Archive for 2018

"Wampir z KC" Andrzej Pilipiuk


posted by Sardegna on , , , , ,

No comments



 Wydawnictwo: Fabryka Słów
Liczba stron: 512
Moja ocena : 4/6

Dawno nie pisałam nic na temat książka Andrzeja Pilipiuka, i faktycznie od mojego ostatniego wpisu na temat "Konana destylatora" minęło ponad półtora roku. Żałuję, że mi jakoś nie po drodze ostatnimi czasy z powieściami Autora, w końcu to jeden z moich ulubionych polskich pisarzy, a ja tak opieszale kompletuję jego powieści, że nadal w mojej prywatnej biblioteczce brakuje mi kilku tytułów. 

Wracając jednak do sedna sprawy, kiedy tylko nadarza się okazja, staram się czytać "Pilipiukowe" zaległości, a taki właśnie moment nadarzył się podczas tegorocznego urlopu. Mąż zabrał sobie "Wampira z KC" na wakacje do czytania, więc mu go podkradłam i tyle. 

Cykl z wampirem ("Wampir z M-3", "Wampir z MO", "Wampir z KC") jest dla mnie może najmniej interesujący ze wszystkich serii Autora, a to głównie za sprawą czasu akcji (okres PRLu), w którym nie do końca dobrze się odnajduję. W prawdzie akcja powyższego zbioru opowiadań toczy się w momencie, kiedy komuna powoli pada, a w naszym kraju rodzi się kapitalizm, ale to nie zmienia faktu, że dalej nie kumam ówczesnych realiów, a co za tym idzie, nie bawi mnie większość żartów sytuacyjnych. Zdaję sobie oczywiście sprawę, że u Pilipiuka temat ten jest opisany z przymrużeniem oka, realia są mocno przerysowane i ociekające sarkazmem. Jednak, o ile czasami ten humor idealnie do mnie przemawia i bawi (tak, jak w przypadku "Wampira z M-3"), tak między mną a powyższą historią, jakoś nie zaiskrzyło.

Według mnie, "Wampir z KC" jest najmniej równym zbiorem opowiadań Pilipiuka, z tych, które czytałam. Najbardziej podobały mi się początkowe historie i to je najlepiej zapamiętałam i przy nich się uśmiałam (urlop, grzybobranie w zimie, historia z Wędrowyczem), natomiast kolejne jakoś nie bardzo przypadły mi do gustu. Co innego mój Mąż, który bawił się świetnie i zupełnie nie rozumiał, że nie czuję klimatu, więc jak widać, to wszystko kwestia gustu.

Gosia, Marek i Igor, wampiry z warszawskiej Pragi muszą zmierzyć się z nadchodzącym kapitalizmem. Nowa rzeczywistość ma przynieść im cudowne zmiany, niestety wychodzi, jak zwykle. Zakład pracy najpierw wysyła ich na pracownicze wczasy, co spotyka się z wielkim niezadowoleniem Marka, to bo jak to tak po prostu nie pracować... Kolejno, cała ekipa Drucianek zostaje oddelegowana na grzybobranie, tyle że w styczniu. Ostatecznie zakład zostaje zamknięty, bo nie nadąża i nie daje rady wejść ze swoimi pomysłami w rodzący kapitalizm. Wampiry idą na bezrobocie i tu dopiero zaczynają się problemy, bo bez pracy sens wampirzego życia znacznie traci na wartości. Do tego, odnajduje się nieznany dotąd nowy właściciel kamienicy, zamieszkiwanej przez bohaterów, trzeba się więc go pozbyć. Wampiry muszą też zainterweniować w sprawie pewnego wymuszonego haraczu, oraz zająć się starymi ubekami, którzy wiecznie się do czegoś wtrącają. W sumie nic nowego, dzień, jak co dzień u Pilipiuka, tyle że w nowej, polskiej rzeczywistości, przypominającej jakby nieco tą starą...

Trzecią część przygód wampirów Igora, Marka i Gosi można oczywiście czytać niezależnie, jednak polecam robić to w kolejności, głównie za sprawą bohaterów, którzy pojawiają się tej serii nie od razu i każdy z nich ma swoją historię.

Opowiadania Pilipiuka są na tyle specyficzne, że albo się je lubi i bierze z całym dobrodziejstwem inwentarza, albo niekoniecznie. I nie mam tutaj na myśli tylko cyklu o wampirach, ale również serię o Wędrowyczu, czy zbiory odrębnych opowiadań. Ja zdecydowanie należę do tej pierwszej grupy czytelników, i choć "Wampir z KC" może nie do końca mi się podobał, to wiem, że w innym tytule Autora zdecydowanie znajdę coś dla siebie. Bawi mnie humor Autora, jego sarkazm i to całe "przerysowanie" wydarzeń, które serwuje swym bohaterom. Uwielbiam Jakuba Wędrowycza, z całą jego historią, domostwem i morderczymi zapędami. Kocham serię "Kuzynki". Możecie też być pewni, że kiedy kolejny raz napiszę na blogu o jakiejś książce Pilipiuka, to będzie zdecydowanie bardziej entuzjastyczny wpis.


Sardegna

"Kości proroka" Ałbena Grabowska


posted by Sardegna on , , , , ,

2 comments

  
Wydawnictwo: Marginesy
Liczba stron: 558
Moja ocena : ?/6

Z tą książką mam bardzo wielki problem i naprawdę sama nie wiem, co mam Wam na jej temat napisać. Z jednej strony musiałabym szczerze powiedzieć, że niestety ta opowieść zupełnie do mnie nie przemówiła. Za dużym słowem byłoby określenie, że historia mi się nie podobała, bardziej pasowałoby tutaj stwierdzenie, że w jakiś sposób mnie przerosła, a jej czytanie nie sprawiło większej przyjemności.

