"Wariant" Robison Wells


posted by Sardegna on , , , ,

9 comments


Wydawnictwo: Amber
Liczba stron: 304
Moja ocena : 5/6

Ciągle mam zaległości. W prawdzie jest ich już coraz mniej, jednakże stos książek do opisania nie maleje, podobnie, jak tych do przeczytania "na wczoraj". Miło jest jednak zrobić sobie odmianę w postaci książki własnej, a jeszcze lepiej, jeśli to jest pożyczka, z którą w prawdzie nie muszę się spieszyć, ale wiecie jak to jest. To taki mały, leżący na półce, wyrzut sumienia...

W każdym razie zabrałam się za "Wariant", młodzieżówkę zupełnie nieznanego mi autora, jednakże poleconą przez Przyjaciółkę, która jest wielką fanką Patricka Redmonda ("Czarne słońce", "Gra w życzenia"), więc mniej więcej wiem, czego mogę się po niej spodziewać. Z okładkowych opisów dowiedziałam się, że powieść wciąga, jak seria "Gone" - tego nie potwierdzam, jednakże przyznaję: przeczytałam książkę w jedne wieczór.

Bardzo podoba mi się koncept powieści: nastolatek Benson, nie mający szczęścia do rodzin zastępczych, postanawia wreszcie zadecydować o sobie i składa podanie o stypendium do elitarnej Akademii Maxfield. Liczy, ze szkoła zapewni mu edukację na wysokim poziomie i będzie startem w dorosłe życie. Nie przeszkadza mu nawet, że szkoła ulokowana jest w pośrodku niczego, z dala od cywilizacji.

Kiedy dociera na miejsce, okazuje się, że trafił do swego najgorszego koszmaru: w Akademii rządzą uczniowie. Nie ma nauczycieli, lekce też wyglądają inaczej niż w tradycyjnych szkołach, są natomiast obowiązki, o które dzieciaki walczą, i wysoki mur, którego przekroczenie grozi "zniknięciem". Benson nie może uwierzyć, że uczniowie nie próbują wydostać się z posiadłości szkoły i odzyskać niezależność. Wszyscy są stłamszeni przez niewidzialną władzę, i sami wyznaczają sobie nagrody i kary, pilnując porządku. Każdy uczeń Akademii musi także przyłączyć się do jednej z trzech zorganizowanych grup. Jedna z nich trzyma władzę siłą, druga układami, a trzecia? No właśnie...

Benson znajduje grupkę przyjaciół, niestety jego niepokorna natura i chęć wydostania się z tej elitarnej klatki, skłania go do buntowniczych zachowań. Kiedy przekracza kolejną granicę, do której do tej pory nikt się nawet nie zbliżył, machina zniszczenia idzie w ruch. 

Jaką tajemnicę skrywa Akademia? Kto stoi za całą organizacja szkoły? I najważniejsze: komu można zaufać? Benson przeżyje niesamowita przygodę, ale uwierzcie mi, nie bardzo chcielibyście znaleźć się w jego skórze...

Moje wrażenia po lekturze są bardzo pozytywne, choć nie ukrywam, wolałabym, żeby książka była dłuższa, albo żeby chociaż planowana była część druga. Niektóre interesujące motywy nie zostały, według mnie, wystarczająco wykorzystane. Wątki związane z organizacją szkoły, sposobem działania "tajnej władzy" mogły być bardziej rozwinięte. Jestem pewna, że każdy czytelnik chętnie dowiedziałby się coś więcej na ten temat. W ostatecznej ocenie daję powieści 5/6. Podobała mi się (niewielka) analogia do "Władcy much", podobała dynamika i zakończenie. Jeżeli więc macie ochotę na przyjemną młodzieżówkę na jeden wieczór, zachęcam, sięgnijcie po "Wariant".

Sardegna

"Projekt Kraken" Douglas Preston


posted by Sardegna on , , , ,

5 comments


Wydawnictwo: G+J
Liczba stron: 420
Moja ocena : 5/6

Moja fascynacja Douglasem Prestonem, podszyta nutką niepokoju i ciekawości, pogłębia się z każdą kolejną lekturą. Zaczęłam niewinnie, od "Białego ognia", a potem było już tylko lepiej. "Konfrontacja" przebiła swojego poprzednika pomysłami na fabułę i galopującą akcją. Postanowiłam brnąć dalej i czytać Prestona, aż do znudzenia (choć taka opcja, przy nagromadzeniu jego pomysłów, nie wydaje mi się prawdopodobna).  

"Projekt Kraken" kupiłam z okazji braku okazji, w jednej z księgarń internetowych. I od razu wzięłam się za czytanie, co jest ostatnio u mnie niespotykane, gdyż każdą książkę z zakupu własnego odkładam na półkę, a tam czeka nieskończenie długo na swą kolej. Także rozumiecie, jak intrygujący musi być ten Preston...

W Krakenie, jak w skrócie nazywam powieść, postacią wiodącą, ponownie jest agent Wyman Ford. Tym razem również będzie miał pomoc w postaci pięknej i inteligentnej kobiety, ale o tym za moment. 
W Centrum Lotów Kosmicznych Goddarda, ekipa specjalistów pracuje nad projektem, który umożliwić ma eksplorację Tytana. Robot, mający dokonać owej eksploracji ma wbudowany system, działający na zasadzie sztucznej inteligencji. Szczegóły działania systemu są jednak ściśle tajne i znane tylko jednej osobie, pomysłodawczyni - Melisie Shepherd. Podczas testowania sprzętu, dochodzi do niezidentyfikowanego wybuchu i zniszczenia urządzeń, nie jest to jednak największa strata. Znacznie gorsze jest to, że program SI "ucieka" do sieci i zaczyna żyć własnym życiem.

I teraz zaczyna się najbardziej nieprawdopodobna część: program SI, zwany przez jego autorkę, Dorotką, rozkręca się na tyle, że staje się zagrożeniem dla wielu ludzi. Zaczyna się więc wyścig o jego przejęcie i wykorzystanie do niecnych celów. W całą akcję silnie angażują się hakerzy z Wall Streat, Ford i piękna Melissa, CIA oraz pewien samotny, niepełnosprawny nastolatek.

Trasa Dorotki w sieci wiąże się z wieloma nieprzyjemnościami. Inteligenty program natyka się na różne śmieci internetowe, które wymuszają na nim pewne "refleksje" (tak, tak, dobrze czytacie, przemyślenia SI). Ta część nie spotkała się z moim wielkim entuzjazmem, bowiem życiowe prawdy i rozważania nad istotą dobra i zła z perspektywy programu SI, to było już dla mnie zbyt wiele... Ale rozumiem zabieg, chodziło pewnie o pokazanie, jak najbardziej ludzkiej wersji SI. Do mnie niestety to nie przemówiło.

Dorotka szaleje, próbuje przejąć kontrolę, loguje się gdzie się da, ludzie szaleją jeszcze bardziej, bo złapanie programu przez giełdowych hakerów może spowodować nieodwracalny kataklizm, a czas ucieka. Akcja galopuje, nie ustępując w tym swym poprzednikom, czytelnik połyka kolejne strony, w ogóle nie zastanawiając się nad prawdopodobieństwem owych zdarzeń. Ale z tego Douglas Preston słynie: naciągana czy nie, historia pochłania na sto procent, a czytelnik nie spocznie, dopóki jej nie dokończy.

Nie mogę mieć zarzutów do tego, że akcja "Projektu Kraken" jest nieprawdopodobna. Sięgając po kolejną powieść tego autora spodziewałam się przecież pomylenia z poplątaniem, więc dostałam to, czego chciałam. Na pewno nie będzie to moje ostatnie spotkanie z powieściami Prestona. Każdą kolejną biorę w ciemno.

Sardegna

"Kołysanka dla Rosalie" Renata Kosin


posted by Sardegna on , , , ,

8 comments


Wydawnictwo: Nasza Księgarnia
Liczba stron: 456
Moja ocena : 5/6

Chwaliłam się już tym na FB, ale zawsze kiedy mi się to przytrafia, lubię podzielić się swoją radością i entuzjazmem z innymi. A było to tak: zerknęłam do "Kołysanki..." w sobotę wieczorem, chcąc tylko rzucić okiem, jak zaczyna się właściwie kontynuacja "Tajemnic Luizy Bein". I wiecie, co było dalej? Standardowo, ocknęłam się o 00.30, 300 stron później, zastanawiając się, jak to możliwe, że nie rzuciłam się na książkę od razu, kiedy do mnie przybyła. 

