# Nowości w mojej biblioteczce - sierpień


posted by Sardegna on

12 comments

Sierpień minął mi w mgnieniu oka. W pierwszej połowie miesiąca wróciliśmy z wakacji, więc ogarnianie rodziny i mieszkania po powrocie trochę mi zajęło. Nowe książki zostały odstawione trochę na boczny tor, a ja skupiłam się na opisywaniu wakacyjnych lektur (chociaż zaległości wcale mi nie ubywa, bowiem pięć książek czeka na opisanie). Druga połowa miesiąca upłynęła mi pod hasłem zawirowań rodzinnych i przygotowań do pracy. Zrezygnowałam więc z większości proponowanych nowości, zdecydowałam się na kilka książek, które mają dotrzeć do mnie dopiero na przełomie września i października. Stos, który dzisiaj zamieściłam jest wyjątkowo niewielki.

"Dawca" Lois Lowry od Galerii Książki, czekał nam nie po powrocie z urlopu
"Walizki hipochondryka" Mariusza Sieniewicza - nieplanowana przesyłka od Znaku
"Lokator do wynajęcia" Iwony Banach i "Mikołajek" w nowej szacie graficznej - od Naszej Księgarni

Do tego:
"Korespondent" Grażyny Jagielskiej  audiobook od Biblioteki Akustycznej i kryminał "Zagadki przeszłości" Kate Atkinson od Czarnej Owcy. Za wszystkie książki bardzo dziękuję.


I to praktycznie byłoby na tyle. Nie licząc oczywiście trzech pokaźnych stosów zdobytych w czasie "Niedzieli z książką" w Tychach. 

Sierpień kończę z sześcioma nowościami, dołączającymi do mojej biblioteczki. Chyba pierwszy raz od niepamiętnych czasów bilans książek przeczytanych do nowości w biblioteczce jest dodatni. Pozdrawiam weekendowo

Sardegna

"Rekin z parku Yoyogi" Joanna Bator


posted by Sardegna on , , , , ,

10 comments

Wydawnictwo: Biblioteka Akustyczna
audiobook: czas trwania 7 godzin i 17 minut   
Moja ocena : 5/6
lektor: Anna Dereszowska


Ależ żałuję, że dopiero teraz udało mi się przeczytać, a właściwie przesłuchać, coś autorstwa Joanny Bator! Żałuję, że tak późno, bo mam wrażenie, że coś bezpowrotnie straciłam i powinnam przeczytać najpierw „Ciemno, prawie noc”, a później dopiero zająć się felietonami  „Rekina z parku Yoyogi”.

Nie wiem, czym Wy kierujecie się w wyborze kolejnej książki do czytania, bądź przesłuchania, ale do mnie książki zawsze muszą "przemówić". Z „Rekinem z parku Yoyogi” było podobnie, właśnie tak: czytałam sobie powieść „Troje” i natrafiłam tam na  wątek lasu Aokigahara, u podnóży góry Fuji, miejsca niezwykle popularnego wśród japońskich samobójców. Zainteresował mnie ten motyw na tyle, że postanowiłam poszukać o nim dodatkowych informacji.
Tym sposobem trafiłam na wywiad z Joanną Bator, która promowała swoją najnowsza książkę, a był nim właśnie "Rekin...". Co ma zatem wspólnego tajemniczy las samobójców i zbiór felietonów autorki? Otóż, w jednym z nich poruszony jest właśnie temat lasu Aokigahara, który staje się punktem wyjścia autorki do rozważań o współczesnym świecie. Jak widzicie, książka sama mnie znalazła i przemówiła bardzo wyraźnym głosem.

Cały zbiór 45 felietonów, zawartych w książce, dotyczy kultury, sztuki, społeczeństwa współczesnej Japonii, co tak naprawdę jest tylko pretekstem do wyrażenia przemyśleń zupełnie z Japonią nie związanych. Na jednym z blogów przeczytałam stwierdzenie, że Joanna Bator jest "autorką opisującą rzeczywistość polsko - niepolską". Spodobało mi się bardzo to wyrażenie, bowiem pisarka ma niesamowitą zdolność płynnego przechodzenia z opisywania tematyki i realiów japońskich, w rzeczywistość polską. Łączy obie kultury ponadczasowymi prawdami, porównaniem wyznawanych wartości, nawiązywaniem do zachowań obu społeczeństw.

Robi to tak płynnie, że dzieje się to wszystko jakby poza czytelnikiem, który swoim tempem wdraża się w prezentowany temat, wsiąka w japoński klimat i nagle zostaje, w niemalże niezauważony sposób, przeniesiony na teren "własnego podwórka". Do tego dostaje zadanie domowe w postaci filozoficznych przemyśleń, kwestii do rozważenia czy połączenia tego czy innego faktu w całość. Lektura staje się fascynującą przygodą, nietuzinkową i bardzo oryginalną.

Autorka spędziła w Japonii spory okres czasu. Zespoliła się z kulturą i społeczeństwem na tyle, że w swych felietonach swobodnie porusza się w świecie japońskich niuansów, które dla zwykłego turysty bądź biernego obserwatora, niekoniecznie zainteresowanego Krajem Kwitnącej Wiśni (mówię o sobie), są tak bardzo oryginalne i obce, że przez to stają się zupełnie niezrozumiałe. "Rekin z parku Yoyogi" oswaja i rozjaśnia tą obcość. Razem z autorką odkrywamy urok Japonii, tej nowej, zupełnie nieznanej, czytamy Murakamiego czy analizujemy kulturę otaku. Każdy kolejny felieton staje się swoistym wyzwaniem dla czytelnika, który stara się nadążać za pisarką i sprostać powierzonemu zadaniu.

Co do audiobooka, mam same pozytywne wrażenia. Na uwagę na pewno zasługuje lektorka - Anna Dereszowska, która wspaniale interpretowała treść, a do tego pochwaliła się świetną dykcją i wymową trudnych, japońskich wyrazów. Podsumowując, sprawdźcie sami, czy "Rekin..." wywrze na Was takie samo pozytywne wrażenie, jak na mnie, i podzielcie się opiniami. Zapraszam!

Sardegna

"Makatka" Katarzyna Grochola, Dorota Szelągowska


posted by Sardegna on , , , ,

8 comments


Wydawnictwo:Wydawnictwo Literackie
Liczba stron: 376
Moja ocena : 6/6

Przeczytałam już całą masę książek autorstwa Katarzyny Grocholi, i jako fanka, śledząca od lat nowości wychodzące spod jej ręki, myślałam, że nic nie jest stanie mnie zaskoczyć. A tu proszę, taka niespodzianka!
"Makatka" książka napisana przez autorkę wraz z córką, Dorotą Szelągowską bardzo mile mnie zaskoczyła i dała bardzo pozytywnego kopa. Niby wszystko w książce jest "po staremu", charakterystyczny styl pani Grocholi, zabarwiony sporą dawką pozytywnej energii, nutką ironii i dystansem do otaczającego świata, jest taki, jak zwykle. Jednak owa książka to coś zupełnie innego i świeżego.

Tak jak tytuł sugeruje, książka będzie zlepkiem wielu elementów. Będzie rok z życia Matki i Córki, od września do września (ten miesiąc ma bowiem dla oby pań szczególne znaczenie), spisany w postaci krótkich artykułów, opisujących te same wydarzenia, z punktu widzenia obu pań.
Będą poważne i mniej poważne tematy, komentowane na bieżąco, w charakterystyczny sposób (styl dobrze znany u Katarzyny Grocholi, nowo przeze mnie odkryty u Doroty Szelągowskiej), z "pazurem", humorem i wielkim dystansem.  
Będzie połączenie dwóch światów, dwóch pokoleń, tak różnych, a jednocześnie bardzo podobnych. Zauważanie rzeczy ważnych, ignorowanie tych mniej ważnych, czerpanie z życia pełnymi garściami, cieszenie się z drobnostek, niezauważanie niedoskonałości. Obserwowanie świata przez pryzmat bycia matką (tą starszą i tą młodszą), córką, babcią.
Felietony Doroty Szelągowskiej, przeplatające się z felietonami Mamy nadają książce nowy wymiar. Jakiś powiew świeżości, coś równie pozytywnego i zakręconego, do czego przyzwyczaiła nas Katarzyna Grochola.

W ogóle "Makatka" ma tak wiele pozytywów w sobie, że chyba nie jestem w stanie wszystkich wymienić, ale tak sobie myślę, że ten mój nieco chaotyczny opis dobrze odda formę książki, gdzie "w tym całym szaleństwie jest metoda!"

"Makatka" powinna być zapisywana jak antydepresant, bowiem obie panie potrafią pisać o kłopotliwych sytuacjach z tak dużą dawką humoru, że odbieramy te trudne momenty, jako najbardziej niesamowitą przygodę. Poza tym fajnie wyobrażać sobie, jak musi wyglądać taki szalony dzień Matki z Córką. Pozytywna energia rozsadza chyba pomieszczenie! 

Jednak poważnie mówiąc, największym walorem książki jest opisana relacja, istniejąca pomiędzy Matką i Córką. Silne więzy, które łączą obie kobiety, wzajemne zaufanie, miłość, poświęcenie. Wszystko to czytelnik odbiera automatycznie, jakby między wierszami pisanych felietonów i uśmiechając się do siebie kiwa głową na znak potwierdzenia.
 