Z drugiej jednak strony, jest mi bardzo smutno z powodu tego, że nie zaiskrzyło, bowiem marzyłam o tej opowieści, kiedy tylko zobaczyłam jej zapowiedź. Pani Ałbena Grabowska do tej pory kojarzyła mi się, jako pisarka powieści obyczajowych, bardzo dobrze przyjmowanych przez czytelników. Nie dane mi było wprawdzie jeszcze bliżej się z nimi zapoznać, nad czym ubolewam (i mam oczywiście nadzieję, że uda mi się to kiedyś nadrobić), świadomość więc, że Autorka pokusiła się o stworzenie nowej historii, trochę archeologicznej, trochę historycznej, a nawet kryminalnej, nawiązującej do religii, wierzeń, gdzie akcja z przeszłości miesza się z teraźniejszością, mocno pobudziła moją wyobraźnię. Nakręciłam się, jak szalona! Książkę zorganizować pomógł serwis Granice.pl, a ja ekspresowo wzięłam się za lekturę. I niestety... nie wyszło. Kolejny raz dałam się ponieść zbyt wysokim oczekiwaniom, które mnie ostatecznie pokonały.

"Kości proroka" to książka o bardzo wielkim potencjale. Od pierwszych stron widać, że Autorka wykonała ogrom roboty spajając w całość wątki współczesne, z tymi historycznymi i religijnymi, a pisaniu towarzyszyć jej musiał niesamowicie opasły materiał pomocniczy. I choć fabuła tej opowieści jest fikcyjna, to szereg wątków związanych z Bułgarią (gdzie toczy się większość wydarzeń współczesnych), a także z motywami biblijnymi (choć również nieco zmodyfikowanymi), jest jak najbardziej autentyczny. Poza tym, wykreowanie i wymyślenie realiów "historycznych" w taki sposób, aby były one jak najbardziej przekonywujące dla czytelnika, który zaczyna się zastanawiać, czy aby opisane wydarzenia nie były realne, również zasługuje na wielką uwagę.
 
I ja oczywiście, jak najbardziej doceniam trud włożony w napisanie tej powieści. Uważam też, że książka ma na pewno spore grono odbiorców, które odebrało ją bardzo pozytywnie. Historia jest przedstawiona w dość szczegółowy i skrupulatny sposób, nie jest banalna, wręcz przeciwnie, powiedziałabym, że jest mega wymagająca i nie da się jej czytać na szybko i po łebkach. Sporo się w niej dzieje, pojawia się wiele nazwisk, przeskoków czasowych, wątków, nawiązań i przemyśleń.

I to nie jest tak, że ja nie lubię takich wymagających powieści wielowątkowych. Po prostu, w tym wypadku zupełnie nie zaiskrzyło. Może to wina moich oczekiwań i nastawienia, bo spodziewałam się czegoś bardziej hollywoodzkiego, czegoś w stylu Dana Browna. Wartkiej akcji, pościgów, artefaktów, mylnych tropów, podążania za zagadką tajemniczego morderstwa "stylizowanego" na biblijne. Dostałam za to opowieść poważną, skrupulatną i bardzo, bardzo rozbudowaną. Z wieloma bohaterami, jeszcze większą ilością motywów, w której oprócz współczesnej Bułgarii znajdą się  retrospekcje z Ziemi Świętej z I wieku naszej ery oraz z Cesarstwa Bizantyjskiego wieku XII.

Historia zaczyna się w momencie, kiedy w Płowdiwie, bułgarskim mieście, znalezione zostają zwłoki polskiego polityka. Morderstwa dokonano w sposób dość makabryczny, a do tego ułożenie zwłok i ich symbolika z jednej strony nawiązuje do śmierci Jana Chrzciciela, z drugiej jednak do egipskich i greckich tajemniczych symboli. Śledztwo prowadzi oficer Dimityr Paunow, który sprowadza do Bułgarii swoją przyjaciółkę z dzieciństwa, Margaritę Nowak, która ma pomóc w rozwiązaniu sprawy pośrednicząc w kontaktach z Polakami. Poza tym kobieta ma już doświadczenie we współpracy z policją i zna się co nie co na kulturze antycznej, może dać więc świeże spojrzenie na sprawę.

Oprócz wątku współczesnego, czytelnik przenosi się do I wieku naszej ery, kiedy to grupa uczniów wraz ze swych mistrzem Janem Chrzcicielem udaje się na spotkanie z samym Mesjaszem, a jeden z apostołów otrzymuje zadanie spisywania tego, co po drodze im się przydarza. Jednocześnie poznajemy wątek XII wieczny, kiedy to zaczyna się rozwijać kult Bogomiłów. Przedstawiciele tejże religii niosą do Konstantynopola swoją świętą księgę, aby cesarz uznał ich wiarę za najważniejszą i jedynie obowiązującą. 

Te trzy akcje toczą się równolegle, aby w pewnym momencie się zazębić. Jednak zanim do tegoż dojdzie, trzeba będzie przedrzeć się przez wiele bardzo długich rozdziałów, szczegółowo opisujących wszystkie kolejne wydarzenia. Pomiędzy fabułę główną wplecione są rozważania głównej bohaterki na temat jej życia osobistego. Margarita ciągle nie może dojść do siebie po rozstaniu ze swoim ukochanym, którego przed laty zostawiła w Bułgarii właśnie. Do tego dochodzą konflikty rodzinne,  bowiem pomiędzy Gitką a jej matką, znaną specjalistką w dziedzinie archeologii i motywów biblijnych, ciągle  tkwią różne animozje z przeszłości i niewyjaśnione sprawy.

Wszystkie te prywatne konflikty, jej niejasna relacja z dawnym kolegą z dzieciństwa, i w ogóle powrót w rodzinne strony, które wywołują w bohaterce ból i tęsknotę, są tłem do rozwiązywania sprawy kryminalnej, mającej swoje podłoże w przeszłości. 

Dla mnie wszystko to było zbyt poważne i zbyt rozbudowane. Przeczytanie "Kości proroka" zajęło mi bardzo dużo czasu i szło naprawdę opornie. Nie wystawiłam jednak tej książce żadnej oceny, bo tak jak pisałam na początku, nie chciałabym dawać niskiej noty tylko dlatego, że nie odnalazłam się i nie poczułam klimatu tej historii. Powieść na pewno znajdzie swoich zwolenników, ja więc jej nie oceniam i tą kwestię zostawiam czytelnikom, mimo wszystko zachęconych lekturą.


