"Poza czasem szukaj" Katarzyna Hordyniec


posted by Sardegna on , , , ,

18 comments


 Wydawnictwo: Prószyński i S-ka
Liczba stron:  344
Moja ocena : 5/6

Lubię bardzo czytać powieści Autorów, których znam osobiście. Książka ma dla mnie wtedy zupełnie inne znaczenie, choć nie ukrywam, że zawsze, kiedy sięgam po taki tytuł, mam pewne obawy. Czy mi się spodoba? A co, jeśli nie? Zawsze jestem szczera w swej opinii, staram się więc nie zwracać na to uwagi, czy znam Autora, czy też nie, ale czasami jest to trudniejsze, niż mogło by się wydawać. 

Na szczęście, w przypadku powieści "Poza czasem szukaj",  moje obawy okazały się być zupełnie bezpodstawne. Katarzyna Hordyniec to nasza blogowa koleżanka, którą miałam okazję poznać osobiście, wprawdzie przelotnie, ale zawsze, rok temu, na Warszawskich Targach Książki. Kobieta sympatyczna, przebojowa, emanująca pozytywną energią, którą przekazuje swoim internetowym znajomym, zarówno przez blogowe, jak i FB, wpisy. Kasia napisała przefajną, romantyczną powieść dla kobiet, taką baśń dla dużych dziewczynek, o miłości, namiętności, spełnionych pragnieniach. O uczuciu takim, które może trafić się każdemu, w każdym wieku, i w każdym momencie życia. 

Lena mieszka w Koszalinie, ma fajnego faceta, stabilną, ale nieco nudnawą pracę, i wie, że to nie jest to, czego oczekuje od życia. Pragnie jakiejś zmiany, chce doświadczyć prawdziwego uczucia, namiętności, szaleństwa, którego nie daje jej obecny chłopak.. Postanawia więc zostawić swoje dotychczasowe życie, postawić wszystko na jedną kartę, i wyruszyć do stolicy. Warszawa okazuje się być dla Leny wyjątkowo przyjazna i łaskawa. Udaje jej się znaleźć fajną pracę w korporacji, zaprzyjaźnić z nowymi kolegami z branży, zmienić też swój image, z szarej gąski w seksowną kobietę. Jednakże najbardziej przełomowym momentem w jej nowym życiu będzie spotkanie z Juliuszem, eleganckim i szarmanckim sześćdziesięciolatkiem, w którym Lena zakochuje się praktycznie od pierwszego wejrzenia, i to z wzajemnością.

W ciągu kilku dni życie Leny zostaje wywrócone do góry nogami. Nowy, szalony związek, pełen będzie emocji, wzlotów i upadków. Dwoje dojrzałych ludzi przeżywać będzie miłosne rozterki, jak para zakochanych do szaleństwa, nastolatków. A ponieważ Jul nie jest człowiekiem bez skazy, ma za sobą wiele związków, a jeden z nich praktycznie nie jest jeszcze zakończony, Lena miota się w swoich uczuciach, jak zakochana siedemnastolatka, sama nie wiedząc, czego oczekuje od ukochanego. Podobnie zresztą zachowuje się Juliusz, dla którego młodsza o trzydzieści lat Lena, rzeczywiście staje się kimś ważnym, i to dla niej postanawia zawalczyć się o wspólną przyszłość. 

Czy rozumiecie już, co miałam na myśli pisząc, że "Poza czasem szukaj" to baśń dla dużych dziewczynek? Jest to taka bajkowa historia miłosna, nie mająca w sumie prawa, wydarzyć się w życiu realnym. To znaczy w miłość wierzę, bo może się zdarzyć każdemu, bez względu na wiek, ani pochodzenie. Natomiast cała otoczka tej historii, związana z pobytem bohaterki w Warszawie, natychmiastowym zaaklimatyzowaniem się, znalezieniem dobrze płatnej pracy, nawiązywaniem przyjaźni, momentalnym znalezieniem idealnego mieszkania ... to wszystko tak bardzo optymistyczne i pozytywne, a jednak tak bardzo nierealne... tak bajkowe...

W każdym razie, nie da się ukryć, że książka poprawia humor, nastraja pozytywnie, a ja sama po lekturze czułam wielkie rozmarzenie i malusieńką tęsknotę za emocjami, związanymi ze stanem szaleńczego zakochania. Ach! te motyle w brzuchu! Podchodziłam jednak do tej tej historii z przymrużeniem oka, bo wizja Juliana, romantycznego kochanka w wieku mojego ojca, trochę mi jednak przeszkadzała. Podobały mi się za to wszelkie wątki, bliskie Autorce. Sporo miejsca w tej historii zostało poświęcone książkom i technikom makijażu, czyli tematom, które są bliskie Kasi Hordyniec, wszystko to oczywiście w ukochanej Warszawie, na którą rzeczywiście czytelnik może spojrzeć oczami Autorki.

Moim zdaniem, debiut Kasi Hordyniec jest bardzo udany. Tylko tak, jak pisałam na początku, trzeba nastawić się na sympatyczny romans z wątkami erotycznymi, bajkę dla dużych dziewczynek. Nie należy spodziewać  się poważnej obyczajówki, bo wtedy rozczarowanie może być spore, a to przecież nie o to chodzi. 

Nie wiem, ile jest Leny w Kasi, a ile Kasi w Lenie, ale podoba mi się ta historia. Czułam się, jakbym wędrowała znajomymi trasami z bohaterką i Autorką, po Warszawie, choć po prawdzie byłam w stolicy tylko raz. Skusiłam się też na odsłuchanie piosenki "Poza czasem", Doroty Miśkiewicz, która inspirowała Autorkę, w trakcie pisania, choć to zupełnie nie moja muzyczna bajka. Wkręciłam się, i o to przecież w literaturze chodzi. Jeżeli więc macie ochotę na taką lekką i przyjemną opowieść, polecam!

Sardegna

Wieczorne czytanie pod hasłem "zwierzęta"


posted by Sardegna on , , , , , , , , ,

2 comments

Dawno nie było u mnie wpisu na temat wieczornego czytania dzieciom. Powód tego jest bardzo prosty: odświeżaliśmy całą serię o kocie Cukierku, autorstwa pana Waldemara Cichoń. Nie tworzyłam na ten temat osobnego postu, bowiem pisałam już o Cukierku dwa razy: TU i TU. Postanowiłam wstrzymać się trochę i opisać zbiorczo tytuły, które zebrały się w międzyczasie.

Wydawnictwo: Dreams
Liczba stron: 64
Moja ocena : 6/6

 Na początek, czwarty tom przygód Cukierka, uroczego kota, który mieszka z Marcelem, Maćkiem, Mamą i Tatą. Z tą serią o Cukierku sprawa wygląda następująco: pierwszy tom czytałam dzieciakom w roku 2012, drugi i trzeci, rok później, ale przy okazji odświeżyłam im historię od początku. Potem przez trzy lata książki zaległy na półkach, aż do tego momentu, kiedy Siedmiolatka zażądała ponownego przeczytania serii, bowiem... "Mamo, musisz nam przeczytać te opowiadania, bo mamy przecież teraz własnego kota!"

I powiem Wam, coś w tym jest. Trzy lata temu, książeczki podobały się moim dzieciom, i to nawet bardzo, ale ekscytacja, jaką wykazali aktualnie, okazała się bez porównania większa! Wpłynął na to chyba rzeczywiście nasz osobisty kot, który mieszka z nami od niedawna. Wcześniej miło słuchało się o przygodach kota, ale były to tylko opowiastki. Kiedy mają już swojego pupila, wiedzą, jak dokładnie sprawa wygląda i odbiór książki jest już zupełnie inny.

Część czwarta "Jak się masz Cukierku?" przyniesiona została ze szkolnej biblioteki i zawiera szereg kolejnych, zabawnych opowiadań o pupilu Marcela. Tym razem Cukierek występuje w reklamie telewizyjnej, zostaje wysłany na misję schwytania myszy do sąsiada, wręcza z chłopakami prezent na Dzień Mamy, kolejny raz wędruje do weterynarza, pada ofiara fryzjera - amatora, ma urodziny, zakochuje się i zostaje o nim napisany wiersz. Poza tym, rodzina Marcela powiększa się o nowego domownika. Także w życiu Cukierka zajda zmiany, i to poważne!

Książeczka jest niesamowita. Trzy lata temu oceniłam serię na 5/6, dziś zdecydowanie zmieniam ocenę na maksymalną. A może na mnie też zadziała obecność własnego, prawdziwego kiciusia, którego, mimo psot i bałaganu, nie da się nie kochać. 

***
Kolejnymi lekturami wieczornego czytania są dwie książeczki autorstwa Holly Webb. Nieco rozbieżne tematycznie, ale standardowo - o zwierzętach. "Czaruś, mały uciekinier" to typowa historyjka z serii "Zaopiekuj się mną". "Szukając misia" jest trochę nietypowa, powiedziałabym, że nawet z elementem fantastycznym.