Książki pisane przez matki, skierowane dla matek, albo o perypetiach matek, mają dla mnie szczególne znaczenie. Bardzo emocjonalnie do nich podchodzę i doszukuję się w nich siebie, relacji z własną Mamą czy własną Córką. Trudno pisać mi później o tych tytułach (dlatego tak zwlekam z opisaniem przeczytanej w czerwcu książki "Jeszcze jeden dzień"). W każdym razie, chciałabym mieć takie umiejętności, jak panie Grochola i Szelągowska, żeby stworzyć razem z własną Mamą bądź razem z dorosłą, kiedyś Córką, tak niesamowitą, ciepłą historię, opisującą fragment naszego wspólnego życia.

Sardegna

"Niedziela z książką" w Tychach


posted by Sardegna on

16 comments

Dokładnie rok temu pisałam o świetnym wydarzeniu, które miało miejsce w mojej okolicy.  Mam oczywiście na myśli tyską imprezę "Sobota z książką", a zainteresowanych odsyłam do tego wpisu. Rewelacyjna inicjatywa Miejskiej Biblioteki Publicznej w Tychach, polegająca na propagowaniu literatury wśród mieszkańców miasta, spotkała się z bardzo miłym przyjęciem. Ja również z całą rodziną uczestniczyłam czynnie i przywiozłam do domu kilkanaście egzemplarzy darmowych książek, rozdawanych w ramach tej imprezy. Moje dzieci, jak się można domyśleć, także świetnie się bawiły, przeszukując kosze z literaturą dziecięcą, malując twarze i zbierając książkowe gadżety.

W tym roku tyska MBP ponownie podjęła temat tej książkowej imprezy, zapraszając tym razem, mieszkańców miasta na "Niedzielę z książką". Podobnie jak w zeszłym roku, na Placu Baczyńskiego w centrum Tychów ustawił się charakterystyczny, niebieski namiot MBP, gdzie od godziny 16 do 18 wystawione były darmowe egzemplarze książek do zabrania.
Jako że stawiliśmy się na miejscu wyjątkowo punktualnie, znaleźliśmy się wśród osób, które jako pierwsze mogły znaleźć coś dla siebie, w ofercie wystawionych książek.


Z każdą minutą zainteresowanych przybywało, więc i moja "konkurencja" rosła, ale na szczęście, spokojnie udało mi się wyłuskać ze stosów interesujące tytuły. A było w czym wybierać, uwierzycie, że biblioteka oddała aż 700 tytułów? Niektóre książki zostały wycofane z biblioteki, mają w prawdzie pieczątki, ale mi akurat to w niczym nie przeszkadza, inne pochodzą z tzw. "darów" i są praktycznie nowe.



Poza głównym stoiskiem znalazło się też miejsce dla dzieci, gdzie panie bibliotekarki przygotowały książkowe atrakcje dla najmłodszych. Moje pociechy oczywiście momentalnie odnalazły się w temacie, wzięły udział w konkursie znajomości bajkowych bohaterów, w loterii fantowej, poczęstowały się okołoksiążkowymi gadżetami i przeszukały dokładnie ofertę literatury dziecięcej, znajdując coś dla siebie.


Ja w tym czasie oczywiście buszowałam w wystawionych egzemplarzach, hamując co chwilę okrzyk radości i zdumienia, że aż takie rewelacyjne tytuły MBP daruje chętnym czytelnikom. Panie bibliotekarki dokładały co chwilę nowe egzemplarze, a także zakładki, żeby zadowolić wszystkich zainteresowanych. Nie wiem, jak inni uczestnicy, ale ja opuściłam imprezę wyjątkowo zadowolona, a jakże!





Poza książkami, tradycyjnie przywiozłam zakładki:


Żeby nie było, że pazernie pozbierałam książki nic nie dając w zamian, przywiozłam do Tychów sporą torbę książek do oddania i ulokowania na stoisku. Panie bibliotekarki nie miały nic przeciwko, zresztą inni uczestnicy też donosili książki własne. Miłe to uczucie, kiedy widziałam znajome, chomikowane na wymianę tytuły, znajdujące nowych właścicieli.

Sześciolatka również wybrała dla siebie i brata kilka pozycji m.in. album dinozaurów, motyli, samolotów, "Kłamczuchę i inne wiersze", "Lenkę i Bobika", baśnie tureckie, ale nie zdążyłam ich sfotografować, bo zostały natychmiast skonfiskowane i ulokowane w dziecięcym pokoju. Czuję, ze moje dzieci połknęły książkowego bakcyla. W sumie wiedziałam o tym wcześniej, ale dziś tylko moje przypuszczenia potwierdziło hasło usłyszane pod koniec imprezy: "No to co teraz Mamo, możemy spokojnie jechać na Targi Książki do Krakowa, no nie? A tak w ogóle, to za ile to dni?"

Organizatorom "Niedzieli z książką" w Tychach, czyli MBP oraz obecnym na miejscu paniom bibliotekarkom, należą się podziękowania i słowa uznania za świetną inicjatywę. Do zobaczenia za rok!

Sardegna

"Sto imion" Cecelia Ahern


posted by Sardegna on , , , ,

23 comments


Wydawnictwo: Akurat
Liczba stron: 446
Moja ocena : 5/6

Trochę wstyd się przyznać, ale nie miałam jeszcze okazji czytać żadnej książki autorstwa Ceceli Ahern. Mam w biblioteczce „P.S. Kocham Cię”, z okładką "filmową", ale oczywiście zawsze jakiś inny tytuł miał pierwszeństwo i do książki jeszcze nie dotarłam.

„Sto imion” jest więc moim czytelniczym debiutem, jeśli chodzi o autorkę, a po lekturze mogę z pełną świadomością stwierdzić, że bardzo, ale to bardzo udanym.
Nie wiem, jak z innymi powieściami Ceceli Ahern, ale po obejrzeniu filmu „P.S. Kocham Cię” i przeczytaniu powyższej książki, wiem już, że znakiem rozpoznawczym autorki jest bombardowanie odbiorców całym wachlarzem szczerych emocji. Zabierając się za czytanie możecie się spodziewać prawdziwej historii. I nie mówię tutaj o opowieści opartej na faktach. Mam raczej na myśli prawdę, którą nasycona jest historia i szczere emocje, które wydzierają się z każdego rozdziału.

Kitty Logan jest wziętą dziennikarką, pnącą się po szczeblach kariery. Jej artykuły do gazety, a później reportaże telewizyjne, cieszą się wielką popularnością, a ona sama staje się coraz bardziej pewna siebie i coraz mniej, w stosunku do siebie krytyczna. Niestety, podczas pracy nad kolejnym reportażem Kitty podejmuje nieoczekiwaną decyzję. Złe podejście do tematu, niesprawdzenie informacji i rzucenie fałszywego oskarżenia na niewinnego człowieka, rujnują jej dziennikarską karierę. 
Kitty musi zaczynać swoją pracę praktycznie od początku, odbić się od dna i zacząć budować swoją pozycję od nowa. A jak powszechnie wiadomo, w sytuacji kryzysowej mało wokół przychylnych ludzi ...

Osobą, która wyciąga do Kitty rękę jest jej przełożona Constance, która zmaga się ze śmiertelną chorobą. Podsuwa przyjaciółce pomysł na nowy reportaż, który ma pomóc jej wrócić na dziennikarskie tory, jednak przed śmiercią, nie zdąży przekazać szczegółów. I tak Kitty, wbrew ludziom z redakcji i wbrew zdrowemu rozsądkowi, zabiera się za pracę nad nieznanym tematem, którego wspólnym mianownikiem jest lista stu osób, zebranych przez Constance.

Dziennikarka rozpoczyna prywatne śledztwo i próbuje odkryć, jakaż to historia łączy owe osoby, a co za tym idzie, jaki to temat na artykuł chciała podsunąć jej zmarła przyjaciółka. Wdraża się w życiorysy przypadkowych osób z listy i szuka ...
Rezultaty poszukiwań zaskoczą wszystkich, a najbardziej samą Kitty.

Nie zdradzę, co łączy ową setkę ludzi, powiem tylko, że temat przygotowany przez Constance okazał się strzałem w dziesiątkę, który daje Kitty coś znacznie ważniejszego niż nową pracę.

Powieść "Sto imion" ma jedną podstawową zaletę; jest genialna w swej prostocie. Autorka odkrywa przed nami przepis na szczęście, a my po lekturze dochodzimy do wniosku, że przecież jest on nam doskonale znajomy. Raz na jakiś czas warto więc sięgnąć po taką "oczywistą oczywistość", żeby uświadomić sobie, co jest w życiu ważne i o co trzeba walczyć.
Sardegna

"Zatoka tajemnic" Rosanna Ley


posted by Sardegna on , , , ,

20 comments

Wydawnictwo: Wydawnictwo Literackie
Liczba stron: 512
Moja ocena : 6/6

Raz na jakiś czas trafia mi się książka, którą pochłaniam na raz. Nie zraża mnie jej objętość czy mała czcionka, po prostu siadam i dwie, trzy godziny później, otrząsam się z czytelniczego amoku zamykając ostatnią stronę, zdziwiona że to już koniec.

