wstępem, koniecznie sięgnęli po książkę i przeżyli ją po swojemu. Dla każdego czytelnika, wydarzenia i wątki, do których nawiązuje Autorka, mogą mieć inne znaczenie i mogą wiązać się z innymi wspomnieniami. 

Zanim przejdę do treści "Białej Riki", wspomnę tylko, że najważniejsza postać, narratorka - Dagmara, najpierw dziecko, później nastolatka i dorosła kobieta, jest poszukiwaczką. Osobą, która postanawia odkryć prawdę o swojej rodzinie i spróbować połączyć z nią swoje losy. Tak naprawdę nie wiadomo, ile jest Magdaleny Parys w Dagmarze, a ile Dagmary w Autorce, ale można się domyślać, że historia nie zrodziła się tylko w wyobraźni pisarki, ale ma swoje korzenie w autentycznych wydarzeniach.

Dzięki temu opowieść staje się jeszcze bardziej wyjątkowa i bliska czytelnikom. Jeżeli do tego dodamy formę, w jakiej napisana jest książka, czyli zupełnie nietradycyjną postać luźnych zapisków, szkiców, notatek spisanych na marginesie, niezredagowanych przez redaktorkę powieści, otrzymamy coś wyjątkowego: powieść - mieszankę wybuchową - sagę, która zupełnie swą formą jej nie przypomina, biografię, powieść obyczajową i filozoficzną. Historię o miłości, rozstaniu, pamięci, przebaczeniu, tęsknocie, tożsamości i poszukiwaniu swojego miejsca na ziemi. Opowieść o ludziach, którzy musieli opuścić swoje rodzinne okolice i ukochane miejsca, z różnych powodów, o ich pogodzeniu się, a czasami, o walce z losem.

Zdaje się Wam, że jest tego wszystkiego trochę za dużo? Bez obaw! Styl Autorki jest oszczędny, rozdziały krótkie, ale za to pełne treści. Wszystko tak, jak lubię: krótko i na temat. Bez przegadania, podane w interesujący i bardzo mądry sposób. Pozornie posiekana fabuła, nawiązywanie do różnych postaci, różnych przedziałów czasowych jest zmyślnym zabiegiem Autorki, który sprawia, że prezentowana historia, z rozdziału na rozdział, jawi się czytelnikowi, jako doskonała całość. 
Każdy kolejny zapisek stanowi kolejny puzzel, który idealnie pasuje do prezentowanej układanki. Bardzo mi się to podobało. Lubię lektury, które wymagają zaangażowania, a "Biała Rika" taka właśnie jest.

Historia Dagmary i jej rodziny jest trochę zamieciona pod dywan. Sporo w niej tajemnic i niewyjaśnionych spraw. Ale czy to nie brzmi znajomo? Tak przecież wygląda praktycznie historia większości naszych rodzin. Mam wrażenie, że gdybyśmy poszperali w życiorysie naszych przodków, również znaleźlibyśmy ciekawe wątki i wydarzenia, o których do tej pory, nie mieliśmy pojęcia. Dagmara chce jednak wiedzieć. Wraca do swego dzieciństwa i młodości, przeszukując wspomnienia związane z przyszywanymi dziadkami, rodzicami, dalszymi krewnymi, krok po kroku kompletując wiedzę, na temat tego, co wydarzyło się w roku 1945. Nie robi tego bezcelowo. Próbuje złączyć losy przyszywanej babci Riki z własną historią, która po latach przypomina nieco tę, sprzed sześćdziesięciu lat.

Autorka nie podaje jednak czytelnikowi gotowych rozwiązań. Sami musimy poruszać się między zawiłymi meandrami rodzinnymi, w których czasami od więzów krwi, ważniejsze są powiązania emocjonalne.
I właśnie to jest w książce wyjątkowe. Wspaniałe bogactwo doznań.

Poza tym, że w "Białej Rice" Autorka porusza ważny temat emigracji, przynależności do miejsca, do narodowości, budowania poczucia własnej tożsamości, rozlicza się z rodzinną przeszłością, pokazuje także Polskę w czasach PRLu, bardzo szczegółowo opisując ówczesną rzeczywistość, widzianą oczami dziecka. A więc, pełną pozytywów, dziecięcej naiwności, ciekawości świata i prostoty.