Oczywiście wiem, dlaczego tak się stało: bałam się, że zapomniałam, jak wygląda wątek główny, towarzyszący "Tajemnicom..." i nie będę potrafiła wkręcić się w nową opowieść, z lukami w pamięci.
Na szczęście Autorka zadbała o wszystkich zapominalskich czytelników i przypomniała, nakreślając gdzieś między wierszami, fabułę części poprzedniej. Bardzo ogólnie oczywiście, na zasadzie wspomnień, przypomnienia kto jest kim, jednakże lojalnie uprzedzam, te informacje nie wystarczą czytelnikom, którzy nie znają części poprzedniej. Niestety nie da rady czytać samej "Kołysanki..." bez znajomości "Tajemnic...". Można to naturalnie zrobić, ale umknie nam wtedy bardzo wiele szczegółów i smaczków, od których w powieści aż się roi.

Zanim wprowadzę Was trochę w fabułę, chciałam wyróżnić pracę Autorki w przygotowanie powieści, jak zrobiłam to już przy okazji pisania o części pierwszej. Ilość nawiązań do elementów kultury, literatury i sztuki, zaprezentowanych w książce i nawiązujących do fabuły, w różnych momentach wydarzeń, jest przeogromna. Praca, jaką wykonała Renata Kosin musiała być szalenie skrupulatna i nie wyobrażam sobie, ile trwało zbieranie tych materiałów. Jednakże dobre przygotowanie Autorki od razu rzuca się czytelnikowi w oczy i rzutuje na pozytywny odbiór książki.

Sporo niuansów zaserwowała swym odbiorcom Renata Kosin. Kiedy już wydaje się, że historia Luizy Bein jest zamknięta, wartemborski pałacyk, jej dawna siedziba, daje znać o swoich tajemnicach. 
Klara, postać znana z poprzedniej części, wraz z narzeczonym Kubą, zajmują się pałacykiem Luizy, przerabiając go na elegancki hotel. Dziewczyna ma już dość sekretów, ukrytych symboli i znaczeń, związanych z posiadłością, jej dawną właścicielką i całym rodem Beinów. Postanawia więc odciąć się całkowicie od tej historii i zacząć żyć na własny rachunek. Niestety nie jest to łatwe, bowiem już pierwszy turnus hotelowych gości, niesie ze sobą sporo problemów, ale też dodatkowych emocji. Urlopowicze są dość ekscentrycznymi postaciami, a niektórzy z nich wręcz zachowują się dziwnie. W odwiedziny do Barczewa przyjeżdża też cala rodzina Beinów: Alex z żoną Sarą i dzieciakami, jego matka Łucja i przybrana siostra, Anna. Klara nie ma więc zbyt wiele czasu na skupienie się na życiu prywatnym.

Dziewczyna, choć usilnie stara się nie angażować w sprawy Beinów, robi to automatycznie, bowiem w pałacyku zaczynają dziać się dziwne rzeczy. Ktoś ewidentnie przeszukuje piwnicę posiadłości, myszkuje w prywatnych pokojach i podkłada Klarze kłody pod nogi. Kiedy ginie bez śladu Rosalie, mała córeczka Alexa, wraz ze swoją nianią, wszyscy są już pewni, że w grę wchodzi ponownie jakiś sekret z przed lat. 

Jaki związek ma mała Rosalie z pradawną przepowiednią i historią Luizy? Co mają do tego róże, jednorożec i kołysanka, śpiewana dziewczynce przez nianię? Który z gości stoi za porwaniem małej? A może niebezpieczeństwo pochodzi z zupełnie innej strony?
Cały pałac zostaje postawiony na nogi, a każdy kolejny dzień poszukiwań przynosi nowe tropy, wszystkie związane z przeszłością Beinów.

Powiem Wam, że "Kołysanka dla Rosalie" wychodzi  z ramy tradycyjnej powieści obyczajowej. Poza wątkiem tajemnicy rodzinnej, w książce znaleźć można motywy, charakterystyczne dla powieści przygodowych i historycznych. Sporo się dzieje, ale w pozytywnym tego słowa znaczeniu. Czytałam jak szalona, żeby odkryć, co stało się z dziewczynką i kto stoi za wszystkimi niecnymi sprawkami w wartemborskim pałacu. Kto więc czuje się zachęcony, niech sięga najpierw po "Tajemnice Luizy Bein", a potem po "Kołysankę dla Rosalie", i da się ponieść mieszance przeszłości, współczesności, wierzeń, przesądów, obrzędów, symboli i manuskryptów. Autorka przeprowadzi Was przez tę historię z wyjątkową dla siebie skrupulatnością.

Sardegna

"5 sekund do IO" Małgorzata Warda


posted by Sardegna on , , , , ,

8 comments


Wydawnictwo: Media Rodzina
Liczba stron: 344
Moja ocena : 6/6

Pani Małgorzata Warda jawi mi się, jako autorka wyjątkowych powieści obyczajowych - historii, które wbijają w fotel i miażdżą psychikę. Przeczytałam w prawdzie tylko "Nikt nie widział, nikt nie słyszał", ale to mi wystarczy. Bardzo emocjonalnie podeszłam do tej powieści, bo opisana historia, dla mnie, jako matki, jest nieprawdopodobnie tragiczna. Dodatkowo, żeby sprawdzić, jak autorka wypada w innych powieściach, zaopatrzyłam się w "Jak oddech" (choć jeszcze nie przeczytałam), wszystkie jednak tytuły, bezsprzecznie kojarzą mi się z dorosłymi czytelnikami. Kiedy więc, w między czasie, dowiedziałam się, że pani Małgorzata wydała powieść dla młodzieży, pomyślałam: jak to? Ciekawe, co z tego wyjdzie.

I wiecie co? Wyszło coś niesamowitego! Wyszła powieść, którą każdy młody człowiek powinien absolutnie i obowiązkowo przeczytać! 

Oczywiście na początku miałam nieco obaw. Tematyka gier komputerowych i świat alternatywny na odrębnej, wirtualnej planecie, to coś dla młodych czytelników, nie do końca moje klimaty. Martwiłam się czy nadążę. Na szczęście zupełnie niepotrzebnie, bowiem autorka zadbała już o to, żeby czytelnik dobrze poczuł się w zaprezentowanym klimacie nowoczesnej technologii i nie zagubił w nazwach, czy określeniach, zupełnie obcych dla tych, nieobeznanych z tematem.

Akcja "5 sekund do IO" toczy się w niedalekiej przyszłości, kiedy to technika zrobiła olbrzymi krok naprzód i oferuje ludziom doznania, o jakich do tej pory, mogli tylko marzyć. Mika, zagubiona siedemnastolatka, jest świadkiem brutalnego ataku na jej szkołę. Będąc zakładnikiem szaleńca, rozpoznaje w nim dawno niewidzianego kolegę,  zapoznanego na turnieju gier komputerowych. 
Ale, ale! Nie mówię tutaj o grach, które znamy, i z których korzysta dzisiejsza młodzież. To coś o wiele bardziej rozwiniętego. Na rynku pojawiła się bowiem gra sensoryczna Work a Dream, gdzie jej uczestnicy mogą odczuwać normalnie bodźce: ból, ciepło, zimno, smak, zapach. W grze mogą też zupełnie zmienić swą postać i wcielić się w role, jakich nie doświadczyli w realnym życiu. 

Policja uważa, że motyw, jakim kierował się zabójca, może mieć związek z jego aktywnością w grze. Mika, jako świadek szkolnej masakry i osoba, która rozpoznała chłopaka, zostaje włączona więc do programu ochrony, gdzie ma incognito wejść do gry i poszukać śladów, mogących wyjaśnić tą sprawę. Dodatkowo, w okolicy dochodzi do dziwnych zniknięć młodzieży, związanej z grą, właśnie. Mika ma za zadanie wkręcić się w fabułę i pomóc w rozwiązaniu tej sprawy.

Niestety nie wszystko idzie po myśli stróżów prawa, bowiem dziewczyna zaczyna podchodzić do gry bardzo emocjonalnie, tworząc w niej relacje, głębsze od tych w życiu realnym. Śledztwo, jakie miała prowadzić zamienia się w autentyczną chęć przeżycia przygody, a co się z tym wiąże, niechęć do współpracy z policją.
Gra wymyka się z pod kontroli i nie wiadomo już, co dla Miki jest prawdą, a co fikcją.

I teraz wyobraźcie sobie, że cała ta opisana przeze mnie akcja, dzieje się na dwóch frontach, przenikających się wzajemnie. Mika sprawnie przemieszcza się od trudnej, szaroburej, polskiej rzeczywistości, do barwnego, emocjonującego świata IO. A tam, wykreowane przez nią życie ma dla niej znacznie więcej sensu, niż te prawdziwe.

Jakże przerażająca w swym wydźwięku jest ta książka. Na początku napisałam, że powinna być obowiązkowa dla wszystkich nastolatków. I zgadzam się z tym, ale dodałabym jeszcze obowiązek jej przeczytania, wszystkim rodzicom tej młodzieży. Lektura "5 sekund do IO" daje większy pogląd na sprawę niebezpiecznego uzależnienia od gier komputerowych, niż jakakolwiek kampania społeczna. 