Taki stan przydarza mi się okazjonalnie, aż żałuję, że tak rzadko, wracając jednak do tematu "Zatoka tajemnic" wprowadziła mnie właśnie w taki przyjemny, czytelniczy amok. Mimo że książka do najcieńszych nie należy, przeczytanie zawartej w niej fascynującej opowieści, zajęło mi dokładnie 3 godziny. Wieczorem postanowiłam sprawdzić, o czym właściwie jest ta nowa powieść Rosanny Lay, autorki rewelacyjnego "Domu na Sycylii" i ogarnęłam się przed północą, doczytując, z wypiekami na twarzy, zakończenie historii.

Jedną z najważniejszych zalet obu książek autorki, jest ich niesamowity, wakacyjny klimat. Wspaniale czyta się o interesujących, intensywnych wydarzeniach, dziejących się w upalnych, przepełnionych słońcem, miejscach, na Sycylii, czy tak, jak w powyższej książce, na Wyspach Kanaryjskich.
Mimo że "Zatoka tajemnic" to książka poruszająca tematykę wykraczającą poza wakacyjne czytadło, to według mnie powinna znaleźć się w rankingu najlepszej książki na lato.

Akcja powieści rozgrywa się dwutorowo (ostatnio mam szczęście do takich właśnie lektur), po to, aby w finale spleść losy bohaterów obu dramatów i dać czytelnikowi satysfakcjonujące zakończenie. Napisałam dramatu, bowiem głównym wątkiem "Zatoki tajemnic" jest nielegalna adopcja, a więc temat trudny i bolesny. Obie historie, i ta współczesna i ta z przeszłości, niosą ze sobą spory ładunek, nie zawsze pozytywnych emocji. Poza tym w historii aż kipi od niewygodnych sekretów, niedomówień i prób zacierania śladów po przestępstwie. Nie jest więc lekko, łatwo i przyjemnie...

Współczesną bohaterką powieści jest Ruby, trzydziestoletnia Angielka, która właśnie przeżywa osobisty dramat. W wypadku motocyklowym giną jej rodzice, a wraz z ich śmiercią, życie kobiety zupełnie się rozpada. Ruby próbuje ogarnąć rzeczywistość i uporządkować sprawy związane z majątkiem rodziców. A kiedy w domu rodzinnym przypadkowo znajduje pudełko z dziwną zawartością, dającą do myślenia, Ruby dochodzi do wniosku, że rodzice coś przed nią ukrywali.
Natomiast bohaterką z przeszłości jest Julia, hiszpańska nastolatka, której przyszło żyć w trudnej rzeczywistości II Wojny Światowej. Rodzice dziewczyny podejmują dramatyczną decyzję i umieszczają ją w zakonie, który ma zapewnić bezpieczeństwo w czasie zawieruchy wojennej.
Julia zostaje zaangażowana do pracy, jako położna w przyklasztornym szpitalu. Niestety, wydarzenia, jakie tam mają miejsce, dalekie są od spokojnej i bezpiecznej idei życia zakonnego. Początkowo Julia nieświadomie angażuje się w pewien nieludzki proceder, a kiedy już nabiera pewności co do jego złych intencji, postanawia wziąć sprawy w swoje ręce.

Te zupełnie różne od siebie sprawy, które dzieli ponad sześćdziesiąt lat, okażą się być ze sobą połączone.
Losy obu kobiet splotą się w finale opowieści, a wszystkie tajemnice i niedomówienia ujrzą światło dzienne.

Widzicie już potencjał tej książki? Mimo że poruszany temat nie jest łatwy, a niektóre opisy poruszają do głębi, gwarantuję, że od lektury nie będziecie mogli się oderwać. Wątek miłosny, który jest nienachalny i na pewno nie wyróżniający się na tle pozostałych wydarzeń, nadaje książce pozytywny wydźwięk, zresztą podobnie jak i zakończenie opowieści, oraz kreacje głównych bohaterek. Dzięki temu, mimo że książka tematycznie nie należy do najłatwiejszych, lektura dostarcza pozytywnych wrażeń i emocji.

"Zatoka tajemnic" to świetna książka, a jeżeli podobał się Wam "Dom na Sycylii" to i ta pozycja wpasuje się w Wasze gusta. Polecam.
Sardegna

PRZEDPREMIEROWO "Jeżynowa zima" Sarah Jio


posted by Sardegna on , , , , ,

20 comments


Wydawnictwo: Znak
Liczba stron: 320
Moja ocena : 6/6

Chyba pokuszę się o stwierdzenie, że Sarah Jio staje się jedną z moich ulubionych autorek. Jej obyczajowe powieści, związane z porami roku robią na mnie bardzo pozytywne wrażenie. Właściwie to z każda kolejna książka jest lepsza od poprzedniej. Wiosenne "Marcowe fiołki", letni "Dom na plaży", a teraz pozornie zimowa "Jeżynowa zima". Zostało mi już tylko wypatrywać powieści autorki z jesiennym akcentem. A może już takowa jest?

Napisałam, że powyższa książka jest pozornie zimowa, bowiem jej akcja dzieje się w maju, ale ma silny akcent zimowy - nietypową anomalię pogodową, wynikającą z nagłego ochłodzenia powietrza i sporych opadów śniegu. W środku wiosny miasto zostaje sparaliżowane śnieżycą, ale jak się później okaże, nie pierwszy raz. Taka anomalia pojawia się bowiem w Seattle raz na kilkadziesiąt lat i jest traktowana jako swoista sensacja. Nic więc dziwnego, że zostaje tematem numer jeden w lokalnym czasopiśmie.

Clarie, stała współpracownica pisma, związana też z gazetą więzami rodzinnymi, zostaje wytypowana do napisania artykułu o tej przedziwnej śnieżycy w środku maja. Kobieta w poszukiwaniu materiałów związanych z tematem, trafia na wzmiankę o podobnej anomalii, mającej miejsce w 1933 roku. Owego roku, również w maju, zgłoszono w mieście zaginięcie małego chłopca, Daniela Raya, którego nigdy później nie odnaleziono.

Clarie postanawia zagłębić się w temat i na własną rękę odkryć, co stało się z owym małym chłopczykiem.
Zaangażowanie dziennikarki nie jest przypadkowe. Zmaga się ona bowiem z własnym dramatem i problemami małżeńskimi, a poszukiwanie materiałów do artykułu pomaga jej oderwać się od trudnych spraw osobistych. 

Akcja powieści toczy się więc dwutorowo, zarówno z perspektywy Clarie i jej współczesnych poszukiwań, oraz z perspektywy Very Ray, mamy Daniela, która fragmentarycznie przekazywać będzie wydarzenia i dramat, jaki przyszło jej przeżyć. Obie opowieści, choć dzieli je osiemdziesiąt lat, splotą się w jedną przejmującą historię, mówiącą głosem zrozpaczonych matek, borykających się z utratą dzieci.

Każda czytelniczka - matka może zatem sobie wyobrazić, jakie emocje będą towarzyszyły lekturze. Nie obejdzie się bez wzruszeń i zadawania trudnych pytań, na które lepiej nie znać odpowiedzi...

Mimo że książka porusza trudny temat, nie jest on jedyny w całej tej opowieści. W "Jeżynowej zimie" jest też miejsce na rodzące się, a także odradzające się uczucie, siłę przyjaźni, ale przede wszystkim, moc matczynej, niegasnącej miłości.

Nie mam wyjścia, muszę polecić Wam tę książkę, podobnie zresztą jak dwie poprzednie, autorstwa Sarah Jio. W jej o wieściach jest coś tak niesamowitego, że nie będziecie mogli przestać o tych książkach myśleć. Czy to wystarczająca rekomendacja?

Sardegna

"Prowincja pełna szeptów" Katarzyna Enerlich


posted by Sardegna on , , , ,

12 comments


Wydawnictwo: mg
Liczba stron: 266
Moja ocena : 5/6

Wspominałam już nie raz, że powieści Kasi Enerlich z serii Prowincji, działają na mnie wyjątkowo uspokajająco i relaksująco. Nie miałam jeszcze okazji przeczytać całości, ale z sześciu tomów przeczytałam trzy, w prawdzie te ostatnie, ale można powiedzieć, że półmetek osiągnęłam. Jako że całą kolekcję mam na półce, więc i tak nadrobię zaległości prędzej czy później, a o poprzednich tomach możecie przeczytać tu: "Prowincja pełna smaków" i "Prowincja pełna czarów".

"Prowincja pełna szeptów" to kontynuacja tomu poprzedniego, i o ile inne części można czytać oddzielnie, orientując się w fabule, ten tom ma jednak ścisły związek z "Prowincją pełną czarów".

Po tragedii, jaka dotyka Ludmiłę, kobieta próbuje ułożyć sobie życie na nowo. Nie jest to łatwe, bowiem śmierć ukochanego jest traumatycznym przeżyciem, rujnującym rzeczywistość. Ludmiła na kilka tygodni odcina się od świata, córki, przyjaciół, pracy i swojego domostwa. Zaszywa się w pokoju niezdolna do żadnej aktywności. Na szczęście, z pomocą przychodzą jej sąsiadki, były mąż i ...  teść, ojciec Wojtka, który wprowadzając się na Prowincję, postanawia wspomóc synową w prowadzeniu gospodarstwa. 

Ludmiła powoli odzyskuje równowagę, odnajdując spokój w codziennych czynnościach, smakach, jodze i rytuałach. Nieoczekiwanie jednak, w życiu kobiety pojawia się mężczyzna, przybywający z "pośmiertnym prezentem" od Wojtka dla żony. Upominek ten staje się dla Ludmiły impulsem do dokonania zmian w życiu, powrotu do normalności, a nawet stworzenia czegoś nowego. 