Sardegna

"Szkolnik Superdziewczyny. Zorganizuj się z Emi" Agnieszka Mielech


posted by Sardegna on , , , ,

No comments

Moja dziesięcioletnia Córka, podobnie zresztą, jak i ja, kiedy byłam w jej wieku, lubi gromadzić wokół siebie wszelkiego rodzaju notesy, plannery, czy zeszyty z pięknymi okładkami. Zapisuje potem w nich swoje pomysły, coś maluje, tworzy pamiętniki, używa na codzienne zapiski. Miałam w dzieciństwie bardzo podobnie, teraz w prawdzie nieco z tego wyrosłam, ale śledząc modę na Bullet Journal i pięknie prowadzone plannery, mające uporządkować codzienność, ulegam czasem pokusie i sprawiam sobie jakiś cudny notes, który wykorzystuję potem do zapisania ważnych spraw. Nie potrafię prowadzić zapisków tak starannie, jak miłośniczki BuJo, ale podoba mi się sama idea.

Moja Córka ma wiele takich notesów, ale żaden z nich nie pomaga jej w jakiś szczególny sposób zapanować na codziennymi zadaniami do wykonania. Pomyślałam więc, że "Szkolnik" może jej się spodobać, a jeżeli do tego połknie bakcyla planowania, to może z tego wyjść całkiem fajna sprawa. 

Radość Mojej Młodej po otrzymaniu "Szkolnika" była bezcenna. Od razu zabrała się za jego uzupełnianie i zapisywanie wszystkiego, co tylko przyszło jej na myśl. Co ciekawe jednak, od momentu otrzymania (a było to gdzieś miesiąc temu) codziennie nosi go ze sobą do szkoły i coś w nim zapisuje. To naprawdę dobry znak! Poprosiłam ją, aby napisała o nim parę słów i tak oto poniżej możecie przeczytać, co o "Szkolniku Superdziewczyny" myśli moja Dziesięciolatka (tradycyjnie, tekst został napisany w 100% przez moją Córkę):

Tytuł: Szkolnik Superdziewczyny!
Ilość stron: 176
Moja ocena: 6/6

"Szkolnik Superdziewczyny" to inaczej planer, w którym każde dziecko może zapisać sobie wszystkie ważne zdarzenia ze swojego życia. Mogą to być zdarzenia przeszłe, teraźniejsze a także przyszłe. Pierwsze kilka stron poświęcone jest różnym danym (imię, nazwisko, pseudonim, kolor oczu, włosów, wzrost, e-mail, ulubiony przedmiot, sport itd.),  jest miejsce na opisanie swojej rodziny, informacji o szkole, plan lekcji i roczny planer urodzin. 

W książce tej jest też miejsce na marzenia, zapisanie swoich planów czy celów. Właściwie, "Szkolnik" nie może się po prostu nie spodobać. Uczy odpowiedzialności i dzięki niemu na pewno nie człowiek nie zapomni, co jest zadane na jutro. Oczywiście w naszym planerze nie zabraknie także ważnych świąt. W tej kategorii znajdziemy miejsce na zaplanowanie imprezy, upominków czy listy gości. Oprócz tego, w tej książce znajdziemy kilka Superdziewczyn i ich BIO. Są to takie osoby, jak Emma Watson, Beyonce, Maria Skłodowska - Curie, Martyna Wojciechowska czy Księżna Diana. 

Właściwie, głównym celem tej książki jest to, aby zaplanować więcej czasu na naukę czy zajęcia pozalekcyjne, ale także mieć chwilę na zabawę czy wyjście na dwór. Mnie osobiście ta książka naprawdę bardzo się spodobała i noszę ją codziennie do szkoły, planując kartkówki czy sprawdziany. Teraz nie zapominam, że mam projekt z historii czy prezentację z języka polskiego. Moja ocena to bez dwóch zdań sześć. Polecam dzieciom w wieku szkolnym.

Ania 10 lat

***

Szkolnik nawiązuje luźno do serii książeczek "Emi i Tajny Klub Superdziewczyn", wydanych przez Wilgę, przeznaczonych dla czytelniczek w wieku 6 - 8 lat. To nawiązanie jednak wynika bardziej z grafiki, czyli kilkukrotnego przedstawienia wizerunku tytułowej Emi na kartach planera, niż samej formie zapisywania notatek, czy planowania obowiązków. Te są już zupełnie neutralne i można ją wykorzystywać według własnego pomysłu. Mini biografie znanych kobiet, stanowią ciekawe urozmaicenie Szkolnika i przy okazji pokazują dziewczynkom, w jaki sposób mogą się tymi bohaterkami zainspirować. 

Jeśli chodzi o grupę docelową, której taki Szkolnik może się spodobać, myślę, że waha się w granicach 8 - 12 lat. Starsze dziewczyny mogą już nie odnajdywać się w formie tego planera. 

Do mikołajek został niecały miesiąc, może więc mój dzisiejszy wpis pomoże podjąć decyzję, co ciekawego kupić na tę okoliczność. Upominek sprawdzony i przetestowany. Polecam

Sardegna

"Małe Licho" Marta Kisiel


posted by Sardegna on , , , , ,

2 comments


 Wydawnictwo: Wilga
Liczba stron: 206
Moja ocena : 6/6


Wielkim zaskoczeniem dla wszystkich fanów Marty Kisiel był fakt, że Autorka popełniła książkę dla dzieci. "Małe Licho", wspaniałe, wzruszające, mądre i zabawne, utrzymane w klimacie "Dożywocia", "Siły niższej", jest niejako kontynuacją losów bohaterów tych dwóch powieści, z tym że skierowane dla najmłodszych czytelników. Nie powiem, dla fanów serii Marty taka historia jest fantastyczną gratką i powodem do wielkiej radości. Każdy bowiem powrót do Lichotki jest okazją do świętowania. Nie mam jednak pojęcia, jak odbiorą tę opowieść osoby, które dwóch powyższych "dorosłych" książek nie czytały. Da się oczywiście zorientować kto jest kim, ale czy w taki sam sposób zachwycą się fabułą, jak wierni czytelnicy? Nie mam pojęcia, choć śmiem twierdzić, że tak, obserwując pełne zachwytów wpisy na fb. W każdym razie, za niedługo to sprawdzę, podsuwając książkę mojej Córce. Jestem bardzo ciekawa, czy poczuje klimat, zaczynając spotkanie z Dożywotnikami od "Małego Licha".