"Biała Rika" to mój kandydat do numeru jeden, w rankingu książek przeczytanych, w 2016 roku. Jest to wspaniała, wyjątkowa książka, która zapada w pamięci na bardzo długo. I nie chodzi tylko o fakt, że mówi o ważnych rzeczach, ale może stać się prywatnym rozliczeniem z przeszłością, dla każdego z nas. Gorąco polecam!

Sardegna

"Felix, Net i Nika oraz Klątwa Domu McKillianów" Rafał Kosik


posted by Sardegna on , , , , ,

2 comments


Wydawnictwo: Powergraph
Liczba stron: 400
Moja ocena : 4/6

Kiedyś dawno temu, miałam okazję czytać pierwszy tom kultowej serii dla młodzieży, autorstwa Rafała Kosika "Felix, Net i Nika oraz Gang Niewidzialnych Ludzi". I powiem szczerze, to był strzał w dziesiątkę! Prawdziwa petarda! Bardzo podoba mi się ta historia, młodzi bohaterowie i w ogóle cały pomysł na cykl. Nie pomyślałabym, że młodzieżowa powieść tak mnie zaciekawi. Pisałam już o tym przy okazji "Gangu Niewidzialnych Ludzi", że Felix, Net i Nika to taki kwiat współczesnej młodzieży: mądrzy, zaradni, a do tego bardzo kulturalni i sympatyczni. Gimnazjaliści, jak się patrzy! Ale tak poważnie, Autor stworzył naprawdę fajnych bohaterów i przypisał im masę interesujących przygód, przeplatanych wątkami fantastycznymi, sensacyjnymi, a czasami nawet z wątkami grozy, jak w prawdziwym horrorze.

Osobiście nie należę już do młodzieżowej grupy docelowej "Felixa, Neta i Niki", a jednak bardzo wkręciłam się w historię z tymi mądrymi dzieciakami, w roli głównej. Po "Gangu..." miałam jednak spora przerwę i dopiero teraz przeczytałam kolejny tom serii - "Felix, Net i Nika oraz Klątwa Domu McKillianów". Powyższy tom jest akurat 13 z serii i można go czytać niezależnie, jednakże obawiałam się trochę, że jednak zbyt wiele z życia bohaterów przegapiłam. 

I rzeczywiście, Felix Net i Nika nie są już tymi gimnazjalistami, których pamiętam z tomu pierwszego. Są starsi, bardziej dojrzali, mają swoje "dorosłe" problemy, pomiędzy nimi rodzą się nowe relacje (bowiem każdy z ich przeżywa swoje pierwsze miłosne rozterki). Oczywiście zagłębiając się w lekturę można zorientować się w aktualnej sytuacji bohaterów, choć polecam jednak zaznajamianie się z ich przygodami w odpowiedniej kolejności. Sytuacja, z jaką przyjdzie im zmierzyć się w tomie trzynastym, także będzie bardziej wymagająca i mroczna, od tej, z początku ich znajomości, opisanej w "Gangu...".

W ogóle, cała akcja "Klątwy Domu McKillianów" jest mroczna i niepokojąca. Wydarzenia rozgrywają się w posiadłości szkockiego zamku, w którym Felix, Net i Nika, pojawiają się na zaproszenie swojego zagranicznego przyjaciela, a na miejscu okazuje się jednak, że za sprawą niespodziewanego zbiegu okoliczności, bohaterowie zjawili się o miesiąc za wcześnie. Nikt nie czeka na ich przybycie, nikt z ich pojawienia się w posiadłości, się nie cieszy. Do tego, zamek, w którym mają spędzić najbliższe tygodnie, wydaje się być wyjętym z najstraszniejszych, wiktoriańskich horrorów. Już pierwszej nocy dzieją się jakieś niepokojące rzeczy. Całej trójce śni się ten sam sen, z krypty wychodzi jakaś tajemnicza zjawa, w fosie otaczającej szkocki zamek siedzi morski potwór. Wszyscy mają omamy wzrokowe i dziwne, niepokojące sny. Trójka przyjaciół naprawdę nie potrafi już określić, co jest prawdą, a co tylko wytworem ich wyobraźni. Właściciele zamku też wydają się być dziwni i coś wyraźnie ukrywają.