Im bardziej zbliżałam się do końca lektury, tym większą miałam gulę w gardle. Kiedy dotarłam do końca książki, nie mogłam przez kilka dni przestać myśleć o niej myśleć. Później znowuż nie mogłam zabrać się za jej opisanie. Na szczęście wszystko ma swoje miejsce i czas, więc i "5 sekund do IO" doczekało się mojego komentarza. 

Pani Małgorzata Warda wykonała kawał dobre roboty. Życzę jej, aby powieść znalazła, jak największą liczbę odbiorców i stała się podstawą do racjonalnej dyskusji na poziomie rodzic - dziecko. Sama umieszczam ją na liście najlepszych tytułów roku 2015 i polecam Wam serdecznie.

Sardegna

"Córka Twórcy Królów" Philippa Gregory


posted by Sardegna on , , , ,

9 comments


Wydawnictwo: Książnica
Liczba stron: 436
Moja ocena : 6/6

Czy mogę uznać się już za największą fankę Philippy Gregory, będąc po lekturze zaledwie czterech jej powieści? Wiem, że dopiero zaczynam i daleko mi do bycia "specjalistką" w tym temacie, ale czas spędzony w towarzystwie jej powieści sprawia mi tak olbrzymią frajdę, że nie zamierzam się przejmować tym, że momentami nie nadążam, bądź mylę fakty. Stawiam w tym temacie dopiero pierwsze kroki, a i tak zrobiłam krok milowy w porównaniu z moją wiedzą historyczną, posiadaną przed PG.

"Córka Twórcy Królów" to czwarta książka autorki, nawiązująca do XV wiecznych wydarzeń historycznych, związanych z Wojną Kuzynów, nazywaną też Wojną Dwu Róż. Historia walki o władzę, pomiędzy rodem Yorków a Lancasterów, została już przedstawiona z perspektywy Jakobiny Luksemburskiej, w tomie "Władczyni rzek", Elżbiety Woodville, w "Białej Królowej", oraz Małgorzaty Beaufort, w "Czerwonej Królowej". Oczywiście w każdym tomie losy kobiet i ich bliskich się przeplatają, pokazując jednak zupełnie inny obraz sytuacji.

"Córka Twórcy Królów" to historia Anny Neville, postaci, która była dla mnie, we wcześniejszych powieściach, zupełnie nieistotna, nijaka i niewarta uwagi. Jednak po lekturze jej wersji wydarzeń, zmieniam zupełnie zdanie, i od tej pory nie będę pomijała Anny w żadnych dyskusjach tematycznych, ani ignorowała jej osoby w całej historii Dwu Róż.

Anna i Izabela były córkami Ryszarda Neville'a, hrabiego Warwick, jednego z najbliższych współpracowników króla Edwarda Yorka. Neville pomógł swemu młodemu podopiecznemu przejąć tron i obalić władanie Lancasterów, licząc, że młody król będzie radził się go we wszystkich sprawach królestwa. Niestety plany Warwicka nie mają szansy na realizację, kiedy Edward zakochuje się w Elżbiecie Woodville, i w sprawach kraju zaczyna liczyć się tylko z małżonką jej rodziną.

Rozgoryczony Neville postanawia "stworzyć" nowego króla, kierując swą uwagę na  młodszego Yorka - Jerzego i aranżuje jego małżeństwo z córką Izabelą. Kiedy ta droga do tronu również nie ma szans na sukces, Warwick zwraca się do pokonanych Lancasterów, wydając swoją młodszą córkę, Annę, za Edwarda Lancastera, syna znienawidzonej do tej pory, Małgorzaty Andegaweńskiej.

Obie córki stają się marionetkami w rękach ojca i swoich mężów. Anna próbuje wziąć sprawę w swoje ręce i choć po części decydować samej o sobie. Niestety to tylko pozory niezależności, bowiem w walce Yorków i Lancasterów o władzę, nie ma przypadków. Fortuna kołem się toczy, więc każda z kobiet Wojny Dwu Róż, w tym także Anna Neville, przeżyje swoje chwile triumfu i chwile sromotnej  porażki.

I wiecie co? Tak jak napisałam, o ile poprzednie części pokazały mi Annę, jako kobietę zupełnie bez wyrazu, anemiczną, nic nie wnoszącą, bez charakteru postać. Tak po lekturze "Córki Twórcy Królów", cofam wszystkie te zarzuty. Młodsza córka Warvicka z całych sił próbowała nadać swemu życiu własny bieg wydarzeń. I choć została wtłoczona w ramy, z których trudno było jej się wydostać, związana małżeństwem z rodziną Lancasterów, do której czuła jedynie niechęć i strach, będąc zaledwie szesnastoletnią wdową postawiła na swoim i choć częściowo ułożyła sobie życie po swojemu.

W tej powieści rodzina króla Edwarda i jego żony Elżbiety, została pokazana w nieco innym świetle, jednakże jak wiadomo, ile bohaterów dramatu, tyle wersji wydarzeń. Dobrze jednak było spojrzeć na tak dobrze mi już znaną historię, z nowej perspektywy. Wszystko to oczywiście zawdzięczam rewelacyjnej Philippie Gregory, która z jednego wątku historycznego jest w stanie stworzyć cztery (a właściwie pięć, bowiem "Biała Księżniczka" również dotyczy Wojny Dwu Róż, rozpoczynając niejako dynastię Tudorów), genialnych tomów historycznej beletrystyki.

Czas powoli żegnać się z Yorkami i Lancasterami. Do kompletu i pełnego obrazu historii brakuje mi jeszcze cyklu esejów "Kobiety Wojny Dwu Róż". Potem już tylko "Biała Księżniczka" i można wkręcać się w historię Tudorów.
Nigdy, przenigdy nie pomyślałabym, że będę zachwycać się powieścią historyczną i prowadzić zagorzałe dyskusje z innymi czytelniczkami, na temat niuansów znalezionych w książce. Wspaniałe to uczucie! Dlatego z całego serca zachęcam Was do sięgnięcia po powieści PG. Zakochacie się w jej wersji historii, tak samo, jak ja!

Sardegna

Wróżek ciąg dalszy: "Bryłka i motyle" oraz "Fira i pełnia księżyca"


posted by Sardegna on , , , ,

2 comments

Pamiętacie kiedy pisałam, że Siedmiolatka ma nową, ulubioną serię o Wróżkach? Dwa tomy Disney'owych historyjek  przeczytałyśmy przed urlopem, a dwa, tuż po nim. Wrażenia po lekturze kolejnych odcinków są bardzo podobne. Książeczki są sympatyczne, każdy tom to ciekawa opowieść połączona z innymi, dzięki postaciom elfich bohaterek. Osobiście mam jedną uwagę, co do czytania poszczególnych tomów tej serii: nie można zabierać się za nie pod rząd. Wtedy nawet najciekawsze historie stają się monotonne i nudne. Na szczęście Siedmiolatka odkryła już przy serii "Zaopiekuj się mną", żeby nie iść tą drogą, i że ten system się nie sprawdza. "Wróżki" zostały rozdzielone stosownie w czasie, a ich czytanie sprawiło jej dzięki temu, odpowiednią frajdę.


Wydawnictwo: Egmont
Liczba stron: 96
Moja ocena : 5/6

Pierwszy tom to książeczka pod tytułem "Bryłka i motyle", autorstwa Kitty Holmes, a kolejną wróżką, której przygody opisano, jest Bryłka. Jest to elfka o wyjątkowym talencie, która jako jedyna w Nibylandii potrafi kontaktować się z dziećmi. Bryłka jest bardzo skromną, uprzejmą i przyjazną elfką, więc w ogóle nie chwali się swoimi umiejętnościami. Często zaniedbuje je nawet na rzecz pomagania innym w wykonywaniu ich obowiązków. Pewnego razu, z powodu choroby elfów utalentowanych motylowo - pastersko, przejmuje ich pracę. Niestety, opieka nad motylami nie jest tak łatwa, na jaką wygląda... 

Jako że w każdej książce szukam edukacyjnego wydźwięku, tutaj też go znalazłam. Mały czytelnik przekonuje się, że każdą pracę należy szanować, nawet taką, która wydaje się pozornie niepotrzebna.  Drugim edukacyjnym elementem jest świadomość, że trzeba umieć być asertywnym i skutecznie odmawiać, nie raniąc nikogo. Być może dla najmłodszych czytelników, zwłaszcza takich, którym dorośli czytają treść książeczki, te wartości edukacyjne, wplecione w fabułę, nie są zbyt dobrze widoczne. W tym nasza więc rola, aby wytłumaczyć dzieciom co i jak. 