Wydawnictwo: Zielona Sowa
Liczba stron: 134
Moja ocena : 4/6

Cóż mogę napisać o tej opowiastce innego, niż do tej pory pisałam o książkach z tej serii? ...W sumie to nic nowego. Historia jakich wiele w tej kolekcji. Milusi pupilek, tym razem szczeniaczek rasy labrador, opiekun, który nie może zająć się pieskiem, i trójka dzieciaków, którzy z ochotą przejmą jego obowiązki. Sympatyczna historyjka, o tym, jak pomóc starszemu człowiekowi, oraz o tym, jak mądrymi istotami są zwierzęta. Wszystko super, tylko czemu te książeczki są pisane w identyczny sposób, z identycznymi ilustracjami? Ja poczułam się zmęczona, ale Siedmiolatce się podobało, a do tego sama wybrała książkę ze szkolnej biblioteki, więc wiecie. Nie można dziecka zniechęcać. Mam nadzieję, że za jakiś czas sama dojdzie do wniosku, że czas już zakończyć przygodę z ta serią i zabrać się za coś konkretniejszego. 

Wydawnictwo: Znak
Liczba stron: 132
Moja ocena : 4/6

"Szukając misia" należy do serii "Przyjaciele Holly Webb", a kupiłam go za grosze na wyprzedaży internetowej. W założeniu historyjka ma opowiadać o misiu, który zamieszkał w ogrodzie dzieciaków Cassie i Bena, tak naprawdę jednak, mówi o problemach dzieciaków: z kolegami w szkole, z wiecznie nieobecnym tatą, szukaniem przyjaciół, akceptacją i wyrażaniem siebie. Mnie osobiście strasznie przygnębiła ta opowiastka. Strasznie dużo zwaliło się na dzieciaki, a misio miał być dla nich pomocą i ostoją, ale czy naprawdę się nim stal? Moim zdaniem, tym oparciem okazał się dla Bena i Cassie ktoś zupełnie inny, i w sumie fajnie, że fabuła skręciła w nieoczekiwanym kierunku, tylko po co ten cały miś! Miał być kluczowym zwierzątkiem, był postacią co najmniej drugo, albo i trzecioplanową. Średnio mi się to podobało i dzieciom chyba też, bo co chwilę dopytywali o misia, który był jakby nieobecny. Ale mam teraz nauczkę, dwa razy się zastanowię zanim kupię kolejny tom z serii "Przyjaciele...". Już chyba wolę "Zaopiekuj się mną"!

***
Jeśli chodzi o aktualne lektury wieczorne dzieciaki zażyczyły sobie powtórnego przeczytania "Dundzi, Panka i przyjaciół" oraz "Twardego orzecha do zgryzienia", więc notek na ich temat nie będzie, bo się już pojawiły TU i TU. 
Kiedy już dokończę lekturę, biorę się za "Wielką Księgę Świerszczyka". Czekajcie na nowy wpis! Pozdrawiam
Sardegna

"Pippi wchodzi na pokład" Astrid Lingren


posted by Sardegna on , , , , ,

4 comments


Wydawnictwo: Jung - off - ska
audiobook: czas trwania 3 godziny
Moja ocena : 6/6
lektor: Edyta Jungowska

Pippi dała się już poznać, od najlepszej strony, mnie i  moim dzieciom! Wydana przez Naszą Księgarnię, w pięknej okładce, z okazji jubileuszu symbolicznych "70 urodzin", "Pippi Pończoszanka" urzekła całą naszą rodzinę. Moje dzieciaki oszalały na jej punkcie, a i mnie naprawdę spodobały się przygody tej szalonej dziewczynki (wcześniej bowiem ich nie czytałam).

Korzystając z darmowych kodów na audiobooki, nie wahałam się ani chwili, kiedy zobaczyłam, że dostępny jest tytuł z Pippi w roli głównej. Słyszałam już o Wydawnictwie Jung - off - ska, które pod wodzą aktorki Edyty Jungowskiej, w roli szefowej i lektora zarazem, wydało kilka książek Astrid Lindgren w formie audiobooków dla dzieci. Postanowiłam więc sprawdzić, czy moje dzieci polubią też przygody Pippi w formie dźwiękowej.
Oczywiście zachwytom było co niemiara! Audiobook mamy już od dobrych paru miesięcy i ciągle jest on na tapecie wieczornego słuchania do poduszki. Dzień w dzień, a właściwie noc w noc, na przemian z "Rumcajsem" i "Kubusiem Puchatkiem", Pippi kołysze do snu moje dzieci. Choć z tym kołysaniem bym nie przesadzała, bowiem trudno zasnąć przy wesołym zawołaniu dziewczynki "Nie martwcie się o mnie, ja sobie zawsze dam radę! Nie martwcie się o mnie!"

Ale tak poważnie mówiąc, Pippi w formie dźwiękowej jest tak samo lubiana przez moje dzieci, jak Pippi w formie literackiej. O ile nawet nie bardziej, bowiem Mama nie potrafi tak dobrze mówić głosem Pippi, tak jak robi to Pani Edyta Jungowska! Świetna interpretacja lektorki to połowa sukcesu, a w tym przypadku interpretacja jest wręcz genialna. Do tego wstawki dźwiękowe, przerywniki, piosenka początkowa i finałowa. Naprawdę dobra robota! Dzieciaki z chęcią słuchają opowiadań, a przy okazji przyswajają sobie całą historię Pippi. Moja Siedmiolatka potrafi opowiedzieć na wyrywki, co działo się w poszczególnych rozdziałach.

Przygody Pippi, która wchodzi na pokład statku "Podfruwajka" były dla nas zupełnie nieznane. Tej części nie czytaliśmy, ale na szczęście początkowe dwa rozdziały są wprowadzeniem do całej opowieści, więc przypominają kim jest Pippi, jej przyjaciele, Annika i Tomi. Opisują także, gdzie i z kim Pippi mieszka, więc nawet dla dzieciaków, które nie czytały "Pippi Pończoszanki", opowiadania będą zrozumiałe. Kolejne już rozdziały są zupełnie nowe. Opisują przygody dziewczynki, kiedy wybiera się na jarmark, pisze list, udaje się z przyjaciółmi na bezludną wyspę, a także, kiedy przybywa do niej niespodziewany, bardzo ważny dla całej opowieści, gość.

Pippi wsiada na pokład "Podfuwajki", ponieważ od zawsze planowała zostać piratem i teraz właśnie to marzenie ma się spełnić. Annika i Tomi nie są jednak zachwyceni pomysłem  przyjaciółki. Jak zakończy się ta przygoda Pippi? Czy dziewczynka opuści na zawsze Willę Śmiesznotkę?

Pippi, jak zawsze, stanęła na wysokości zadania. Rozbawiła czytelników, ale pokazała też, że trzeba bronić słabszych i zawsze stać po ich stronie. Nie można bać się wypowiadać swojego zdania, trzeba być koleżeńskim i odważnym.

I mówię Wam, przefajny to audiobook. W sumie tego się po nim spodziewałam, ale nie przewidziałam, że lektorka, pani Edyta Jungowska, od tej pory, aż tak będzie kojarzyć mi się z Pippi. Polecam audiobook wszystkim dzieciakom lubiącym Astrid Lindgren, a także rodzicom, którzy, gwarantuję, będą się w towarzystwie Pippi także świetnie bawić. Z chęcią zaopatrzę moje dzieci w kolejne słuchowiska z Wydawnictwa Jung - off - ska, bo zdaje mi się, że do moich dzieci, Pippi nie może mówić już innym głosem! 

Sardegna

"Don Kichot z La Manchy" Miguel de Cervantes Saavedra


posted by Sardegna on , , , , ,

8 comments


Wydawnictwo: Wolne Lektury
audiobook: czas trwania 33 godziny i 59 minut 
Moja ocena : 4/6
lektor: Wiktor Korzeniewski

Zrobiłam to! Przesłuchałam całego "Don Kichota", choć zajęło mi to ogromną ilość czasu i niezliczoną ilość dni! Nie ukrywam, jestem z siebie dumna, a to przede wszystkim dlatego, że nadrobiłam zaległość, mającą dobre piętnaście lat!

Powieść ta była moim wyrzutem sumienia jeszcze z czasów licealnych. Wtedy to czytałam absolutnie wszystkie, zadane lektury, i w sumie, cieszę się, że owego czasu byłam tak obowiązkowa, bowiem aktualnie jakoś nie ciągnie mnie do klasyki, więc co przeczytałam i poznałam, to moje. "Don Kichota" po prostu nie zdążyłam przeczytać przed maturą, bo przeraziło mnie to ponad 1000 stronicowe tomiszcze. Później nie miałam już czasu, ani też po prawdzie, ochoty, na doczytanie zaległej lektury. Ale, ale! Co się odwlecze... Po piętnastu latach od matury, postanowiłam sama sobie zrobić prezent i wrócić do tego tytułu. Od razu jednak wiedziałam, że nie dam rady przeczytać książki w formie papierowej. Z pomocą przyszły więc Wolne Lektury i audiobook, w prawdzie, o ogromnej liczbie rozdziałów, ale zawsze to pewne ułatwienie.

Co ja właściwie wiedziałam o Don Kichocie? Że walczył z wiatrakami? Miał giermka Sancho Pansa? I to właściwie byłoby na tyle. Z wielką ciekawością zabrałam się więc za odsłuchiwanie tej historii, żeby zorientować się, o co tak naprawdę w niej chodzi.