Najważniejszą postacią w tej książeczce jest Bożek, nazywany przez najbliższych Niebożątkiem, syn agentki literackiej Konrada, Kamili oraz Szczęsnego, który bądź co bądź jest widmem (o narodzinach chłopca można było przeczytać na samym końcu "Siły niższej"). 

Bożydar Antoni Jekiełłek jest jest wyjątkowym dzieckiem. Od urodzenia wychowywany w Lichotce, trochę pod kloszem, otoczony Dożywotnikami, z których każdy jest niesamowitą osobowością, za najlepszego przyjaciela ma anioła stróża Licho, niemieckiego uczy się od trzech dawno temu zmarłych żołnierzy Wehrmachtu, a jego domowymi zwierzątkami są Krakers, Gucio - dwa krakeny, różowe króliki i kotka Zmora. Otoczony opieką mamy, wujka Turu - wikinga o gołębim sercu, wujka Konrada - surowego i nieco mrocznego właściciela domostwa oraz anioła Tsadkiela spędza radosne 9 lat. Chłopiec wychowywany jednak w tak specyficznych warunkach nie jest świadomy życia, jakie prowadzą jego rówieśnicy. Stąd też ta jego "inność" leży na sercu Konradowi, który boi się, że Bożek nie będzie umiał poradzić sobie w społeczeństwie, wśród innych ludzi. Wraz z Kamilą podejmuje więc decyzję, aby posłać Niebożątko od września do szkoły. 

W życiu chłopca szykuje się więc prawdziwa rewolucja, na którą nikt z domowników nie jest przygotowany. Chłopiec nie rozumie pewnych rzeczy tak oczywistych dla jego kolegów, często używa zbyt wyszukanych słów, jest też na wyraz dojrzały, uważany jest więc przez nich za dziwaka i odmieńca. Bożek czuję się odrzucony, a za swoje problemy i bycie "innym" oskarża oczywiście najbliższych. Apogeum jego problemów przypada w momencie, kiedy w klasie organizowany jest bal karnawałowy, z strój tak przemyślanie skonstruowany przez Bożka nie spotyka się ze zrozumieniem kolegów, a wręcz jest wyśmiany. Wtedy na jaw wychodzi tajemnica Niebożątka, czyli zdolność chłopca, którą odziedziczył po swoim ojcu - widmie Szczęsnym. Ta umiejętność może przynieść mu jednak wiele problemów i sprowadzić na niego prawdziwe niebezpieczeństwo. Bożek będzie potrzebował natychmiastowego wsparcia, a kto ma mu go udzielić, jeśli nie najbliżsi mieszkańcy Lichotki?

"Małe Licho" jest cudowne pod wieloma względami. Po pierwsze, jak już powyżej wspomniałam, ma wielkie znaczenie dla dorosłych fanów "Dożywocia" i jest okazją do powrotu do tamtej historii. Po drugie, wykreowanie opowieści w taki sposób, by przemówiła do najmłodszych, bez znajomości dorosłych książek, zasługuje na uwagę i ogromną pochwałę. Po trzecie, w tak niepozornej historii, Autorka zawarła taki ogrom ważnych rzeczy, tematów istotnych dla dzieci, ale też ich rodziców, że nie mogę wyjść z podziwu. Historia Bożka uczy bowiem tolerancji, szacunku, uświadamia, że każde dziecko ma prawo do bycia sobą i nie musi być kopią rówieśników, bo samo w sobie jest wyjątkowe, oryginalne i jedyne w swoim rodzaju. Pokazuje, że dziecko, jakiekolwiek by było, potrzebuje wsparcia rodziny i poczucia, że dorosły poświęca mu czas, akceptuje je i uważa za ważną część swojego życia. A to wszystko jest przedstawione w książce w sposób bardzo naturalny, nie patetyczny, zabawny, ale też ciepły i wzruszający. No cudo, po prostu!

"Małe Licho" ma jedną podstawową wadę: jest zdecydowanie za krótkie. Stąd też postulat dla Autorki, aby się nie ograniczała i pisała dalsze losy Bożka, który jest tak ciekawą postacią, że jego przygody połączone z losami Dożywotników spokojnie wystarczą na fabułę kilku kolejnych tomów.  Jestem przekonana, że w swoim postulacie nie jestem odosobniona i oprócz mnie znalazłoby się bardzo wielu chętnych, którzy z zachwytem czytaliby kolejne tomy serii "Małego Licha".  
Sardegna

"Jezioro" Arnaldur Indriðason


posted by Sardegna on , , , , ,

2 comments


Wydawnictwo: Biblioteka Akustyczna
audiobook: czas trwania 10 godzin 48 minut
Moja ocena : 5/6
lektor: Andrzej Ferenc

Z twórczością  Indriðasona miałam, jak do tej pory do czynienia dwa razy: przy okazji "Głosu" oraz "Grobowej ciszy". Obydwie powieści odsłuchiwałam w formie audiobooków i nie inaczej było w sytuacji powyższego "Jeziora". Przyzwyczaiłam się już chyba do tego, że komisarz Erlendur mówi do mnie głosem lektora, pana Andrzeja Ferenc, który zresztą doskonale interpretuje sytuację i podtrzymuje odpowiednio mroczny klimat czytanej historii. 