Wydawnictwo: Egmont
Liczba stron: 104
Moja ocena : 5/6

Drugą książeczką jest "Fira i pełnia księżyca" Gail Herman. To chyba najbardziej ekspresyjna część z całej czterotomowej kolekcji, którą posiada Siedmiolatka. Fira jest świetlisto utalentowaną elfą, ma więc za zadanie zapewnienie oświetlenia w różnych miejscach Nibylandii. Tym razem jej praca wymagać będzie większego zaangażowania, gdyż świetliki, które też odpowiadają za kontrolę światła, zachorowały na tajemniczą chorobę. Do tego, w krainie elfów pojawiają się nowe postacie: Iskierka, Gloria i Helios. Trojaczki są nowymi mieszkańcami Nibylandii, a opiekę nad nimi sprawować ma właśnie Fira. Elfka ma pełne ręce roboty, szalone trojaczki przysparzają jej jeszcze dodatkowych trosk.

Nie mam pojęcia, dlaczego akurat książeczka o Firze została odłożona przez Siedmiolatkę na koniec. W każdym razie, najbardziej przypadła jej do gustu i najbardziej rozbawiła.

Kolekcja Wróżek w dziecięcej biblioteczce złożona jest z czterech tomów. Z tego co wiem, ostatecznie jest ich o wiele więcej, ale na razie mamy co czytać, więc podchodzimy do tematu spokojnie. W ogóle Siedmiolatka zaczyna czytać samodzielnie, spodziewajcie się więc posta o pierwszych, samodzielnych lekturach, a powiem, że jest już ich do tej pory, kilka...
Sardegna

Weekend z książką w Tychach, po raz trzeci!


posted by Sardegna on

5 comments

W niedzielę, po raz trzeci, w mojej okolicy, w pobliskim mieście Tychach, odbyła się świetna impreza książkowa, zorganizowana przez Miejską Bibliotekę Publiczną. Podobnie, jak miało to miejsce rok i dwa lata temu, ekipa z MBP przygotowała całą masę książek, pochodzących z wycofanych zbiorów, bądź z "darów", i ochoczo rozdawała je mieszkańcom miasta. O ile jednak wcześniej impreza odbywała się na wolnym powietrzu, na tyskim mini - ryneczku - Placu Baczyńskiego, tym razem brzydka pogoda pokrzyżowała plany MBP, która była zmuszona przenieść wydarzenie do budynku Teatru Małego.   

Deszcz nie przeszkodził oczywiście książkowym maniakom, którzy pojawili się tłumnie, czasami całymi rodzinami, wybierając, co ciekawsze kąski, z setek wystawionych tytułów dla dorosłych i dla dzieci. 
Na początku było nieco luźniej, więc i wybór większy...


Jednak z każdą minutą chętnych czytelników i konkurencji przybywało...


Jak możecie się domyśleć, sama też szykowałam się na tę imprezę. Przygotowałam torbę książek do oddania i wraz z dzieciakami (które były nie mniej podekscytowane ode mnie), pojawiłam się punktualnie. 

Możecie sobie wyobrazić mój entuzjazm! Wybieranie do woli, przeszukiwanie zbiorów, wyszukiwanie prawdziwych perełek. Nie pytajcie, ile dokładnie przywiozłam książek, ale było ich sporo... Większość z nich jest oczywiście w stanie zaczytanym, z pieczątkami i opisami, ale mi to zupełnie nie przeszkadza.

Stosów nazbierała się ilość olbrzymia: 


"Piąta korona" J. Gonzalez 
"Głód" G. Masterton
"Mutant" R. Cook
'Mamma Lucia" i "Mroczna arena" M. Puzo
"Dwa tygodnie strachu" G. Masterton
"Dziewczyna, która pływała z delfinami" S. Berman
"Historia rodziny Roccamatio" Y. Martel
"Podwójne trafienie" S. Martini


"Brat Grim" C. Russell
"Skrzynia na złoto" B. Akunin
"Dzika sprawiedliwość" P. Margolin
"Reguła czterech" Caldwell, Thomason
"Hiszpańska krew" R. Chandler
"Gen zbrodni" M. Cordy
Książki Wybrane Reader's Digest


"Niedobry chłopiec" O. Goldsmith
"Julio, gdzie jesteś?" J. Fielding
"Śmiałe marzenia" R. Rushton
"Tango dla trojga" M. Nurowska
"Kraina snów"  L. Rice
"O pięknie" Z. Smith


"Moonraker" I. Fleming
"Światło Machu Picchu" i "Cień Pumy" A.B.Daniel
"Dziedzictwo Bourne'a" E.V. Lustbader


"Wenus w sieci" M.J. Rose
"Ojcobójca" M. Pollack
"Gdy moja śliczna śpi" oraz "Moja słodka Sunday" M.Higgins Clark
"Uwikłany" P. Rowson
"Niebezpieczna strefa" S. Palmer
"Autostopem przez Galaktykę" D.Adams
"Godzina śmierci" P.Cleave


Seria Kameleon i Salamandra, oraz zestaw fantastyki i s-f dla męża (ale sama może też w końcu coś przeczytam):


Do tego moje dzieci wybrały sobie książeczki dla siebie, które ulokowały już w dziecięcej biblioteczce, a teraz tworzą harmonogram ich czytania:


W ogóle dla dzieciaków, MBP przygotowało nie lada konkurs ze świetnymi nagrodami. Poza tym były kolorowanki, balony, malowanie twarzy, ale przede wszystkim buszowanie i przeglądanie książeczek na dziecięcym stoisku:


W bibliotecznym konkursie Młody wygrał nowiutki egzemplarz Maksa, a Siedmiolatka zgarnęła sprzęt sportowy w postaci paletek. Wyobrażacie sobie te emocje?
I tak sobie myślę, że te moje dzieci mają już książki we krwi. W ogóle nie były znudzone sytuacją, i kiedy już nabawiły się do woli na dziecięcym stosiku, czekały cierpliwie na rodziców, odpoczywając na ławeczce i przeglądając swoje zdobycze.


Wspaniale spędziliśmy czas, a impreza zorganizowana przez tyską bibliotekę, udała się nawet mimo niepogody. Standardowo dziękuję ekipie MBP, która w ten ciekawy sposób promuje czytelnictwo w naszym regionie i zachęca do czytania nawet najmłodszych czytelników. Dzięki Wam moja biblioteczka powiększyła się o świetne tytuły, które w jakiś magiczny sposób jeszcze się w niej zmieściły. Do zobaczenia za rok!

Sardegna

"Cięcie" Veit Etzold


posted by Sardegna on , , , ,

8 comments


Wydawnictwo: Akurat
Liczba stron: 544
Moja ocena : 3/6

Nie odmawiam praktycznie żadnemu thrillerowi czy kryminałowi. Nie jestem już w prawdzie na etapie fascynacji (jak jeszcze parę lat temu), kiedy to szukałam najbardziej zaskakujących, krwawych, czy brutalnych powieści, ale nadal z ciekawością sięgam po ten gatunek, licząc, że coś mnie jeszcze w nim zaskoczy.

"Cięcie" miało być dla mnie nowym, świeżym Maximem Chattamem. Niestety nie mam dobrych wiadomości. Ta powieść nie jest dobra, w każdym razie, nie jest dobra dla mnie. Porównywanie jej do książek mojego ulubionego, francuskiego autora byłoby z mojej strony wielkim nietaktem.

Czytałam już wiele brutalnych i wynaturzonymi powieści, ale ta jest wyjątkowo "wulgarna" w tym temacie. Żebym została dobrze zrozumiana, to nie tak, że coś mnie w tej historii obrzydziło czy wystraszyło. To nie o taki rodzaj "wulgarności" mi chodzi. Maxime Chattam w swych powieściach też często przekracza granicę, ale wszystko w jego książkach ma uzasadnienie i sens. W "Cięciu" masa jest obrzydliwych scen (a wydawało mi się, że nic nie jest w stanie mnie zniesmaczyć), które moim zdaniem nie mają uzasadnienia. Takie szokowanie, dla samego szokowania. Założenie, że im obrzydliwiej, tym lepiej. Jest fabuła, jest wartka akcja, jest poszukiwanie seryjnego mordercy, są motywy, przemyślenia i działania, a gdzieś pomiędzy tym jest ogrom niepotrzebnych (moim zdaniem), wynaturzeń, od których aż głowa boli.

Sam pomysł na fabułę jest interesujący i dlatego też skłoniłam się ku książce. Poszukiwanie Bezimiennego mordercy, który wyszukuje swoje ofiary na profilach społecznościowych, a później przez jakiś czas przejmuje ich internetową tożsamość, wydał mi się zupełnie nowym motywem. Tematem, z jakim jeszcze się nie spotkałam, a jednocześnie wątkiem bardzo aktualnym. Historia Bezimiennego przeplata się z pracą Clarie Vidalis, policjantką, która walczy z wyjątkowo brutalnymi przestępcami, często związanymi z przemocą wobec dzieci. W swej pracy, podświadomie szuka sprawcy morderstwa swojej małej siostrzyczki sprzed dwudziestu lat. Po jednej ze swych "akcji", Bezimienny przesyła Clarie amatorski film z nagraniem zabójstwa i przesłaniem skierowanym do niej personalnie. Ma on jej bowiem do przekazania pewną informację i chce to zrobić w jak najbardziej spektakularny sposób. Rozpoczyna się pościg za mordercą, który pogrywa z policją, tylko w sposób sobie znany.