Don Kichot to tak po prawdzie szlachcic Alonzo z La Manchy, który spędził swe życie na czytaniu poematów rycerskich i romansów. Zauroczony historiami, w jakich się lubował,  postanawia zostać błędnym rycerzem, mieć wszystkie cnoty, charakteryzujące takiego niemalże nadludzkiego bohatera, bronić za cenę własnej krwi damy swego serca i służyć ludzkości swą odwaga i męstwem. Na swojego towarzysza i giermka wybiera wieśniaka Sancho Pansę, a na ukochaną - wieśniaczkę Aldonę Lorenzo, nazywając ją dumie Dulcyneą z Toboso. Don Kichot na swym rumaku Rosynandzie, z giermkiem u boku, wyrusza na misję ratowania świata. Jego przygody dalekie jednak są od poważnych poczynań rycerskich, choć w mniemaniu bohatera, takie właśnie są. Wszelkie niepowodzenia, rycerz zrzuca na działanie magii nieprzychylnego mu czarnoksiężnika, i zupełnie nie rozumie wątpiących spojrzeń, napotkanych po drodze wędrowców.

Don Kichot wiele sobie poczyna, wszystko jednak w dobrej wierze i głębokim przekonaniu, że działa tak, jak błędni rycerze z najznamienitszych powieści. To nic, że słynne wiatraki, bierze za olbrzymów, walcząc z nimi zaciekle. Podobnie traktuje bukłaki z winem, stado owiec uważa za armię nieprzyjaciela, grono żałobników za diabłów, a mnichów za pomocników czarnoksiężnika. Miskę balwierską uważa za najznakomitszy hełm, karczmarza za kasztelana, służącą za piękną księżniczkę, a karczmę za okazały zamek. Traktowanie więc krzepkiej Aldony Lorenzo, o nie najlepszej opinii, jak cudowną piękność, Dulcyneę z Toboso, nie wydaje się już przy tych wszystkich dziwactwach Don Kichota, niczym dziwnym.

Rycerz wędruje po okolicy zadziwiając ludzi swoim zachowaniem i piękną, wyszukaną mową, która nijak nie pasuje do rzeczywistości. Nie trudno domyślić się więc, że postać Don Kichota zaczyna przeszkadzać co niektórym. Postanawiają oni "nawrócić" szlachcica na właściwą drogę, paląc jego ukochane księgi, a kiedy to nie skutkuje, maskaradą i podstępnie wymyślonymi historiami, sprowadzić go, jak obłąkanego, do rodzinnej wioski.

To jednak nie koniec przygód błędnego rycerza, bowiem  po chwilowym przestoju, z jeszcze większą mocą wyrusza ratować świat. Jego sława zaczyna go już wyprzedzać, a napotkani po drodze wędrowcy znają czyny szalonego, czy też dla innych, bohaterskiego, Don Kichota. Zwrotem akcji będzie spotkanie Don Kichota z księciem i księżną, którzy to postanowią zabawić się kosztem bohaterów, i wprowadzą niezły zamęt w ich, i tak zakręconym, życiu.

W podróży Don Kichota i Sancho Pansy działo się znacznie, ale to zacznie więcej. Ich wędrówki przeplatają się z opowieściami napotkanych osób. Poza główną opowieścią, toczą się więc poboczne, dodatkowe wątki, często zajmujące kilkanaście rozdziałów. Choćby historia pustelnika Kardenia, opisująca jego miłosne rozterki, albo związana z tą opowieścią, ale zupełnie innym wątkiem, historia Doroty, napotkanej po drodze piękności, w męskim przebraniu.

Nie da się ukryć, że historia Don Kichota napisana jest z wielkim rozmachem, ale nietrudno sobie wyobrazić, ile przygód, legend, opowieści, monologów i dysput miało miejsce na ponad tysiącu kartach tej powieści, i przez 33 godziny trwania tego audiobooka.
Skłamałabym, jeżeli powiedziałabym, że powieść powaliła mnie na kolana, i słuchałam jej treści z zapartym tchem, non stop. Moim zdaniem, ta historia ma swoje "momenty". Niektóre fragmenty opowieści rzeczywiście są kluczowe, bardzo wciągające czy zabawne. Zwłaszcza te, zawarte w pierwszej części historii. Sporo jest jednak wątków dodatkowych, monologów Don Kichota, czy Sanchy, składających się z głównie z przysłów, które prawdziwie nużą czytelnika. Choć jestem w stanie zrozumieć, że wyszukiwanie w całej tej opowieści, smaczków, czy nawiązań (nieco prześmiewczych), do utworów rycerskich, pełnych patosu i chwalebnych czynów, tak popularnych, w owym czasie, też może mieć swój urok.
Oczywiście moje zapiski nie stanowią ani streszczenia tej lektury, ani jej charakterystyki. Ot moje luźne wrażenia, bo jak wiadomo, żadna ze mnie polonistka. Nie pokuszę się absolutnie o żadną profesjonalną charakterystykę postaci, czy motywów, które Autor zaprezentował w swej powieści. Jako zwykły, szary czytelnik powiem tylko, że Don Kichot wzbudził moją sympatię, i właściwie przez większość jego przygód, trzymałam kciuki, coby się nikomu nie naraził, i mógł spokojnie "bawić" się dalej w rycerza błędnego.

Autentycznie cieszę się, że udało mi się poznać całość przygód Don Kichota i jego nieco uciążliwego giermka, Sancho Pansy. Jedna zaległość (i to jaka!) mniej. A Wy drodzy czytelnicy? Czytaliście? Planujecie? W razie czego, Wolne Lektury służą darmowym audiobookiem.

Sardegna

"26 - piętrowy domek na drzewie" Ady Griffiths, Terry Denton


posted by Sardegna on , , , , , ,

No comments


Wydawnictwo: Nasza Księgarnia
Liczba stron: 350
 Moja ocena : 5/6


"26 - piętrowy domek na drzewie" to druga część książkowo - komiksowego cyklu, autorstwa Andy'ego Griffiths i Terry'ego Dentona. Czemu ta historia jest książkowo - komiksowa? Bowiem "Domek na drzewie" wygląda, jak pełnowymiarowa książka - ma zresztą ponad 300 stron, w rzeczywistości jest jednakże świetnie skonstruowanym komiksem, z wieloma cało stronicowymi ilustracjami i niewielką ilością tekstu.

Zanim przejdę do treści, muszę nadmienić, że moja Siedmiolatka oszalała na punkcie tej książki. Przeczytała ją w dwa, trzy wieczory, (w sumie nie było to trudne, kiedy teksu było naprawdę niewiele), ale super pozytywne dla niej samej było to, że po raz pierwszy przeczytała samodzielnie "tak grubą" książkę! Oczywiście, gdyby zebrać sam tekst, nie przekroczyłby on stu stron, ale przecież nie o to chodzi. Czytanie ma sprawiać dziecku przyjemność, a przeczytanie "26-piętrowego domku na drzewie" okazało się wyjątkową przyjemnością!

Andy i Terry to najlepsi kumple, którzy zbudowali sobie genialny domek na drzewie. Początkowo mieli 13 piętrowy domek (tom pierwszy), ale go rozbudowali do 26 pięter. W przygotowaniu jest jeszcze domek 39 piętrowy (tom trzeci), więc widocznie chłopcy mają jeszcze masę pomysłów na zagospodarowanie wolnego miejsca w swojej siedzibie.

Nie myślcie, że ten domek na drzewie to jakaś chatynka z drewna. To pełnowymiarowa rezydencja, pełna niesamowitych pomieszczeń, basenów, platform czy skoczni. W 26 - piętrowym domku znaleźć można tor wyścigowy, tor do jazdy na deskorolkach, komorę antygrawitacyjną, arenę do walk w błocie, studio nagraniowe, lodowisko, basen z rekinami, Labirynt Śmierci czy lodziarnię z lodami we wszystkich, dostępnych smakach. W swoim domku Andy pisze książki, a Terry je ilustruje, ale nie tylko! Chłopaki bawią się i korzystają z różnych atrakcji, przy okazji pakując się w niezłe tarapaty (wpakowanie bokserek do basenu pełnego rekinów, to tylko jeden z przykładów).

W tej części przygód Andy'ego i Terry'ego, czytelnicy mogą dowiedzieć się, jak chłopcy się poznali i jaką przygodę przeżyli, walcząc na oceanie, z piratami, przy okazji tegoż poznania, właśnie. Właściwie te dwa motywy stanowią większą część opowiastki, mam bowiem wrażenie, że o samym domku i jego pomieszczeniach traktuje bardziej tom pierwszy.

To oczywiście w niczym nie przeszkodziło mojej Siedmiolatce, która przeczytała całość z wypiekami na twarzy i zadowolona, że ma za sobą tak grubą książkę, poprosiła o więcej. Kiedy zapytałam, co tak właściwie najbardziej jej się w tym "26 - piętrowym domku na drzewie" podobało, stwierdziła, że, kiedy o nim czytała, czuła się, jakby była w środku, i razem z chłopakami przeżywała ich przygody. Niektóre z nich bardzo ją śmieszyły np. różne wersje historii poznania się chłopaków, czy historia z wypraniem bokserek w zbiorniku z rekinami, ale najfajniesze było to, że opowieść była uwaga! komiksem.