Arnaldur Indriðason jest bardzo popularnym islandzkim kryminalistą, a w swoich książkach mocno utożsamia się ze swoim krajem, co widać bardzo wyraźnie w każdej jego powieści (i nie chodzi tu tylko o miejsce akcji). Nie da się ukryć, że w swoich powieściach pokazuje tą charakterystyczną islandzką "hermetyczność", zarówno społeczną, historyczną czy choćby kulturową, co oczywiście nie jest wadą, a wręcz przeciwnie, jego znakiem rozpoznawczym i wielką zaletą. Poza tym, Autor w swoich książkach oprócz motywów zbrodni przemyca bardzo wiele innych, obyczajowych treści. Zazwyczaj są to wątki rodzinne, małżeńskie, skłaniające czytelników do rozważań na temat kwestii moralno - społecznych.

Przez tą "specyficzność", ale też przez fakt, że kryminały Indriðasona nie są typowe, zawsze mają mocno rozbudowany wątek obyczajowy i zazwyczaj toczą się leniwie w dość mrocznym środowisku, albo się je kocha, albo niekoniecznie za nimi przepada. Ja chyba należy do tej pierwszej grupy, czytelników, choć nie powiem, początki naszej znajomości były trudne. Pierwszy raz słuchając "Głosu" długo nie mogłam się przekonać do takiej formy prowadzenia opowieści, gdzie sprawa kryminalna nie toczy się wartko i krwawo, w której więcej jest obyczaju niż zbrodni. W każdym razie, teraz będąc już po przesłuchaniu trzech tytułów wiem, że w każdym z nich znalazłam coś dla siebie, a do mrocznego islandzkiego klimatu naprawdę można się przyzwyczaić.

"Jezioro" oprócz głównego wątku zabójstwa, mocno nawiązuje do powojennej historii Europy, a w szczególności do tego, jak owe czasy wycisnęły piętno na Islandii. W tej powieści będziemy mieli więc sporo retrospekcji, wspomnień i powrotów do przeszłości. Nie może być jednak inaczej, kiedy w wysychającym zbiorniku jeziora Kleifarvatn, usytuowanym na obrzeżach miasta w pobliżu dawnej bazy armii amerykańskiej, odnaleziony zostaje ludzki szkielet z przytroczonym do niego sprzętem, prawdopodobnie podsłuchowym, należącym do Rosji.

Grupa policjantów z komisarzem Erlendurem na czele, detektywami: Sigurdurem Oli oraz Elinborg, zaczynają prowadzić śledztwo na ten temat. Próbują zbadać, kim był ów człowiek, a pewne tropy nasuwają im od radu skojarzenia, że czasem, kiedy dokonano zbrodni, musiała być druga wojna światowa lub okres powojenny. Śledczy nie mają wsparcia w rządzie islandzkim, ani w ambasadzie amerykańskiej czy rosyjskiej, wszyscy bowiem nabierają wody w usta i nie chcą wracać do dawnych spraw, związanych z polityką powojenną. 

Erlendura jednak nie tak łatwo zniechęcić, rozpoczyna więc on własne śledztwo, zaczynając od sporządzenia listy zaginionych przed 60 laty mężczyzn. Próbuje powiązać ich nazwiska z odnalezionym szkieletem i jednocześnie połączyć z informacjami zdobywanymi od żyjących osób, które mogłyby coś na ten temat wiedzieć. W międzyczasie komisarz zmaga się oczywiście ze swoimi prywatnymi demonami: kłopotami z dorosłymi już dziećmi, wyrzutami sumienia względem zaniedbywania ich w dzieciństwie, oraz wspomnieniami o swoim zaginionym bracie.

Akcja kryminalno - obyczajowa tocząca się współcześnie, przeplata się wspomnieniami pewnego starego człowieka o imieniu Tomas, który po wojnie był islandzkim studentem w Lipsku, zaangażowanym w ruch socjalistyczny. Człowiek ten opowiada swoją historię, wspomina zaangażowanie polityczne, opisuje, jak wyglądało jego życie, jako zagranicznego studenta, aż do czasu, kiedy jego przyjaciołom, za najmniejsze objawy buntu przeciwko partii, zaczynają grozić poważne represje. Tomas wraca do swojej przeszłości, prezentując wszystko to, co zaważyło na całym jego dalszym życiu i prawdopodobnie miało związek ze znalezionym w Kleifarvatn szkieletem. 

Wątek kryminalny "Jeziora" nie jest jakiś mocno spektakularny. Uważny czytelnik gdzieś w połowie książki zacznie się domyślać, jaki będzie finał tej historii, kto leży na dnie zbiornika i kto jest winny jego śmierci. Jednak to nie sprawa śledztwa będzie w tej powieści najważniejsza. Zdecydowanie większe znaczenie będą miały wspomnienia Tomasa, nawiązanie do historii Europy i cała machina wydarzeń politycznych, w którą zostali wplątani niewinni ludzie, wbrew swej woli.

Gdybym miała ułożyć według kolejności od najlepszej, do najsłabszej, powieści Indriðasona, które czytałam, na pierwszym miejscu bezapelacyjnie byłaby "Grobowa cisza". "Jezioro" uplasowałoby się w środku stawki, a na końcu znalazłby się "Głos". W zanadrzu mam jeszcze "Ciemną rzekę", "Hipotermię" i "Czarne powietrze". Mam nadzieję, że i te książki wpasują się w mój gust i będę mogła o nich napisać w samych superlatywach.

Sardegna

"Ada, to wypada" Sylwia Stano, Zofia Karaszewska


posted by Sardegna on , , , , ,

No comments


 Wydawnictwo: Znak
Liczba stron: 128
Moja ocena : 5/6

Czy w dzisiejszym świecie potrzebna jest jeszcze dziewczynom książka o dobrym wychowaniu i zasadach savoir vivre? Jak najbardziej, ale koniecznie powinna być ona nowoczesna, intrygująca przedstawiona w taki sposób, aby zaciekawić, rozbawić, ale też skłonić do własnych przemyśleń. Podstawą takiego współczesnego poradnika powinno być zachęcanie dziewczyn do wyrażania siebie, walczenia o swoje, głośnego mówienia o sobie, czy po prostu samodzielnego, twórczego myślenia.  