Nie wiem, może to kwestia oczekiwań, gdyż po lekturze miliona kryminałów i thrillerów chciałabym znaleźć w nich już coś więcej, niż tylko opis kłębowiska różnego rodzaju dziwactw. W każdym razie "Cięcie" do mnie nie przemówiło. Owszem, przeczytałam szybko, ale bez dreszczyku emocji, który przy takiej literaturze musi mi towarzyszyć.

Lektura nie powaliła mnie na kolana. Nie poczułam się zbulwersowana, bo wiele trzeba by było, jednak niesmak pozostał. Nie będę więc namawiać Was do tej ksiażki, choć z tego, co się zorientowałam, na blogach "Cięcie" zdobywa same pozytywne oceny. Może to więc kwestia gustu, a może przestały mnie już interesować wynaturzenia i zbrodnie popełniane przez różnej maści, szaleńców.

Sardegna

"Zagadki przeszłości" Kate Atkinson


posted by Sardegna on , , , ,

8 comments


Wydawnictwo: Czarna Owca
Liczba stron: 368
Moja ocena : 5/6


Kiedy na rynku wydawniczym pojawiły się "Jej wszystkie życia", brytyjskiej autorki Kate Atkinson, od razu przeczytałam. Uwielbiam motyw podróży w czasie, a pomysł na fabułę był tak interesujący, że uwzględniłam nawet książkę w rankingu najlepszych powieści roku.  Rok później, Czarna Owca wydała kolejny tytuł autorki, ale tym razem - zaskoczenie - kryminał. Obawiałam się trochę porównań do obyczajówki, a tak w ogóle, to na początku myślałam, że "Jej wszystkie życia" to debiut, więc te kryminały to jakieś nieporozumienie (na szczęście Aine wyjaśniła mi wszystko na ten temat).

"Zagadki przeszłości" wyszły autorce bardzo dobrze, i nie znajdziecie u mnie ani grama krytycznych uwag pod jej adresem, choć może przeczepię się jedynie do początku powieści, kiedy to rozdzielenie czasu i miejsca akcji na 4 zupełnie inne od siebie wątki, zniechęciło mnie na moment do  doczytania książki do końca i odwlekło to w czasie.

Początek powieści stanowią 3 odrębne historie, z czego każda z nich dzieje się w innym czasie i miejscu i nie mają one ze sobą żadnego powiązania. W latach 70tych ubiegłego wieku, ginie bez śladu trzyletnia dziewczynka. Mała Olivia znika z rodzinnego ogrodu, z namiotu, w którym nocowała ze starszą siostrą.
W latach 90 tych - w kancelarii prawniczej Theo Wyre, zostaje przypadkowo zamordowana jego córka Laura. Dziewczyna przez zupełny zbieg okoliczności znalazła się w nieodpowiednim miejscu i nieodpowiednim czasie, a psychopata z bronią, po wparowaniu do firmy, zranił ją śmiertelnie i zniknął bez śladu. 
Trzecia historia dzieje się na przełomie lat 70tych i 80 tych, kiedy to świeżo upieczona matka i żona, Michelle morduje swojego męża w akcie szału i w ogóle nie poczuwa się do winy i odpowiedzialności.

Wszystkie trzy historie zostały przez lata zamiecione pod dywan. Olivii nigdy nie odnaleziono, sprawca śmierci Laury został nieodnaleziony, podobnie, jak Michelle, która po latach przebywania w szpitalu psychiatrycznym, zniknęła bez śladu. 

Na szczęście, na horyzoncie pojawia się prywatny detektyw, Jackson Brodie i praktycznie w jednym czasie otrzymuje zlecenia powrotu do spraw z przed lat. W kancelarii detektywa pojawiają się siostry Olivii z nowym śladem, dotyczącym zaginięcia małej. Ojciec Laury chce ponownego otwarcia śledztwa, a siostra Michelle zgłasza się z prośbą odnalezienia siostrzenicy, która po morderczym ataku szału swej matki, została oddana do adopcji.
Brodie cieszy się z nowych zleceń, ale jednocześnie zmaga się z problemami osobistymi, które chcąc nie chcąc, mieszają mu się z życiem zawodowym. Praca z nowymi klientami też okaże się niełatwa, bowiem jeden z nich jest napastliwy, jeden zaborczy, a jeden oszałamiająco piękny. Na szczęście Brodie wykazuje pełen profesjonalizm, a sprawy z przeszłości nie będą takie beznadziejne, jak by się mogła na początku wydawać. Wszystkie trzy zostaną rozwiązane, a nawet część z nich będzie miała wspólny mianownik. 

Jak więc, na tle "Jej wszystkich żyć" wyszły autorce "Zagadki przeszłości"? Uważam, że całkiem dobrze. Kryminał czyta się szybko (choć tak, jak mówiłam, początkowe rozdziały, trochę mnie zniechęciły, na szczęście później było już tylko lepiej), cała opowieść wciąga czytelnika i nie pozwala się oderwać od książki, aż do ostatniej strony. Powieść nie jest tak charakterystyczna, jak ta, z motywem podróży w czasie, i na pewno nie będzie o niej tak głośno, ale miłośnikom kryminałów powinna się spodobać.

Z tego, co się zorientowałam, dostępne są już 4 tomy serii z Jacksonem Brodie. Poza "Zagadkami przeszłości" są jeszcze dostępne tomy: "Przysługa", "Kiedy nadejdą dobre wieści" oraz "O świcie wzięłam psa i poszłam". Jeżeli będę miała okazję, na pewno sięgnę po owe tytuły. Dobrej intrydze kryminalnej nigdy nie odmawiam.

Sardegna

"Posłaniec" Markus Zusak


posted by Sardegna on , , , ,

16 comments


Wydawnictwo: Nasza Księgarnia
Liczba stron: 352
Moja ocena : 5/6

Z "Posłańcem" to było tak: na fali popularności Markusa Zusak i jego genialnej (podobno, bo sama nie czytałam, więc nie wiem) "Złodziejki książek", na polski rynek wydawniczy wyszła kolejna powieść autora.  Zaopatrzyłam się w oba tytuły, planując oczywiście przeczytać "Złodziejkę..." w pierwszej kolejności. Jednakże dość trudna tematyka nie bardzo pasowała mi do urlopu, na który się wybierałam. Postanowiłam więc zacząć swa czytelnicza przygodę od "Posłańca". I tym oto sposobem, książkę przeczytałam w jeden wieczór, bo wciągnęła mnie maksymalnie.

Powieść jest z gatunku tych, które ja osobiście nazywam "oczywistą oczywistością". Książka zawiera mnóstwo prawd i porad, które są proste i znane wszystkim wokoło (co nie znaczy oczywiście, że wszyscy się do nich stosują). Niestety, tak to jest,  łatwo powiedzieć, trudniej zastosować w praktyce. Wszyscy teoretycznie wiedzą, czym się kierować w życiu i jak postępować, żeby nie ranić innych, być zadowolonym z siebie i cieszyć się chwilą doczesną, w praktyce jednak, tylko niewielu z nas wykorzystuje ten potencjał i stosuje w swym życiu owe wartości. 

Podobnie sprawa wyglądała w przypadku Eda Kennedy'ego, dziewiętnastolatka, którego życie było zwyczajnie nieciekawe i nudne. Najmłodszy z rodzeństwa, ignorowany, wiecznie sprzeczający się z matką, zamieszkuje w obskurnej kawalerce, za jedynego towarzysza mając starego psa, Odźwiernego. Ed pracuje jako taksówkarz, ale praca też nie daje mu satysfakcji, ot pracuje by przeżyć od pierwszego do pierwszego. Wraz z grupą przyjaciół spędza czas na bezproduktywnej grze w pokera, i praktycznie każdy jego dzień jest podobny do poprzedniego. Bez ambicji, bez planów na przyszłość, wegetuje z dnia na dzień, męcząc się z samym sobą.

Wszystko zmienia się jednak w momencie, kiedy Ed otrzymuje tajemniczą przesyłkę, a w niej zapisane trzy nieznane mu adresy. Chłopak wpada w konsternację, ale ciekawość skłania go ku poszukaniu owych miejsc w mieście. Kiedy dociera pod wskazane adresy, okazuje się, że czekają tam na niego osoby, potrzebujące wsparcia bądź natychmiastowej pomocy. Tym sposobem Ed staje się tajemniczym pomocnikiem i dobrym duchem. Pierwsze dobre uczynki, niosą za sobą kolejne, bowiem dziwne przesyłki przychodzą jeszcze 3 razy. Kto stoi za zorganizowaniem tej niesamowitej misji dla Eda? Jak wpłynie ona na życie bohatera i jego bliskich? 