Kiedy już wszystko wraca w życiu bohaterki do normy, los stawia przed nią kolejne wyzwanie. W domu Ludmiły pojawia się ktoś, mający ścisły związek z Wojtkiem i jego życiem sprzed wypadku. Z czym ponownie będzie musiała się zmierzyć Ludmiła?

Podobnie, jak miało to miejsce w poprzednich dwóch tomach, lektura książki Kasi Enerlich dostarczyła mi bardzo pozytywnych emocji, ale głównie wyciszyła i uspokoiła. Wydaje mi się, że to chyba główna zaleta serii - pokazać, że w zwyczajnych, codziennych sprawach można znaleźć źródło prawdziwego szczęścia i spokoju. Mimo, że ten akurat tom był nieco bardziej tragiczny i refleksyjny od poprzednich, to jednak niesie pozytywny wydźwięk i daje pewne wskazówki, jak ogarnąć swoją codzienność w obliczu wielkiej tragedii.

Serię o Prowincji powinno zalecać się na poprawę złego humoru, podły nastrój albo depresję, związaną z aktualnymi niepowodzeniami. Nic tak nie nastraja pozytywnie i przywraca życiową harmonię, jak opowieści Kasi Enerlich.

  Sardegna

"Zemsta" Małgorzata Maciejewska


posted by Sardegna on , , , ,

15 comments


Wydawnictwo: Nasza Księgarnia
Liczba stron: 480
Moja ocena : 4/6


Uwielbiam Toruń! I to tytułem wstępu, bowiem niedawno wróciliśmy z wakacji i tradycyjnie, jak to już od trzech lat ma miejsce, zrobiliśmy postój w Toruniu. Ależ to wspaniałe miasto! Po trzech wizytach orientuję się już mniej więcej w topografii rynku i za każdym razem jestem coraz bardziej zachwycona. Dlaczego o tym piszę? Bowiem jedną z moich wakacyjnych lektur była „Zemsta” Małgorzaty Maciejewskiej, której akcja dzieje się właśnie w Toruniu. 

Książkę wybrałam do stosu urlopowych książek zupełnie nieświadomie, że owo miasto odegra w nim tak ważną rolę. Jakież było zatem moje zaskoczenie, kiedy w trakcie lektury okazało się, że rzecz dzieje się właśnie tam. Wspaniale było czytać o znanych mi ze spaceru, miejscach, uliczkach czy zabytkach. Uwielbiam takie „znajome” miejsca w książkach!

Wracając jednak do „Zemsty” (mąż się śmiał, że klasykę zabrałam na wakacje), mimo że wydaje się ona być lekką i przyjemną lekturą, w końcu należy do serii Naszej Księgarni, Babie Lato, nie do końca taką jest. Mimo zapewnień opisu na okładce i lekkiego tonu pierwszych stron, z każdym kolejnym rozdziałem przekonywałam się, że z banalną, wakacyjną opowieścią książka ma raczej mało wspólnego.

Głównymi bohaterkami opowieści są Magda, Ewa, Ania, Kasia i Agata – pięć przyjaciółek w wieku średnim, z poukładanym życiem osobistym i zawodowym. Kobiety spotykają się raz na jakiś czas na ploteczki przy kawie, zakupy bądź inaczej spędzają wolny czas. Wspierają się w codziennych trudnościach, znają swoje sekrety. 
Pewne nieoczekiwane wydarzenie zupełnie niszczy ich poukładany świat: jedna z kobiet, Agata, popełnia samobójstwo. Dziewczyny są w totalnym szoku, żadna z nich nie ma pojęcia, co mogło stać za tym desperackim krokiem Agi. Wyjaśnienie sytuacji przychodzi od zupełnie nieoczekiwanej strony. W życie przyjaciółek wkracza tajemnicza para – Irka i Staszek, nieznani dotąd przyjaciele Agaty, którzy wyjaśniają dziewczynom istotę problemu – małżeńską zdradę.
Od tej pory życiem kobiet zaczyna rządzić chęć zemsty. Postanawiają za wszelką cenę dać nauczkę
niewiernemu mężowi Agaty i jego kochance. Plan zemsty jest iście szatański. Wymaga jedynie pełnego zaangażowania przyjaciółek, a to może być nieco trudne, bowiem okazuje się, że każda z nich ma też swoje skrywane, osobiste problemy i rodzinne dylematy.

I tak zaczyna się opowieść, która pozornie mówi o zemście, a tak naprawdę jest zapisem zmagań przyjaciółek z codziennością. Każda z kobiet, mimo że osiągnęła sukces na gruncie zawodowym bądź osobistym, walczy się z kompleksami, problemami, niepowodzeniami i … zazdrością o lepsze życie przyjaciółek. Siła przyjaźni ma jednak ogromną moc i wszystkie dziewczyny, odkładając własne sprawy na później, angażują się w wiadomej sprawie, a przy okazji, odkrywają parę nieznanych faktów z życia Agaty.

„Zemsta” tak po prawdzie nie ma w sobie odkrywczej fabuły, Powyższy opis bowiem mógłby dotyczyć wielu kobiecych książek: wiek średni, przyjaciółki, małżeńska zdrada, życie po zdradzie. Ten tytuł jednak różni się nieco od innych, podobnych („Trzy panie w samochodzie" czy „Scenariusz z życia”), nie jest tak optymistyczny, raczej bardziej refleksyjny i dający do myślenia w kwestii porzucania ustabilizowanego życia dla paru chwil szaleństwa.

Tym oto sposobem, w czasie urlopu, zamiast zabawnej i lekkiej książki, trafiła mi się nieco refleksyjna opowieść. Chociaż nie powiem, niektóre chwyty, zastosowane w akcie zemsty, były całkiem, całkiem i uśmiechałam się pod nosem, to w ogólnym rozrachunku, „Zemsta” bardziej jest obyczajówką niż wakacyjnym czytadłem.

Uzupełniłam moją kolekcję Babiego Lata o kolejny tytuł. W prawdzie trochę nietypowy, również objętościowo, bowiem książka ma aż 480 stron, ale czas poświęcony na lekturę na pewno nie był stracony.

Sardegna

"Wesele" Paulina Ptasińska


posted by Sardegna on , , , , ,

16 comments


Wydawnictwo: NovaeRes
Liczba stron:335
Moja ocena : 3/6

Też tak macie, że kiedy zaczynacie czytać książkę, liczy się dla Was pierwsze wrażenie? Staram się nie poddawać temu odczuciu, bo czasami jest ono mylne i zaburza ostateczną ocenę książki. Jednak czasami jest tak silne, że dominuje przez cały czas czytania i nic nie jestem w stanie z nim zrobić. Nie wiem, czy wrażenie, jakie towarzyszyło mi podczas lektury „Wesela” pomogło ocenie książki i wyszło jej na dobre, czy raczej niekoniecznie, w każdym razie nie mogłam zignorować moich skojarzeń i o nich nie napisać.

Wyobraźcie sobie, że czytacie „Pięćdziesiąt twarzy Greya”. Wycinacie sceny seksu, zmieniacie imię bohatera z Christiana na Wiktora, imię bohaterki z Anastazji na Alicję i przenosicie akcję z USA na krakowską prowincję. Do tego delikatnie zmieniacie szczegóły poznania owych postaci, sytuację rodzinną, dodajecie bohaterce krztę charakteru i wklejacie wątek przygotowania do ślubu. Tym sposobem otrzymujecie „Wesele”, ot co.

Nic nie mogę na to poradzić, że fabuła książki strasznie kojarzyła mi się z przytoczonym powyżej bestsellerem. Może nie aż tak dosłownie, bo jak wspomniałam, z powieścią erotyczną książka nie ma nic wspólnego. Chodzi mi raczej o relację między bohaterami, ich postawę i styl bycia. Chociaż nie powiem, zdarzyło się, że główna bohaterka w relacji intymnej „rozleci się na małe kawałeczki”, więc sami widzicie, skojarzenie narzuca się samo ...

Ale po kolei. Atrakcyjna singielka, Alicja, niespełniona prawniczka, nieustannie walczy z uwagami matki o jej staropanieństwie. Na szczęście, wiadomość o ślubie najmłodszej siostry, Karoliny, odciąga uwagę rodzicielki od szukania męża dla średniej córki. Ślub i wesele ma być wystawne i tradycyjne, co by pokazać przyszłym teściom, mieszkającym na co dzień w Stanach, jak bawią się Polacy. Przygotowania idą pełną parą, a rodzinie Alicji do szczęścia brakuje tylko zapoznania z rodziną pana młodego. 
I tak w życie Alicji wkracza Wiktor – przyszły szwagier Karoliny. Milioner, zarządzający ogromną spółką zagraniczną, nieustannie kursujący pomiędzy Stanami, Francją a Polską, właściciel sieci Cold Hotel, super przystojny, męski, inteligentny, pewny siebie i ... a jakże, samotny.

Na Wiktora parol zagięła już niejedna panna, ten jednak jest oporny na wszelkie wdzięki, bowiem skrywa jakąś mroczną tajemnicę sprzed lat. Flirt, który rozgrywa się między nim a Alicją też nie przypomina zwyczajnego budowania relacji. Wszystko opiera się na podrywie a'la Grey: Wiktor żąda, a Alicja ma się poddać jego woli. Wiktor na każdym kroku kontroluje dziewczynę, a ta, niby chce być niezależna, ale oczywiście zafascynowana mroczną osobowością Colda, zgadza się na wszystko. W ich związku ważną rolę odgrywa wymiana maili (czy coś Wam to przypomina?) i gra w kotka i myszkę, czyli jednej stronie bardzo zależy, drugiej niekoniecznie. I odwrotnie.