No proszę! Tego nie przewidziałam, że w domu, w którym rodzice nie czytają komiksów, i praktycznie ich nie posiadają, dziecko zapała uczuciem do tej formy. Miło!

Podsumowując, serię o domku na drzewie polecam dzieciakom w wieku 6 - 10 lat. Młodszym na pewno dobrze zrobi samodzielne przeczytanie tekstu i satysfakcja z "własnoręcznie" przeczytanej książki, starsi za to będą mogli wkręcić się w specyficzny humor Andy'ego i Terry'ego, i wyszukiwać w opowieści, co lepsze smaczki. Poza tym, jak widać, książka może stać się początkiem fascynacji dziecka, komiksami.

Sardegna

"Czarownica" Anna Litwinek


posted by Sardegna on , , , ,

8 comments


Wydawnictwo: Znak
Liczba stron: 400
Moja ocena : 4/6

Miałam ostatnio okazję czytać przedpremierowo "Czarownicę", debiutancką powieść Anny Litwinek, wydaną przez wydawnictwo Znak  Miałam taką okazję, niestety nie zdążyłam tego zrobić w odpowiednim czasie przed datą planowanej premiery, i przeczytałam ją znacznie później. Dlaczego? Postaram się to wyjaśnić. 

Jestem niestety zawiedziona. Oczekiwałam naprawdę fajnej historii, zwłaszcza po intrygującym opisie, który zapowiadał emocjonującą opowieść, więc tym bardziej jest mi trochę przykro, że nie zaiskrzyło. Żałuję bardzo, bo sam pomysł i początek nastrajał bardzo pozytywnie. 

Sonia Hunamska to wyjątkowa kobieta o nieprzeciętnej urodzie. Pracuje w lokalnej gazecie i pisze artykuł o dziwnym pochówku na miejskim cmentarzu. Ktoś jednak stara się przeszkodzić Soni w dziennikarskim śledztwie, robi to jednak na tyle dyskretnie, że kobieta nie ma o tym pojęcia. Do tego, zbliżając się do swoich trzydziestych urodzin, Sonia odkrywa w sobie jakiś niespotykany, nadprzyrodzony dar, który wiąże się w jakiś sposób z jej zaginioną, przed laty, matką. W zrozumieniu tego daru pomaga kobiecie nieco ekscentryczna ciocia Hala, która więcej chyba przed siostrzenicą ukrywa, niż odkrywa. Do tego wszystkiego dochodzi jeszcze ojciec Soni, który ma tatarskie korzenie, a jego przodkowie również obdarzeni byli wyjątkowymi mocami. Dziewczyna przyjmuje więc swoje dziedzictwo, początkowo bardzo nieufnie, ale z każdym kolejnym dniem z większą ciekawością, przeplataną strachem, zarazem.  
W życiu bohaterki ważne znaczenie będzie miała także obecność dwóch mężczyzn: skromnego, ale wyjątkowo inteligentnego archeologa, Ivo Petrarka, oraz nieziemsko przystojnego, ale niebezpiecznego, prawnika Aleksandra Sola.  

No i powiedzcie sami, czy czytając ten opis, historia nie wydaje się wam niesamowicie interesująca? No właśnie. Tylko w moim przypadku nie tak do końca ... Nie potrafiłam wkręcić się jakoś w tę historię. Sporo w niej retrospekcji, zapisów snu na jawie, nawiązań do  przeszłości, które tak właściwie nie wiadomo, czy są wspomnieniami rzeczywistymi, czy tylko rozgrywają się w umyśle głównej bohaterki, a może w świecie równoległym. Podobnie jest z nawiązywaniem co chwilę do dokumentów, zapisów, publikacji, na temat czarownic, sił natury, magii ziemi czy wody.

Rozumiem, że to wszystko ma swoje usprawiedliwienie w fabule. W końcu Sonia próbuje dowiedzieć się, jaką siłą dysponuje. Wiem też, że wymagało to od Autorki wielkiego przygotowania i zgromadzenia olbrzymiej ilości materiałów źródłowych, i rzeczywiście widać, że pani Anna Litwinek dobrze orientuje się w tym temacie i wie, o czym pisze. Natomiast dla mnie, zwykłego, szarego czytelnika, całe to odrywanie się od wątku głównego strasznie nużyło. Zamiast skupiać się na fabule, co chwilę uciekałam myślami od właściwej akcji i nie nadążałam za wydarzeniami. 

Wydawało mi się, że historia Soni, która będzie przyjmowała swoje magiczne dziedzictwo potoczy się wartko, tym bardziej, że akcja dzieje się w ciągu paru dni, wszystko jednak okazało się bardzo rozwlekłe. Sonia z jednej strony nic nie wie o swojej matce i dziedzictwie, a kiedy się w końcu o tym dowiaduje, przyjmuje to wszystko bardzo naturalnie, jakby nie było to dla niej żadną tajemnicą. Zgrzytało mi zachowanie bohaterki, nie potrafiłam podążyć za jej historią i jakoś się z tym utożsamić. Podobnie zresztą zgrzytała mi sprawa z archeologiem, który początkowo jest zupełnie obcym człowiekiem dla Soni, mężczyzną który ma jej tylko pomóc w napisaniu artykułu. Znają się przelotnie, widzieli raz czy dwa, i nagle znikąd, Petrarka staje się dla bohaterki bardzo bliską osobą. A Kościół? A Sol? Wszyscy o wszystkich wszystko wiedzą, tylko skąd? 

Jakoś ta historia nie do końca mnie przekonała, dlatego czytałam ją i czytałam bardzo długo, na raty i nie zdążyłam na czas premiery. Z pozytywów, brawa za piękną okładkę, bowiem kobieta na niej przedstawiona idealnie, moim zdaniem, oddaje charakter Soni Hunamskiej. Jednakże okładka to nie wszystko, dlatego daję powieści czwórkę, ale jeżeli ktoś czuję, że ta historia może mu się spodobać, lubi magię natury i chcę  dowiedzieć się na ten temat czegoś więcej, zachęcam do sięgnięcia po "Czarownicę" Anny Litwinek. Z tego, co się zorientowałam, książka zdobywa dużo pozytywnych recenzji, więc może Wam bardziej przypadnie do gustu, niż mnie.

 Sardegna

"Cześć, co słychać?" Magdalena Witkiewicz


posted by Sardegna on , , , ,

8 comments

Wydawnictwo: Filia
Liczba stron: 316
Moja ocena : 6/6

Wydawało mi się, że Magda Witkiewicz nie jest w stanie mnie już niczym zaskoczyć. Czytam bardzo wiele powieści jej autorstwa, dobrze czuję się w tematyce, jaką porusza, i zdawało mi się, że jestem na bieżąco z jej nowościami. Dlatego otrzymanie tej książki, było dla mnie wielką niespodzianką. Obserwowałam na FB szeroko rozpowszechnioną akcję promocyjną książki "Cześć, co słychać?", i sama byłam bardzo ciekawa, o czym ona właściwie jest, ale nie miałam pojęcia, że Autorka zrobi mi taką niespodziankę i prześle mi ją przedpremierowo!

Niektóre z powieści Magdy Witkiewicz są zaangażowane w trudną tematykę społeczną. Często dotykają zagadnień kontrowersyjnych bądź po prostu pomijanych lub przemilczanych, przez szersze grono. I ta najnowsza powieść taka właśnie jest. Mówi o sprawach, które są gdzieś zamiatane pod dywan. Przez to stanie się tak ważna dla kobiet - zwyczajnych żon i matek - i śmiem twierdzić, że okaże się najbardziej emocjonalną książką, wydaną, jak dotąd przez Autorkę.

"Cześć, co słychać?" to historia kobiety 40 letniej, która prowadzi zupełnie zwyczajne, stabilne życie. Od piętnastu lat ten sam mąż, dwie córki, praca i dom. Spokojna, ustabilizowana codzienność, może trochę nudnawa, daje się Zuzannie nieco we znaki. Wiadomo, codzienne obowiązki domowe, opieka nad córkami, wieczna gonitwa, przytłumia uczucie, które łączy ją z mężem. Romantyzm i emocje, związane ze stanem zakochania dawno już minęły. Mąż nie kupuje kwiatów bez okazji, nie zaskakuje romantycznymi gestami, a Zuza od lat nie czuje już "motyli w brzuchu" (znajome to, czyż nie?). Z historią Zuzanny każda czytelniczka może się po części identyfikować. Ja sama też poczułam więź z moją imienniczką zresztą, choć może do 40 i tego przełomu w jej życiu, jeszcze trochę mi brakuje. 

Życie Zuzy biegłoby dalej ustalonym torem, gdyby nie spotkanie z koleżankami z liceum. Kobieta konfrontuje swoje życie z losami trzech przyjaciółek z przed lat: Iwoną, Agnieszką i Moniką, z których każda jest na innym etapie życia. Iwona jest piękną i zgrabną singielką, podróżującą po całym świecie i ubierającą się u najlepszych projektantów. Agnieszka ma fajnego męża i nastoletniego syna, i czas na własne pasje, a Monika, która zaszła w ciążę tuż po maturze, ma teraz dorosłą córkę i z mężem nadrabiają stracony czas. 