Dobro zawsze wraca podwójnie, więc życie chłopaka zmieni się diametralnie. Znajdzie on swój cel, nabierze odwagi, nawiąże nowe przyjaźnie. Największa przemiana dokona się jednak w mentalności bohatera, więc każdy pozytyw, jaki wyniknie z owej misji będzie niesamowitym sukcesem.

I tak, jak pisałam na początku, "Posłaniec" przypomina czytelnikom pewne oczywiste prawdy i wartości. Daje motywującego kopa, do zmiany swojego życia na lepsze i wyjścia z marazmu. Pokazuje, że nawet najbardziej nudne życie można zmienić, trzeba tylko mieć odpowiedni impuls do zareagowania. Siedzenie i marudzenie nic nie pomoże, ani niczego nie zmieni. Najważniejsze, to być życzliwym i pewnym własnej wartości. Zmiany są dobre i mogą być początkiem czegoś zdecydowanie lepszego.

Nic odkrywczego nie napisałam, czyż nie? Banalna oczywista oczywistość. Ale uprzedzałam, że to "taka" powieść. Natomiast niebanalna i na pewno nie nudna, jest forma książki. Rozłożenie rozdziałów w postaci talii kart jest bardzo ciekawe. Wisienką na torcie jest też samo zakończenie, a dokładnie ostatnie zdania (kto ma brzydki zwyczaj zaczynać książkę od zerknięcia na ostatnią stronę niech tego broń boże nie robi!). Daję "Posłańcowi" 5/6 bo przypomniał mi co nie co, poza tym umilił czas, a nawet wzruszył. Poza tym, czy ktoś powiedział, że oczywiste książki są złe? Czasami największa wartość tkwi w prostocie, więc do dzieła!

Sardegna

"Basia i wyprawa do lasu" Zofia Stanecka, Marianna Oklejak


posted by Sardegna on , , , ,

2 comments


Wydawnictwo: Egmont
Liczba stron: 24
Moja ocena : 5/6


"Basia i wyprawa do lasu" to dokładnie czwarta książeczka z serii, z jaką miały do czynienia moje dzieci. Dwie pierwsze ("Basia i opiekunka" oraz "Basia i gotowanie") zostały przesłuchane w postaci audiobooka, trzecia ("Basia i Boże Narodzenie"), przeczytana w formie e-booka. Rok temu opowiastki sprawiły moim pociechom nie lada frajdę, zwłaszcza te w postaci słuchowisk. Dzisiaj, kiedy to moja córka szykuje się do pójścia do szkoły, a Młody chcąc, nie chcąc, musi podążać za jej pomysłami, wydaje mi się, że Basia i jej przygody nie zrobiły już na nich powalającego wrażenia.

Nie zrozumcie mnie źle, grupą docelową historyjek są 3-7 latki, więc moje dzieciaki świetne wpasowują się w target, zauważyłam jednak, że nie kręcą ich już króciutkie opowiastki, w których dominują obrazki i które Mama przeczyta w pięć minut. Wolą już dłuższe historie, mini powieści, z konkretnym rozwinięciem i zakończeniem. W sumie mogłam się tego spodziewać, zwłaszcza po ich ostatnich preferencjach czytelniczych. Skłoniłam się jednak ku Basi, żeby skłonić Siedmiolatkę do samodzielnego jej przeczytania.

Na razie wychodzi mi to średnio, nie chciałabym bowiem zbyt nachalnie narzucać się Siedmiolatce z tą koniecznością czytania samemu. Przeczytałam więc dzieciakom Basię przed snem, ale czułam ich wyraźny niedosyt i rozczarowanie, że ta opowieść jest taka krótka i tak mało rozwinięta.

"Basia i wyprawa do lasu" to sympatyczna historyjka o wycieczce, jaką zorganizowała rodzina Basi. Jako że książeczka została napisana przy współpracy z Lasami Państwowymi, można w niej znaleźć wiele mądrych porad i informacji, związanych z leśnym środowiskiem. Jak szukać grzybów, odczytywać tropy zwierząt czy rozpoznawać głosy ptaków.

Wszystko to oczywiście jest fajne i pouczające, ale tak jak powiedziałam, raczej dla młodszych dzieci, 3-4 latków, dla których wyprawa do lasu wydaje się być jedną, wielką tajemnicą. Dla dzieci starszych, takie wiadomości są bardzo podstawowe, a historia nawet nie zdąży się rozkręcić, kiedy już się kończy.

Oczywiście nie można odebrać książeczce pięknego wydania, dobrej jakości papieru i przystępnej ceny, ale tak, jak zaznaczyłam, Basie sprawdzają się tylko w wypadku maluchów. Dlatego rodziców najmniejszych czytelników zachęcam do sięgnięcia po serię. Wybór opowiastek jest duży, poza tym, w wersji audiobooków świetnie sprawdzają się w samochodzie, nawet na krótkich trasach. Rodzice starszaków mogą się zaopatrzyć w egzemplarze, żeby skłonić swoich świeżo upieczonych uczniów do samodzielnego czytania. Połączą wtedy przyjemne z pożytecznym, a o to przecież chodzi.

Sardegna

"Wybory" Ruta Sepetys


posted by Sardegna on , , , ,

12 comments

 
Wydawnictwo: Nasza Księgarnia
Liczba stron: 333
Moja ocena : 5/6

Rutę Sepetys miałam okazję poznać osobiście, a było to na Krakowskich TK dwa lata temu, kiedy to autorka promowała swoją rewelacyjną powieść dla młodzieży "Szare śniegi Syberii". Byłam zafascynowana jej osobą, jej wypowiedziami, pasją, z jaką opowiadała o tym, jak przygotowuje się do pisania swoich książek.
Z niecierpliwością więc oczekiwałam kolejnego tytułu jej autorstwa, na naszym polskim rynku wydawniczym. 

Kiedy tylko w Naszej Księgarni pojawiły się "Wybory", rzuciłam się na nie zachłannie, ale potem stało się, jak zwykle... Odłożyłam na półkę z myślą: a co, jeżeli mi się nie spodoba? Powieść czekała więc na swą kolej kilka miesięcy, aż zbliżający się urlop skłonił mnie do spakowania jej do walizki. Ale powiem Wam, że nawet wtedy nie sięgnęłam po nią w pierwszej kolejności. Już sama nie wiem, co ze mną jest nie tak ...

W każdym razie, kiedy już zabrałam się za czytanie, wkroczyłam w przedziwny, zupełnie mi nie znany świat. Rzeczywistość Nowego Orleanu lat 50 tych, to było dla mnie coś zupełnie nowego. Na początku nie mogłam się tam odnaleźć, ale z każdą kolejną stroną odważniej i chętniej wkraczałam w świat rzezimieszków, prostytutek i biedy, ale też w świat przyjaźni, lojalności i przedziwnych znajomości.

Josie jest nastoletnią córką  prostytutki i praktycznie przez całe życie musi udowadniać wszystkim wokoło, że nie jest podobna do swojej matki. Nie jest to łatwe, kiedy jej codzienność i praca pokojówki, kręci się w Dzielnicy Francuskiej, wokół domu publicznego, w którym praktycznie się wychowała. Jakby tego było mało, dziewczyna ma utrudniony start w życiu, bowiem jej matka, Louise, nie wykazuje żadnej chęci opieki nad córką, a wręcz przeciwnie, pognębia ja na każdym kroku. Josie walczy więc o lepszą przyszłość, i poza pracą pokojówki, od lat pracuje w księgarni, u znanego w mieście literata i jego syna Patricka. Wsparcie dziewczynie okazuje też burdelmama, ostra i szorstka Willie, od lat pilnująca interesu, oraz szofer Cokie, będący dla niej niemalże, jak ojciec, którego nigdy nie poznała. Josie obserwuje otaczający ją świat, ma plany i marzenia, jednakże nie łatwo je realizować, kiedy życie (a właściwie, matka), nieustannie kładzie kłody pod nogi.

Kiedy już plany dziewczyny nabierają realnego wymiaru, w mieście dochodzi do morderstwa. Podejrzenia padają na dom publiczny Willie, a Josie wchodzi w posiadanie ważnej informacji. Przyszłość nastolatki staje pod znakiem zapytania, a jej dalsze losy będą zależały od wyborów, jakie dokona. 