No cóż, myślę, że napisałam już wszystko. „Wesele” umiliło mi jeden wakacyjny dzień. Dosłownie jeden, bowiem udało mi się w pierwszym tygodniu urlopu przeczytać siedem książek. Poplażowałam z książką w ręku, nie musiałam się skupiać za bardzo na fabule, i odpoczęłam aż miło. Teraz, kiedy już wiecie, czego można się po „Weselu” spodziewać, sami zdecydujcie, czy macie na książkę ochotę.

Sardegna

"Uśpienie" Marta Zaborowska


posted by Sardegna on , , , ,

10 comments


Wydawnictwo: Czarna Owca
Liczba stron: 476
Moja ocena : 4/6

Kojarzycie kryminał „Uśpienie” od Czarnej Owcy? Książka premierę miała już dość dawno temu, ale ja dopiero teraz poczułam impuls do jej przeczytania. I nawet wiem dlaczego dopiero teraz się za książkę zabrałam. W sieci owego czasu krążyły o książce nie najlepsze opinie. Zraziłam się trochę, a sami wiecie, jak to jest z tym pierwszym wrażeniem. Na szczęście, zabrałam ze sobą „Uśpienie” na urlop i bardzo dobrze zrobiłam, bowiem pochłonęłam książkę w jeden dzień i teraz mam o niej bardzo dobre zdanie. Końcowa ocena to w prawdzie czwórka, ale zaraz wyjaśnię dlaczego.

Największą zaletą książki jest moim zdaniem, niesamowity klimat. Nie dość, że rzecz dzieje się w podwarszawskim szpitalu psychiatrycznym, który sam w sobie jest już miejscem przytłaczającym, to jeszcze wszechogarniającą „ponurość”, wynikająca z pory roku, dusznej i niepokojącej atmosfery i szarych domostw, tylko potęguje wrażenie. Już samo tło wydarzeń daje niesamowity efekt, a jeżeli do tego dodamy jeszcze intrygującą sprawę kryminalną, to napięcie w czasie czytania mamy gwarantowane!

W wyżej wymienionego szpitala psychiatrycznego ucieka pacjent. Nie jest to jednak zwyczajny pacjent, tylko skierowany na badania psychiatryczne, groźny przestępca, Jan Lasota, którego zbrodnie mogłaby konkurować z tymi z powieści Chattama. Ucieczka więźnia stawia na nogi cały personel i miejscową policję, poszukiwania nie dają jednak większych rezultatów. Sprawa nawet pogarsza się z dnia na dzień, ktoś bowiem morduje na terenie szpitala, młodą lekarkę, zaangażowaną w terapię uciekiniera. Oskarżenia padają na wiadomą osobę, jednak policja nie jest w stanie posunąć się w śledztwie ani o krok.

Aby ożywić zespół świeżym umysłem i ruszyć śladem Lasoty, komendant sprowadza młodą, ale znaną już w środowisku policjantkę, Julię Krawiec. Kobieta wpada na trop rodziny Lasoty, a co za tym idzie, pozna przeszłość przestępcy i odkryje o nim przerażającą prawdę. Za nim jednak do tego dojdzie, w szpitalu wydarzą się niepokojące rzeczy, okaże się bowiem, że w historię Jana Lasoty zaangażowanych jest więcej osób, niż mogłoby się komukolwiek wydawać.

W prowadzeniu śledztwa, tego oficjalnego i nieoficjalnego, Julii pomaga ordynator oddziału psychiatrycznego, Artur Maciejewski. Duet, choć pozornie zupełnie do siebie niepasujący, świetnie się dogaduje. Partnerzy będą też mogli przetestować wzajemną lojalność, w przypadku wyjścia na jaw niewygodnych sekretów o uzależnieniu Julii i romansie Artura. Ważny choć dramatyczny, udział w całej sprawie, będzie miała też pięcioletnia córeczka Julii, Sylwia. Jaki związek ma dziewczynka z psychopatycznym mordercą?

Zagłębiałam się jak szalona, w tej, sami przyznacie, intrygującej, historii kryminalnej. Z napięciem wczytywałam się w kolejne strony, moja wyobraźnia pracowała na pełnych obrotach i … kiedy przyszedł czas na zakończenie, coś nie zagrało... Szkoda wielka, że tak to się skończyło. Zakończenie nie było w prawdzie z gatunku tych najgorszych i absurdalnych, jednakże do zwieńczenia tak wciągającej opowieści przydałoby się jednak coś bardziej wiarygodnego. Stąd moja ostateczna ocena: 4/6.

Po skończeniu całej lektury naszła mnie jednak refleksja: skąd takie niskie oceny książki? Może ktoś z Was czytał i wypowie się w tej kwestii. Dla mnie „Uśpienie” to całkiem interesujący debiut i mroczny, polski kryminał. Dajcie mu szansę!

Sardegna

#7 Nowości w mojej biblioteczce - lipiec


posted by Sardegna on

44 comments

Kiedy będziecie czytać ten post, ja będę już odpoczywać pełną parą, w miejscu, gdzie dostęp do Internetu będzie mocno ograniczony. Raz w roku taki przymusowy odwyk od bloga dobrze robi, i mimo że zawsze wyobrażam sobie, jak to ciężko mi będzie bez Książek Sardegny i bez nowin z blogosfery, w rzeczywistości nie sprawia mi to najmniejszego problemu. Myślę, że moje największe "blogowe uzależnienie" minęło i całkiem dobrze mi z tym.

Wracając jednak do moich lipcowych zdobyczy, poniżej zdjęcia książek, które dotarły do mnie w tym miesiącu. Mam nadzieję, że o żadnej nie zapomniałam, bo w ferworze niedawno ukończonego remontu nie ogarnęłam jeszcze dokładnie mojej biblioteczki.


"Zbrodnia na festynie" Agatha Christie
"Za minutę pierwsza miłość" Hanna Ożogowska - obie z Targu Staroci
"Związek do remontu" Romuald Pawlak i "Zemsta" Małgorzata Maciejewska - od Naszej Księgarni
"Szept wiatru" Elizabeth Haran od Wydawnictwa Akurat
"Odette i inne historie miłosne" E.E. Schmitt oraz "Marina" C.R. Zafon - zakup z wyprzedaży blogowej
"Góra śpiących węży" Hanna Kowalewska
"Wampir Lestat" Anna Rice - obie z Targu Staroci


"Sieroce pociągi" Christina Baker Kline - od Czarnej Owcy
"Dziewczyna #9" Tami Hoag - od Harlequin/Mira

"Rekin z Parku Yoyogi" Joanna Bator - audiobook od Biblioteki Akustycznej
"Nie lubię kotów" Katarzyna Zyskowska - Ignaciak - od Naszej Księgarni
"Matka wszystkich matek", "Zupa z ryb fugu", "Anioł w kapeluszu" - Monika Szwaja - prezent od Magdy ze Stulecia Literatury - szaleństwo, czyż nie?

Wspaniałe tytuły! Lipiec kończę więc z 16 nowościami. Część już przeczytałam, kilka pojechało ze mną na wakacje. Książek zabrałam ze sobą całkiem sporo, bowiem w zeszłym roku udało mi się przeczytać naprawdę dużo. Liczę, że i w tym roku nie będę próżnować. Pozdrawiam Was znad jeziora, nad którym prawdopodobnie teraz się wyleguję. Do napisania!
Sardegna

"Tajemnica pani Ming" Eric- Emmanuel Schmitt


posted by Sardegna on , , , ,

20 comments



Wydawnictwo: Znak
Liczba stron:80
Moja ocena : 5/6

 
Schmitt - mistrz krótkiej formy. Autor już kilkakrotnie udowodnił, że w kilkudziesięciu stronach potrafi zawrzeć naprawdę interesująca historię z przedziwną puentą. Nie czuję się specjalistką od prozy Schmitta. Znacznie lepiej w tym temacie czuje się Ktrya. Ja po prostu przyjmuję autora z wszystkim, co oferuje, ot tak zwyczajnie.


Nie wiem czemu, ale czytając recenzje na blogach „Tajemnicy pani Ming” wydawało mi się, że powieść jest bardziej obszerna. Z zaskoczeniem przyjęłam więc fakt, że to znowu krótka forma, bo tak jakoś podskórnie nastawiałam się na więcej treści. W rezultacie jednak, kiedy po dwóch godzinach lektury, przeczytałam z uśmiechem na ustach ostatnią stronę historii pani Ming, stwierdziłam: tak! Jak Schmitt to tylko krótko i na temat !

Wyjątkowych umiejętności trzeba, żeby w tak małej objętości zawrzeć tyle dobrej opowieści, ale z drugiej strony nie powinno mnie to dziwić, bo autor mnie już do swego stylu przyzwyczaił. Czytałam jego historię małżeńską („Małezbrodnie małżeńskie”), poruszające "Dziecko Noego" oraz najbardziej znaną chyba książkę "Oskar i pani Róża". Tym razem dostałam opowieść o rodzinie, dzieciach, potrzebie bliskości, ciepła rodzinnego, wsparcia i miłości. Ważne tematy, a wszystkie w skondensowanej formie tej krótkiej książeczki.