Pewne wartości trzeba utrwalać u dziewczynek od najmłodszych lat. Pokazywać, również na swoim przykładzie, że kobiety są niezależne, mają pasje, samodoskonalą się, rozwijają zainteresowania, mogą być pewne siebie, kreatywne, bezkompromisowe i odważne. Mogą dążyć do spełnienia swych marzeń i realizować się na wielu płaszczyznach. Od kogo, jak nie od własnych Mam, Córki mają się tego uczyć? Staram się mojej Dziesięciolatce pokazywać świat tak, jak sama go widzę. Nauczyć ją bycia taką kobietą, która da sobie radę w życiu z różnymi problemami. Czy mi się to uda? Rozliczy mnie życie. Obserwuję jednak pewne jej zachowania już teraz widzę, że nie boi się mieć własnego zdania, umie powiedzieć rówieśnikom "nie", ma swój styl i pomysł na siebie. 

Przez jej ręce przechodzi cała masa książek, między innymi takie, które pokazują siłę i niezależność kobiet. Bardzo podobają jej się "Opowiadania na dobranoc dla młodych buntowniczek" i niezmiernie żałuje, że nie ma ich na własność. W kolejce do przeczytania czekają  "Damy, dziewczyny, dziewuchy" Anny Dziewit - Meller, a teraz dołączy do niech "Ada, to wypada" Sylwii Stanko i Zofii Karaszewskiej.


Wydawnictwo Znak wyszło naprzeciw potrzebom małych czytelniczek i zaproponowało mini "poradnik", wzorowany trochę na klasycznych podręcznikach savoir - vivre, jednocześnie będący od nich zupełnie odmienny. Kolorowa, pięknie wydana książka z ciekawą grafiką jest tak naprawdę mini biografiami znanych Polek, które osiągnęły sukces w różnych dziedzinach życia. Znajdziemy w niej parę słów o ciekawych kobietach, które dzielą się swoimi pomysłami na życie oraz uświadamiają, że świat leży u stóp, trzeba tylko umieć się po niego schylić. Pokazują na swoim przykładzie, że dziewczynki mogą mieć te same zainteresowania co chłopcy, nie muszą być grzeczne i wszystkim posłuszne, mogą, a nawet muszą mieć własne zdanie, powinny realizować swoje pasje, spełniać marzenia i umieć zawalczyć o swoje.

Książka ta zawiera porady, jaką osobą warto być, ale robi to w bardzo nienachalny sposób. Każdej bohaterce poświęcony jest jeden rozdział, przedstawiający w skrócie jej sylwetkę, opatrzony fantastyczną grafiką. Do tego, w ciekawy sposób, krótkim, żartobliwym tekstem pokazano, czym dana osoba się zajmuje, w jakiej dziedzinie życia się odnajduje, i jaki udaje jej się osiągnąć sukces. W każdym mini rozdziale znajdziemy jeszcze słowo od Autorek, w którym tłumaczą one, dlaczego życiowa postawa danej bohaterki jest tak godna naśladowania.

Sami przyznajcie, że na tak małej objętości zmieszczono tak wiele fajnych treści. Wracając jeszcze do samych bohaterek "Ada, to wypada", będziemy mogły poczytać o Ewie Błaszczyk, która w pomocy innym znalazła swój sposób na życie, o Katarzynie Bondzie, pisarce, umiejącej stawiać wyraźne granice i stawić na swoim, o uzdolnionej kulinarnie Marcie Dymek, o Irenie Eris, właścicielce doskonale prosperującej i znanej w całej Polsce, firmy kosmetycznej, o Magdalenie Fikus, profesorze Instytutu Biochemii i Biofizyki, o Agnieszce Graff i Katarzynie Rosner, kobietach, które walczą o prawa kobiet, o Agnieszce Holland, reżyserce, która musiała odnaleźć się w profesji zdominowanej przez mężczyzn, o Joannie Klimas, projektantce, Meli Koteluk, wrażliwej artystce, idącej pod prąd, Oldze Kozierowskiej, szefowej fundacji "Sukces pisany szminką", wspierającej kobiety w realizowaniu swoich marzeń, o Katarzyna Kozyrze, rzeźbiarce, Ewie Łętowskiej, prawniczce, Rzeczce Praw Obywatelskich, o Katarzynie Miller, psycholożce, Marcie Sziłajtis - Obiegło, która samodzielnie opłynęła świat, jako najmłodsza Polka w historii, o Natalii Partyce, paraolimpijce, Karolinie Baca - Pogorzelskiej, kobiecie - górniku, Beacie Stelmach , ekonomistce, Kamili Szczawińskiej, modelce, Dorocie Wellman, dziennikarce, Agnieszce Więdłocha, znanej aktorce, no i oczywiście o  samych Autorkach: Zosia Karaszewskiej i Sylwii Stano.

"Ada, to wypada" to super książka, która może stać się inspiracją dla niejednej małej czytelniczki. Naprawdę warto mieć ją w swojej biblioteczce.
 

Sardegna

Targowy czwartek w Krakowie


posted by Sardegna on

6 comments

Do teraz, sama nie mogę wyjść ze zdumienia, że świadomie, pierwszy raz od niepamiętnych czasów, odpuściłam targowy weekend w Krakowie. Zrezygnowałam z zatłoczonej, ale jednak najbardziej charakterystycznej i energetycznej soboty, na rzecz spokojnego czwartku. Nie wiem, czy to już starość, czy może po prostu zmęczenie po Śląskich Targach Książki, ale kiedy okazało się, że mogę pojechać na Międzynarodowe Targi Książki do Krakowa w czwartek zamiast soboty, nie wahałam się ani chwili. I choć pierwszy dzień targów również był dość tłoczny, głównie za sprawą zorganizowanych grup szkolnych, które przyjechały na TK w znacznie większej ilości, niż w zeszłym roku, to i tak w porównaniu z pozostałymi dniami targowymi było przestronnie i komfortowo.