Bohaterowie próbują dowiedzieć się, co tak właściwie jest grane, i co skrywa posiadłość McKillianów. Odpowiedzi muszą szukać także w Londynie, gdzie zostają tam wysłani przez gospodarza domu, ale w stolicy czeka na nich również wiele niebezpiecznych i tajemniczych przygód. Jaką tajemnicę skrywa dom i co próbuje przekazać bohaterom? O co chodzi z tajemniczą klątwą, która ciąży na domostwie? Kim jest Valory McKillian, i co z tym wspólnego mają tajemnicze sny, które nawiedzają nastolatków?

Powiem szczerze, że "Gang Niewidzialnych Ludzi" podobał mi się bardziej niż "Klątwa...". Wolę chyba Felixa, Neta i Nike w bardziej niewinnym i dziecinnym wydaniu. Jednakże rozumiem, że bohaterowie dorastają i czytelnicy muszą podążać za nimi, ich przygodami i sprawami. Jako że zmiany są dobre, to trzeba się z nimi oswoić. Niemniej jednak, podobał mi się ten tom przygód bohaterów. Zwłaszcza część pierwsza, związana z pobytem w szkockiej posiadłości. Część druga, umiejscowiona w Londynie przypadła mi może nieco mniej do gustu, ale za to zakończenie zrekompensowało mi wszelki niedosyt. 

Na wyróżnienie zasługuje też genialnie wydanie serii, ale to nie jest nowość, bowiem Powergraph przyzwyczaił czytelników do wspaniałych wydań książek Rafała Kosika. Piękne, twarde okładki, charakterystyczna grafika. Takie książki doskonale się czyta i wspaniale kolekcjonuje na półce. Mam nadzieję, że może kiedyś uda mi zebrać całą serię przygód tych najbardziej znanych, polskich nastolatków, a kiedyś, w przyszłości, podsunąć własnym dzieciom do czytania.

Cieszę się, że seria Felix Net i Nika jest tak popularna na rynku. Jest to genialna propozycja dla nastolatków, tych starszych i tych młodszych, ale jak widać, także osoby dorosłe, czego jestem najlepszym przykładem, znajdą w serii coś dla siebie.
Sardegna

"Świerszczyk. Wielka Księga"


posted by Sardegna on , , , , ,

2 comments


Wydawnictwo: Egmont
Liczba stron: 232
Moja ocena : 6/6

Z okazji 70-lecia istnienia czasopisma dla dzieci "Świerszczyk", Wydawnictwo Egmont wydało olbrzymią, Wielką Księgę, czyli zbiór interesujących opowiadań, komiksów, czytanek, opublikowanych w wybranych, archiwalnych numerach. 

Opowiadania i wiersze znajdujące się w Wielkiej Księdze nie są ze sobą w prawdzie powiązane tematycznie, ale można doszukać się pewnego klucza, według którego zostały ułożone. Wszystko przebiega zgodnie z rokiem kalendarzowym, ale nie ma co doszukiwać się powiązań z każdą porą roku, czy miesiącem, bowiem opowiadania mają bardzo szeroką tematykę i dotykają przeróżnych dziedzin. Niektóre z nich są fantastyczne, inne pochodzą z życia codziennego dzieciaków, niektóre z nich są bajkami, jeszcze inne są bardziej współczesne. Część z nich porusza trudne tematy, część jest bardziej przyjemna i zabawna. Opowiadania są przeplatane wierszykami, a także komiksami i czytankami z dużą czcionką, do czytania samodzielnego przez małego odbiorcę. W niektórych tekstach słowa zastąpiono obrazkami, inne są króciutkimi rymowankami. 

Ogólnie, cała księga wygląda, jak Świerszczyk, tylko w sporym powiększeniu/pogrubieniu. Zawiera w sumie wszystko to, co można znaleźć w pojedynczych egzemplarzach czasopisma: coś do czytania samodzielnego, coś do czytania z rodzicami, charakterystyczne komiksy, historyjki obrazkowe, wierszyki i zabawy słowem. Do całości brakuje tylko typowych dla Świerszczyka krzyżówek, labiryntów czy innych zadań logicznych. Moim zdaniem jednak, dobrze się stało, że ich nie ma, bowiem pisanie po tak pięknie wydanej książce byłoby strasznym czynem!