"Wybory" to powieść zupełnie inna niż "Szare śniegi Syberii", nie gorsza, ani lepsza, po prostu zupełnie inna. Nie ma sensu jej porównywać, bowiem dotyczy zupełnie innej tematyki i ma inną formę. Widzę jednak pewne podobieństwo między obiema książkami: staranność opisu miejsca i czasu akcji. Potwierdza się tutaj zaangażowanie autorki w przygotowanie się do pisania konkretnej powieści. Tutaj nie ma przypadków. Wszystkie opisy Dzielnicy Francuskiej, lat 50 tych, przedstawione są skrupulatnie, jak najbardziej odzwierciedlając rzeczywistość, tak, że niemal namacalnie czuje się klimat otoczenia. 

Powieść ma wątek zabójstwa, ale mimo to, nie zaliczyłabym książki do gatunku kryminałów. Motyw ten jest elementem tła, inicjującym pewne sytuacje, ale nie jest najważniejszy. O wiele bardziej istotny jest wydźwięk obyczajowy i społeczny książki: walka o lepszą przyszłość, o rozwój osobisty. Josie jest postacią bardzo charakterną, silną i interesującą. Ciekawym doświadczeniem było obserwowanie jej "uwolnienia z klatki" (okładka, choć początkowo, nie miała dla mnie sensu, później nabrała go aż nadto wyraźnie).

Czy polecam "Wybory"? Oczywiście, ale lojalnie uprzedzam, nie jest to lekkie czytadełko, więc lekturę proponuję przenieść na chłodniejsze wieczory. Powieść polecam także miłośnikom Ruty Sepetys (którzy znają autorkę z lektury "Szarych śniegów..."). Będą mogli poznać inną odsłonę twórczości pisarki, a to zawsze jest ciekawe doświadczenie.

Sardegna

"Dom na jeziorze" Sarah Jio


posted by Sardegna on , , , , ,

22 comments


Wydawnictwo: Między Słowami
Liczba stron: 304
Moja ocena : 5/6

Pamiętacie, kiedy przy okazji opisywania poprzednich tytułów autorki, mówiłam, że jej powieści układają się w serię związaną z porami roku? Był letni "Dom na plaży", wiosenne "Marcowe fiołki", zimowa "Jeżynowa zima", a do kompletu brakowało tylko powieści jesiennej. I oto jest! "Dom na jeziorze". Powieść ulokowana w deszczowej scenerii Seattle, świetnie wpasowała się w klimat jesieni, z jaką mamy do czynienia w naszej strefie klimatycznej. Poza tym, przyjemnie było czytać o deszczowej aurze, kiedy wokół panował skwar, jakich mało. 

Sarah Jio przyzwyczaiła swoje czytelniczki do niebanalnych historii, w których teraźniejszość splata się z przeszłością, a ich powiązaniem jest niezwykła tajemnica z przed lat. I w powyższej historii tak właśnie jest. Mamy bohaterkę "współczesną", Adę, kobietę sukcesu, która przeżywa swoją osobistą tragedię, bowiem przed dwoma laty straciła w wypadku męża i córeczkę, oraz postać z przeszłości - dwudziestolatkę Penny, walczącą o swoje szczęście w trudnym małżeństwie.
Obie kobiety, choć dzieli przeszło pięćdziesiąt lat, łączy barka - pływający dom, ulokowany na jeziorze w Seattle. Miejsce na ziemi, wodna przystań, w której przyszło mieszkać obu bohaterkom, choć oczywiście w innych czasach. 

Ada próbuje poradzić sobie z żałobą po stracie bliskich, zostawia więc Nowy York, swoją wspaniałą pracę i postanawia pomieszkać z dala od wspomnień. Wybiera Boat Street czyli pirs z pełno wyposażonymi barkami - domami na wodzie. Całkowita zmiana otoczenia ma pomóc jej uporać się z tragedią i wrócić do życia. Zadomawiając się na barce i przeglądając ulokowane na niej sprzęty, Ada znajduje skrzynię, a w niej pamiątki poprzedniej lokatorki o imieniu Penny. Kobieta zaciekawiona postacią tajemniczej kucharki (bowiem skrzynia pełna jest przepisów na pyszne słodkości) postanawia dowiedzieć się o niej czegoś więcej. Niestety lokalna społeczność zamieszkująca pirs Boat Street jest bardzo niechętna do współpracy. Nikt nie zdradza żadnych szczegółów z życia Penny, choć starsi mieszkańcy znali ją osobiście.

Ada wraz z pomocą miłego sąsiada, Alexa, postanawia poszukać informacji o kobiecie, na własną rękę. Wspólne odgrzebywanie przeszłości łączy tych dwoje nicią przyjaźni, a nawet nieśmiałego uczucia. Okazuje się bowiem, że nie tylko Ada ma tragiczną przeszłość, ale i Alex skrywa bolesne wspomnienia. Czy Ada ma jeszcze szansę na szczęście? Co tak naprawdę stało się z Penny i kto stoi za jej tajemniczym zniknięciem?

Sarah Jio tradycyjnie przenosi czytelniczki z jednego miejsca akcji, w drugie, przeplatając losy Ady i Penny. 
Ich historie są w powieści jednakowo ważne, nie wiadomo nawet, która z nich jest tłem, a która opowieścią wiodącą. Obie historie, choć dzieli je całe pokolenie, mają jednak ze sobą coś wspólnego. Nie zdradzę co, bo sympatycznie było samej odkryć tajemnicę Penny na końcu książki.

Wspaniale spędziłam czas w "Domu nad jeziorem". Wczułam się w klimat powieści, odpoczęłam wyśmienicie, wzruszyłam się nawet, bowiem niektóre prawdy, takie oczywistości, zawarte w książce, zawsze na mnie działają. Utwierdziłam się też w przekonaniu, że kolejne powieści Sarah Jio mnie nie zawiodą i mogę sięgać po nie w ciemno.
Teraz mam już całą kolekcję autorki, związaną z porami roku. Pięknie się prezentuje na półce, ale co ważniejsze, stanowi jedną z ciekawszych serii kobiecych powieści obyczajowych w mojej biblioteczce.


Sardegna

"Terror" Dan Simmons


posted by Sardegna on , , , , ,

18 comments


Wydawnictwo: Vesper
Liczba stron: 692
Moja ocena : 6/6

Genialny, genialny, genialny! Wspaniały! Mój bezsprzeczny numer jeden w roku 2015. Ale, ale, muszę zacząć od początku. 

Przed lekturą orientowałam się mniej więcej, czym jest Przejście Północ - Zachód, czyli droga do Azji, przez Ocean Arktyczny pomiędzy archipelagami wysp Ameryki Północnej. Wiedziałam, że przejście to było wielkim wyzwaniem i niejako też marzeniem, żeglarzy już od XVI wieku, kiedy to pierwsi z nich zaczynali podążać tym szlakiem. Kojarzyłam nazwisko kapitana Johna Franklina, przewodzącego jednej z takich wypraw, ale na tym właściwie moja wiedza na ten temat się kończyła.

Kiedy Wydawnictwo Vesper wznowiło "Terror" Dana Simmons, powieść wydaną dziesięć lat temu, poruszającą właśnie ową tematykę, zaciekawiłam się, choć nie ukrywam, przeraziłam się początkowo objętością książki. Wystraszyłam się też, czy historia żeglarska zainteresuje mnie na tyle, że przeczytam całość w czasie urlopu, na który się szykowałam. Oczywiście wszystkie moje obawy okazały się bezpodstawne, bowiem prawie 700 stronicową "cegłę", jak niektórzy "Terror" określają, przeczytałam w dwa urlopowe dni, nie mogąc oderwać się od tego emocjonującego ciężaru i praktycznie nie mogąc skupić się, ani myśleć, o niczym innym.

"Terror" to mieszanka powieści historycznej, marinistycznej i horroru. To powieść, która przytłacza, wyciska z czytelnika ogrom emocji, zamraża na kość, ale jednocześnie wciąga, pochłania i hipnotyzuje.

Początek może trochę zmylić, bowiem każdy rozdział przedstawiony jest z perspektywy konkretnego bohatera, w różnych odstępach czasowych. Potrzeba więc kilku rozdziałów, żeby rozeznać się, kto jest kim, i w jakim czasie akcja się rozgrywa. Kiedy jednak czytelnik zorientuje się już w sytuacji, gwarantuję, że nie będzie mógł się od "Terroru" oderwać.

W maju 1845 roku dwa okręty HMS Terror i HMS Erebus pod dowództwem kapitana Franklina i kapitana Croziera wyruszyły w stronę Przejścia Północno - Zachodniego. Oba statki, ze 129 osobami na pokładzie, świetnie przygotowane, wzmocnione, napakowane żywnością i produktami przeciwko szkorbutowi, a także wieloma przydatnymi artefaktami, pod wodzą doświadczonych żeglarzy wyruszyły na północ. Niestety, żaden z nich nie przepłynął Przejścia, a poza niewielką notką pozostawioną przez kapitana na standardowym formularzu Marynarki Brytyjskiej w ustalonym miejscu kontaktu, miesiąc po wypłynięciu, nie znaleziono żadnego śladu po obu z nich. Przedmioty z Erebusa odnaleziono w lodzie ponad sto pięćdziesiąt lat później, natomiast nigdy nie natrafiono na ślad Terroru.