Targowy dzień spędziłam przechadzając się spokojnie pomiędzy stoiskami i przeglądając niespiesznie ofertę. Kupiłam w prawdzie tylko jedną książkę (ale za to jaką świetną!), i choć promocji w czwartek było całkiem sporo, to śmiem twierdzić, że Katowice miały jednak lepszą ofertę cenową na niektóre tytuły. 

Udało mi się porozmawiać z kilkoma wydawcami, z którymi, jak do tej pory kontaktowałam się tylko mailowo, spotkałam też dwie znajome blogerskie twarze i udało nam się chwilę porozmawiać (z tego miejsca pozdrawiam Anię Recenzentkę i Janka z Tramwaju). Najciekawszym momentem dnia okazało się spotkanie z Anniką Lindgren, wnuczką Astrid, zorganizowane przez Wydawnictwo Nasza Księgarnia, poprowadzone rewelacyjnie przez panią Barbarę Gawryluk, pisarkę książek dla dzieci. Pani Annika opowiadała o swojej słynnej babci, wspominała dzieciństwo, podzieliła się także zdjęciami z archiwum rodzinnego. Spotkanie zgromadziło całą masę widzów i tych młodszych i tych nieco starszych, co świadczyć może chyba tylko o tym, że magia Astrid Lindgren nadal działa.


Bardzo fajną niespodziankę dla nauczycieli bibliotekarzy przygotowało także Wydawnictwo Poznańskie, które nie dość, że ugościło kawą i ciasteczkami to jeszcze wręczało pakiety promocyjne. W moim znalazł się kryminał Joanny Opiat - Bojarskiej "Gra pozorów", którego akurat nie miałam w swoich zbiorach, stąd też bardzo się ucieszyłam. Do tego słodycze i herbata. Super sprawa. 


Powyższe zdjęcie poświadcza, że czwartek spędziłam na luzie i naprawdę nie szalałam. Jednak po Katowicach, kiedy przytargałam do domu dużo za dużo książek, Kraków naprawdę musiałam potraktować spokojniej.

Sardegna

"Mateusz i zapomniany skarb" Magdalena Witkiewicz


posted by Sardegna on , , , ,

No comments


Wydawnictwo: Od deski do deski
Liczba stron: 191
Moja ocena : 6/6

Pamiętacie "Lilkę i spółkę" oraz "Lilkę i wielką aferę", dwie książki dla dzieci autorstwa Magdaleny Witkiewicz? Możliwe, że gdzieś Wam to po drodze umknęło, bo pisałam o nich dość dawno. Pierwszy wpis pojawił się na blogu w 2014 a drugi w 2016, więc faktycznie minęło sporo czasu, a skoro Magda kojarzy się głównie, jako pisarka powieści skierowanych do kobiet, kwestia iż jest też autorką świetnej serii dla dzieci mogła się zgubić w ferworze akcji.

Wracając jeszcze na moment do obu części "Lilki", czytałam je owego czasu moim dzieciom na głos, ale wiadomo, było to dość dawno, czas zrobił swoje, więc ich wspomnienia na ten temat zatarły się nieco w pamięci. Próbowałam przybliżyć im sylwetki bohaterów, żeby przed rozpoczęciem czytania "Mateusza" mogli wkręcić się w temat, ale zupełnie nie kojarzyli Lilki, Wiki ani Matewki. Z jednej strony okazało się to fajne, bo mogli zacząć przygodę z dzieciakami zupełnie od początku, z drugiej jednak, trochę żal, że historia, z którą praktycznie się wychowali, i która rosła razem z nimi, nie została z nimi na dłużej.
 
"Mateusz i zapomniany skarb" premierę miał w maju, ale tak się złożyło, że zaczęłam czytać tę historię moim dzieciakom tuż przed naszym osobistym urlopem w Głuszy. Szykując się na wakacje mogli więc poczuć się prawie tak, jak bohaterowie książki, którzy również przygotowywali się do urlopu spędzanego, jak co roku w ukochanej Amalce, czyli małej wiosce na Kaszubach.

Zanim przejdę do konkretów, muszę jeszcze wspomnieć, że nie przypominam sobie, aby moje dzieci kiedykolwiek tak mocno zidentyfikowały się z lekturą. Słuchały zafascynowane, co chwilę wykrzykując: "Ta książka jest o nas Mamo! My mamy tak samo! U nas w domu jest identycznie!" Czy to nie jest najlepsza rekomendacja? Kiedy dzieciakom aż tak się podoba prezentowana historia? Dodatkowo, fajnie się też złożyło, że książkowym narratorem trzeciej części jest Matewka, a nie Lilka, jak to było do tej pory, bo przez to historia trafiła jeszcze dosadniej do mojego Młodego, który jednak rzadko, aż tak mocno emocjonuje się lekturą.

Lilka lat jedenaście i Matewka lat dziewięć, jak co roku jadą na wakacje do Amalki w odwiedziny do ciotki Franki. Wiktoria tym razem postanawia jechać na obóz językowy, zostawia więc młodsze rodzeństwo samym sobie, co oczywiście wiąże się z swobodą i wolnością, zostanie więc skrupulatnie przez nich wykorzystane. Dzieciaki spędzając w swoim ukochanym Miejscu na Ziemi już któreś z kolei wakacje, więc wiedzą, czego mogą się spodziewać i jakie atrakcje tam na nich czekają. I faktycznie. Każdy kolejny dzień spędzony na Kaszubach w otoczeniu bliskich i przyjaciół obfituje w co lepsze momenty. Ciotka Agata, mama Stasia i Antosia postanawia urodzić nowe dziecko, żeby tylko nie musieć spędzać wakacji w hałaśliwym towarzystwie, mama w wolnym czasie postanawia mówić do ryżu, z czego wychodzą niezłe hocki klocki i pewne niedomówienia. Matewka uczy się, co to jest równouprawnienie i jak rozpoznać chorobę cholerę. W domku coś brzęczy w ścianie i coś bulgocze w rurach. Dźwięki te, jak można się domyślać, spowodują niezłe zamieszanie i ból głowy mamy.