Bohaterem powyższej historii jest Europejczyk, który trafia do Chin w sprawach służbowych. W korporacji, gdzie odbywają się jego biznesowe zebrania, spotyka wyjątkową panią Ming. Nie jest to jednak, jak można byłoby się spodziewać, piękna, młoda asystentka, współpracownica czy inna bizneswoman. Pani Ming to wiekowa, poczciwa Chinka, dbająca o …czystość toalet w owej firmie. W czasie niezliczonych wyjść do tegoż przybytku, bohater nawiązuje z panią Ming kurtuazyjną rozmowę, która z każdą kolejną wizytą, przeradza się w interesującą pogawędkę. Pretekstów do wyjścia za potrzebą nie brakuje, toteż i okazje do rozmowy z tajemniczą kobietą nadarzają się często. 

Pani Ming dzieli się swoimi spostrzeżeniami na temat życia rodzinnego, nawiązując do historii swoich dziesięciorga dzieci. Szczegółowo opisuje każdą, teraz już dorosłą, pociechę, jej poczynania szkolne, zawodowe i prywatne. Wszystkie opowieści są tak wiarygodne, że bohater prawie daje wiarę w ową historię. Jedynym zgrzytem jest przecież fakt, że w Chinach można mieć tylko jedno dziecko...

Bohater postanawia odkryć tajemnice pani Ming i udowodnić jej kłamstwo, wszystkie jednak ślady i informacje zdobyte w mieście potwierdzają jej niesamowitą opowieść z dziesięciorgiem dzieci w roli głównej.
Nagła niespodziewana choroba kobiety i spotkanie bohatera z jej najstarszą córką, której opis idealnie zgadza się z tym, przedstawionym przez panią Ming, naprowadza go na właściwe tory i pozwala odkryć sekret kobiety.

Ta krótka, pozornie banalna opowieść, niesie jak to zwykle u Schmitta bywa, interesujące przesłanie. Puentuje doskonale, a jednocześnie pozostawia sporo niedomówień. Całą resztę musi sobie czytelnik dopowiedzieć i ułożyć w głowie sam, ale wydaje mi się, że na tym chyba polega cały urok prozy Schmitta. U niego nic nie jest takie, jak się wydaje i jakie być powinno.
Sardegna

"Związek do remontu" Romuald Pawlak


posted by Sardegna on , , , ,

10 comments


Wydawnictwo: Nasza Księgarnia
Liczba stron: 296
Moja ocena : 5/6

Komu Romuald Pawlak kojarzy się wyłącznie, jako autor ściśle związany z fantastyką, ten jest w wielkim błędzie. Najlepszym przykładem tego, że autor pisze powieści o różnorodnej tematyce, jest powyższa książka. „Związek do remontu” z serii Babie Lato Naszej Księgarni świetnie nadaje się na wakacyjną lekturę, zresztą tak, jak i inne książki z tej serii. I tutaj Romuald Pawlak bardzo mnie zaskoczył. Po pierwsze, nie spodziewałam się książki jego autorstwa, w tej kolekcji, po drugie, przyzwyczajona do jego opowiadań fantastycznych („Equnculus”i inne), byłam ciekawa, jak autor poradzi sobie z tematyką obyczajową i opisze relacje w związku, oczywiście z punktu widzenia mężczyzny.


Nie powiem, lektura była ciekawym doświadczeniem. Na początku bowiem, nie umiałam pozbyć się myśli, że przecież to Romuald Pawlak, to fantastyka ma być, a nie obyczajówka. Jednak z czasem, na tyle wkręciłam się w fabułę, że prawie zapomniałam, że przecież to Romek Pawlak, a on fantastykę piszę, i że...
ech...nieważne.

Wciągnęlam się w historię Iśki i Rafała, bezdzietnej pary z kilkuletnim stażem, których to związek zaczął przechodzić kryzys. Powodem problemów staje się odmienne zdanie na temat posiadania dzieci. O ile przed laty oboje zgadzali się w tej kwestii, to obecnie Iśka zaczyna się „łamać”. Coraz więcej czasu poświęca przyjaciółkom posiadającym własne potomstwo, zagląda do zaprzyjaźnionego przedszkola, żeby pobawić się z maluchami i tęsknie wpatruje się w przejeżdżające wózki. Zupełnie niezmienne zdanie na temat dzieci ma Rafał. Nadal nie lubi rozwrzeszczanych smarkaczy, przeszkadza mu płaczące dziecko sąsiadów i ze zgrozą śledzi plan budowy placu zabaw w pobliżu ich kamiennicy.

To właśnie owy plac zabaw stanie się ogniskiem zapalnym pewnej kryminalnej historii. Rafał postanawia bowiem nie czekać, aż tłum dzieciaków zagospodaruje sobie przestrzeń pod jego oknami, tylko bierze sprawy w swoje ręce. Postanawia za wszelką cenę nie dopuścić do jego budowy. Początkowo podburza sąsiadów, ale kiedy to niewiele daje, postanawia zwrócić się o pomoc do … lokalnej mafii.

Do czego zdolny jest zdesperowany mężczyzna? Kobieta – wiadomo, ale facet? Kto w końcu przekona drugiego do swoich racji? Czy Rafał zrezygnuje z wolności, czy może Iśka odpuści marzenia o dziecku? I gdzie w tym wszystkim miejsce dla Pampucha – charakternego kocura, który jest znanym na osiedli Samcem Alfa. O wszystkim przekonacie się czytając „Związek do remontu”.

Czy wystarczająco zachęciłam Was do tej nietypowej książki Romka Pawlaka, którego swoją drogą już nigdy nie zaszufladkuję? Jeżeli tak, to sięgajcie śmiało, bo z powieścią spędzicie przemiły czas i nie raz uśmiech zagości na Waszej twarzy. Polecam!
 
Sardegna

"Woziłam arabskie księżniczki" Jayne Amelia Larson


posted by Sardegna on , , , ,

16 comments


Wydawnictwo: Znak
Liczba stron: 304
Moja ocena : 5/6

Zachęcona opisem książki, która wydawała mi się być zabawnymi perypetiami dziewczyny, pracującej jako kierowca limuzyny arabskiej rodziny królewskiej, sięgnęłam po powyższy tytuł. Wydawało mi się, że zapiski autorki, która przeżyła taką niesamowita przygodę, będą odprężającą, lekką lekturą., przy której będę miała okazję się pośmiać, albo przynajmniej oderwać na moment od rzeczywistości.

Niestety, a może stety, książka okazała się być zupełnie inna niż się spodziewałam. Praca kierowcy na usługach rodziny królewskiej nie miała w sobie ani krzty luzu, humoru czy miłej atmosfery. Książka okazała się być zapisem trudnego okresu w życiu autorki, pełnego wyrzeczeń, pracy ponad siły, stresu i nerwów. Nie da się ukryć, że ciężka atmosfera książki dopadła i mnie, jako czytelnika.
Nie za bardzo odprężyłam się w trakcie lektury, dowiedziałam się za to wielu interesujących faktów i podejrzałam życie codzienne arabskich magnatów „od kuchni”

Autorka w swej książce podzieliła się spostrzeżeniami na temat całego okresu pracy u rodziny królewskiej. Od początku nie było to jej wymarzone zajęcie. Autorka nie ukrywa, że to po prostu sytuacja życiowa zmusiła ją do znalezienia pracy wysoko zarobkowej. Do podjęcia się posady szofera skłoniła ją głównie wizja wysokiego napiwku, który miał zwieńczyć okres jej pracy.

Jayne, po szeregu szkoleń i pouczeń, co wolne, a czego nie wolno robić w obecności arabskich księżniczek, rozpoczyna pracę, nie mając pojęcia, że zaczyna najtrudniejszą i najbardziej wyczerpującą pracę w swoim życiu. W czasie pobytu arabskich celebrytek w Nowym Yorku, autorka staje się nie tylko szoferem, ale też osobą od załatwiania rzeczy wszelakich. Jest praktycznie na każde zawołanie swych pracodawczyń, organizuje wszystkie ich wyjazdy, spełnia zachcianki, gospodaruje czas. Nawet jeżeli polecenia księżniczek są wyjątkowo absurdalne, Jayne spełnia je bez mrugnięcia okiem, bowiem służba (do której też przecież jest zaliczana) nigdy nie może poleceniu odmówić.

I tak autorka wykonuje wszelkie zadania, jest dostępna 24 h/dobę, siedem dni w tygodniu. Poza obsługą rodziny królewskiej przychodzi jej też "wozić" królewskiego fryzjera bądź całą armie małoletnich przyjaciółek księżniczki. W okresie 6 tygodni staje się praktycznie wrakiem człowieka, wyczerpanego i osłabionego, żyjącego w wielkim stresie. Oczywiście Jayne krzywdę robi sobie niejako na własne życzenie, bowiem nikt jej do pracy nie zmusza, a ona sama robi to dla pieniędzy i może przecież w każdej chwili zrezygnować. Zaciska jednak zęby i postanawia dociągnąć pracę do końca, zdobywając upragniony napiwek.