Zuza nie potrafi poradzić sobie z poczuciem, że jej życie jest monotonne, skupione tylko na dzieciach i nieco nudnym mężu. Chciałaby przeżywać miłosne uniesienia, na nowo poczuć emocje, związane z zakochaniem i romantyczną miłością, których niestety nie doświadcza w życiu codziennym. To wszystko skłania kobietę do sentymentalnego powrotu do swej pierwszej miłości. Niestety na wspomnieniach się nie kończy i Zuza, pod wpływem impulsu, trochę z nudów, trochę z ciekawości, odzywa się do Pawła na FB z pytaniem: "cześć, co słychać?"

To niewinne zdanie rozpoczyna całą lawinę wydarzeń. Ponieważ Zuza żądna jest nowych wrażeń i emocji, nawiązuje niewinny romans ze swoim dawnym chłopakiem, który z czasem przeradza się w coś większego. Kobieta będzie musiała się określić i wybrać to, co jest dla niej w życiu najważniejsze, a będzie musiała dokonać tego w krótkim czasie, bowiem los podejmie pewne decyzje bez jej udziału ...

Nową powieść Magdy Witkiewicz czytałam z niesamowitymi emocjami. Znalazłam w Zuzannie część siebie, ale mam wrażenie, nie tylko ja. Że każdej czytelniczce z kilkuletnim, małżeńskim stażem, przytrafia się taki moment, kiedy zastanawia się nad tym, co by było gdyby ... że każda z nich ma swoje wspomnienia, i konfrontacje oczekiwań z przeszłości, z teraźniejszością. Dlatego ta książka jest tak wyjątkowa dla każdej z kobiet. Nie może być jednak inaczej, kiedy to w owej historii znajduje się fragmencik swojego życiorysu.

Wraz z książką przyszła refleksja: co jest w życiu mi potrzebne, czego oczekuję, czego kiedyś chciałam, a co po prostu mam. W sumie lektura tylko potwierdziła moje przemyślenia na ten temat (które snułam kiedyś tam), że dla mnie w życiu najważniejszy jest święty spokój. Stabilność, stałość i pewność u boku ukochanej osoby. Motyle, i to ogromne, już przeżyłam, a ponieważ każdy moment życia ma swoje fajerwerki, pozytywne emocje i wrażenia nadal są mi bliskie. Wyglądają tylko nieco inaczej. Każdy kiedyś miał swoją nastoletnią miłość. Jednakże ja, wracając do swoich wspomnień, poza delikatnym uśmiechem, który mogę sobie samej z przed lat, przesłać, na pewno nie chciałbym wrócić do tamtego czasu. Bo ma się to nijak, do mojego obecnego życia.

Magda Witkiewicz kolejny raz swojej powieści poruszyła niesamowicie ważny temat dla wielu kobiet. Sprawę, która jest pomijana, albo bagatelizowana. Teraz można o niej podyskutować, podzielić się wrażeniami, przemyśleniami. Widać to po wielu wpisach na FB, dotyczących książki. Treść poruszyła czytelniczki. Znalazły w Zuzannie siebie. I za to oklaski dla Autorki. Takie książki chce się czytać!

W ogóle, dla mnie "Cześć, co słychać?" jest jakby dwuczęściowa. Pierwsza część to jest właśnie ta kwestia, którą powyżej opisałam, natomiast część druga nawiązuje do czegoś zupełnie innego (nie będę się rozpisywać na ten temat, zostawię to do oceny czytelniczek). Osobiście, dla mnie jednak tego wątku mogłoby w książce nie być. Nie dlatego, że jest on nieistotny (bo jest), ale został przedstawiony bardzo skrótowo. Dla mnie większą wartość miałby w sytuacji, gdyby Autorka poświęciła mu osobną powieść. I na to po cichu liczę!

Jeszcze raz bardzo polecam książkę wszystkim kobietom. Myślę, że dla niektórych może stać się zimnym prysznicem, wstrząsem, który spowoduje, że jeszcze raz przemyślą swoje dotychczasowe życie i wyciągną z niego odpowiednie wnioski.
Sardegna

# Nowości w mojej biblioteczce - kwiecień


posted by Sardegna on

32 comments

Miesiąc temu, w pocie stosikowym, pisałam, że nie ogarniam, mam mało czasu na bloga, czytanie i w ogóle w moim życiu panuje chaos. Patrząc na kwiecień, mam wrażenie, że to co działo się w marcu było tylko dziecinną igraszką. Teraz to dopiero nie wiem, w co mam włożyć ręce. Jak się domyślacie, w nawale tych spraw, blog i blogosfera jest na ostatnim miejscu. Widać to w rzadziej pojawiających się wpisach, mojej małej aktywności na FB. Niestety, ale blog to tylko moje hobby, a prawdziwe życie toczy się swoim torem...

Z innych newsów: nie będę mogła pojawić się na TK w Warszawie, ale będę śledzić relacje znajomych blogerów, którzy na pewno się tam pojawią. Na szczęście, coś w ogóle jeszcze czytam, choć raczej wolno. Gorzej natomiast idzie mi opisywanie.

Nowości książkowe z kwietnia prezentują się dość okazale, ale na swoje usprawiedliwienie mam jednak fakt, że większość z nich dotarła pod koniec marca, kiedy to miałam już przygotowany post stosikowy. Także te książki się praktycznie nie liczą...


"Rewizja" Remigiusz mróz
"Nieszczęścia chodzą stadami" Agata Przybyłej
"Unik" Chelsea Cain
"Tymczasowa żona" Jennifer Klinec - od Czwartej Strony

 "Chciałbym mieć psa" Marcin Pałasz - zakup własny, na spotkaniu autorskim (o którym możecie przeczytać TU)


"Głos" Arnaldur Indriðason - odsłuchałam kiedyś w formie audiobooka, ale zbieram serię Lato z kryminałem, więc się zaopatrzyłam
"Miasto w zieleni i błękicie" Anna Kantoch - kupione na wyprzedaży
"Niebo nad pustynią" Anna Łacina - od Naszej Księgarni
"Najszczęśliwsza dziewczyna na świecie" Jessica Knoll - od Znaku


"Większy kawałek nieba" Krystyny Mirek, miałam okazję przeczytać przedpremierowo, niestety nie zdążyłam... Moja opinia pojawi się więc nieco później


Dwa tomy "Amelii i Kuby" oraz trzy części przygód "Felixa, Neta i Niki" od Powergraphu


Dwie książeczki z serii "Czytam sobie..." dla moich dzieci od Egmontu

oraz dwie najnowsze wisienki na torcie:
"Cześć, co słychać? " Magdy Witkiewicz
"Świerszczyk. Wielka księga" od Egmontu

Trzymajcie kciuki, żeby maj dał mi trochę wytchnienia. Najlepiej już w ten przedłużony weekend majowy!
Pozdrawiam i życzę Wam miłego wypoczynku!

Sardegna

"Unik" Chelsea Cain


posted by Sardegna on , , , ,

10 comments


Wydawnictwo: Czwarta Strona
Liczba stron: 350
Moja ocena : 6/6


Parę weekendów temu (kiedy nie miałam jeszcze zastoju czytelniczego), przeczytałam genialną powieść. Książkę, po której miałam poważne problemy ze snem i nocne koszmary z fabułą w roli głównej. Nawet na FB zadałam pytanie, o to, kto zgadnie, jaka książka tak mnie przeraziła. Padło kilka tytułów, ale dopiero po podpowiedzi, że powieść dotyczy dzieci - niestety, wskazano prawidłową odpowiedź, że to "Unik" Chelsea Cain.

"Unik" to zeszłomiesięczna nowość Czwartej Strony. Jest to thriller utrzymujący czytelnika w napięciu, aż do ostatniej strony, i choć czytałam w recenzjach, że jest raczej "lekki" (w stylu, nie w tematyce), absolutnie się z tym nie zgodzę.  Fabuła powieści nawiązuje do spraw kryminalnych, z udziałem dzieci. Także dla mnie, taka książka zawsze będzie bardzo trudna do przyswojenia, i odbiorę ją bardzo emocjonalnie. Kiedy czytam o tych najgorszych przestępstwach, w które wplątane są dzieci, mam potem najgorsze wizje i koszmary nocne. Ale to moje osobiste zdanie, bo wiem, że takie lektury najbardziej działają na  czytelniczki - matki, więc może dla innych czytelników ten thriller jest średnio straszny. Dla mnie był mega straszny!

Bohaterką całej tej opowieści jest Kick Lannigan, szesnastolatka, która mimo młodego wieku przeżyła w swoim życiu prawdziwy koszmar (właściwie to do teraz nie mam pojęcia, jak udało jej się normalnie funkcjonować po tym, co się jej przydarzyło). Dziewczyna, w wieku sześciu lat, została porwana przez grupę pedofilów i wykorzystywana przez nich, przez kilka następnych lat, do produkcji pornograficznych. Pomimo całego koszmaru, jaki przeżywała codziennego, nauczyła się w miarę funkcjonować w tej brutalnej rzeczywistości, zapominając o swoim prawdziwym nazwisku i rodzinie. W "nowym" życiu, pod imieniem Beth, nawiązała nawet ze swoim porywaczem - opiekunem, chorą, ojcowską relację.