Powieść to zapis wydarzeń, które mogły mieć miejsce na statkach po wpłynięciu w archipelag wysp arktycznych. Dan Simmons dodał jednak wątek fantastyczny, związany z mitologią Inuitów, wprowadzając postać "potwora", lodowego/zwierzęcego demona, czającego się na lodowej pustyni wokół okrętów. Motyw ten powoduje, że opowieść marinistyczna staje się opowieścią grozy, najlepszym horrorem, trzymającym w napięciu i wzbudzającym wielkie emocje.

Jednak to nie mityczny stwór wzbudzi w czytelnikach największe przerażenie. To bardziej przyziemne sprawy będą zaprzątały umysł odbiorców. Trudno bowiem będzie spokojnie czytać o żywocie stu ludzi, przez półtora roku, w unieruchomionym w lodzie, statku, w niewyobrażalnym zimnie (gdzie temperatura spadała nawet do minus 80 stopni Celsjusza), z kończącym się pożywieniem, szkorbutem, odmrożeniami i strachem przed arktycznym potworem. W tak ekstremalnej sytuacji, w ludziach budzą się najgorsze instynkty, dlatego momentami to współpasażerowie Terroru i Erebusa będą sobie najgorszymi wrogami, większymi aniżeli natura.

Samo otoczenie, czyli arktyczna, lodowa pustynia, z różnymi odmianami lodu i fantastycznymi formami gór lodowych, robi na czytelniku ogromne wrażenie. Trudno sobie do końca wyobrazić ogrom pokrywy lodowej, tak ciężkiej i grubej, która byłaby w stanie unieruchomić dwa pływające olbrzymy. Co więcej, lód ten był w stanie zniszczyć pokrywę statków, czyli drewniane wzmocnienia, specjalnie przygotowywane na okoliczność wypłynięcia na północ. "Terror" doskonale pokazuje, jak wielka jest siła natury, a jak marnie w porównaniu z nią, wypada słaby człowiek i jego starania.

Osobiście najbardziej poruszyły mnie wszelkie opisy tragedii dotykających żeglarzy. Kończące się pożywienie, choroby, odmrożenia, nieustanna walka z zimnem, czy wszelkie próby rozgrzania się. Melancholia i zniechęcenie, pojawiające się w momencie bezczynnego oczekiwania na roztopy. Próby poprawienia sobie humoru, choćby obchodzeniem świąt w sposób "tradycyjny". Najbardziej wzruszającym momentem był dla mnie fragment opisu świąt Bożego Narodzenia, kiedy to kapitan Crozier odwiedził swoich marynarzy, a oni wręczyli mu upominki. Na samo wspomnienie owych prezentów, mam gulę w gardle. Aż trudno mi uwierzyć, że przez półtora roku, ludzie potrafili w takich (a później, w znacznie bardziej ekstremalnych) warunkach, żyć. 

Jak wspomniałam na początku, autor zapożyczył na potrzeby powieści fragmenty wierzeń Inuitów.  Lud ten został pokazany, jako bardzo silna i umiejąca się przystosować, społeczność. Przedstawicielka Inuitów, Lady Cisza, przypadkowo odnaleziona przez marynarzy Eskimoska, odegrała w powieści bardzo istotną rolę. Jej umiejętności przetrwania zrobiły na mnie wielkie wrażenie. Na marynarzach także, choć szkoda, że nie czerpali z jej wiedzy, tym sposobem prawdopodobnie zwiększyliby swoje szanse na przeżycie. 
 
Koniec wyprawy Terroru i Erebusa musiał okazać się tragiczny. I choć czytelnik zdaje sobie z tego sprawę praktycznie już od początku książki, ciągle kibicuje bohaterom i wierzy podskórnie, że znajdzie się dla nich ratunek. Emocjonalna to książka, wymagająca, zaborcza, ale warta każdej poświęconej minuty i zarwanej nocy.

Przed lekturą "Terroru" podśpiewywałam sobie beztrosko, przy okazji żeglarskich imprez, czy wakacji nad jeziorem, szantę Smugglers/Ryczących Dwudziestek "North - West Passage". Od teraz słowa tej pieśni żeglarskiej nabierają dla mnie nieco innego znaczenia, bowiem: "spróbuj chociaż raz nort-westowe przejście zdobyć, znajdź miejsca gdzie zimował Franklin u Beuoforta Wrót..." ... nie chciałabym spróbować i znaleźć, oj nie chciałabym ...

Sardegna

# Nowości w mojej biblioteczce - lipiec, oraz o wakacyjnym czytaniu


posted by Sardegna on

26 comments

Post z nowościami lipcowymi publikuję z wyjątkowym opóźnieniem, a wszystko to za sprawą urlopu, z którego wróciłam dopiero wczoraj. Odkąd prowadzę bloga, zawsze przygotowywałam się do wakacji pisząc posty na wyrost i ustawiając ich publikację, na czas nieobecności. Martwiłam się, czy ktoś będzie do mnie zaglądał, kiedy aktywność blogowa spadnie do minimum, dlatego starałam się w miarę zagospodarowywać czas i coś na przyszłość przygotować. Poza tym, w trakcie trwania wakacji myślałam o blogu, czy wszystko gra, czy posty się pojawiły, czy ktoś komentuje itd. W tym roku nie zdążyłam jednak niczego przygotować, i wiecie co? Zupełnie się tym nie przejęłam i było mi z tym cudownie! Pogodziłam się z faktem, że robię sobie urlop od bloga i blogosfery na dwa tygodnie i odcięłam się całkowicie.

Po powrocie okazało się, że sporo osób mimo mojej nieobecności nadal mnie odwiedzało. To miłe, że po czterech latach ciągle komuś zależy, żeby zerknąć, co u mnie nowego (choć ostatnimi czasy to nowości u mnie, jak na lekarstwo). W każdym razie, dziękuję wszystkim, którzy byli, zostawili ślad lub nie, i sprawili, że powrót do Książek Sardegny był bardzo miły.

Wracając jednak do urlopu, przygotowałam sobie stos 12 wakacyjnych książek (11 dla siebie + 1 dla dzieci), zakładając, że przeczytam ile zdołam, bez napinania się. Miło będzie, jeżeli uda mi się nadrobić nieco zaległości, ale bez stresu.

Wspaniały jednak to był urlop, bo udało mi się przeczytać wszystko, a nawet starczyłoby czasu na jeszcze jedną książeczkę (ach, jakże żałowałam, że nie wzięłam jeszcze jakiegoś awaryjnego tytułu...). Nie myślcie jednak, że siedziałam non stop na leżaku i czytałam. Bawiliśmy się z rodzinką świetnie, pogoda nam sprzyjała, odpoczęliśmy i nabraliśmy sił do dalszych zmagań z codziennością.

Stos wakacyjnych lektur prezentuje się następująco (wybaczcie jakość zdjęcia, ale słońce na Śląsku świeci jak oszalałe):

Hit czytelniczy, a zapewne też najlepsza lektura roku 2015 - "Terror" Dana Simmons, bardzo dobre "Wybory" i "Ezotero. Córka Wiatru", sympatyczne "Dom na jeziorze", "Amelia i Kuba. Kuba i Amelia" oraz "Uroczysko", zabawny "Pompon w rodzinie Fisiów", odkładane na wieczne później "Zagadki przeszłości" i "Posłaniec", nieco przereklamowane żywoty Harrry'ego Augusta i "Tam gdzie spadają anioły" oraz największa wakacyjna wtopa: "Cięcie". W ostatecznym jednak podsumowaniu pozytywy przeważają nad negatywami i poza ostatnim tytułem, lektura pozostałych sprawiła mi nie lada frajdę.

Wracając jednak do nowości lipcowych, nie jest ich zbyt wiele, gdyż przed urlopem ograniczyłam zamawianie książek, a na samych wakacjach, z dala od cywilizacji, nie miałam okazji odwiedzić taniej książki (i dobrze):


"Domofon" Zygmunta Miłoszewskiego - zakup własny
"Tajemnica Domu Helclów" i "Uroczysko" od Wydawnictwa Znak
"Terror" Dana Simmons od Wydawnictwa Vesper


"Spadek" i "Jak oddech" - zakup własny w bardzo promocyjnej cenie, podobnie jak "Projekt Kraken" Douglasa Preston.

Lipiec zakończył się zatem z 7 nowościami (wow!), z czego 4 książki już przeczytałam. Jestem z siebie bardzo dumna! Jeżeli kogoś interesuje mój spis lipcowych lektur, zapraszam do zakładki przeczytane.

Sardegna