Do zadań szofera należało między innymi, jeździć kilka godzin wzdłuż najbardziej zatłoczonych ulic NY z prędkością 10 km/h, czujnym i zwartym, gotowym na spełnianie poleceń. Księżniczki w tym czasie odwiedzają wszystkie ekskluzywne butiki, robiąc niezliczone zakupy. W każdej jednak chwili mogą jednak zechcieć wsiąść do limuzyny i podjechać parę metrów dalej, więc szofer musi być w stanie gotowości. Musi też zawozić księżniczki w każde miejsce, o które poproszą, w czasie jak najkrótszym. Nawet jeżeli to jest miasto na drugim końcu stanu, w godzinach szczytu. Inaczej szofer narazi się na gniew pracodawcy, wrzaski i nerwową atmosferę w samochodzie. Jayne musiała organizować także dziwne zakupy dla księżniczek, bądź stać kilka godzin na plaży, w pełnej gotowości do spełniania poleceń, w pełnym stroju służbowym, w 40 stopniowym upale. Takie zadania były normą...

W międzyczasie wykonywania wszelkich powierzonych zadań, autorka wdraża się w strukturę rodziny królewskiej i zaczyna ogarniać zasady w niej panujące. Obserwuje życie arabskich księżniczek, które żyją według ustalonych norm, niejako przestających obowiązywać w USA (stroje, operacje plastyczne, samodzielne zakupy). Zaprzyjaźnia się też z najbliższymi służącymi rodziny królewskiej i z przerażeniem obserwuje ich codzienne zmagania z rzeczywistością i niemożność odmiany swojego losu.

Zakończenie 6 tygodniowej służby Jayne kończy gorzkimi przemyśleniami, które odnieść można praktycznie do aktualnej sytuacji społecznej. Nie będą to miłe spostrzeżenia i wnioski, ale za to bardzo prawdziwe i aktualne. Dlatego, tak jak napisałam na początku, lektura okazała się być trudniejszą, niż oczekiwałam. Ale czy przez to była gorsza? Nie sądzę. 

Sardegna

"Sieroce pociągi" Christina Baker Kline


posted by Sardegna on , , , , , ,

21 comments

Wydawnictwo: Czarna Owca
Liczba stron: 372
Moja ocena : 6/6

Zawsze kiedy przeczytam niesamowitą książkę, powinnam od razu usiąść do komputera i pisać, pisać i pisać... Wiadomo, że nie zawsze jest czas i miejsce, ale kilka dni po lekturze, emocje z nią związane nie są już takie intensywne i pisanie  przychodzi mi z trudem. Tak się złożyło, że niemal jednego dnia przeczytałam dwie fantastyczne, ale bardzo różne od siebie książki. Jedną z nich jest "Nie lubię kotów", o której pisałam już jakiś czas temu, drugą są właśnie "Sieroce pociągi", które to chciałabym opisać dzisiaj. Nie gwarantuję jednak, że oddam całą wyjątkowość tej powieści. Tak jak mówiłam, to największa wada spisywania wrażeń z lektury po czasie.

Pierwsze wrażenie, jakie miałam po przeczytaniu ostatniej strony i zamknięciu książki to podobieństwo "Sierocych pociągów" do "Szarych śniegów Syberii" Ruty Sepetys. Owo podobieństwo nie polega oczywiście na fabule, chociaż można i tu doszukiwać się analogii. Nie mam na myśli także motywu pociągu i wędrówki, choć i one znaczące są bardzo w obu opowieściach. Podobieństwo wyraża się bardziej w formie książki i jej przesłaniu. Obie historie przedstawiają bowiem dramatyczne wydarzenia, które zostały zapomniane gdzieś w kartach historii, obie pokazane są z perspektywy dziecka, i mam też niejasne wrażenie, że obie książki przeznaczone są bardziej dla młodzieży niż starszego czytelnika.

Ale po kolei. "Sieroce pociągi" to opowieść, która toczy się dwutorowo. Współczesną bohaterką jest siedemnastoletnia Molly, która tuła się po rodzinach zastępczych, nie mogąc znaleźć sobie miejsca na ziemi. Nie dogaduje się z opiekunami, bądź trafia do rodzin, które absolutnie nie powinny zostać adopcyjnymi. Cała sytuacja z ciągłą zmianą miejsca zamieszkania, powoduje, że Molly staje się wyobcowaną, nieufająca nikomu, dziewczyną. Kiedy podczas pobytu u kolejnej rodziny, popada w konflikt z prawem, w ramach zadość uczynienia musi odpracować społecznie kilkadziesiąt godzin. I tak trafia do domu dziewięćdziesięcioletniej Viviane, nieco zdziwaczałej staruszki, której ma pomóc w uporządkowaniu strychu. 

W czasie porządków i segregowania przedziwnych, zniszczonych przedmiotów, Viviene wraca wspomnieniami do przeszłości, opowiadając Molly historię swojego życia. I tak przenosimy się siedemdziesiąt lat wstecz, kiedy to osierocona, ośmioletnia imigrantka z Irlandii, Viv (wtedy jeszcze Niamh) zostaje przejęta przez opiekę społeczną i ulokowana w "sierocym pociągu".

"Sierocym" okazywał się być prawdziwy pociąg, załadowany osieroconymi dziećmi w różnym wieku, od niemowląt do nastolatków, kierujący się w stronę środkowej części kraju. Na kolejnych stacjach ludzie "dobrej woli" mogli wybierać sobie dzieci, które postanowili przygarnąć, zapewnić im dom  i opiekę. 
Oczywiście nikt nie sprawdzał do jakiej rodziny trafi dzieciak i jaki los będzie mu przeznaczony. Czasami trafiała się dobra rodzina, która zajmowała się sierotą, jak własnym dzieckiem. Częściej wprost przeciwnie, dzieci bito, poniżano, głodzono, angażowano w prace przy gospodarstwie bądź inne pracochłonne zajęcia ponad siły.

I tak Niamh trafia do pierwszego nowego domu (piszę pierwszego, bo w ostateczności było ich kilka), w którym przyjdzie jej bardzo szybko dorosnąć. 

Dzięki opowieści Viv, przypadkowa znajomość z Molly przerodzi się w wielką zażyłość, obie bowiem mają za sobą bardzo podobne doświadczenia i dobrze znają poczucie osamotnienia i bezsilności. Jak pomogą sobie nawzajem i do czego to w rezultacie doprowadzi? Finał będzie dość zaskakujący.

Tyle o "Sierocych pociągach". Jak zatem mają się do nich "Szare śniegi Syberii"? Obie historie są bardzo dramatyczne, opisujące losy samotnych dzieci, zagubionych w świecie dorosłych. Obie pokazują, jak dzieci walczą o przetrwanie w najtrudniejszych warunkach, jak przystosowują się do sytuacji, i jak zmienia się w tym przypadku ich psychika. Obie książki poruszają zapomniane nieco wątki historyczne i ocalają je od zapomnienia. Obie skierowane są raczej dla młodzieży, gdyż przekazane zostały w wersji "ugładzonej", prawie "filmowej", jeśli wiecie co mam na myśli.

Nie zrozumcie mnie źle. Obie książki bardzo mi się podobały. Wzruszyły mnie, wywołały lawinę emocji (zwłaszcza opisy związane z krzywdą dzieci), jednak moim zdaniem forma została dopasowana raczej dla młodszego czytelnika (zresztą autorka "Szarych śniegów..." potwierdziła moją teorię, o złagodzonym przekazie). Nie wiem, jak to wygląda w przypadku "Sierocych pociągów", ale wyobrażam sobie, że rzeczywistość musiała wyglądać jeszcze gorzej, niż zostało to w książce przedstawione, dlatego dla mnie jest to raczej powieść młodzieżowa niż dramat. Co oczywiście nie zmienia faktu, że książka mi się bardzo podobała i szczerze ją polecam.

Sardegna

"Dom na plaży" Sarah Jio


posted by Sardegna on , , , , ,

16 comments


Wydawnictwo: Znak
Liczba stron: 302
Moja ocena : 6/6

Cudownie wakacyjna to książka! Wspaniała, upalna, nagrzana emocjami i gorącym słońcem pacyficznych wysp. Doskonała na lekturę w czasie urlopu. W prawdzie sama nie przeczytałam jej w trakcie własnego wypoczynku, ale to wcale nie przeszkodziło mi poczuć wszystkich wspaniałości na własnej skórze.

Cudna historia, po prostu cudna! Trochę banalna, ale to naprawdę nie ma znaczenia. Kiedy zagłębicie się w opowieść Anne, momentalnie wchłonie Was atmosfera Bora-Bora. Niemal namacalnie poczucjecie wilgotne i gorące powietrze, krystalicznie czystą, oceaniczną wodę i niezmącone piękno przyrody. A do tego wszystkiego, dostaniecie wzruszającą historię miłosną w realiach trudnej rzeczywistości II Wojny Światowej.

Rok 1942. Anne, dwudziestoletnia panienka z dobrego domu, żyje zbliżającym się ślubem, z bogatym, znanym w całym miasteczku, biznesmenem. Pełnię szczęścia zakłóca jej jednak uporczywa myśl, że wraz z zawarciem małżeństwa straci w życiu namiastkę szaleństwa. W ostatnim, przedmałżeńskicm zrywie, postanawia, wraz z oddziałem pielęgniarek, wyruszyć na Bora-Bora i służyć pomocą rannym żołnierzom tam stacjonującym, walczącym na wodach Pacyfiku. Razem z przyjaciolką Kitty lądują na wyspie, nie mając pojęcia, że zaczynają najważniejszą przygodę w swoim życiu.