Wielka Księga to świetna propozycja dla dzieciaków, rodziców, ale także nauczycieli. Opowiadania z tego zbioru można spokojnie wykorzystać na zajęciach, czytając je po kolei (tak, jak ja zrobiłam przy wieczornym czytaniu), ale także można także wybierać poszczególne historie i dopasować je do tematu lekcji. Czy to zajęcia w przedszkolu, w klasach I - III, czy na świetlicy,  Wielka Księga na pewno się przyda i będzie źródłem inspiracji dla wychowawczyń. 

Pracując owego czasu na świetlicy szkolnej, przygotowując się do zajęć, wielokrotnie korzystałam z archiwalnych numerów Świerszczyka. Aż żałuję, że nie miałam wtedy do dyspozycji Wielkiej Księgi. Z taką pomocą byłoby o wiele prostsze. 

Na uwagę zasługuje fakt, że Wielka Księga została wyróżniona w plebiscycie na najlepszą książkę dla dzieci roku 2015. Ale w sumie w ogóle mnie to nie dziwi, gdyż jest to pozycja o bardzo wielkich walorach edukacyjnych, pięknie wydana, o twardej oprawę, dobrej jakości papierze i cudnych, charakterystycznych dla czasopisma, ilustracjach. Ponad dwustu stronicowa księga to prawdziwa perełka dla fanów Świerszczyka. I nie tylko tych najmłodszych, ale i  tych nieco starszych, dla których czasopismo owego czasu odgrywało istotną rolę w życiu.
 
Moje dzieci bardzo polubiły Świerszczyka. Wiadomo, że niektóre opowiadania bardziej przypadł im do gustu, inne nieco mniej, ale liczy się ogólne wrażenie, które było bardzo pozytywne. O dziwo, Młody wykazał wielkie zainteresowanie rymowankami i krótkimi wierszami. Zdziwiło mnie to nieco, bo nigdy nie widziałam u niego większego zainteresowania poezją, a tutaj proszę, zaskoczenie! Myślę że po pierwszym czytaniu wspólnym, Siedmiolatka na pewno sięgnie po Świerszczyka, żeby przeczytać samodzielnie wybrane opowiadania. Dlatego postawiłam Wielką Księgę Świerszczyka na dolnej półce, żeby mieć do niego dostęp. Na pewno wrócimy do niego nie raz!
Sardegna

"Nieszczęścia chodzą stadami" Agata Przybyłek


posted by Sardegna on , , , , ,

8 comments


Wydawnictwo: Czwarta Strona
Liczba stron: 272
Moja ocena : 5/6


"Nieszczęścia chodzą stadami" to druga książka autorstwa Agaty Przybyłek, młodej pisarki, która zadebiutowała rok temu w Czwartej Stronie, powieścią "Nie zmienił się tylko blond". Historia Iwonki, bohaterki "Blondu..." bardzo przypadła mi do gustu, głównie ze względu na to, że była bardzo, bardzo zabawna, a mnie rzadko kiedy zdarza się autentycznie śmiać podczas lektury książki.W tym przypadku tak właśnie było, dlatego kiedy dowiedziałam się, że autorka wydaje drugą powieść, niejako kontynuację "Blondu..." od razu postanowiłam zapoznać się z perypetiami znanych mi bohaterek.

Tym razem jednak, postacią pierwszoplanową nie jest Iwonka z rodziną, tylko Marta, jej kuzynka, dziewczyna, która po latach mieszkania z granicą wraca do rodzinnej wsi Sosenek. Marta, po śmierci rodziców szukała swojego miejsca na ziemi. Po drodze, zaplątała się w dwa nieudane związki, których owocami jest dwójka nieślubnych dzieci, a ostatecznie została zmuszona do powrotu na wieś, z której tak przed laty skwapliwie uciekła.

Dla pani Halinki, mamy Iwonki pojawienie się Martusi wydaje się być zbawienne, gdyż starsza pani po wyprowadzce Iwonki i dzieciaków odczuwała wielką stratę i pustkę. Przyjazd córki chrzestnej miał być okazją do wykazania się i odwrócenia czarnych myśli i w sumie miał też być swoistą atrakcją. Okazuje się jednak, że wszystko jest pięknie tylko w teorii, bo kiedy Marta przyjeżdża do Sosenek, wychodzi na jaw jej wielka tajemnica.