Kiedy po czterech latach zostaje odbita z rąk przestępców, uczy się żyć na nowo, a swoje nastoletnie życie opiera na sztukach walki, samoobronie, zdobywaniu sprawności i nowych umiejętności, w walce z różnymi rodzajami broni. W ten sposób czuję się bezpieczna i próbuję poradzić sobie z przeszłością.

Niestety koszmar Kik wraca, kiedy w jej okolicy zaczynają ginąć małe dzieci, a podejrzenie pada, na nieuchwytną od lat, szajkę pedofilów. Dziewczyna postanawia pomóc w odnalezieniu dzieci i angażuję się w śledztwo. W całej akcji bierze udział także tajemniczy agent Bishop, który nie wiadomo do końca, z jakimi służbami współpracuje. Najważniejsze jest jednak to, że dobrze dogaduje się z Kik i pomaga dziewczynie w całej tej trudnej sytuacji. Kik, bazując na wspomnieniach z przeszłości, na mikroskopijnych śladach i strzępkach informacji, wyrusza z Bishopem na poszukiwanie dzieci. Śledztwo doprowadzi ją do miejsc, o których pragnęłaby na zawsze zapomnieć.

I tak, jak napisałam na początku, powieść jest bardzo dobra, trzyma czytelnika w napięciu do ostatniej strony, i choć Autorka ograniczyła sceny brutalne z udziałem dzieci, do minimum (i dzięki jej za to!), to i tak opowieść robi swoje. Zresztą nie od dziś wiadomo, że jeżeli historia ma dobrą narrację, to niektóre fakty przekazywane są czytelnikom między wierszami, i nie trzeba tedy umieszczać w książce makabrycznych opisów, żeby czytelnik czuł się przerażony. Jeżeli więc nie boicie się zarwanej nocy, ani wstrząsającej lektury "Unik" będzie do tego odpowiednią lekturą.

Sardegna

Dwa spotkania autorskie na okoliczność Światowego Dnia Książki


posted by Sardegna on ,

6 comments

Może trochę pokombinowałam z tytułem postu, bowiem oba spotkania odbyły się w czwartek 20.04.16, czyli nie do końca w Światowy Dzień Książki, ale na tę okazję zostały pewnie zorganizowane, więc w sumie tytuł się liczy. Zanim napiszę parę konkretów o samych spotkaniach, muszę się trochę usprawiedliwić. Sprawy zdrowotne znowu odciągnęły mnie od bloga i blogosfery. Nie miałam czasu ani tez ochoty, na uczestnictwo w żadnych imprezach, spotkaniach autorskich czy innych, ciekawych, kwietniowych wydarzeniach. ŚBKi organizują wymiany książkowe praktycznie co 2, 3 tygodnie w różnych miejscach Śląska (dzisiaj na przykład wymiana odbywa się w Sosnowcu), a ja niestety nie uczestniczyłam praktycznie w żadnej z nich. Sami wiecie, jak to jest, kiedy coś nie gra w życiu osobistym, nie ma się ochoty na pisanie i czytanie. Stąd też moja cisza blogowa.

W zeszłym tygodniu udało mi się jednak wziąć udział w dwóch spotkaniach autorskich, odbywających się tego samego dnia. Pierwsze spotkanie miało miejsce przed południem, w mojej pobliskiej MBP, więc dotarłam na nie przed pracą, i choć musiałam niestety wcześniej wyjść, udało mi się zakupić upatrzoną książkę i zdobyć podpis Autora. Drugie spotkanie, zorganizowane w Zabrzu, przez Księgarnię Victoria, miało miejsce wieczorem, i okazało się być jednym, z najciekawszych, w jakim przyszło mi brać udział.  

Pierwsze ze spotkań odbyło się w mikołowskiej MBP, a zaproszonym gościem był pan Marcin Pałasz. Autor, którego znam i bardzo lubię, za serię o Elfie ("Sposób na Elfa", "Elfie, gdzie jesteś?", "Elf Wszechmogący", "Elf i dom strachów", "Elf i pierwsza gwiazdka"), ale przede wszystkim za humor, dystans i świetny sposób komunikowania się z najmłodszymi czytelnikami. Spotkanie autorskie zaplanowano z dzieciakami z mojego miasta, ale spokojnie można było wejść poza grupą zorganizowaną. Jako że pan Marcin Pałasz jest świetnym gawędziarzem, anegdotami rozbawiał dziecięcą publiczność, która sama przyznała, że spodziewała się poważnego "pana pisarza", a nie takiego "normalnego" człowieka, który ciekawie i zabawnie opowiada. Spotkanie pełne było więc wybuchów śmiechu i pytań zachwyconych dzieciaków, a Autor doskonale pokazał, że spotkanie autorskie nie musi być nudnym czasem spędzonym w bibliotece, tylko ciekawą przygodą, pełną śmiesznych sytuacji i radosnych przekrzykiwań. Dzieci były zachwycone! Ja również, aczkolwiek żałuję, że nie dane mi było przywitać się osobiście z Autorem. Mam nadzieję że jeszcze kiedyś uda mi się dłużej porozmawiać z panem Marcinem i poprosić go o brakujące wpisy do książek.

Na spotkaniu zakupiłam brakującą do kolekcji książeczkę "Chciałbym mieć psa, czyli jak wychować człowieka" i przez koleżankę poprosić o wpis dla moich dzieci. Radość w domu była wielka, bo to już kolejna książka podpisana specjalnie dla nich, od kolejnego pana Autora. Sami więc rozumiecie!


Drugie spotkanie natomiast, było jednym z najciekawszych, na jakich kiedykolwiek byłam. A mowa tutaj o spotkaniu zorganizowanym przez Księgarnię Victoria, z panem Marcinem Melonem. Pan Marcin jest Autorem genialnej serii lekkich kryminałów o Komisorzu Hanusiku, wydanej przez wydawnictwo Silesia Progress. Miałam wprawdzie okazję czytać tylko ostatni, z trzech dostępnych tomów, ale jeżeli tylko będę miała możliwość, na pewno przeczytam wszystkie.

"Komisorz Hanusik i Sznupok" jest dla mnie wyjątkową książką, głównie przez to, że jest napisany w gwarze śląskiej (dla osób, które nie potrafią czytać w gwarze, tekst jest przetłumaczony na język polski), ale nie tylko. Książka ta uświadomiła mi sporo, odnośnie znajomości i posługiwania się gwarą w moim domu.
Coś więcej na ten temat napiszę w osobnym poście, bo nie potrafię, jak na razie zebrać myśli w konkretną całość.  Na spotkanie autorskie wybrałam się ze swoim własnym egzemplarzem, w którym mam milion pozaznaczanych fragmentów: tych co ciekawszych, tych bardziej ulubionych, wyjątkowych, po prostu.



Pan Marcin Melon jest doskonałym rozmówcą. Świetnie odpowiadał na wszelkie pytania prowadzącej, naszej blogowej koleżanki Ilony Chylińskiej, dotyczących gwary śląskiej, naleciałości z języka niemieckiego i rosyjskiego, opowiadał o swoich wspomnieniach z dzieciństwa, związanych z gwarą, mówił o inspiracji, które wykorzystał w trzecim tomie Hanusika, planach na przyszłość i kolejnym projekcie, nad którym pracuje. Cierpliwie i wyczerpująco odpowiadał na pytania czytelników, w tym moje (pytań miałam więcej, ale może jeszcze będę miała okazję zadać je, przy kolejnej okazji), a spotkanie przebiegło w bardzo przyjaznej atmosferze. Widać od razu, że czytelnicy obecni na spotkaniu są w pewien sposób związani z gwarą śląską. Jest im ona bliska i żałuję, że ta wzajemna wymiana informacji i przemyśleń, na temat śląskij godki, była taka krótka.


Uwielbiam takie spotkania autorskie, w których dyskusja jest autentyczna i żywa. To zdecydowanie do takich należało. Pan Marcin podpisał się na moim egzemplarzu Komisorza Hanusika, a ja mam nadzieję, na kolejne spotkanie (może będę już po lekturze dwóch pierwszych części Komisorza)

Sardegna

"Klątwa utopców" Iwona Banach


posted by Sardegna on , , , , ,

6 comments

Wydawnictwo: Nasza Księgarnia
Liczba stron: 400
Moja ocena : 3/6


Dzisiejszy wpis nie będzie oryginalny, ponieważ nie tak dawno pisałam o serii Babie lato, Naszej Księgarni, i polecałam świetną książkę należącą do tej kolekcji.
"Klątwa utopców", z którą dziś przychodzę, jest kolejną powieścią z tej serii, ale niestety w jej ocenie będę trochę bardziej krytyczna. Już teraz jest mi przykro z tego powodu, ponieważ niemiłe słowa będę musiała skierować pod adresem książki autorstwa Iwony Banach. Autorki, którą bardzo lubię i cenię. Dlatego tym bardziej jest to dla mnie trudne.