Największą atrakcją tegorocznych wakacji okazuje się jednak fakt, iż dzieci wchodzą w posiadanie pewnych informacji, mówiących, że na terenie działki w Amalce ukryty jest skarb. Takiej sensacji jeszcze nie było, stąd też emocje dzieciaków rosną z dnia na dzień. Postanawiają one utrzymać w tajemnicy przed dorosłymi kwestię poszukiwania skarbu i zająć się tym we własnym zakresie.

Szukanie zaginionego skarbu to jedno, ale odnalezienie go, to już zupełnie inna bajka. Co wyniknie z tych szalonych wakacji?

Historia szalonego rodzeństwa, które rośnie wraz z moimi pociechami, jest zabawna, sympatyczna, życiowa i trochę inspirowana prawdziwymi przeżyciami Autorki i jej rodziny. Sytuacje, powiedzonka opisane w książce na 100% mają miejsce praktycznie w każdej rodzinie. Podobnie wyglądają także relacje wśród rodzeństwa. Te analogie powodują, że dzieci bardzo utożsamiają się z tą opowieścią i lektura sprawia im olbrzymią radość. Kiedy dotarliśmy do końca, moje dzieciaki zażyczyły sobie ponownego przeczytania "Lilki i spółki" oraz "Lilki i wielkiej afery", bo przecież zapomniały już o czym te książki były, a koniecznie muszą przecież posłuchać o wcześniejszych przygodach bohaterów. Także szanowna Autorko, mamy postulat: pisz więcej książek dla dzieci, bo robisz to naprawdę dobrze!
Sardegna

# Blogowe podsumowanie miesiąca - październik


posted by Sardegna on

5 comments

Nie mogę uwierzyć, że minął już październik i do końca roku 2018 zostały tylko dwa miesiące. Jakoś ekspresowo przemija mi tegoroczna jesień, chyba dzięki temu, że przez tak wiele dni rozpieszczała nas ładną, słoneczną pogodą. Październik, choć długi, spędziłam bardzo pracowicie i praktycznie nie zauważyłam, kiedy dobiegł końca. Ostatnie tygodnie obfitowały też w największe książkowe wydarzenia, czyli Targi Książki w Katowicach i w Krakowie. Tym pierwszym poświęciłam wiele energii i uwagi ze względu na to, ze wraz ze Śląskimi Blogerami Książkowymi przygotowywaliśmy na nie wiele atrakcji (o ŚTK pisałam dokładnie w TYM poście), te drugie odwiedziłam w targowy czwartek, już bardziej na luzie.

Październik zaskoczył mnie też całkiem sporą ilością książek świątecznych, które miały premierę już w tym miesiącu. W prawdzie do świąt Bożego Narodzenia zostało jeszcze trochę czasu, jednak  wydawnictwa już teraz wprowadzają czytelników w tą niezwykłą atmosferę. I fajnie. W tym miesiącu i do mnie dotarły już pierwsze świąteczne powieści, abym mogła powoli wkręcać się w klimat. I nie zawaham się tego uczynić.

W tym miesiącu przeczytałam tylko 6 książek, ale na swoje usprawiedliwienie mam fakt, że były one dość opasłe.

Lista lektur:

1. "O czym myślą koty" Thomans McNamee - 3
2. "Wszystko za K2" Piotr Trybalski - 6
3. "Podejdź bliżej" Rachel Abbot - 5
4. "365 dni" Bianka Lipińska - ?
5. "Zabójczy pocisk" antologia - 6
6. "Testament" Remigiusz Mróz - 5


Imprezy kulturalne:

Październik był miesiącem Targów Książki. O tych katowickich pisałam TUTAJ, nie będę się więc powtarzać, o krakowskich, wpis jest na razie w fazie tworzenia. 

Nowości:




"Istota zła" Luca D"Andrea
"Obsesja" i"Paranoja" Katarzyna Berenika Miszczuk
"Fracht" Grzegorz Brudnik
"Kołysanka" Bartłomiej Piotrowski
"Skaza" Robert Małecki
"Kroniki portowe" Annie Proulx
"Córka gniewu" Maria Paszyńska
"Spadek" Katarzyna Bulicz - Kasprzak
"Jedwabne rękawiczki" Renata Kosin
"Kontratyp" Remigiusz Mróz
"Dobra - noc" Sabina Waszut
"Przez ciemność" Aleksandra Bracken
"Syreny" Joseph Knox 
"Straceńcy" i "Naśladowcy" Ingar Johnsrud


Filmowo:

Październik nie był w ogóle filmowy. Ech... życie...

Serialowo:

Jeśli chodzi o seriale, w tym miesiącu obejrzałam cały 1 sezon "Riverdale".  Jest to historia utrzymana trochę w konwencji "Pretty little liars". Mamy tu zagadkową śmierć nastolatka i grupę jego przyjaciół, licealistów, którzy próbują dociec prawdy. Oczywiście, jak można się domyślać, istota sprawy leży w zupełnie innym miejscu niż początkowo wszystkim się wydaje. Tak przyjemnie oglądało mi się "Riverdale", że od razu zabrałam się za sezon 2.

Na plus produkcji zasługuje jeszcze obecność Luka Perry'ego, czyli Dylana z kultowego serialu z lat 90 - tych "Beverly Hills 90210", który był dla mnie owego czasu ideałem chłopaka, a teraz wypada fantastycznie w roli czterdziestoletniego ojca nastolatka, którym kiedyś sam był. 

Muzycznie:

W październiku na słuchawkach grała mi głównie Paktofonika. I choć większość jej kawałków nie jest jakoś specjalnie nostalgiczna, to "Chwile ulotne" wzbudzają we mnie niesamowite emocje, wspomnienia i nastrajają mocno refleksyjnie.



Drugim kawałkiem października była energetyczna Brodka i jej "Granda". Artystkę odkryły ostatnio moje dzieci, stąd też często towarzyszyła ona nam w wolnym czasie:


A Wam, jak minął październik?

Sardegna