Na miejscu, rajska wyspa okaże się być dla Anne, niebem i piekłem jednocześnie. Da jej wyjątkowe wspomnienia, którymi będzie raczyć się do końca życia, da jej prawdziwą miłość - mężczyznę, z którym postanowi spędzić resztę swych dni, da tajemnicę domku na plaży, związną ze znaleziskiem, ukrytym w chacie. Da niesamowity rok, pełen pasji, gorącego i namiętnego uczucia, ale przede wszystkim, da jej odpowiedź na nurtujące pytanie: jak chce spędzić resztę życia.
Bora – Bora urządzi też Anne piekło na ziemi. Pokaże oblicze brutalnej wojny, niegodziwość ludzką, nieszczerość i zdradę. Anne będzie też swiadkiem brutalnego zabójstwa, z którego wspomnieniem będzie musiała się zmagać do końca życia.

Nie zdradzę, jak skończy się przygoda Anne na Bora-Bora. Nie zdradzę więcej szczegółów na temat jej związku z tajemniczym żołnierzem. Nie powiem też, jak będzie wyglądało życie bohaterki po wojnie i czy znajdzie się w nim miejsce dla tej egzotycznej miłości.
Wszystkie tajemnice musicie odkryć sami i przeżyć historię „Domu na plaży” na swoj własny sposób.
Dodam tylko, że wakacje sprzyjać będą Waszej lekturze i umocnią Was w przekonaniu, że to wspaniała historia miłosna.

Sarah Jio już drugi raz pozytywnie mnie zaskoczyła, najpierw wiosenną lekturą Marcowych fiołków”, teraz letnim „Domem na plaży”. Odpoczynek w towarzystwie książek jej autorstwa to naprawdę mile spędzony czas. Nie ma bowiem nic lepszego, niż zanurzenie się w interesującej historii, dziejącej się w jakimś niezwykłym miejscu. Od tego, lepsze jedynie może być przebywanie w takim właśnie wyjątkowym miejscu. Bora – Bora kiedyś Cię odwiedzę!
Sardegna

"Nie lubię kotów" Katarzyna Zyskowska - Ignaciak


posted by Sardegna on , , , ,

19 comments


Wydawnictwo: Nasza Księgarnia
Liczba stron: 384
Moja ocena : 6/6

Jestem w rozsypce. Wczoraj przeczytałam dwie genialne książki: „Sieroce pociągi”  Christiny Baker Kline oraz „Nie lubię kotów” Katarzyny Zyskowskiej - Ignaciak. Dwie zupełnie różne od siebie, ale bardzo emocjonalne powieści. Każda wyjątkowa na swój sposób. Każda przejmująca. I teraz trudno mi napisać cokolwiek. Bardzo chciałam wczoraj, na gorąco, opisać książkę Kasi Zyskowskiej – Ignaciak, żeby notka pojawiła się w dniu premiery, nie dałam jednak rady. Książkowe emocje mnie wykończyły.

Podejmuję temat dzisiaj, nie obiecuję jednak, że moja opinia rozjaśni Wam w głowach. Tę książkę trzeba poczuć i przeżyć na własnej skórze, we własnej głowie, na swój sposób.

Historia, a właściwie historie (bo jest ich sześć), przedstawione w „Nie lubię kotów”, są mi bardzo bliskie i dalekie jednocześnie. Czułam, że mimowolnie jestem połączona z całą tą opowieścią, chociaż daleko mi do problemów, opisanych w książce.

To moje połączenie ma związek z głównym bohaterem powieści, czyli pokoleniem trzydziestolatków, do którego sama należę. Reprezentantami tego pokolenia są ludzie, którzy w swej dojrzałości i dorosłym życiu, które od paru lat prowadzą, w małżeństwie, ciążach, wychowywaniu dzieci, predszkolach, szkołach, pracach, podatkach, urlopach, remontach, dorosłych decyzjach, czują się zagubieni, jak małe dzieci.
Ludzi, którzy osiągnęli sukces, gromadzą majątek, tworzą rodziny, ale gdzieś w tym wszystkim są nieszczęśliwi i zamknięci w błędnym kole obowiązków, nakazów i konwenansów.

Bliski to dla mnie temat, a jednocześnie bardzo daleki. Nie identyfikuję się raczej z bohaterami książki, którzy są w większości majętnymi, pracującymi na wysokich stanowiskach, ludźmi, zabijającymi czas białym proszkiem na imprezach i romansami w pracy.

Bliski natomiast jest mi głos pokolenia. Jestem w stanie zrozumieć tok myślenia bohaterów i powody, jakimi się kierują, w podejmowaniu decyzji. Rozumiem ich poczucie osamotnienia, mimo że wokoło pełno ludzi, rozumiem osaczenie i przeładowanie głowy tymi wszystkimi „dorosłymi' sprawami. Rozumiem chęć rzucenia wszystkiego "w cholerę” i pozostawienia od teraz, za sobą.

Tylko, o ile ja rozumiem takie sytuacje, czasami nawet sama się czuję podobnie i mam chęć na ucieczkę, albo powrót do domu rodzinnego i pozostawienie wszystkiego, co do tej pory osiągnęłam, to nie znaczy, że tak robię. Dorosłość ma swoje prawa. Pociesza mnie myśl, ze nie jestem w tym osamotniona, i chociaż czasami bywa ciężko, nie chciałabym powrócić wstecz, do czasów kiedy byłam wolna dwudziestolatką bez większych obowiązków. Na wszystko jest czas i miejsce. Wszystko przecież musi mieć szczęśliwy koniec.

I tak to właśnie jest z tymi bohaterami powieści, ludźmi, którzy borykają się z własną tożsamością, pragnieniami a codziennością. Szóstka postaci pozornie szczęśliwych trzydziestolatków, z poukładanym życiem osobistym, rodzinnym i zawodowym, tak naprawdę jest strzępkiem samych siebie sprzed lat. Tkwią w nieudanych związkach, żyją w wyidealizowanej rzeczywistości, pokazywanej później na fb czy Instagramie, nie potrafią cieszyć się z sukcesów, mentalnie siedzą gdzieś w rzeczywistości sprzed dziesięciu lat, kiedy to nie mieli żadnych obowiązków, zobowiązań, tylko niejasną wizję przyszłości. 

I nikt nie jest tym, kim się wydaje. Wszyscy odgrywają narzucone role społeczne, wizję siebie taką, jaką chcieliby oglądać inni. Obraz, który można, a nawet trzeba pokazać w sieci, wirtualnym znajomym.

Malina i Wojtek, pozornie szczęśliwe małżeństwo, rodzice małego Piotrusia. Bardzo dobrze powodzi się im finansowo, przez to, że Wojtek pracuje w niemieckiej korporacji. Wszyscy zazdroszczą im pięknego domu, ale przede wszystkim tej wspaniałej miłości i zaufania, jakimi Malina obdarzyła męża, który cały tydzień spędza w pracy w Niemczech, a w domu pojawia się tylko w weekendy.
Mało kto domyśla się, co tak naprawdę dzieje się między małżonkami i jakie problemy ma Malina, która żyje w idealnych wnętrzach i czas zajmuje sobie zakupami oraz prowadzeniem bloga.

Daniel i Karolina – przyjaciele powyższej pary. Rodzeństwo, z których każdy odniósł zawodowy sukces. Daniel jest wziętym prawnikiem, kobieciarzem, ma piękne mieszkanie i wianuszek kobiet wokół siebie. Karolina jest redaktor naczelną znanego pisma, singielką, trochę roztrzepaną, ale bardzo lubianą wśród znajomych.
Po godzinach pracy każde z nich zmaga sięze śmiertelną choroba ojca. Karolina nie może pogodzić się z utrata ukochanego tatusia, dla którego zawsze była oczkiem w głowie. Daniel nie może wybaczyć ojcu, że zawsze faworyzowal siostrę. Do tego każde z nich lokuje uczucia w niewłaściwej osobie, co prowadzi do jeszcze większego dramatu.

Kolejnym bohaterem jest Konrad, znany w mieście playboy, syn szefa wielkiego wydawnictwa, który żyje jak chce i ma wszystko czego zapragnie. Jednak pod przykrywka idealnego życia on tez skrywa swoje problemy. Nadużywanie narkotyków to tylko jeden z nich, właściwie efekt wszystkich innych niepowodzeń.

Ostatnią postacią jest Dagmara. Trochę na uboczu, nie należy do grupki nowobogackich przyjaciół. Debiutująca pisarka powieści dla kobiet, która została bardzo dobrze przyjęta przez środowisko.
Życie Dagi nie przypomina jednak tego, opisanego w napisanej przez niej książce. Dziewczyna przyjechała do Warszawy za pracą, jednak po początkowym sukcesie, niespodziewana ciąża i kryzys w firmie rujnują jej wszystkie plany. Samotne wychowywanie dziecka i zmagania z życiem dają się jej we znaki.

Wszyscy bohaterowie balansują między dwoma życiami - tym jednym na pokaz i drugim dla siebie. Źle się z tym czują, ale nie bardzo potrafią coś zmienić. Współczuję im szczerze, bo najgorszą opcją ze wszystkich to być nieszczęśliwym w swojej rzeczywistości. 

„Nie lubię kotów” to trudna książka, nie mająca nic wspólnego z domowymi pupilami czy lekką literaturą kobiecą. Po genialnej serii "Upalne lato...", w którym autorka czarowała pięknym językiem i emocjami, przyszedł czas na zupełnie inną powieść, która daje psychicznego kopa wszystkim trzydziestolatkom, ale chyba nie tylko im...

Sardegna