Iwonę Banach poznałam osobiście, dawno temu, na Targach Książki w Katowicach, i poprosiłam wtedy o podpis na genialnej książce "Pocałunek fauna". Przypominam ten tytuł praktycznie przy każdej okazji, bowiem do dziś mam ciary na samo wspomnienie o tej historii (swoją drogą, muszę koniecznie przeczytać ją ponownie). 

Po dość długiej przerwie, Autorka wydała trzy kobiece książki (czwarta w drodze), właśnie w serii Babie lato. Są to powieści z założenia lekkie, łatwe, przyjemne i zabawne. Ja jednak nie wpasowałam się jakoś w zaprezentowane poczucie humoru, bo o ile "Szczęśliwy pech" autentycznie mnie rozbawił, był zabawną historią pełną gagów, śmiesznych scenek sytuacyjnych, z sympatyczną, pechową bohaterką, to już kolejny "Lokator do wynajęcia" nie podobał mi się zupełnie.

Kiedy na rynku pojawiła się "Klątwa utopców" postanowiłam dać sobie i książce szansę. Sprawdzić, czy tym razem historia do mnie trafi i mnie rozśmieszy, czy nadal nie jest to ten humor, który do mnie przemawia.

Niestety, moje wrażenia z lektury nie są pozytywne. Powiem szczerze, nie pamiętam kiedy ostatnio tak długo czytałam książkę, która z założenia ma być lekka, łatwa i przyjemna. To, co z zasady miało bawić i umilać lekturę, męczyło mnie strasznie. Nie potrafiłam przebić się przez ogrom gagów i żartów sytuacyjnych, którymi, tak, jak w przypadku "Lokatora do wynajęcia", książka została przeładowana. Każde wydarzenie, jakie przytrafiło się bohaterce, każdy dialog jest jednym wielkim "gagiem". Ogrom przejęzyczeń, niedomówień, brak "normalności". Rozumiem, że historia ta miała być zabawną opowieścią, ale ja osobiście nie znalazłam w niej ani jednego momentu, który jest tak po prostu zwyczajny. Wszystko jest szalone, zakręcone, a jeden żart sytuacyjny goni drugi...

Za dużo tego wszystkiego. Taki nadmiar mnie zdecydowanie nie bawi. Ale to chyba z moim poczuciem humoru jest coś nie tak, bo w sumie niewiele jest książek, przy których śmieję się szczerze, tak do łez. Mam jednak wrażenie, że w przypadku "Klątwy utopców" hasło "mniej, znaczy lepiej" doskonale by się sprawdziło.

Szkoda, że pomysł na książkę, który wydaje się być trafiony, nie uratował mojego odbioru książki. Wysłanie bohaterki Dagmary, typowego mieszczucha, na wieś na Roztocze, w celu opiekowania się dziadkiem, jest tylko początkiem szalonej jazdy bez trzymanki. Dziewczyna niezbyt chętnie podejmuje temat, ale w towarzystwie przyjaciółki i chłopaka postanawia wywiązać się z zadania. Problem w tym, że kiedy docierają na miejsce, okazuje się, że dziadek gdzieś zniknął, a mieszkańcy wioski są naprawdę oryginalni! W otoczeniu dziewczyny zaczynają ginąć ludzie, a wszystko wydaje się być jakoś powiązane z nią samą. O co chodzi z klątwą utopców i kto tak naprawdę zabił?

Wszystko brzmi ładnie, pięknie i interesująco, tylko tak po prawdzie, na skutek tego przeładowania żartami sytuacyjnymi, zupełnie nie nadążałam za akcją, aż w końcu gdzieś zgubiłam wątek i niestety nie odnalazłam go do końca książki...

Przykro mi, bo nie lubię pisać negatywnych opinii, ale w innym wypadku nie byłabym szczera. "Klątwa  utopców" mi się nie podobała, ale jeżeli macie ochotę sprawdzić, czy zaprezentowane poczucie humoru do Was trafia, sięgajcie śmiało. Tylko na własną odpowiedzialność!

Sardegna

"Pina, zrób coś!" Maciejka Mazan


posted by Sardegna on , , , , ,

12 comments


Wydawnictwo: Nasza Księgarnia
Liczba stron: 270
Moja ocena : 6/6

Dopadł mnie ostatnio jakiś kryzys czytelniczy. Niby czytam, niby idę do przodu, jednakże mam wrażenie, że jakoś słabo mi to wychodzi. Chyba dopadło mnie coś na kształt przesilenia wiosennego. Na szczęście trafiłam na książkę, którą pochłonęłam w jeden weekendowy dzień, spędzając z nią przemiłe chwile, i odzyskując wiarę w to, że mam jednak siłę na czytanie i potrafię to zrobić jednak na zupełnym luzie. Uff...

Seria "Babie lato" Naszej Księgarni stanowi dla mnie gwarancją dobrej lektury. Mam w swej kolekcji około 16 tomów, i większość z nich to powieści naprawdę dobre. Nowością w serii, mającą premierę dosłownie w zeszłym miesiącu, jest książka "Pina, zrób coś!", autorstwa Maciejki Mazan.  Autorka jest osobą bardzo twórczą, związaną z teatrem, literaturą, zajmuje się tłumaczeniami, reżyseruje, pisze teksty piosenek i zajmuje się ich przekładem. Po prostu wszechstronna osoba, a po lekturze jej powieści, mogę też stwierdzić, że i świetna pisarka, która potrafi doskonale zebrać zabawne scenki sytuacyjne, w słodko - gorzką historię.

"Pina, zrób coś!" to przede wszystkim opowieść o przyjaźni. Owszem, jest to zabawna historia, podczas czytania której nie raz zaśmiałam się szczerze (co dość rzadko mi się zdarza), zaznaczyłam nawet cztery kultowe, według mnie,  momenty, które dosłownie rozwalają system. Pomimo to jednak uważam, że jest to książka przede wszystkim o sile przyjaźni, i o tym, do jakich poświęceń skłonni są ludzie dla bliskiej osoby.

Pina wraz z przyjaciółmi: Waltrudą, Weroniką, Adrianem, Helą, Moniką i Jacusiem, zakładają amatorski teatr. Postanawiają opóźnić nieco moment podjęcia "dorosłej" i poważnej pracy, licząc na to, że może uda im się zrobić ze swojej artystycznej działalności sposób na życie. Jednak na ich artystyczne poczynania nadciągają czarne chmury, w postaci niespodziewanej choroby młodszej siostry Moniki. Dziewczyna potrzebuje zebrać zawrotną sumę pieniędzy na operację siostry, dlatego przyjaciele stawiają wszystko na jedną kartę i postanawiają za wszelką cenę pomóc przyjaciółce.
Rozszerzają swą działalność o wszelkie możliwe występy i castingi, aby zebrać, jak największą ilość funduszy. I tak zaczyna się szalony wyścig przyjaciół, z czasem, o zawrotną kwotę. Maraton artystyczny odbywać się będzie w przedszkolach (teatrzyki dla najmłodszych), na konkursie talentów, festiwalu piosenki, a kiedy trzeba będzie, to nawet na ... koncercie disco polo.
Pina i przyjaciele nie boję się żadnych wyzwań i każdemu zleceniu stawią dzielnie czoła. I choć niektóre prace zupełnie rozmijają się z ich zainteresowaniami czy umiejętnościami, w myśl zasady, że nie mogę zawieść swojej przyjaciółki, dążą uparcie do celu.  

Opowieść pełna jest śmiesznych scenek sytuacyjnych, ale nie jest nimi przeładowana. Są one raczej elementem fabuły, taką wisienką na torcie, sprawiającą, że tą historię naprawdę chce się czytać, i robi się to z autentyczną przyjemnością! Uwielbiam taki moment, kiedy sięgam po powieść nieznanej mi Autorki, a książka okazuje się genialna. Mogłabym potem o niej dyskutować, wymieniać się "smaczkami", polecać innym. "Pina, zrób coś!" to świetna historia. Przemyślana, dobrze skonstruowana, zabawna, potrafiącą przeciągnąć sceptycznego czytelnika na swoją stronę. 
Dlatego bardzo serdecznie ją polecam i wyczekuję dalszych powieści pani Maciejki Mazan.


Sardegna

"Kuba i Amelia. Godzina duchów" oraz ... "Amelia i Kuba. Godzina duchów" Rafał Kosik


posted by Sardegna on , , , ,

2 comments

W zeszłe wakacje przeczytałam świetną książkę dla dzieci i młodzieży. "Amelia i Kuba. Kuba i Amelia. Nowa szkoła", autorstwa pana Rafała Kosik okazała się propozycją nieco inną niż te, do których przyzwyczaił nas Autor. Nie jest to seria "Felix Net i Nika" (z której miałam okazję czytać na razie jeden tom), ani fantastyka dla dorosłych, tylko historia przeznaczona raczej dla młodszej młodzieży, czyli dzieciaków będących uczniami starszych klas szkoły podstawowej. "Nowa szkoła" była to właściwie druga część przygód Amelii i Kuby, oraz ich nieco ekscentrycznego rodzeństwa.
 
  Wydawnictwo: Powergraph
Liczba stron: 280
Moja ocena : 6/6

To było rok temu, za to teraz miałam okazję zapoznać się z poprzednią częścią tej opowieści, czyli pierwszym, a właściwie pierwszym i drugim tomem historii, z "Godziną duchów" w tytule.
Rozpoczynając swoją opowieść o szalonych jedenastolatkach, Autor rozpisał ją na dwa oddzielne tomy. W pierwszym z nich wydarzenia opisane są z perspektywy chłopaka, natomiast w drugim tomie, pokazano punkt widzenia Amelii. 