Dziewczyna przyjeżdża z dwójką małych dzieci, z których jedno jest zupełnie czarne! Dla pani Halinki jest  to cios prosto w serce, dlatego postanawia za wszelką cenę ukryć małego Krzysia w czterech ścianach swojego domu, a Marcie obrzydzić pobyt we wsi tak skutecznie, aby dziewczyna wraz ze swoją dwójkę nieślubnych dzieci, jak najszybciej opuściła Sosenki i nie robiła jej "wstydu". Marta ma jednak inne plany. Postanawia nie zważać na fochy cioci Halinki i sama zatroszczyć się o los swój i swoich dzieci.

"Nieszczęścia chodzą stadami", choć napisane w podobnej formie, jak "Nie zmienił się tylko blond", nie są tak zabawne, ani humorystyczne, ale na usprawiedliwienie tego jest fakt, że historie są zupełnie inne i nie ma co ich porównywać. Opowieść o Marcie jest bardziej gorzka, niż historia Iwonki, ale też u Marty wydarzyło się o wiele więcej złego. Podobała mi się determinacja dziewczyny i próby, żeby na przekór losowi, ułożyć sobie życie. Choć Marta wydawała mi się momentami strasznie naiwna i dziecinna (może to przez te zdrobnienia imienia?), w sumie ją polubiłam i kibicowałam jej poczynaniom. Podobało mi się nawiązanie w książce do postaci, które występowały w "Blondzie". W tej części też pojawił się szalony dyrektor szkoły, panie gospodynie ze wsi, oryginalny pan Bronek, ciocia Halinka i wyjątkowo spokojny wujek, w przelocie pojawia się także Iwonka oraz jej dzieci.  Szkoda, że Autorka nie pokusiła się o rozwinięcie humorystycznej strony całej tej historii i wykreowanie zabawnej, słodko - gorzkiej opowieści. Brakowało mi śmiechu, który był dominujący w "Blondzie". Szkoda...

Powyższa powieść to już kolejna książka kobieca, wydana przez Czwartą Stronę, w "Serii z Babeczką".  Mam nadzieję, że wydawnictwo nie poprzestanie na tych tomach i wyda kolejne sympatyczne obyczajówki, z kobietami w roli głównej. A ponieważ dwie mają już zapowiedź ("Nie ma tego złego" oraz "Nie do wiary!"), zdaje mi się więc, że Wydawnictwo nie raz jeszcze zaskoczy swe czytelniczki.

Sardegna

"Macierzyństwo bez Photoshopa"


posted by Sardegna on , , , ,

12 comments


Wydawnictwo: Sensus
Liczba stron: 118
Moja ocena : 6/6

"Macierzyństwo bez Photoshopa" to zbiór szczerych, zapadających w pamięć, zapisków siedemnastu kobiet i trzech mężczyzn, które powstały z myślą o czwartej edycji charytatywnego projektu "Macierzyństwo bez lukru". Jest to akcja zaangażowana społecznie, w której matki i ojcowie nie boją się mówić prawdy o macierzyństwie i ojcostwie oraz blaskach i cieniach tego stanu.  Dochód z każdego sprzedanego egzemplarza powyższej książki, przeznaczony będzie na konto chorego Mikołaja Kamińskiego, podopiecznego Fundacji Dzieciom Zdążyć z Pomocą. 

Książka trafiła w moje ręce dzięki Jankowi z Tramwaju nr 4, który okazał się być jednym z trzech męskich głosów w tej publikacji. I powiem Wam, że chciałam tylko zerknąć na Jego tekst, a potem odłożyć książkę "na później", jednak felietony o tak bliskiej mi tematyce, tak mnie wciągnęły, że skończyłam pół godziny później z przeświadczeniem: "jak dobrze, że inne kobiety też tak mają, a ja nie jestem sama w swoich zmaganiach z kompleksami i różnymi schematami, narzucanymi matkom, przez otoczenie".

Projekt "Macierzyństwo bez Photoshopa" mówi o wyjątkowym, ale trudnym etapie w życiu kobiety, ciąży i czasie po ciąży, widzianej jednak z perspektywy kultu ciała. Mowa jest tutaj o przeświadczeniu, że kobieta po porodzie musi jak najszybciej dojść do siebie w kwestii fizycznej, a jej ciało musi przypominać to sprzed ciąży. Wiadomo, że niektóre panie mają do tego predyspozycje i praktycznie parę tygodni po, wyglądają szczupło, wracając do dobrej formy. Innym paniom zajmuje to znacznie więcej czasu. Do tego dochodzą problemy z ubraniami, które nijak nie pasują na pociążową figurę, rozstępy na brzuchu, obwisłe piersi, cellulit czy nadprogramowe kilogramy, które za nic nie chcą opuścić ciało. To wszystko nie wpływa dobrze na psychikę kobiety i na jej samopoczucie.