We wspomnianej przeze mnie "Nowej szkole" punkty widzenia obu dzieciaków zostały zawarte w jednej książce. I to jest moim zdaniem, rozwiązanie idealne. Jakkolwiek podobały mi się oba powyższe tomy, większość historii została w nich powtórzona. Zdecydowanie lepszym rozwiązaniem jest połączyć oba punkty widzenia w jeden, grubszy zbiór. Tyle marudzenia, bo wracając do "Godziny duchów", cieszę się bardzo, że miałam okazję zapoznać się z początkiem historii Amelii i Kuby i dowiedzieć się, jak wyglądały początki ich znajomości, i sprawdzić, co właściwie się wydarzyło, kiedy rodzina Kuby wprowadziła się na nowe osiedle.

Kuba wraz z rodzicami i szaloną, sześcioletnią siostrą Mi, przeprowadza się do nowego apartamentowca, nazywanego Zamkiem, w którym mieszkają już: jedenastoletnia Amelia, jej dziewięcioletni brat Albert, chłopak o ekscentrycznych zainteresowaniach i nieco "dziwnym" zachowaniu, a także Klementyna, przyjaciółka Amelii.  Dzieciaki początkowo nieufne, bardzo szybko się dogadują, a elementem, który ostatecznie spoi ich przyjaźń, będzie tajemniczy "Dziwny dom", w którym przeżyją niesamowitą przygodę.

Ale wszystko zaczynie się od tego, że ktoś śledzi dzieciaki dronem, a ci idąc za "prześladowcą" trafią do opuszczonego domu. W jednym z jego mrocznych pomieszczeń odkryją wielki zbiornik, z ulatniającym się niebieskawym dymem. Kuba Amelia i Albert zaobserwują także pojawiające się o określonej godzinie, w apartamentowcu, zjawiska nadprzyrodzone. Dojdą do wniosku, że ich obecność, może mieć związek z tym, co odkryli w Dziwnym domu.

Nadprzyrodzone historie będą toczyć się własnym rytmem, ale oprócz tego ważne będą także "sprawy osobiste" Amelii i Kuby. Chłopakowi bardzo podoba się nowa koleżanka, próbuje więc się z nią zaprzyjaźnić. Jednakże sprawy przybierają nieoczekiwany, nie do końca dobry, obrót. Również Amelia wydaje się być zainteresowana Kubą, jednak nie potrafi tego okazać. Wydarzenia opisane z perspektywy obu dzieciaków, dadzą czytelnikom ostateczny obraz tej zagmatwanej sytuacji. 

Poza tym, że "Kuba i Amelia", "Amelia i Kuba" to świetne, przygodowe książki dla młodszej młodzieży, niosą ze sobą pozytywne wartości. Przede wszystkim pokazują, że dzieciaki też mogą mieć swoje problemy, które dla nich są w danej chwili bardzo ważne i nie można ich ignorować. Uświadamiają, że podobna sytuacja może zupełnie inaczej wyglądać, z perspektywy chłopca, a inaczej z punktu widzenia dziewczyny. Nieco zakamuflowanym przekazem (który bardzo rozwinie się w "Nowej szkole"), będzie też wątek dziecka z Zespołem Aspergera, któremu trudno ogarnąć powszechnie znane i stosowane zasady społeczne, czy wkręcić się w środowisko rówieśnicze. Ale czy to znaczy, że taki ktoś jest gorszy? Postać Alberta może bardzo wiele wnieść w świadomość współczesnych dzieciaków.

Bardzo polecam serię o przygodach Kuby i Amelii. Przede wszystkim dzieciakom i ich rodzicom, nauczycielom i paniom bibliotekarkom. Cudownie byłoby mieć w każdej szkolnej bibliotece przynajmniej po jednym egzemplarzu przygód bohaterów Pana Rafała Kosik. 

Książki wędrują do naszej dziecięcej biblioteczki i tam spokojnie poczekają, aż moje dzieciaki postanowią dowiedzieć się o nich czegoś więcej. 

Sardegna

Już czytam sam! # 3 "Elementarz" Beata Ostrowicka


posted by Sardegna on , , , , ,

4 comments


 Wydawnictwo: Nasza Księgarnia
Liczba stron: 160
Moja ocena : 6/6

W trzecim cyklu wpisów "Już czytam sam!" chciałabym zaprezentować klasyczny "Elementarz". Choć może nie do końca taki klasyczny, różni się on bowiem nieco od tych książek, które pamiętamy z dzieciństwa, z których uczyliśmy się literek i dzięki nim stawialiśmy pierwsze kroki w czytaniu. 

Oczywiście nie znaczy to, że ten elementarz jest w jakiś sposób gorszy. Na pewno jest bardziej nowoczesny, przystosowany do dzisiejszych dzieciaków i spraw, które je interesują i dotyczą. Książka jest bardzo ładnie wydana, w twardej oprawie, ma dość sztywne strony, wypełniona jest ciekawymi ilustracjami Pani Katarzyny Kołodziej. Wszystko jest oczywiście po to, aby przyciągać wzrok małego czytelnika i zachęcać do jak najczęstszego sięgania po elementarz.

Książeczka podzielona jest na 3 etapy czytelnicze, które łączy wspólny motyw występujących w nich bohaterów. W etapie pierwszym przeważają ilustracje, i są one podpisane pojedynczymi wyrazami. Dzięki temu młodsze dzieci mogą opowiadać rodzicom, co widzą na danym obrazku, a przy okazji oswajać się z prostymi wyrazami, opisującymi to, co dana ilustracja zawiera. 
W etapie drugim znajdują się teksty tworzone zgodnie z zasadą: "Tak się czyta, jak się pisze". Wprowadzono podstawowe litery, później proste zmiękczenia, kolejno formy troszkę trudniejsze. Dziecko może czytać już nie tylko pojedyncze wyrazy, ale także proste zdania, a nawet króciutkie teksty. Niektóre wyrazy obrazujące ilustrację, są podzielone na sylaby. Oczywiście w tej części także przeważają ilustracje, a samego tekstu jest niewiele.
Etap trzeci zawiera już zwarte teksty, w myśl zasady: "Tak się czyta, tak się pisze". W tekstach tych znajdują się dwuznaki oraz wyrazy podobne pod względem dźwięczności lub wymowy. Czyli wyrazy, które inaczej się czyta, a inaczej się pisze. Etap trzeci zawiera już dość tekstu, czytanki zbudowane są z wielu zdań, a każda z nich opowiada jakąś ciekawą historię, dotyczącą bohaterów "Elementarza".

Książka Beaty Ostrowickiej wydana przez Naszą Księgarnię jest częścią serii "Poczytam ci Mamo", czyli przeciwstawną propozycją dla kultowej serii "Poczytaj mi Mamo". Książeczek,  na których sama się wychowałam, a które rządziły w dziecięcych biblioteczkach w latach 80tych i 90tych.

Jeśli chodzi o moje dzieci,, Siedmiolatka przeczytała ten "Elementarz" w mig. Pierwszy i drugi etap nie sprawił jej żadnego problemu. Choć faktem jest, że zabrała się za niego właśnie teraz, w momencie, kiedy już potrafi dobrze czytać. Możliwe, że sprawa wyglądałaby inaczej, kiedy dopiero uczyłaby się czytać. Wtedy te teksty byłyby dla niej bardziej przydatne i mogłyby w jaki sposób kształtować jej umiejętności. Na chwilę obecną, najbardziej wskazane dla niej były teksty z etapu trzeciego, z którymi też sobie świetnie poradziła, z zajęło jej to kilka wieczorów.

Jednak, tak, jak zaznaczyłam, teksty elementarza nie sprawiły jej większego problemu, dlatego wnioskuję, że "Elementarz" ten będzie bardziej przydatny dla dzieciaków, które dopiero uczą się czytać i zaczynają składać litery. To poświadczyć może na przykład mój Pięciolatek, który spokojnie radzi sobie z etapem pierwszym, a także z etapem drugim. Powoli czyta sobie poszczególne teksty, składające się z prostych zdań. Na razie robi to wybiórczo, bardziej przeglądając książeczkę, ponieważ nie skończył jeszcze czytać swojej PIERWSZEJ, samodzielnej książki "Litery", której to poświęcę osobny wpis. 

"Elementarz" to bardzo fajna propozycja dla dzieci pięcio - sześcioletnich, które dopiero uczą się czytać, poznają litery i zaczynają swoją przygodę z czytaniem. Dla dzieciaków, które już tą umiejętność posiadają, książka może okazać się zbyt łatwa. 

Cieszę się bardzo, że Nasza Księgarnia wraca do wydawania literatury dziecięcej, proponując dzieciakom bardzo wiele ciekawych książek. Jedną z nich może być choćby kontynuacja "Elementarza" - "Elementarz matematyczny", w którym znajdować się będą pierwsze próby dokonania obliczeń matematycznych. W niego także muszę się zaopatrzyć.

Sardegna