Znam ten ból. Przerabiałam go dwukrotnie. Nigdy nie byłam super szczupła, ale przed ciążami ważyłam całkiem niezłe 63kg przy wzroście 178 cm i byłam prawie, że zadowolona ze swojego wyglądu (mówię prawie, bo zawsze zdawało mi się, że mam za dużo tu i ówdzie, ach jaka głupia wtedy byłam!). W pierwszej ciąży przytyłam 17 kg i po porodzie bardzo długo zmagałam się z 7 kg na plus. Źle się z tym czułam, ale praktycznie za niedługo byłam w drugiej ciąży, więc dodatkowe kilogramy zeszły już na drugi plan. Kiedy urodziłam Młodego, problem wrócił, a waga nijak nie chciała wrócić do dawnych czasów. Trochę spadła poniżej granicznych 70 kg i do dzisiaj (sześć lat później) tak tkwi. 

Zmagam się z kilogramami (ach, żeby tak osiągnąć 65 kg!), zmagam się z obwisłymi ramionami (nie dla mnie bluzki czy sukienki na ramiączkach), zmagam się z tysiącem innych mniejszych lub większych niedoskonałości. Ale cóż. Taka już jestem. Mam dwójkę świetnych dzieci, kochającego męża i swoje kompleksy. "Macierzyństwo bez Photoshopa" pokazało mi, że nie jestem sama.

Powiedzcie mi tylko, dlaczego w społeczeństwie tkwi takie głupie przeświadczenie, że na dojście do siebie po porodzie ma się kilka tygodni? Że jeżeli po urodzeniu dziecka wygląda się inaczej niż przed ciążą, to coś jest nie tak? Długo zajęło mi ogarnięcie się po ciążach. I uwierzcie mi, nie były to tygodnie. Cieszę się, że ktoś głośno o tym powiedział, pokazał, że większość kobiet ma podobne problemy i wewnętrzne dylematy. Dobrze, że w publikacji ujęty został także męski punkt widzenia, który czasami, nam kobietom, wydaje się być zupełnie inny, od istniejącego.

Moje wrażenia na temat przedstawionych felietonów są bardzo pozytywne. Choć może nie zgadzam się z punktem widzenia niektórych pań, nie można im odebrać tego, że spojrzenie na ciało, jest ich własną, osobistą sprawą.  Podobały mi się bardzo wypowiedzi trzech mężczyzn. Mam wrażenie, że większość panów mogłaby się uczyć od Autorów, tego racjonalnego i mądrego spojrzenia na swoje żony. Ciąża, poród i pierwsze momenty macierzyństwo nie są łatwe. Natomiast w społeczeństwie istnieje moda na ocenianie, komentowanie i krytykowanie. Kobieta powinna zachowywać się i wyglądać tak, jak tego otoczenie od niej oczekuję. Autorzy zbioru pokazują, że jest to nieprawda, i że nie musi to tak wyglądać. Można przeżyć macierzyństwo po swojemu i nie trzeba się wstydzić swojego ciała 

Takie książki, jak powyższa, są potrzebne zwyczajnym ludziom. Zwyczajnym kobietom i mężczyznom. Aby pokazać, że zwykłe życie codzienne to nie jest reklama telewizyjna ani serial, w którym uśmiechnięta mama - piękna szczupła kobieta, z wypielęgnowanymi paznokciami i włosami, ubrana w najdroższe ciuchy, podaje śniadanie swoim idealnie ubranym, czystym, uczesanym zadowolonym dzieciom. To tak nie działa. Rzeczywistość jest zupełnie inna, a świadomość naprawdę pomaga w życiu. Można dążyć do doskonałości na swój sposób, ale na szczęście nie trzeba wzorować się na sztucznie wykreowanych postaciach z telewizji czy internetu.

"Macierzyństwo bez Photoshopa" to pokazuje. I chwała mu za to!

Sardegna